ODPOWIEDZ
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
In a battle all you need to make you fight is a little hot blood and the knowledge that it's more dangerous to lose than to win.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

013.
W trakcie blackoutu wyjazd do rodzinnego domu był najlepszą decyzją.
W lichej ramie przeszłości lokował się konkretny obraz domu babki. Każdy z pokojów, malowany inną barwą wspomnienia, niósł za sobą gamę pozytywnych odczuć i nie dawał mu zapomnieć o tym, co było kiedyś. W głównej jednak mierze, dom w Grosse-Île wciąż stanowił dla Milesa pewnego rodzaju azyl, oazę spokoju i strefę przejściową między bezpieczeństwem, a ulgą.
Pozostawiony na wakacje w Quebecu, rok za rokiem mógł odetchnąć tu od górnolotnych wymagań wiecznie zmartwionej czymś matki. Oddalić myśli od nieszczęśliwej fasady rodzinnej, w której murach czaiła się samotność. Mógł też skupić się na kimś, kto przynajmniej w małym stopniu potrafił zrekompensować mu brak znaczenia, przynależności, czy ojcowskiej miłości, której nigdy nie zaznał. O Jeremym Howardzie, znanym na cały świat chirurgu, bardziej słyszał, niż go widział. Mieszkanie Geillis, jego babki od strony matki, było więc dla niego miłą odskocznią od nieobecności ojca. Miejscem pełnym łagodności i elegancji; ciepłych kolorów i języków ognia, splecionych w kominku podczas wieczornych aktywności w salonie z zawsze obecną tam staruszką.
Pamiętał urywki ich krótkich spotkań, gdy zatopiony w miękkości pożółkłej kanapy, z nosem obok zapalonej lampy, zaczytywał się w kolejnych tomach książek, a ona, nachylona nad nim w zaciekawieniu, zadawała mu pytania o lekturę. Nie potrafił co prawda przywołać w głowie dokładnego jej wyglądu, oczami wyobraźni widział jednak emocje staruszki i to, jak jej twarz, przecięta łagodną zmarszczką satysfakcji przy ustach, z jasnymi oczami zabawnie przymrużonymi od śmiechu, wyrażała czystą radość i zadowolenie z obecności wnuka. Pomimo upływu lat, lubił odwiedzać to miejsce i zamierzał to zrobić także w ten jedyny wolny od pracy weekend, pomimo panującego w mieście zamieszania. Albo właśnie przez wzgląd na chaos, który paraliżował miasto i uniemożliwiał absolutnie wszystkie rozsądne aktywności, które mogłyby znieść z niego presję oraz zmęczenie po szpitalnej pracy.
Już teraz, wyjeżdżając ledwie z Financial District, czuł ogromną ulgę na myśl o tym, że za osiem godzin będzie mógł wejść do salonu z kominkiem. Przypominał sobie także zapach pokrzywy, jaki zawsze towarzyszył Geillis, niezależnie od tego, czy źródłem woni był napar od świeżo zaparzonej herbaty ziołowej, postawionej na stoliku, czy używany na co dzień przez nią szampon do włosów.
Dziś już nic nie pachniało w ten sposób. Większość kosmetyków była sztuczna, intensywna… nie mówiąc o detergentach, z którymi na co dzień spotykał się w pracy. Dlatego tak bardzo cieszyła go wizja opuszczenia miasta… i z tego samego powodu, będąc w całkiem dobrym nastroju jak na zaistniałe okoliczności w Toronto, zatrzymał się na poboczu tuż przed sylwetką zupełnie niegroźnego z wyglądu autostopowicza.
Szyba samochodu powędrowała do dołu, zatrzymując się u połowy długości, gdy otworzył usta w pytaniu:
— Podrzucić Cię gdzieś?
Język Milesa, przyzwyczajony do formalności, nie brzmiał może zbyt swobodnie, sztywność mięśni czaiła się bowiem w tkankach ruchliwego aparatu mowy, za to nie można było mu odmówić spokoju i zaangażowania, gdy nie tylko obrzucił chłopca łagodnym spojrzeniem, ale również zachęcająco wychylił się w jego kierunku i otworzył pasażerskie drzwi.
— Jeśli to gdzieś na przedmieściach, to nawet lepiej, bo wyjeżdżam za Toronto, więc będzie mi po drodze — dodał, a jako rozsądny człowiek, dbający o komfort innych osób, w międzyczasie wyciągnął z portfela własne ID, podając je przez uchylone wciąż okno, by Oscar miał pewność, że rozmawia z kimś przyzwoitym, a nie seryjnym mordercą.

Oscar Malone
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Powinien siedzieć na dupie w mieszkaniu Patricka, który łaskawie i z pełną dobrocią serca pozwolił mu zatrzymać się u siebie. Powinien kombinować, jak najlepiej zagospodarować czas w ciemnościach, które ogarniały miasto, dbając, żeby dom weterynarza prezentował się równie nienagannie, jak zawsze. Zamiast jednak tego postanowił wybrać się na wycieczkę, co już samo w sobie było kompletnym idiotyzmem, biorąc pod uwagę, że przez braki w dostawie prądu ludziom odwalało. Co rusz czytało się o kolejnych napadach, włamaniach, próbach wymuszania i innych niepokojących wydarzeniach, pośród których z pewnością było jeszcze wiele morderstw. O tych jednak Oscar wolał nie wiedzieć, bo jak to się mówić - im człowiek mniej wie, tym był szczęśliwszy.
Nie miał pojęcia, co właściwie podkusiło go, żeby poszwendać się po ciemnych ulicach, tym samym aż prosząc się o kłopoty. Odniósł wrażenie, że miał do nich niebywałą smykałkę, przyciągając je niczym magnes, za każdym razem potrzebując kogoś, kto mógłby go z nich wyciągnąć. Patrick był w tym mistrzem, pewnie dlatego Malone czuł do niego tak wzmożoną sympatię, będąc mu zwyczajnie wdzięczny za okazanie pomocy. Nadal czuł się trochę niepewnie w związku z ostatnimi zdarzeniami z udziałem jego dziewczyny, która wpadła w istny szał, kiedy tylko zobaczyła bezdomnego chłopaka, bo chociaż został zbombardowany zapewnieniami, że kobiecie przejdzie i on nie ma się czym przejmować, tak myśl, że swoją osobą mógłby zniszczyć czyjś związek była mało przyjemna.
Może o to chodziło? Żeby na chwilę uwolnić głowę od nieprzyjemności i zbyt analizujących przemyśleń?
Westchnął i kopnął jakąś puszkę leżącą na ziemi. Tych śmieci było coraz więcej; najwidoczniej nikt nie kwapił się, żeby w takich okolicznościach latać po mieście i zbierać nieczystości, skoro pewnie zaraz i tak miały pojawić się kolejne. To trochę taka syzyfowa praca, której on sam by się nie podjął.
Patrzył, jak aluminiowe opakowanie toczy się w tylko sobie znanym kierunku, kiedy niespodziewanie nawiedziła go potrzeba opuszczenia miasta. Kolejna głupota, której się poddał, bo niestety Oscar daleki był do podejmowania racjonalnych decyzji. Dlatego, wbrew jakimkolwiek ostrzeżeniom pojawiającym się w głowie, stanął przy ulicy w miejscu, w którym w razie czego mógł zatrzymać się jakiś samochód i wystawił rękę chcąc złapać stopa. Miał w tym spore doświadczenie, ostatecznie tak dostał się do Toronto kilka miesięcy temu.
Kilka minut później zatrzymał się przy nim dobrze wyglądający samochód. Proszę, czyli ominie go jazda w śmierdzącym starym wraku.
Przyjrzał się mężczyźnie, który wychylił się z pojazdu - był przystojny i wydawał się miły. Ale mordercy i psychopaci też tacy byli na pierwszy rzut oka.
Czy to w ogóle rozsądne, żeby w takich ciemnościach pakować się do samochodu obcego typa, który wiekiem pewnie zbliżony był do jego ojca?
-Jeśli można, to z chęcią! - odpowiedział, bo oczywiście stąpanie po cienkim gruncie było jego specjalnością. - O to dobrze się składa, bo właśnie tam chciałbym się dostać, a busy… no nie kursują za bardzo - wzruszył ramionami, nie wiedząc nawet czy faktycznie transport miejski jeździł czy nie. - Od kiedy ludzie pokazują swoje dowody, jak się stopa łapie? Nie obawiasz się, że wykorzystam twoje dane? - skomentował, pierwszy raz spotykając się z podobną sytuacją.
Obszedł samochód i wpakował się na miejsce pasażera, obracając głowę w stronę mężczyzny. Miles, jak zdążył się dowiedzieć.
-Nie przeszkadza ci, że będę siedział tutaj? Z przodu jest lepszy widok, a ja lubię patrzeć na widoki. No chyba, że wolisz, żebym siedział z tyłu to nie ma problemu, chociaż wtedy jakbym był mordercą to łatwiej byłoby mi cię zabić. Znaczy no… nie jestem, żeby nie było - zapewnił szybko, bo chyba trochę go poniosło w tych rozważaniach. Jeszcze trochę, a go facet wywali z samochodu uznajac za wariata.

Miles Howard
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
In a battle all you need to make you fight is a little hot blood and the knowledge that it's more dangerous to lose than to win.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chwila ciszy zastygła w powietrzu, przecinając przestrzeń. Poza dwoma natężonymi nieznacznie oddechami, zarosłymi w narośl ostrożności, nie słychać było żadnych innych dźwięków. Wiatr ustał, kołysząc się ledwie w kątach ulicy, gdzieś w oddali i gdzieś w wyciszeniu, gdy młodzieniec przyglądał mu się z pobocza. Nim padła odpowiedź nieznajomego na zadane mu pytanie, Miles zdążył jeszcze bezwiednie przesunąć dłonią wzdłuż połów grubej, jesiennej kurtki. Nie spodziewał się odmowy z jego strony, sądząc po tym, że Toronto w trakcie blackoutu pogrążone było w ciemnościach i w ogarniającej miasto pustce. Mało kto kręcił się po okolicy w ostatnich dniach, a już zdecydowanie niewiele kierowców zdecydowałoby się stanąć przed samotnym autostopowiczem. To zresztą był jeden z bodźców, które przekonały Howarda do zatrzymania się przed chłopakiem. Wrodzona mu empatia odzywała się zawsze nieproszona, i zawsze wbrew jego własnym celom, jako że odwiezienie chłopca poza miasto zapewne wiązało się z odejściem z głównej trasy. Dlatego niemal z ulgą i uśmiechem przyjął informację o tym, że w zasadzie młodzieńcowi bez znaczenia było gdzie dokładnie się dostanie, poza tym, że pragnął wydostać się z miasta. W tym mógł mu pomóc nie naginając nawet własnych planów.
— Mam uruchomioną blokadę kredytowania w banku. Moje dane na nic się nikomu nie zdadzą — wyjaśnił spokojnie, kiedy ciało pasażera znalazło się już na fotelu obok niego. Choć wątpliwości nieznajomego były słuszne, w końcu ktoś mógł potencjalnie chcieć wykorzystać jego dane, Miles był zabezpieczony na tę okazję. Pozostawał w życiu pragmatykiem, a skoro wszystkie swoje kredyty spłacił lata temu i nie planował kolejnych, nie musiał mieć tej opcji udostępnionej we własnej bankowości.
— Z tymi widokami to trochę wątpliwa sprawa… — nawiązał do jego słów, obserwując, jak przed maską samochodu już od jakiegoś czasu zbierała się wilgoć, a powietrze było wyraźnie chłodniejsze, spokojne. Rosa z powietrza osiadała tym samym na karoserii, zwiastując tym nadejście mgły. — Raczej niewiele będziemy widzieć na trasie.
Do słów o mordercy w ogóle się nie odniósł, nie chcąc sugerować chłopcu wprost, że wyglądał niegroźnie i gdyby nim był, to zdecydowanie miałby utrudnione zadanie w ogłuszaniu kogoś jego postury. Co prawda Miles nie był zagorzałym sportowcem, ale regularnie ćwiczył. Przy tym, praca na oddziale ratunkowym nauczyła go refleksu i podzielności uwagi, więc bez problemu mógł jednocześnie pilnować drogi i kontrolować ruchy chłopca.
— Jak masz na imię? — spytał, nie tylko z ciekawości, ale również z chęci podtrzymania rozmowy, która mogła im nieco uprzyjemnić trasę i zabić czas, zwykle dłużący się w ciszy.
Tymczasem po uruchomieniu silnika i ruszeniu z podjazdu, założenia Milesa powoli się spełniały. Już po paru minutach jazdy powietrze było poza miastem niemal nieruchome, a gdy tylko zjechali z asfaltu, ciepły grunt wydał z siebie ostateczny, ciężki oddech, osadzony mleczną osłoną na pobliskich drzewach i karoserii auta. Sceneria – ciemna, chłodna i podejrzanie wręcz bezwietrzna – przybrała melancholijny, horrorowy nastrój, który dopełnił się ostatecznie, gdy wjeżdżając w jedną z pobocznych szutrówek, drogę zagrodził im potężny pień drzewa, obalonego przez całą szerokość leśnej drogi.
— Tędy nie przejedziemy, trzeba zawrócić — wyraził myśl, która zapewne błąkała się w głowach ich obu. Nie było innej możliwości. Silnik samochodu zaryczał żałośnie na wstecznym, jakby ostrzegał ich przed czymś, z czego oni jeszcze nie zdawali sobie sprawy. I wtedy wszystko lawinowo się sypnęło. Najpierw nawigacja w samochodzie padła, zawieszając się w losowym punkcie na ekranie, potem, gdy Miles próbował uruchomić aplikację w telefonie, okazało się że nie ma w nim zasięgu, a na końcu, gdy pogodził się z zawodnością technologii, zawiódł również czynnik ludzki: zamiast wydostać się z lasu, utknęli w dokładnie tym samym miejscu pod obalonym drzewem, dojeżdżając do niego tym razem wolniej, z mniejszym przekonaniem. Zatrzymał się metr lub dwa przed pniem, rozglądając się przez okna w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek, gdzie mogliby jechać dalej, by z powrotem nie zabłądzić w to samo miejsce.
Mgła jednak zgęstniała niespodziewanie szybko, otulając szczelnie przestrzeń – na tyle mocno, że Miles w którymś momencie nie był w stanie dostrzec nawet pnia przed maską, który przecież na pewno tutaj był.
Westchnął ciężko, odpinając pas kierowcy.
— W takich warunkach ciężko będzie ruszyć się gdzieś dalej, tym bardziej bez nawigacji. Ale z tego co pamiętam gdzieś w okolicy powinna być wioska. Idziemy na pieszo? Może tam mają chociaż jakąś mapę papierową z okolicznych dróg.
W zasadzie nie czekając na odpowiedź pasażera, wyszedł na zewnątrz, obchodząc samochód, by otworzyć również chwilę później drzwi pasażerskie.
— To z dwa kilometry stąd — rzucił zachęcająco. Co prawda mrok, spowijający przestrzeń nie zachęcał do nocnych spacerów, ale nie mieli innego wyjścia. Miles wyciągnął więc w międzyczasie latarkę ze schowka pasażerskiego, czekając aż młodzieniec podąży za jego wskazówkami.

(…) Nie liczył minut od wyjścia z samochodu. Dzięki temu frustracja nie obiegła jego ciała, a postawa Milesa, mimo zaistniałej sytuacji, epatowała spokojem. Jedynie ramiona, naprężone i sztywne od chłodu, stanowiły sygnał tego, że i on nieco się stresował. Nie tym, że nie dojdą do wioski, bo ta na pewno gdzieś tutaj musiała być, tylko tym, kiedy to nastąpi. Cisza, wypełniona wciąż ciążącą im ostrożnością, zaczynała go przytłaczać i męczyć. Westchnął więc ciężko, kątem oka zerkając na swojego towarzysza i omal nie wpadając przy tym na coś po drodze. W ostatniej chwili cofnął bark, ocierając się ramieniem o otwarte na oścież drzwi do samochodu... obecność maszynerii pośrodku lasu nie napawała optymizmem, sugerując, że raczej dawno nikt tędy nie szedł, skoro porzucone przez kogoś auto nie zostało stąd zabrane... i to najwyraźniej przez wiele lat. Znaleziony samochód był bowiem stary, porośnięty mchem, wyglądający na rocznik 80. Drzwi mógł co prawda ktoś otworzyć w poszukiwaniu schronienia, jak oni, ale w środku nikogo nie było. I to w tym wszystkim było najbardziej podejrzane.
— Masz pomysł, co robimy dalej? — zagadał młodzieńca, odwracając się w jego kierunku. Głos pozostał statyczny, ciało Milesa poruszyło się jednak nieco nerwowo, gdy rozcierał dłonie, pozbywając się mrowiącego go uczucia zimna przy palcach.
rzut kością
wynik: 11, link do rzutu
Natrafiacie na wóz z lat 80., porośnięty mchem. Drzwi są otwarte na oścież, a w środku nikogo nie ma.
Oscar Malone
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Rexdale”