handel ludźmi, tortury, upokorzenie, pogarda, nienawiść
Dwadzieścia cztery godziny.
Walka. Liczenie czasu: najpierw w pamięci, a gdy oczy zmęczone światłem błagały o litość i umysł znużony monotonią piwnicy szukał sekund głębokiego snu, na głos. Liczyła krople w kolejnych kroplówkach, posiłki, a wreszcie powtarzalne sekwencje w muzyce, którą zapętlono ku jej męczarniom. Próbowała bronić się przed hałasem, ale jej rozdrażnienie i trudność ze skupieniem rosły wykładniczo. Setna minuta była znacznie gorsza, niż pierwsza. A dalej… Dalej była tylko desperacka próba zachowania własnej tożsamości. Imienia, nazwiska, wieku. Tego, że jej ulubiony tryptyk czekał na nią w muzeum Prado w Madrycie, że banany wybierała prawie całkiem zielone i zdaniem matki - łamała na nich zęby. Tego, że bała się pocałować chłopca ze szkoły podczas zabawy z butelkę, bo nie robiła tego wcześniej, a koleżanki śmiały z jej aparatu ortodontycznego. Tego, że tuż przed wyjazdem na Aukcję palnęła głupstwo przy szefowej, przelała roślinę w salonie i wyszukiwała w internecie informacji o pieskach ze schroniska.
Chciała takiego najstarszego, najbrzydszego i kulawego - takiego, który dla niej byłby najpiękniejszy i najwspanialszy, ale z jakiegoś powodu był przez lata omijany i wykluczany przez resztę odwiedzających.
Ból ... nieuniknione ... dla wielkiej inteligencji ...
Czterdzieści osiem godzin.
Właściciel chciał odebrać jej kontrolę w świecie zewnętrznym. Udało się.
Nie mógł jednak odebrać je świata wewnętrznego. W nim szukała schronienia, którego nie mógł obejrzeć na kamerach, podsłuchać przez mikrofony ani jakkolwiek uchwycić.
Pojedyncza żarówka otrzymała imię. Pielęgniarka, której twarz zdawała idealnie pasować do filmu wojennego z niemieckimi napisami, stała postacią w powstającej powieści. Muzyka, choć doprowadzająca niemalże do wylewu, inspirowała obrazy, kolory, faktury, tempo. Sadie nadawała znaczenie wszystkiemu, co ją otaczało. Analizowała historię materaca, do którego ją przywiązywano i zamiast tracić rozum, tworzyła. Broniła się siłą własnej wyobraźni. Wspomnieniami rodziców, którzy uczyli jazdy na rowerze i zdrapanych kolan, po których ryk Sadie wypełniał sąsiedztwo. Brzoskwiniowy placek babci, próby otwierania puszek nożem, gdy otwieracz do konserw zaginął w akcji. Pierwsze wyjście do galerii sztuki. Mały książę. Lis. Róża. Róża… Oskar i pani Róża… To wszystko istniało nadal. Właściciel zabrał jej wolność, ale nie jej świat. Człowieka definiowało więcej, niż jego cierpienie.
Ból i cierpienie
są
dla wielkiej inteligencji i głębokiego serca.
Siedemdziesiąt dwie godziny.
Sadie zamilkła.
C a ł k i e m.
Właściciel mógł być z siebie dumny - nie dokonał tego nikt wcześniej w jej życiu. Zawsze miała coś do powiedzenia. Dominowały pytania, lustrujące jej ciekawość i głód poznania świata. Niemniej było opinii. Czasem rozładowywała napięcie żartem a czasem ulegała emocjom i pogarszała sprawy nieopatrznie rzuconą krytyką. A teraz… Nie miała już z kim rozmawiać; nie miała do kogo mówić. Nie śmiała się już nawet do siebie, i nawet siebie nie usypiała płaczem w poduszkę. Tylko leżała. Tylko patrzyła. Tylko oddychała, jeśli akurat przypomniało jej się, że warto. Obraz samotnego człowieka, upodlonego sprzedażą, porwaniem, izolacją i serią tortur nie mógł być przyjemny. A Sadie nie odgrywała żadnej roli.
Nie przegrała.
Nie wygrała.
Egzystowała w zawieszeniu pomiędzy czasem a przestrzenią. Dobita złudzeniami, że muzyka ucichła albo, że ktoś wypowiadał jej imię przez kratkę wentylacyjną w ścianie. Jej myśli zwolniły; jej umysł z trudem formułował zdania.
Ból i cierpienie są zawsze
Ból i...
Ból
Pozbawiona snu, ruchu, ciszy, prywatności i elementarnej kontroli Sadie nie stała prawdziwszą wersją siebie - zaś wersją tak wyczerpaną, że brakło jej zasobów na każdą z ról.
Na Prowadzącą.
Na głos Aukcji.
Na zabawną girl next door.
Nawet na ofiarę tortur, która byłaby zainteresowana nienawiścią wobec architekta jej wysublimowanego cierpienia.
Brakowało sił na pogardę, strach, żądania i pytania.
Gdy wątłe, obolałe ciało opadło na kafelki w wielkiej sali, Sadie oferowała Właścicielowi tylko obojętność i pustkę.
Być może niefortunnie pomylił dwie kwestie: odebranie człowiekowi siły na odgrywanie roli, oraz odebranie człowiekowi jego człowieczeństwa.
On siedział.
Ona leżała.
Dwóch mężczyzn stało przy drzwiach.
I nie działo się nic.
Powolne, ciężkie oddechy. Chłód płytek bajecznie łagodzący ból pleców; prawie tak, jak w domu, jak opakowanie mrożonego groszku przyłożone do kostki po treningu tenisa. Cisza. Błoga, upajająca cisza, której okazjonalnie przeszkadzało wspomnienie siedemdziesięciu dwóch godzin głośnej muzyki. Nie potrafiła błyskawicznie się z tego otrząsnąć. Nie miała na to siły.
Mijały minuty podczas których Sadie, tak odseparowana okrucieństwem Właściciela od swojego swobodnego stylu bycia, odpoczywała. Upokorzona, upodlona - na czyjejś podłodze, w niewoli, z ciałem ozdobionym purpurowymi śladami braku klasy Właściciela.
Przemoc była tania, kiczowata, łatwa. Zmuszanie kogoś by został - też.
Zagrożenie
Nie miała żadnej realnej sprawczości. Wreszcie jasno przedstawiono warunki przebywania na wyspie - nie miała żadnych praw, jedynie funkcję, którą winna realizować z poziomu przedmiotu. Właściciel wiedział o niej więcej, niż ona o nim. Poza sporadycznym drganiem kącików ust, nie dawał żadnych podpowiedzi - co go urażało, co go bawiło, jak mogła zaskarbić sobie jego sympatię. Potrafił wejść w jej przestrzeń osobistą bez zawahania, nie reagował na prowokacje, a odchodząc odebrał jej nawet prawo do fantazji o ucieczce.
Do samochodu wsiadła zauważalnie opuchnięta. Jej oczy były zaczerwienione, usta suche, a nadgarstki wciąż zdobiła purpura i żółć. Dowody tortur na jej skórze przypominały szlachetny marmur Calcatta; seria śladów, żył koloru, które dla właściciela były wizualnie atrakcyjne i warte każdych pieniędzy. Kamienia nikt nie pytał o zdanie; kamień nie miał posiąść zdolności do jego posiadania.
Wymiotowała cały poranek. Akompaniament głosu Victora, zbitej szyby i trzasku płonącego drewna stanowił patologicznie eleganckie tło do desperackiej próby odzyskania kontroli Prowadzącej. Wszystko inne było poza jej zasięgiem.
Wszystko poza próbą pozbycia żółci, która wypalała żołądek od środka.
Spotkanie mogło być wszystkim. Nie była w stanie wykluczyć ani odwiedzin w rzeźni, które miałyby dobitnie przypomnieć jej czym była i jak mogła skończyć - ani kolejnej sprzedaży, przed którą Raphael Valencourt zechce uczyć ją, jak wykonywać jej zawód.
Raphaela:
- Tu nie ma ról.
Słowa wybrzmiały spokojnie.
- Nie ma praw.
Nie odrywał od niej wzroku.
- Kupione przedmioty mają funkcje. - Urwał tylko na chwilę. - I służą właścicielowi.
Dlatego tak dziwiły go próby odwoływania się do jego sumienia. Sumienie. To słowo zawsze brzmiało dla niego jak nazwa narządu, którego nigdy nie posiadał. Słyszał o nim. Widział jego działanie u innych. Obserwował ludzi, którzy potrafili zmienić całe życie pod wpływem jednego wyrzutu sumienia. Fascynowało go to niemal antropologicznie, podobnie jak fascynowały badacza zwyczaje odległego plemienia.
On nie był takim człowiekiem. Nie dlatego, że uważał się za lepszego. Przeciwnie. Dawno przestał wierzyć w podział na dobrych i złych. Istnieli jedynie ci, którzy potrafili spojrzeć prawdzie w oczy, i ci, którzy potrzebowali moralnych opowieści, by zasnąć spokojnie.
Nie interesowało go, że leżąca przed nim kobieta nim gardziła.