ODPOWIEDZ
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

fourteen
memories consume like opening the wound
ObrazekObrazek
Światła Toronto nie tyle przesuwały się przed jego oczami, ile rozpływały w nich niczym pigment rozlany na mokrym płótnie, tracąc kontury, znaczenie i tę irytującą właściwość rzeczywistości, która zazwyczaj zmuszała człowieka do odróżniania jednego przedmiotu od drugiego. Czerwone sygnały świetlne rozciągały się w długie, krwiste smugi, żółte latarnie pęczniały, otaczając się mlecznymi aureolami, a biel reflektorów nadjeżdżających samochodów przecinała ciemność z taką ostrością, jakby ktoś rozdzierał nią niebo, nie zaś zwyczajną noc nad miastem. Raphael patrzył, a przynajmniej odnosił wrażenie, że patrzy, ponieważ pomiędzy nim a wszystkim, co znajdowało się na zewnątrz, pojawiła się osobliwa przesłona, cienka jak błona mydlana, lecz wystarczająco gruba, by odebrać światu jego naturalną głębię. Ulice wydawały się jednocześnie nieskończenie szerokie i absurdalnie ciasne, budynki przechylały się ku sobie pod kątami, których nie powinny przyjmować, a fasady szklanych wieżowców mnożyły odbicia tak długo, aż przestawał rozumieć, gdzie kończyła się jedna bryła, a zaczynała następna. Nie było w tym nic szczególnie niepokojącego. Przeciwnie, jakaś część jego umysłu przyjmowała tę groteskową deformację z niemal dziecięcą ciekawością, jak gdyby rzeczywistość, znużona odgrywaniem przez całe jego życie tej samej, przewidywalnej sztuki, wreszcie postanowiła pokazać mu kulisy. Silnik pracował pod nim, wibrując w sposób, który powinien był drażnić jego ciało, jednak drżenie przechodziło przez uda, biodra i kręgosłup z osobliwą łagodnością, stając się czymś więcej niż mechanicznym ruchem, niemal odrębnym rytmem jego istnienia. Nie potrafił już powiedzieć, czy to on prowadził motocykl, czy też pojazd przejął nad nim kontrolę, niosąc go przez noc z bezwzględnością zwierzęcia, które doskonale zna drogę do własnego legowiska. Pęd nie budził w nim strachu. Strach wymagał przecież pewnego przywiązania do przyszłości, przeświadczenia, że za kilka sekund nadal będzie istniał ktoś, komu zależy na zachowaniu obecnego kształtu życia, a on, choć jeszcze niedawno zapewne uznałby taką myśl za godną człowieka słabego, teraz nie potrafił odnaleźć w sobie nawet najmniejszego impulsu, który nakazywałby mu zwolnić. Trąbienie samochodów dochodziło do niego jak dźwięk wydobywający się z dna studni, stłumiony, odległy i pozbawiony pilności; pojedyncze klaksony łączyły się z pomrukiem silnika, szumem opon i niewidzialnym pulsem miasta, tworząc muzykę, której nie musiał rozumieć, aby uznać ją za właściwą. Gdzieś na granicy świadomości wiedział, że powinien zachować ostrożność, że jego dłonie zaciskające się na kierownicy nie są tak pewne, jak podpowiadała mu duma, a odległości, które zwykle oceniłby w ułamku sekundy, teraz wymagały wysiłku, na jaki nie miał ochoty. Wiedza ta pozostawała jednak pozbawiona emocjonalnego ciężaru. Była suchą informacją, jednym z tych faktów, które człowiek może przyjąć do wiadomości, nie czując potrzeby, aby cokolwiek z nimi zrobić. W świecie, w którym nawet własne ciało zdawało się należeć do kogoś innego, rozsądek miał w sobie coś nieznośnie mieszczańskiego. Niech troszczy się o siebie ten, kto zamierza przeżyć noc w nienaruszonym stanie; Raphael nie zamierzał składać żadnych obietnic.
Czas rozciągnął się i utracił swoją zwyczajową dyscyplinę. Minuty nie następowały już po sobie, lecz nachodziły na siebie, jak strony książki, które ktoś wyrwał z oprawy, pomieszał, a następnie próbował ułożyć według przypadkowych skojarzeń. W jednej chwili znajdował się wśród świateł miasta, w następnej miał wrażenie, że pokonał odległość znacznie większą, niż pozwalałyby na to ulice, po których się poruszał; nie pamiętał skrzyżowań, nie pamiętał zakrętów, nie potrafił odtworzyć kolejności mijanych budynków. Pozostawał jedynie ruch, a wraz z nim nieprzyjemnie słodkie poczucie uwolnienia od konieczności podejmowania decyzji. Każdy zakręt był już wykonany, każda przeszkoda należała do przeszłości, każdy kolejny fragment drogi pojawiał się przed nim bez pytania o zgodę. Wydawało mu się, że wystarczy utrzymać dłonie na kierownicy, pozwolić maszynie warczeć między kolanami i nie przeszkadzać światu w jego osobliwym obrocie, aby przez pewien czas nie musieć być Raphaelem Valencourtem, człowiekiem, którego nazwisko otwierało drzwi, którego obecność potrafiła zmieniać ton rozmowy i którego błędy, o ile w ogóle pozwalał sobie na ich popełnianie, zwykle należało natychmiast przekształcić w cudze zaniedbania. Ta myśl powinna była go rozbawić. Zamiast tego wywołała jedynie mętne, nieprzyjemne wrażenie, jakby ktoś wspomniał o odległym krewnym, którego twarz pamiętał z dzieciństwa, lecz którego śmierć nie wzbudziłaby w nim żadnego żalu. Kim właściwie był człowiek, który przez całe życie tak starannie pilnował, aby nic nie mogło go zaskoczyć, skoro wystarczyło kilka substancji, aby odebrać mu pewność, że potrafi utrzymać własną głowę prosto? Pytanie pojawiło się nagle, rozbłysło w jego umyśle z przesadną intensywnością, po czym rozpadło się na drobne, niepowiązane ze sobą fragmenty, zanim zdążył udzielić sobie odpowiedzi. Nie przeszkadzało mu to. Odpowiedzi były przeceniane; ludzie posługiwali się nimi jak drogimi zegarkami, demonstrując je innym po to, by ukryć, że nie mają pojęcia, dokąd zmierzają. W końcu także on mógł pozwolić sobie na niewiedzę, choćby tylko przez kilka godzin, nawet jeśli cena za tę przyjemność miała okazać się znacznie wyższa, niż obecnie potrafił sobie wyobrazić.
Nie zauważył chwili, w której motocykl zjechał z jezdni. Poczuł jedynie nagłą zmianę pod kołami, krótki wstrząs przenikający maszynę i jego własne ciało, a następnie coś przypominającego nieudolną próbę odzyskania równowagi przez człowieka, który dopiero teraz przypomniał sobie, że grawitacja nie była kwestią umowy. Przednie koło podskoczyło na nierówności, silnik zawarczał głębiej, a Raphael odruchowo zacisnął palce na kierownicy, nie mając pewności, czy wykonuje świadomy ruch, czy jedynie odpowiada na polecenie wysłane przez ciało, które działało już z pewnym opóźnieniem. Chodnik pojawił się pod nim jak nieoczekiwana scena teatralna, zbyt jasna w świetle ulicznych lamp, a potem, niemal bez przejścia, wyłoniły się schody, ciemna brama i fasada domu. Znał to miejsce. Ta świadomość przemknęła przez niego z opóźnieniem, lecz niosła ze sobą coś na kształt ulgi, której nie potrafił uzasadnić. Rozpoznanie nie było pełne; dom nie układał się w jego głowie w znajomy obraz, lecz przypominał przedmiot oglądany przez niewłaściwy koniec teleskopu, bliski i zarazem absurdalnie odległy. Czerwonobrunatna cegła wydawała się niemal czarna w miejscach, gdzie cień osiadał pod okapem, natomiast jasne obramowania okien lśniły chłodnym, kościstym blaskiem. Spiczaste zakończenia łuków, wąskie gzymsy i ciemne obramowanie drzwi nadawały budynkowi surowość starej rezydencji, która przetrwała zbyt wiele pokoleń, aby przejmować się losem któregokolwiek z jej mieszkańców. Gałęzie drzew rozpościerały się nad dachem, tworząc nieregularną kopułę, a ich liście, poruszane nocnym wiatrem, zlewały się w jedną wielką, ciemnozieloną plamę. Miał wrażenie, że dom oddycha. Nie w przenośni, nie jako rezultat świadomego porównania, lecz w sposób niemal fizyczny: jego ceglane ściany unosiły się i opadały wraz z rytmem, którego źródła nie potrafił odnaleźć, a okna zdawały się zwężać, jak powieki przymykane przez kogoś, kto nie chce oglądać nieproszonego gościa. Z pewnością było to złudzenie, banalny kaprys przeciążonego umysłu, jednak nawet ta racjonalna uwaga nie zdołała przywrócić budynkowi zwyczajnej nieruchomości. Przez kilka sekund patrzył na niego z nieprzyzwoitą fascynacją, zastanawiając się, czy dom wyglądał tak zawsze, czy też dopiero teraz ujawnił swój prawdziwy charakter, pozbawiony dekoracyjnej niewinności, którą ludzie tak chętnie przypisywali miejscom, w których chcieli czuć się bezpiecznie.
Silnik warknął jeszcze raz, nieprzyjemnie głośno, po czym jego praca zaczęła przypominać kaszel umierającego zwierzęcia. Valencourt nie pamiętał dokładnie, kiedy nacisnął hamulec ani w jaki sposób zatrzymał maszynę tak blisko wejścia. Pamiętał za to własne dłonie, które przez moment pozostały na kierownicy, jakby nie potrafiły pogodzić się z nagłym końcem podróży, i niejasne przekonanie, że powinien jeszcze gdzieś jechać, dalej, przed siebie, poza granice miasta, poza granice własnej pamięci, ku miejscu, w którym nie byłoby nikogo zdolnego wypowiedzieć jego nazwisko. Kiedy silnik wreszcie ucichł, cisza nie przyniosła ulgi. Przeciwnie, rozwarła się wokół niego z taką gwałtownością, że przez chwilę słyszał jedynie wysoki, jednostajny pisk, jakby ktoś pozostawił w jego głowie cienki przewód podłączony do urządzenia, którego nie potrafił wyłączyć. Zsunął się z siedzenia. Nie zsiadł z motocykla z tą pewnością, którą zwykle demonstrował w każdym ruchu, ale zsunął się niezgrabnie, ciężko, zahaczając butem o podnóżek i chwytając się maszyny, zanim zdążył upaść. Skórzana kurtka zaszeleściła przy tym głucho, a pasek plecaka pociągnął go do tyłu, jakby nawet przedmioty, które sam wybrał, postanowiły wziąć udział w jego upokorzeniu. Czarne rękawice utrudniały mu wyczucie nacisku własnych palców; buty, które powinny zapewniać stabilność, wydawały się przytwierdzone do nóg kogoś innego, a ciemny materiał spodni opinał kolana, które uginały się pod nim z niepokojącą miękkością. Kask ciążył na głowie, gogle odbijały pomarańczowe światło ulicznej latarni, przez co świat wokół niego nabrał na moment barwy rozgrzanego metalu. Wszystko było czarne, szare, brunatne albo pomarańczowe, a jednak odcienie nie chciały pozostać na swoich miejscach; ciemność pulsowała, światło przeciekało po krawędziach przedmiotów, a jasna powierzchnia chodnika zdawała się pokryta cienką warstwą wody, mimo że była sucha. Raphael spróbował wyprostować plecy. Ciało odpowiedziało z opóźnieniem, a wraz z tym opóźnieniem pojawiło się nagłe, zupełnie niepożądane poczucie obcości. Nie był przyzwyczajony do tego, aby własne mięśnie stawiały mu opór, aby ruch wymagał namysłu, aby tak prosta czynność jak utrzymanie pionowej pozycji przypominała negocjacje prowadzone z niekompetentnym podwładnym. Mógł wydawać polecenia ludziom, którzy posiadali więcej doświadczenia, niż większość mieszkańców tego miasta kiedykolwiek zdołałaby sobie wyobrazić, ale nie potrafił nakazać własnym nogom, by przestały drżeć. Ta bezsilność była tak niedorzeczna, że niemal go rozśmieszyła. Niemal.
Schody prowadzące do drzwi znajdowały się zaledwie kilka kroków dalej, lecz dystans między nimi a nim urósł do rozmiarów osobistej zniewagi. Pierwszy krok wydawał się możliwy, drugi wymagał już koncentracji, a przy trzecim Raphael odkrył, że ziemia nieustannie przesuwa się pod nim w sposób, którego nie potrafił przewidzieć. Przez chwilę próbował iść dalej, ponieważ sam fakt rezygnacji wydawał mu się bardziej upokarzający niż ryzyko upadku, lecz wkrótce zrozumiał, że jego ambicja nie ma żadnego wpływu na fizjologię, a duma, choć przez całe życie pomagała mu podporządkowywać sobie innych, nie stanowi szczególnie skutecznego narzędzia w walce z własnym układem nerwowym. Musiał usiąść. Nie była to decyzja, którą podjął z godnością, lecz kapitulacja, na którą pozwolił sobie dopiero wtedy, gdy alternatywa stała się zbyt absurdalna, aby nadal ją rozważać. Opuścił się na schody ciężej, niż zamierzał, czując pod sobą twardą, chłodną powierzchnię kamienia, a potem pochylił tułów i oparł przedramiona na kolanach. Głowa natychmiast stała się nieznośnie ciężka. Kiedy zwiesił ją ku piersi, kask pociągnął kark w dół, a niewielki ruch wywołał falę mdłości, która przesunęła się przez jego wnętrzności niczym powolna, lepka ciecz. Zamknął oczy, lecz ciemność nie przyniosła odpoczynku. Za powiekami wciąż przesuwały się rozmyte plamy światła, pomarańczowe smugi przecinały czerń, a obrazy, których nie potrafił przypisać żadnemu konkretnemu wspomnieniu, pojawiały się i znikały z irytującą swobodą. Niektóre przypominały fragmenty pomieszczeń, inne zarysy twarzy, jeszcze inne były jedynie poczuciem obecności czegoś, co stało tuż poza zasięgiem wzroku. Nie próbował ich zatrzymywać. Każda próba skupienia uwagi sprawiała, że rozmywały się jeszcze bardziej, pozostawiając po sobie wrażenie, jakby jego umysł był domem, z którego ktoś po cichu wynosił meble, a on nie potrafił przypomnieć sobie, co właściwie powinno stać w poszczególnych pokojach.

Sadie Glass
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
Our thing progresses, I call and you come through
Blow all my friendships to sit in hell with you
But we're the greatest, they'll hang us in the Louvre
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description



dzień 43


Cézanne namalował czajnik i kilka owoców.
Ponad 130 lat później Sadie Glass potrzebowała pięciu dni, kilkudziesięciu telefonów, emerytowanej śpiewaczki operowej i czterdziestu dwóch dziewiętnastowiecznych akwarel teatralnych, żeby ktoś łaskawie pozwolił temu czajnikowi zawisnąć na ścianie.
Bouilloire et fruits wisiało teraz w Galerie de la Bourse, w odpowiedniej temperaturze, przy odpowiedniej wilgotności i pod światłem, którego natężenie zatwierdził człowiek zarabiający więcej niż niektórzy lekarze. Sadie odrobiła pracę domową: obraz został sprzedany w 2019 roku za ponad 59 milionów dolarów. Skradziono go w 1978 roku, odzyskano dwadzieścia jeden lat później i najwyraźniej wówczas postanowiono, że nikt nie ruszy go z miejsca bez stosu dokumentów. Fair game.
Sadie nie miała do tego pretensji, miała natomiast pewne zastrzeżenia.
Wszystko zaczęło się kiedy Marianne Voss, pełnomocniczka funduszu będącego właścicielem płótna, zawiesiła zgodę na jego przewiezienie. Nie odwołała wypożyczenia - zawiesiła zgodę, ponieważ blackout w Toronto podważył trzy elementy wcześniej zaakceptowanego planu: dokumentację warunków w galerii, dostępność transportu i ciągłość ochrony ubezpieczeniowej. Zarząd chciał przekonać Voss do zmiany zdania. Sadie wolała ustalić, co musiałoby się wydarzyć, żeby kobieta nie musiała zmieniać zdania w ogóle. Warunki były jasne. Trzeba było je tylko spełnić.
Pierwszy wymagał odzyskania pomiarów temperatury i wilgotności. Centralny serwer przestał je udostępniać po awarii zasilania, a technicy nie potrafili stwierdzić, czy zapis zniknął, czy jedynie utracono do niego dostęp. Sadie przypomniała sobie kolację sprzed czterech lat, podczas której kolekcjoner przez czterdzieści trzy minuty narzekał na architekta instalującego mu w domu dwa niezależne systemy pomiarowe. Pamiętała nazwę producenta, cenę wina i szafir noszony tego wieczoru przez żonę kolekcjonera. Przydała się tylko nazwa. Galeria miała rejestrator tej firmy. Urządzenie zapisywało pomiary lokalnie pomimo awarii serwera. Odnalezienie specjalisty zdolnego wydobyć i zweryfikować dane wymagało jeszcze trzech telefonów, jednej odmowy i ustalenia, kto z pracowników firmy rzeczywiście znajdował się w Toronto. Drugiego dnia miała raport.
Nie gwarantował jednak, że warunki pozostaną stabilne. Galeria posiadała generatory, ale nie miała zapewnionych dostaw paliwa na cały wymagany okres. W tym pomógł właściciel przedsiębiorstwa zajmującego się zasilaniem awaryjnym. Sadie znała go dzięki żonie, która kiedyś kupiła koszmarną rzeźbę, a on przez pół kolacji usiłował dowieść, że ta była doskonałą inwestycją. Jego kierowniczka operacyjna znalazła możliwość obsługi galerii bez uszczuplania dostaw dla instytucji o wyższym priorytecie. Uprawnione osoby podpisały plan rezerw i harmonogram.
Pierwszy problem usunęła, a drugi miał czterdzieści dwie sztuki.
Tyle akwarel teatralnych musiało zostać ewakuowanych z archiwum, którego zabezpieczenia ucierpiały podczas blackoutu. Zajmowały największy specjalistyczny samochód zatwierdzonego przewoźnika — dokładnie ten, którego potrzebowano dla Cézanne’a. Akwarele można było przewieźć mniejszym pojazdem, lecz archiwum nie dysponowało bezpiecznym miejscem docelowym. Profesjonalny magazyn który Sadie znała z wcześniejszych transakcji, odmawiał przyjęcia zbiorów z powodu braku dostępnej powierzchni. Dopiero pytanie nie o wolne, lecz o faktycznie zajęte miejsca przyniosło coś użytecznego - jedną z sal zarezerwowano dla fundacji muzycznej sprowadzającej miniatury scenografii i projekty kostiumów, tyle że transport ich kolekcji nie wyjechał. Wystawę przełożono, a rezerwacji nikt nie zmienił, bo jeszcze nie wybrano nowego terminu.
Radzie przewodniczyła Odette Beaumont - emerytowana śpiewaczka operowa, którą Sadie znała z programu koncertowego sprzed pięciu lat. Znała też wdowę po jednym z patronów sztuki, której kiedyś wysłała kondolencje. Wdowa zaś przyjaźniła się z Odette od szkoły muzycznej.
Trzeciego dnia Sadie dotarła tą drogą do sekretarza fundacji. Nie prosiła o wyjątek. Zaproponowała przesunięcie rezerwacji z gwarancją późniejszej powierzchni i pokryciem kosztów zmiany. Fundacja niczego nie traciła, magazyn otrzymywał zapłatę za wykorzystanie pustej sali, archiwum ratowało akwarele, a galeria zyskiwała szansę na odzyskanie samochodu. Wszyscy mogli wyrazić zgodę bez naruszania własnych procedur.
Pozostał ubezpieczyciel, który wymagał jednego spójnego planu obejmującego trasę, ochronę, odbiór, kontrolę konserwatorską i instalację. Sadie zebrała dokumentację oraz upoważnionych przedstawicieli. W ostatnim przeglądzie wyszła na jaw niepotwierdzona dostępność konserwatorki właściciela. Jej odwołane spotkanie nadal blokowało kalendarz. Sadie rozpoznała nazwisko klienta, ustaliła, że nie przyjedzie do Toronto, i doprowadziła do oficjalnego przełożenia terminu.
Piątego dnia Cézanne opuścił magazyn w zatwierdzonych warunkach. Po odbiorze, kontroli i instalacji wisiał na ścianie, na której miał wisieć od początku. Podczas kameralnej kolacji patronów przyszło ostatnie potwierdzenie od Voss: dokumentację zaakceptowano, dodatkową ochronę ubezpieczeniową potwierdzono, zgoda właściciela na ekspozycję pozostawała w mocy. Ktoś z obsługi poprosił jeszcze Glass o podpis kustoszki, a Sadie wolałaby skierować go do właściwej osoby. Taka nie istniała, zatem podpis otoczyła formalnym dopiskiem acting as. Nie była kustoszką. Nie była też ubezpieczycielem, konserwatorką ani kierowcą ciężarówki, choć w chwili kryzysu zarządzała zadaniami wszystkich wymienionych.
W nocy dnia piątego w jedwabnej sukni sięgającej ziemi, diamentach i szpilkach zaprojektowanych dla kogoś komu Bóg poskąpił wzrostu, mogła wreszcie opuścić galerię. Wino zostawiła niemal nietknięte. Prowadziła sama, ostrożniej niż zwykle, z obolałym żebrem i telefonem, który od pięciu dni służył głównie do informowania innych ludzi, że powinni skontaktować się ze sobą nawzajem. Bardziej skutecznie, niż dotychczas.
Przed domem zauważyła motocykl. Potem mężczyznę w kasku siedzącego na schodach.
Zanim nacisnęła klamkę na podjeździe, patrzyła na niego przez szybę. Rozpoznała sylwetkę, lecz nie jej postawę. Jakby ciałem Valencourta tymczasowo zarządzał ktoś inny - niczym Glass przeklętą galerią, która przez pięć dni postarzyła ją bardziej niż chciałaby to przyznać. Raphael miał wrócić mniej więcej po pięciu dniach ale nie spodziewała się zastać go akurat tutaj. Przewidywała najwyżej reprymendę kolejnego poranka, jeśli nie stawi się w posiadłości odpowiednio wcześnie. Teraz jednak nie wyglądał na kogoś, kto zamierzał się dokądkolwiek spieszyć. Gdyby tak było, już trzymałby w garści komplet zapasowych kluczy.
Westchnąwszy, Sadie zamknęła samochód, poprawiła suknię i podeszła do niego. Nie stanęła na pierwszym schodku, ani na drugim, wzrok zatrzymując na zgarbionym mężczyźnie. Przez chwilę pozostała w miejscu, rozważając opcje. Było ich kilka i wszystkie złe.
Siadanie w tym stroju nie należało do czynności, które przewidział projektant, ale przecież wszystko tej nocy było na opak. W ciszy usiadła obok Raphaela, a jedwab rozlał po chłodnym kamieniu.
Z torebki wyjęła papierosa. Zapaliła i zaciągnęła się powoli. Przez chwilę czajnik Cézanne’a, czterdzieści dwie akwarele i cała reszta Toronto mogły radzić sobie bez niej.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Chłód kamienia stopniowo przenikał przez materiał spodni, ale Raphael odczuwał go w sposób dziwnie odległy, niemal teoretyczny, jakby temperatura należała do zbioru informacji, które znał, lecz nie musiał już traktować osobiście. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, starymi liśćmi i czymś metalicznym, co mogło być zapachem ulicy po długim dniu, spalinami osiadającymi na murach albo po prostu kolejnym wymysłem jego rozchwianych zmysłów. Gdzieś niedaleko zaszeleściły gałęzie, a dźwięk ten rozrósł się w jego wyobraźni do rozmiarów całego ogrodu; widział niemal, jak ciemne korony drzew kołyszą się nad dachem, jak ich cienie spływają po cegłach i pełzną ku schodom, jak liście obracają się na wietrze niczym drobne, zielone języki. Wiedział, że nie powinien ufać temu, co widzi, ale nie ufał również temu, co widział na trzeźwo.
Ludzie przez całe życie przekonywali samych siebie, że rzeczywistość była stabilna, że moralność miała wyraźne granice, że władza należala do tych, których można zobaczyć na ekranach, a zło było łatwe do rozpoznania, jeśli tylko posiadało odpowiednio odrażającą twarz. Znał ludzi, którzy potrafili mówić o odpowiedzialności społecznej podczas kolacji, a następnie bez mrugnięcia okiem niszczyć życie człowieka, którego nazwiska nie zamierzali nawet zapamiętać. Znał eleganckie pomieszczenia, w których każda rzecz miała swoją cenę, choć nie każda cena była wyrażana w pieniądzach, i uśmiechy, za którymi kryły się kalkulacje tak chłodne, że człowiek mógłby pomylić je z rozsądkiem. A jednak teraz, siedząc na schodach pod domem, nie potrafił oddzielić tych wspomnień od zniekształceń, które przynosił mu narkotyczny stan. Wszystko mieszało się w jedną wielką, ciemną mozaikę: twarze, nazwiska, obietnice, upokorzenia i własne przekonanie, że nad każdym z tych elementów zawsze będzie sprawował kontrolę. Może właśnie dlatego nie chciał podnosić głowy. Nie dlatego, że bał się spojrzeć na drzwi, ani dlatego, że nie potrafił sobie przypomnieć, co zamierzał zrobić, kiedy do nich dotrze.
Oddał się więc chwilowo momentom. Ten stan właśnie cenił. Mógł udawać. Mógł oddawać się iluzji. Przez krótką chwilę, niebezpiecznie krótką i przez to niemal bezcenną, nie musiał niczego udowadniać. Nie musiał być człowiekiem, którego inni obserwowali, oceniali albo próbowali wykorzystać. Nie musiał rozpoznawać intencji w każdym geście ani szukać ukrytego znaczenia w każdym słowie. Mógł po prostu siedzieć, z ramionami opartymi o kolana i głową zwieszoną na piersi, pozwalając, aby ciężar własnego ciała przypominał mu o istnieniu czegoś, czego nie dało się przekupić, zastraszyć ani podporządkować nazwisku. Nie była to wolność. Nie oszukiwał się aż tak bardzo. Było to raczej zawieszenie, krucha przerwa w nieustannej walce, podczas której nawet cierpienie wydawało się należeć do kogoś innego. Z zewnątrz jego sylwetka mogła przypominać posąg pozostawiony przed wejściem przez zapomnianego architekta, czarny kształt na tle starej cegły, nieruchomy i niemal nierzeczywisty. Tylko palce, zaciskające się i rozluźniające na przemian, zdradzały, że pod skórzaną kurtką wciąż pozostawał człowiek, który jeszcze nie zdecydował, czy chce wstać, wejść do środka, czy też pozwolić nocy trwać tak długo, aż przestanie pamiętać, dlaczego w ogóle przyjechał.
Nie zarejestrował obecności właścicielki domu. A może zarejestrował ją, lecz informacja ta, zamiast przedostać się do świadomości, zawisła gdzieś na obrzeżach jego percepcji, niezdolna przebić się przez gęstą, lepką mgłę, w której od dłuższego czasu tonęły myśli, wspomnienia i zwyczajna zdolność rozpoznawania następstwa zdarzeń. Raphael nie był pewien, ile czasu minęło od chwili, w której usiadł na schodach. Mógł to być kwadrans, mogło być kilka minut, równie dobrze zaś cała godzina, której upływ nie pozostawił po sobie żadnego śladu poza narastającym chłodem kamienia i nieprzyjemnym ciężarem własnego ciała. Czas przestał pełnić funkcję miary, stając się czymś na kształt nieposłusznego zwierzęcia, które raz po raz wymykało mu się z rąk, aby pojawić się w najmniej oczekiwanym miejscu. Wciąż pochylał głowę, wpatrując się w powierzchnię chodnika, choć nie potrafił powiedzieć, na co właściwie patrzył. Drobiny piasku układały się w osobliwe konstelacje, szczeliny pomiędzy płytami zdawały się prowadzić w głąb ziemi, a niewielki kamyk, leżący tuż przy czubku jego buta, nabierał z każdą kolejną sekundą znaczenia, którego nie potrafił nazwać. Było coś niemal obraźliwego w tym, że jego umysł, zwykle tak sprawny w wychwytywaniu szczegółów, dostrzeganiu zależności i rozpoznawaniu intencji, teraz potrafił poświęcać całą uwagę bezwartościowemu fragmentowi żwiru. Jeszcze bardziej irytujące było to, że nie potrafił zmusić się do odwrócenia wzroku. Mógłby przysiąc, że kamyk poruszył się nieznacznie, choć doskonale wiedział, że to jedynie jego percepcja postanowiła spłatać mu kolejnego figla. Wiedza nie zawsze stanowiła jednak wystarczającą ochronę przed złudzeniem.
Dopiero po długim, trudnym do określenia momencie poczuł, że coś się zmieniło. Nie usłyszał kroków, nie wychwycił szelestu materiału ani dźwięku otwieranych drzwi. Po prostu w przestrzeni obok niego pojawiła się nowa obecność, subtelna, a zarazem na tyle wyraźna, że jego ciało zareagowało na nią wcześniej niż umysł. Najpierw dotarło do niego przesunięcie powietrza, potem zapach, który mógł należeć do perfum, wilgotnej tkaniny albo któregoś z tych ulotnych wspomnień, jakie potrafią przetrwać w człowieku znacznie dłużej niż twarze i słowa. Na samym końcu pojawił się szelest sukni. Materiał rozlał się po schodach obok niego, miękko i bez pośpiechu, jak woda wypełniająca zagłębienie, a jasna sylwetka zajęła miejsce po jego prawicy. Nie podniósł głowy. Nie musiał patrzeć w tamtą stronę, aby wiedzieć, do kogo należała. Nie wynikało to z żadnego planu, z przewidywania jej ruchów ani z przekonania, że potrafił odgadnąć, kiedy pojawi się przed nim kolejna osoba, której obecność będzie wymagała od niego czegoś więcej niż biernego istnienia. Przez ostatnie godziny, a może dni, zbyt wiele rzeczy wymykało się jego kontroli, aby mógł uczciwie przypisywać sobie podobną zdolność. Mimo to rozpoznał ją niemal natychmiast, z tą dziwną, instynktowną pewnością, która nie potrzebowała dowodów i nie zamierzała ich szukać. Sadie Glass. Prowadząca. Nazwisko i tytuł przesunęły się przez jego umysł niczym dwa przedmioty zanurzone w ciemnej wodzie, obijając się o siebie, zanim opadły na dno.
Nie wiedział, czy rzeczywiście ją widział kątem oka, czy też jego umysł dopiero teraz stworzył obraz, który miał nadać kształt odczuwanej obecności. Jasna suknia odcinała się od ciemności w sposób niemal nierealny, jej fałdy zdawały się odbijać światło, którego nie było, a kontur ramienia przez chwilę rozmywał się na tle ceglanej ściany, jakby Sadie nie siedziała obok niego, lecz została namalowana na powierzchni powietrza przez kogoś, kto nie do końca rozumiał zasady perspektywy. Raphael zamrugał powoli. Obraz nie zniknął. To jednak niczego nie rozstrzygało. W obecnym stanie nawet rzeczywiste przedmioty wydawały się podejrzane, a te, które nie istniały, potrafiły wykazywać się zadziwiającą konsekwencją. Nie próbował więc sprawdzać, czy jej obecność była prawdziwa. Właściwie nie miał pewności, czy zależało mu na odpowiedzi. Gdyby okazało się, że siedzi obok niego, mógłby pozwolić sobie na myśl, że przyszła z własnej woli, że zdecydowała się poświęcić mu kilka chwil, choć nie miał pojęcia, co miałoby ją do tego skłonić. Gdyby zaś była jedynie wytworem jego umysłu, mógłby przynajmniej uznać, że nawet odurzenie nie zdołało pozbawić go zdolności przywoływania obrazów, których obecność wywoływała w nim coś więcej niż zwyczajną obojętność. Obie możliwości były równie niepraktyczne, a zarazem równie łatwe do zaakceptowania.
Milczała. Tak jak on. I właśnie to milczenie, nie zaś sama jej obecność, przyciągnęło jego uwagę z siłą nieproporcjonalną do sytuacji. Cisza była praktykowana w wielu wymiarach. Bywała narzędziem nacisku, demonstracją pogardy, próbą wymuszenia przeprosin albo sposobem, w jaki ludzie o zbyt małej odwadze ukrywali własną niezdolność do wypowiedzenia tego, co naprawdę myśleli. W jego świecie nawet brak słów rzadko pozostawał pozbawiony znaczenia. Ktoś zawsze czegoś oczekiwał, na coś czekał albo próbował zmusić drugą stronę, aby pierwsza popełniła błąd. Tymczasem cisza Glass zdawała się nie domagać niczego. Nie przypominała pułapki, a przynajmniej nie takiej, którą potrafiłby rozpoznać, i nie zmuszała go do natychmiastowego podjęcia decyzji. Była po prostu obok, spokojna i nieznośnie rzeczywista. Raphael poczuł, że coś w jego piersi napina się na tę myśl, lecz nie potrafił określić, czy była to ulga, irytacja, czy może niechęć do samego siebie, wynikająca z faktu, że tak niewiele wystarczało, aby naruszyć jego dotychczasowy porządek. Spróbował przełknąć ślinę, ale gardło miał suche, a język wydawał się zbyt duży, by zmieścić się w ustach. Przez chwilę rozważał, czy powinien powiedzieć coś rozsądnego, cokolwiek, co przywróciłoby mu choćby pozory zwyczajnej sprawności. W głowie pojawiło się kilka zdań, lecz każde z nich rozpadało się, zanim zdążył nadać mu ostateczny kształt.
- Nie wracam - wymamrotał w końcu, nie podnosząc głowy. Głos zabrzmiał ochryple, jakby należał do człowieka, który od dawna nie używał go do niczego poza oddychaniem. Zmarszczył brwi, próbując rozważyć własne słowa, ale myśl, która powinna była nastąpić po wypowiedzi, gdzieś się zagubiła. - Nie mogę wstać.
Nie był pewien, czy powiedział to na głos, czy jedynie pomyślał, że powinien. Przez moment czekał na własną reakcję, jakby spodziewał się, że gdzieś w głębi umysłu odezwie się człowiek rozsądny, zdyscyplinowany i dostatecznie przytomny, by uznać tę uwagę za absurdalną. Nie odezwał się nikt. Raphael wypuścił powietrze przez nos, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, który równie dobrze mógł być grymasem zmęczenia. Potem znów zapadła cisza. Nie próbował jej wypełniać. Po raz pierwszy od nieokreślonego czasu nie czuł przymusu, by kontrolować przebieg rozmowy, narzucać jej kierunek ani upewniać się, że ostatnie słowo należało do niego. Siedział z głową zwieszoną na piersi, czując obok siebie jasną obecność Glass, i pozwalał, by świat nadal rozpływał się na krawędziach, podczas gdy rzeczy, które powinien był rozumieć, pozostawały poza jego zasięgiem. Nie wiedział, dlaczego przyszła. Nie wiedział, czego od niego chciała. Nie wiedział nawet, czy za chwilę zdoła podnieść głowę i spojrzeć na nią bez wrażenia, że cała noc przechyla się razem z nim. Wiedział tylko, że nie odsunęła się od niego, a on, pomimo całego zamętu, który kotłował się pod czaszką, nie zamierzał jako pierwszy przerywać tej ciszy. Nie, kiedy całe jego ciało zdawało się zatapiać w twardym gruncie schodów.

Sadie Glass
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
Our thing progresses, I call and you come through
Blow all my friendships to sit in hell with you
But we're the greatest, they'll hang us in the Louvre
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description



dzień 43


Obróciła papierosa w palcach. Używka była kulą, o którą pozwalała sobie oprzeć bardzo rzadko. Sadie nie przeszkadzał sam koncept zaciągania esencją raka płuc - szanse, że dożyje leczenia onkologicznego i tak były niewielkie - natomiast lepki, cuchnący dym osiadający na skórze, ubraniach i włosach był zbrodnią przeciwko jej anielskiej prezencji. Nie zawsze jednak wybór był oczywisty. Czasami wszystkiego było za dużo, a kłęby trucizny chowały kruchą i słabą sylwetkę przed światem, który chciał od niej tylko coraz więcej. Nie zwalniał, kiedy Valencourt znikał. Nie zatrzymywał się, kiedy Gospodarz dawał jej wybór. A ona musiała dotrzymywać tempa nawet wtedy, gdy coś ewidentnie było nie tak.
Przechyliła głowę, a jej spojrzenie - zmęczone, nieuważne - osiadło na grubym konturze kasku. Nie wiedziała, o czym mówił człowiek schowany pod warstwami starannej konstrukcji stroju. O Francji? O posiadłości? Może po prostu nie planował opuszczać schodów, które uznał za odpowiednie miejsce do spędzenia nocy. Ostatnia możliwość wydawała się najbardziej prawdopodobna, choć raczej nie dlatego, że kilka niskich schodków mogło mu zaoferować więcej wygód niż wnętrze domu Prowadzącej.
Jej zaniepokojenie rosło, choć pozbawione nagłości i paniki tożsamych z kryzysem. Miała ich zbyt wiele. Mężczyzna u progu nie miał stać się kolejnym. Tym razem jednak nie podniósł głowy, nie spróbował nadać rozmowie kierunku, a same słowa wydobywały się spod kasku z opóźnieniem, którego nie potrafiła przypisać zwykłemu zmęczeniu. Jego głos był ochrypły, niewyraźny i pozbawiony tej charakterystycznej pewności, z jaką potrafił informować ludzi o rzeczach, na które jeszcze nie zdążyli się zgodzić.
Kask skutecznie utrudniał ocenę - nie widziała jego oczu, a pochylona postawa pozostawiała sporo miejsca na interpretację. Mogła jednak przypomnieć sobie inną sytuację, w której Raphael wykazywał porównywalnym procentem nieobecności w obecności.
To wyjaśniało przynajmniej część sytuacji.
Nie miała pojęcia co wziął, ile, kiedy ani w jakim towarzystwie, ale z pewnym rozczarowaniem musiała uznać, że wcześniejsza rozmowa w jego garderobie nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Pamiętała swój płacz, którego nie chciała nigdy powtarzać w jego towarzystwie. Pamiętała sugestię znalezienia zdrowszych sposobów odpoczywania. Nie była z tego szczególnie dumna, choć samą radę nadal uważała za rozsądną zarówno biznesowo, jak i prywatnie. Raphael dysponował przecież środkami wystarczającymi do zorganizowania niemal dowolnej formy rozrywki, jaką ludzkość zdołała wymyślić. Naprawdę nie musiał ograniczać się do tych, które wymagały później interwencji lekarza.
Najwyraźniej jednak nie znalazł niczego, co uznałby za odpowiedni substytut. Gdy zaciągała się papierosem, przez kilka sekund rozważała granice własnej hipokryzji. Odrzuciła jednak pokusę hierarchizowania substancji na inny, lepszy moment.
Zerknęła na motocykl. Był dowodem większego problemu - ktoś musiał nim przyjechać. Jeśli Valencourt w kasku, nie potrafiła sobie wyobrazić jak mógł to zrobić. Nie była pewna czy potrafiłby wskazać drogę, którą przyjechał - jesli więc prowadził w takim stanie, miała wobec niego długą listę zastrzeżeń. Postanowiła jednak nie rozpoczynać rozmowy od wyliczania wszystkich rzeczy, które mogły wydarzyć się po drodze.
Nieznacznie wyprostowała plecy, by wygodniej oprzeć ramię. Natychmiast poczuła znajome, nieprzyjemne ciągnięcie pod skórą. Ostatnio prawie zapomniała, jak jej ciało wyglądało bez śladów prób jego zawłąszczania. Krwiak zajmował znaczną część ramienia, a jego kolorystyka powoli przechodziła od głębokiego fioletu w odcienie, których obecność na ludzkim ciele Sadie uważała za nieuzasadnioną. Jeszcze kilka dni wcześniej mogła z pewną satysfakcją obserwować, że ślady po zamachu zaczynają wreszcie znikać. Wczorajsze spotkanie w alejce obok galerii skutecznie zakończyło ten optymizm.
Mężczyzna szukał Gospodarza. Sadie nadal nie rozumiała dlaczego uznał, że stanie się to łatwiejsze po uszkodzeniu jego Prowadzącej. Złapał ją z siłą wystarczającą do pozostawienia imponującego śladu, ale Marcus pojawił się, zanim sytuacja eskalowała. Napastnik wykorzystał okazję do ucieczki i nie został zatrzymany. Nie był to rezultat, który ją uspokajał.
Szczególnie irytował ją fakt, że nie miała jednak wystarczających informacji, by ustalić, czy incydent miał jakikolwiek związek z wcześniejszym zamachem, a mnożenie teorii na podstawie wspólnego mianownika w postaci własnych obrażeń wydawało jej się wyjątkowo mało produktywne. Nie on jeden szukał Gospodarza, i nie on ostatni przez Prowadzącą - ale on jedyny i pierwszy w sposób tak pozbawiony klasy. To nie współgrało z metodami ludzi, którzy wiedzieli, czym Gospodarz i Prowadząca trudnili się raz do roku. Nic w tej sytuacji się nie zgadzało.
Sadie przesunęła wolną dłonią po drobnym zagnieceniu materiału na kolanach. Suknia prezentowała się wspaniale, nawet jeżeli siadanie w niej na schodach stanowiło zaprzeczenie idei projektu. Żebro również nie podzielało entuzjazmu dla całego przedsięwzięcia, a szpilki od pewnego czasu przypominały jej, że do siedzenia absolutnie nie są potrzebne.
Po pięciu dniach pracy, kolacji z Gospodarzem, napaści i wieczorze spędzonym w towarzystwie ludzi zainteresowanych losem czajnika wartego prawie sześćdziesiąt milionów dolarów miała ochotę jedynie zdjąć buty.
A Raphael nie potrafił kontrolować własnych.
Pamiętała przedawkowanie, trzy dni, podczas których pozostawał nieprzytomny i łazienkę, ale teraz było inaczej. Siedział przed jej domem, nie musiała go szukać, nie musiała wchodzić do zamkniętego pomieszczenia ani zastanawiać się, czy w ogóle powinna. Nie wiedziała, dlaczego przyjechał akurat tutaj, ale nie potrzebowała znać odpowiedzi, żeby docenić rezultat. Wolała mieć go nieprzytomnego tutaj, niż w towarzystwie ludzi, dla których jego stan byłby okazją. W domu Sadie było wiadomo przynajmniej tyle, że nikt nie przedstawi mu jutro rachunku za dzisiejszą bezradność.
Przyglądała się jego postawie, nasłuchując oddechu i próbując ocenić jego stan. Dwa wypowiedziane zdania nie wystarczały do stwierdzenia, że pozostanie stabilny. Nie mogła wykluczyć konieczności telefonu do Marcusa. Ta decyzja nie zobowiązywała jej jednak do paniki, więc ponownie zaciągnęła się papierosem.
Wyprostowała się, wzrokiem obejmując ulicę, domy sąsiadów, słabe światła lamp ogrodowych i parkowanych samochodów. Rytm dnia dzielnicy był prostszy, niż pytania które zadawała sama sobie. Wyjątkowo nie rozpatrywała Valencourta jako możliwego partnera do rozmowy.
Chłód kamienia zaczynał przenikać przez suknię, nieprzyjemnie przypominając o fizycznej cenie perfekcji. Papieros powoli dopalał się między jej palcami, wreszcie został zgaszony w stojącej obok doniczce. Nie była szczególnie chętna do tworzenia nowego planu. Nie po tygodniu, w którym każda godzina zależała od cudzej dostępności, podpisu albo niemożliwych do spełnienia wymagań. Równie mocno nie odpowiadało jej jednak zostawienie człowieka w tym stanie na schodach.
Milczała jeszcze przez parę minut.
Mógł nie wracać. Wstać też mógł.
— Pomogę ci.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „#17”