Siedział w kącie sofy od niemal dwóch godzin, obłożony poduszkami tak, żeby żebra przypominały o sobie przy każdym wdechu, ale żeby żadna z nich nie uciskała ich zbyt mocno, a pod brodą miał koc w kratę, który matka podciągała mu co kilkanaście minut z uporem kogoś, kto walczy z przeciągiem w całym mieszkaniu. Obie ręce tkwiły przed nim w bandażach od nadgarstków po łokcie, białe i sztywne, ułożone na kolanach jak coś, co trzeba komuś pożyczyć na chwilę i oddać w stanie nienaruszonym. Herbata stała na stoliku dokładnie tam, gdzie nie dało się jej dosięgnąć, bo sięgnięcie wymagało ruchu, ruch wymagał pytania do mamy, a pytanie do mamy kończyło się zwykle tym, że to ona podawała kubek i robiła przy tym minę, której wolał nie oglądać. W mieszkaniu pachniało warzywnym rosołem, którego sam nigdy by nie ugotował, i świeżo upranymi firanami, których nie prał od lat, więc od trzech dni, odkąd wrócił ze szpitala, miał wrażenie, że wszedł do cudzego domu z własnymi meblami. Matka robiła porządki z rozmachem kobiety, która całe życie pracowała z ludźmi potrzebującymi systemu, a teraz dostała do dyspozycji cały lokal i jednego bezradnego syna. Rośliny przeniosła bliżej okna według planu światła, którego mu nie wyjaśniła, podlewała je co drugi dzień wodą z dzbanka, co do którego miał poważne zastrzeżenia, tylko że nie trafił jeszcze na odpowiedni moment, żeby je wygłosić. Gertruda, największa z paproci, stała teraz na fotelu przy oknie z miną ofiary przesiedlenia i patrzyła na niego z wyrzutem, który czuł nawet przez bandaże.
Dzwonek odezwał się około czwartej, jeden z tych starych, z plastikowym przyciskiem, który działał tylko wtedy, kiedy ktoś naprawdę chciał wejść, więc przez moment nie pomyślał nawet o listonoszu. Ucho złapało dźwięk, zanim głowa zdążyła go zrozumieć, a ciało zareagowało pierwsze: podniosło go do połowy z poduszek i zatrzymało w miejscu, w którym klatka piersiowa złożyła formalny sprzeciw. Z kuchni dobiegł szczęk łyżki odkładanej na blat.
—
Siedź — rzuciła matka tonem, którym przez trzydzieści lat uspokajała ludzi w sytuacjach o wiele trudniejszych niż własny syn na kanapie, po czym wytarła ręce w ściereczkę i ruszyła korytarzem.
—
Siedzę — wycharczał Paddy, opadając z powrotem, i dopiero kiedy ból trochę odpuścił, zorientował się, że wcale nie siedzi, tylko pochyla się do przodu jak pies nasłuchujący kroków pod furtką.
Otwierając drzwi, Eleanor zobaczyła najpierw gerbery, potem torbę z owocami zawieszoną na nadgarstku, białe pudełko trzymane w obu dłoniach tak ostrożnie, jakby w środku siedział ktoś żywy, i dopiero na końcu twarz, z której nie umiała odczytać niczego konkretnego poza tym, że jej właścicielka od dawna nie spała dobrze i nie przyszła tu dla przyjemności. Płaszcz w kolorze butelkowej zieleni, pomarańczowy sweter zsunięty z jednego ramienia, czerwone włosy. Nie wyglądała na kogoś od sąsiadów ani z opieki społecznej, a już na pewno nie na kogoś ze szpitala, bo ludzie ze szpitala nie przynoszą ciast. Za plecami Eleanor, z głębi pokoju, doszło głośniejsze niż zwykle skrzypnięcie sofy. Znała ten dźwięk. Syn właśnie próbował wstać po raz drugi i właśnie po raz drugi mu się to nie udawało.
—
Dzień dobry — powiedziała, odsuwając się o krok, żeby zrobić miejsce dla wszystkiego, co dziewczyna ze sobą taszczyła —
Proszę wejść, bo zaraz pani to wszystko wypadnie.
Z sofy Paddy widział wyłącznie wycinek przedpokoju, kawałek ściany z wieszakiem i fragment sylwetki, ale ten fragment wystarczył, żeby w głowie zaczęła mu się przesuwać jakaś mapa. Najpierw gerbery, pomarańczowe, w papierze, potem sweter w kolorze dyni, a wyżej włosy tak czerwone, że przez sekundę wziął je za odblask lampy. Jesień weszła mu na korytarz razem z mokrym wiatrem i nie zostawiła nawet wizytówki. Mózg po narkozie nadal poruszał się z prędkością poczty wiejskiej, więc dopiero kiedy kobieta uniosła podbródek, tym charakterystycznym, odrobinę bezczelnym ruchem, który znał ze setek porannych odpraw, cała układanka wskoczyła na miejsce i poczuł, jak robi mu się gorąco aż po opatrunki.
—
Mamo, to z zoo — zawołał, a głos wyszedł mu cieńszy, niż planował, więc odchrząknął i spróbował jeszcze raz —
To jest panna Aurora Swan, moja... no, kierowniczka. Znaczy się szefowa. Zasadniczo — dodał, choć w jego głowie brzmiało to znacznie sensowniej. Zerknął na własne ręce, jakby to one odpowiadały za bałagan w zdaniach, po czym wrócił wzrokiem do przedpokoju —
Wejdź, proszę. Tylko nie patrz na skarpetki, mama poukładała mi cały dom i nie wiem już, gdzie co leży, a skarpetki akurat zawsze miały skłonność do życia własnym życiem.
Chciał wstać, naprawdę chciał, bo człowiek, który przyjmuje gości na leżąco i w kocu, wygląda jak ktoś, kto nie szanuje wizyty, ale ciało ściągnęło go z powrotem szybciej, niż zdążył się wyprostować. Wydobył z siebie krótki syk, którego nie zamierzał nikomu pokazywać, i opadł na poduszki z miną człowieka, który sprawdza, czy wszystko nadal jest tam, gdzie było rano —
Przepraszam — wyrzucił z siebie —
Nie wstaję. Mama twierdzi, że jeśli spróbuję jeszcze raz, to przywiąże mnie do sofy tą tasiemką od firanek, a ostatnio nie mam siły na negocjacje.
Patrzył na nią dłużej, niż wypadało, ale nie potrafił przestać. Włosy, płaszcz, sweter, nic z tego nie pasowało do kobiety, która jeszcze niedawno stała na odprawie w granatowym żakiecie i spoglądała na grafik tak, jakby grafik był jej winien pieniądze. Przypomniał sobie, jak wyglądała tamtej nocy, blada, z radiem w drżących dłoniach, i natychmiast odepchnął to wspomnienie, bo nie zamierzał do niego wracać, nawet gdyby ktoś zagroził mu drugą operacją. Nie dlatego, że było niewygodne. Raczej dlatego, że nie należało do niego.
—
Fajny kolor — dodał, zanim zdążył to powstrzymać —
Włosów. Mówię o włosach — kiwnął głową, jakby to cokolwiek wyjaśniało, a kiedy uświadomił sobie, że kiwa nią o sekundę za długo, zamilkł i zaczął z nadzwyczajną uwagą studiować bandaż na lewym przedramieniu.
Matka tymczasem otworzyła drzwi szerzej i wyciągnęła ręce w stronę gerber, gotowa je przejąć, kiedy tylko dziewczyna zdecyduje się je oddać, a ściereczka w jej dłoni nadawała całemu gestowi charakter ekspedientki w dość nietypowej cukierni.
—
Kwiaty wstawię do wody, ciasto zaniosę do kuchni, a pani proszę nie stać w progu, bo wyziębi się całe mieszkanie — oznajmiła, po czym zerknęła w głąb pokoju z wyrazem twarzy, który Paddy znał aż za dobrze i który oznaczał, że wieczorem czeka go przesłuchanie —
Zaraz zaparzę herbatę. Niech ktoś tylko zadecyduje, jaką.
—
Mamy zwykłą, zieloną i taką z jakimiś ziołami — podrzucił Paddy z sofy, zadowolony, że udało mu się wypowiedzieć choć jedno zdanie bez pomyłki —
Ta z ziołami jest dość osobliwa, ale mama twierdzi, że działa na wszystko — skinął brodą w stronę fotela przy oknie, na którym stała Gertruda, a obok niej trzy doniczki ewakuowane z parapetu —
Usiądziesz? Tylko przestaw ją gdzieś, jeśli możesz. Nie gryzie, ale potrafi się obrazić.
Aurora B. Swan