ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
163 cm
malarka / baristka The Big Guy's Little Coffee Shop
Awatar użytkownika
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miller zdążyła przyzwyczaić się do tego, że w ostatnim czasie brakowało im rąk do pracy i była zmuszona sama przygotowywać kawiarnię do otwarcia. Tego dnia nie było inaczej, choć Cole zapowiedział, że podrzuci jej jakąś osobę do pomocy. Spodziewała się kogoś ogarniętego, biorąc pod uwagę fakt, że podobno miał być to chłopak, który już od dwóch tygodni szkolił się pod czujnym okiem samego szefa. Cieszyła się, że ktokolwiek w ogóle z nim tyle wytrzymał, bo akurat to nie było aż tak oczywiste - ludzie potrafili rezygnować po zaledwie kilku godzinach, bo szybko okazywało się, że praca w kawiarni nie polega na piciu kawy i opieraniu się o ladę. Szczęścia Bonnie nie zburzyło nawet to, że Sullivan próbował ją uprzedzić, że „ten nowy to niezłe ziółko”. Chciała się jednak przekonać o tym na własnej skórze, wiedząc, że opinie Pana Marudy należy traktować z przymrużeniem oka.
Nie mieli jeszcze okazji się poznać, więc nie wiedziała o nim prawie nic. No może z wyjątkiem imienia i nazwiska, które wpisane były w grafik. Wiedziała już też, że był spóźnialski… i to bardzo. Spoglądając na wielki, ścienny zegar, wydała z siebie tylko kolejne westchnienie. Dwie godziny. Zdążyła upiec już ciastka, ułożyć je w witrynie, przygotować salę oraz wszystko co było im potrzebne za ladą. Zaczęli nawet pojawiać się już pierwsi klienci, którzy codziennie wpadali do nich na kawę przed pracą, a Bonnie powoli zaczęła godzić się z tym, że jej współpracownik nie przybędzie. Ruch na szczęście nie był duży, więc bez większego trudu panowała nad wszystkim.
Przy spienianiu mleka do jednego z zamówień, znów zerknęła na zegarek. Trzy godziny. Pewnie już dawno powinna zadzwonić do szefa i powiadomić go o nieobecności Riversa, ale darowała sobie. Po pierwsze, nie chciała go niepotrzebnie martwić (znowu!), a po drugie - miała dziwną potrzebę udowodnienia, że daje sobie świetnie radę i to bez niczyjej pomocy.
Właśnie wtedy, gdy zajęta była przygotowywaniem napoju, ktoś bezczelnie władował się za ladę. Bez słowa. Żadnego „hej”, „przepraszam”, czy „pocałuj mnie w dupę”. Po prostu wlazł tam, jakby był u siebie i tylko czekał, aż zostanie zauważony. Miller, patrząc przez moment na nieznajomego, który stał tam jak słup soli, uniosła tylko brwi i zaraz wróciła do swoich zajęć.
— Tony, tak? — mruknęła pod nosem, unikając już jego wzroku — Spóźniłeś się, Tony.


Tony Rivers
ave
szkoda strzępić ryja
30 y/o
For good luck!
184 cm
na wygnaniu w rodzinnej firmie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Cień irytacji nawiedza, gdy otoczony, by nie powiedzieć stłamszony w mieszkaniu przypominającym schowek na buty, tkwi między ludźmi upchanymi, niczym sardynki w puszce. Ten zupełny brak człowieczeństwa, był dla niego bolesną lekcją pod tytułem: „jak można tak żyć?”
Nie potrafił przywyknąć do nowych warunków. Odcięcie od funduszy, a za tym idąca utrata stanowiska i wpływów sprawiały, że telepało go na samą myśl o ojcu, który postanowił „nauczyć go życia” – dla niego, była to kara, smutny obowiązek starego zgreda, który sobie wymyślił nowy sposób na torturowanie go, bo śmiał myśleć kreatywnie, inaczej niż banda pochlebców, uniżenie pełzająca za szlachetnym i nieomylnym Ewanem Riversem – wielkim prezesem, dyktatorem i apodyktycznym ojcem. Drażniło go, że ojciec nie potrafił zaakceptować jego nowej wizji na działania firmy, a jego inicjatywy stanowiły poletko do śmiechów na zebraniach zarządu. Ta degradacja społeczno-zawodowa, miała, jak ojczulek stwierdził; nauczyć go szacunku do dolara i zwykłych ludzi. Sęk w tym, że takowy szacunek Tony już posiadał, rozumiał, że świat jest cholernie niesprawiedliwym miejscem, w którym bogaci mogą robić, co chcą, będąc przy tym roszczeniowi i chamscy, a biedniejsi ludzie, ci, którym szczęście nie dopisało, muszą często słuchać tych palantów, często dla nich pracując.
Akceptował to.
Ale nie rozumiał idei ojca, który go gasił, jak peta i umniejszał. Nie dając szansy się wykazać, mimo lat studiowania, nauki i czerpania ze środowiska. Wszystkie te lekcje strategii biznesowej, ekonomii, znajomości maszyn wydobywających ropę, było dla niego śmiertelnie ważne. Bo nie brakowało mu ambicji, pragnął się rozwijać, lecz to, co przedstawiał, to jak gryzł się z Ewanem, niemal na każdym kroku, a w ostatnich miesiącach, było to notoryczne, musiało zaowocować wybuchem starego.

I skończył w wynajmowanym mieszkaniu; łapiąc śmieszną, tymczasową robotę, a całymi dniami myślał, o tym, jak wrócić na szczyt. Bo nie uśmiechało mu się spędzenie kolejnego miesiąca w tej zatęchłej klitce, o papierowych ścianach. Frustrowała go ciasnota i brak przestrzeni. Drażnili ludzie i syf na klatce oraz w windzie. Był przyzwyczajony do innych warunków życia i pragnął tam wrócić, ale staremu nawet matka nie przemówi do rozumu, gdy ten się uprze.
Wiedział, że mógłby przeczekać tę wojnę, uciec do Europy, tam żyć z tego, co matka by mu przelewała, czekając na lepsze czasy, ale był równie uparty i honorowy, co ojciec, chciał zademonstrować mu, że potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji.
Mimo oczywistej manipulacji ze strony ojca, tej gierki, w którą ten grał, Tony zamierzał pokonać go jego własną bronią, dlatego nie odpuszczał.

Spóźnił się do pracy… bo zasnął około trzeciej w nocy. Sąsiadka za ścianą tłukła męża patelnią do późnych godzin, a jego żałosne wrzaski, niosły się po całym piętrze. Zignorował pierwszy budzik, dając sobie z automatu godzinną drzemkę, a później jeszcze kwadrans, co w efekcie skończyło się tym, że zaspał solidnie do pracy.
— Ta… wiem, nie mogłem zasnąć w nocy — zawalił, choć przełożony mówił, że miał dziś zmianę z jakaś Bonnie. Ta miała minę, jakby jedyną słodyczą w jej życiu było dobijanie klientów swoim pesymizmem. Niewiele o niej słyszał, poza utartymi, wręcz schematycznymi gadkami, że dobra z niej pracownica. Nie wyciągnął z szefa niczego więcej, a teraz żałował.
— To się już nie powtórzy — mruknął, zasalutował niedbale i poprawił plakietkę na firmowym fartuszku. Jego zmęczone spojrzenie zawisło na postaci kobiety. — Długo tu pracujesz? — zagadał, aby nie pozostawać w ciszy, jednocześnie podszedł do ekspresu: — kawy? — chciał odwrócić uwagę od swojej wpadki i jakoś wyjść na prostą. Nie zależało mu na wszczynaniu kolejnej wojny…


Bonnie Miller
30 y/o
For good luck!
163 cm
malarka / baristka The Big Guy's Little Coffee Shop
Awatar użytkownika
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tony nie zrobił na niej dobrego pierwszego wrażenia, to chyba oczywiste. Spóźnił się na ich pierwszą wspólną zmianę, w dodatku bez żadnego uprzedzenia. Domyślała się, że mógł zaspać albo po prostu utknąć w porannych korkach, ale nie spotkała się jeszcze z tym, by ktokolwiek wpadał do kawiarni aż po trzech godzinach(!) od planowanego czasu rozpoczęcia pracy. Miller być może byłaby nieco bardziej wyrozumiała w stosunku do niego i całej tej sytuacji, gdyby nie jego zachowanie i ten luzacki, wręcz lekceważący ton, jaki jej od wejścia serwował.
Ta… wiem…
Och. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Rivers zdecydowanie padłby ofiarą ataku swojej nowej koleżanki. Na szczęście dla niego, ciskanie niewidzialnymi piorunami z oczu to jedyne co Bonnie mogła zrobić. Nie licząc oczywiście narzekania, bo tego zapewne będzie musiał niestety dzielnie wysłuchać.
— Mhm, nie mogłeś zasnąć — powtórzyła i prychnęła przy tym, a gdy już wydała zamówienie klientowi, znowu skupiła wzrok na mężczyźnie, który stał za ladą, utrzymując bezpieczny dystans. Przyglądała mu się chwilę, z kpiącą miną, co było do niej zupełnie niepodobne. Tak samo jak jej następny komentarz pod adresem tego nieszczęśnika — Szczerze mówiąc to wyglądasz jakby cię przed chwilą z krzyża zdjęli. Musiałeś ostro zabalować — rzuciła przypuszczeniem, jednak święcie przekonana o swej racji. Wyglądał jej na takiego typka, który zabawia się gdzieś w klubach do białego rana, zupełnie nie przejmując się tym, że ma jakiekolwiek zobowiązania, w tym chociażby to, by pojawić się w pracy o wyznaczonej godzinie.
— Powinieneś przeprosić — wypaliła nagle, ignorując jego pytanie o długość jej stażu. Stanęła naprzeciw niego ze skrzyżowanymi rękoma — Następnym razem od razu dzwoń i uprzedź, że nie pojawisz się punktualnie. Choć mam nadzieję, że do następnego razu w ogóle nie dojdzie — mówiła spokojnym, ale poważnym tonem, niczym nauczycielka opieprzająca jakiegoś uczniaka za niewłaściwe zachowanie. W ogóle to do niej nie pasowało. Usunęła się mu z drogi, gdy ruszył w stronę ekspresu i tylko cicho westchnęła, nie będąc pewną czy cokolwiek z jej gadania do niego dotarło.
— Poproszę. Pokaż czego Cole zdążył cię nauczyć — powiedziała, przystając na propozycję, choć w pierwszej chwili miała ochotę odmówić, ze zwykłej przekory. Miller nie zwykła jednak odmawiać kawy. Poza tym, to dopiero jego pierwsza wpadka. Co prawda nie do końca umiał zachować się w tej sytuacji jak należy i jak by sobie tego życzyła, ale miała też zbyt miękkie serce, by nie dać mu drugiej szansy — Ma być mocna i słodka.


Tony Rivers
ave
szkoda strzępić ryja
30 y/o
For good luck!
184 cm
na wygnaniu w rodzinnej firmie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie obchodziło go to miejsce, ani ci ludzie, był tu wyłącznie na moment, tak ulotny, że wkrótce wszyscy włącznie z nim samym zapomną o tym nieporozumieniu, które ściągnęło go w odmęty tej śmiesznej kawiarenki. Był to czysty absurd, coś tak sprzecznego z jego dotychczasowym życiem i aspiracjami, że aż litość brała, gdyby miał komukolwiek o tym powiedzieć, gdyby ktoś z jego „znajomych” rozpoznałby go zza ladą tego cieszącego się raczej mierną popularnością miejsca.
Wyłącznie kawa tu była zadowalająca – nic poza nią nie trzymało się kupy.
I to spojrzenie – wzdrygnął się lekko, gdyby tylko ta kobieta, mogła się obejrzeć w lustrze – szczerze współczuł jej facetowi, kobiecie, komukolwiek, kto musiał z nią wytrzymywać. Słyszał o niej wyłącznie ploteczki, które wyciągnął od innych pracowników kawiarni, te zdecydowanie nie były przychylne, wręcz odpychały, a jednak przekonywał się osobiście, o jej niezwykłym uroku osobistym, takie jak ona powinny mieć tabliczkę z ostrzeżeniem: „uwaga zła kobieta” – widocznie życie poskąpiło jej miłych doznań, stąd nawarstwiająca się frustracja, którą przelewała na bliźnich. Jej kpiąca minka i sarkazm w głosie wyłącznie potwierdzały jego przypuszczenia, jednocześnie sprawiając, że Anthony miał ochotę zabawić się z nią, ot tak dla sportu podroczyć, coby blondyna o rdzawych zaciekach, mogła poczuć coś więcej, niż kopa kofeiny w żyłach.
Mierzył ją rozbawionym spojrzeniem, w jakim majaczyła ignorancja i totalny brak jakiegokolwiek szacunku. A mogła zacząć ten dzień lepiej. Dla przykładu przyjęcie do wiadomości jego słów – szczerych, było nie było… i akceptacja faktu, że mimo spóźnienia przyszedł do pracy, bo ma jednak jakieś poczucie obowiązku, a ona? Ona robi miny, jakby ta buda była jedynym miejscem serwującym kawę w Toronto i to od nich zależałoby rozbudzenie połowy miasta – absurd.
Dodatkowo dopowiadała sobie niestworzone historie, co za fantazja, cóż za uprzedzenie, i tylko dlatego, że się spóźnił? Och…
Westchnął i uśmiechnął się rozczulająco. — Zacząłem tak ładnie, a ty musiałaś to popsuć, oj… szkoda… — zaakcentował ostatnie słowo, nieco za słodko, ale nie przejął się tym i kontynuował. — Choć masz bujną wyobraźnię i szybko rzucasz fałszywe oskarżenia, muszę przyznać, że odrobina dobrej zabawy by Cię z całą pewnością nie zabiła — mówił, całkiem szczerze, bo faktycznie poczuł się urażony jej słowami, ale przecież nie da tego po sobie poznać, prawda? — Powinienem przeprosić? — nachylił się w jej kierunku i przedrzeźnił, powtarzając po niej. Po czym w szarozielonych oczach zapłonął bardzo niebezpieczny ogień.
— Ja bardzo rzadko przepraszam. — Dokończył zmienionym głosem, znacznie głębszym i mocniejszym w porównaniu do wcześniejszych wypowiedzi. — Ta… jasne. — Ruszył bez słowa w kierunku ekspresu i zaczął szykować kawę. Był podminowany, ta baba podziałała na niego mocniej, niż to zakładał. Dłonie mimowolnie mu drgały, a oddech stał się płytki, to miejsce było żałosne. Pozbawione jakiejkolwiek kultury, czy elegancji, było tak nijakie i beznadziejne. Wkurwiało go, że akurat w tym lokalu musieli go umieścić. Jak to Gerri powiedziała: „strategiczny odwrót, ot przeczekasz tydzień dwa, pokażesz, że potrafisz pracować w każdych warunkach, a ojciec zmieni zdanie” – jej słowa w tym kontekście brzmiały, jak nieśmieszny żart. Wprawdzie, mógł trafić gorzej, lecz po znajomości swojej „asystentki” z szefem tego przybytku trafił właśnie tutaj.
— Masz — i udław się — dodał już jednak w myślach, kawa i owszem była mocna i słodka, sam taką pijał. Ciemna jak niebo w bezksiężycową noc i pobudzała lepiej niż wiadro zimnej wody. Potrafił parzyć kawę na kilka sposobów, to akurat uważał za jedna z przyjemniejszych porannych rutyn, choć maszyny, jakimi tu dysponowali, musiał to przyznać, wcale nie były złe.


Bonnie Miller
30 y/o
For good luck!
163 cm
malarka / baristka The Big Guy's Little Coffee Shop
Awatar użytkownika
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miller nie miała bladego pojęcia o tym w jak uprzywilejowanej sytuacji tak naprawdę znajduje się jej nowy kolega, ale to może i dobrze, bo pewnie miałaby do niego jeszcze bardziej wrogie nastawienie. Choć „nowy kolega” to chyba zbyt dużo powiedziane. W tamtym momencie, nawet określenie go „współpracownikiem” byłoby czymś nad wyraz. Trafił tam wyłącznie na chwilę i to nie dlatego, że nie miał wyjścia, bo przecież nie został tak zupełnie odcięty od funduszy, a jedynie przez kaprys swojego ojca i przez to, że sam nie potrafił schować dumy do kieszeni i był uparty jak osioł w tym całym konflikcie. Wystarczyło, by podkulił ogon i przyznał rację staremu, a mógłby wrócić do swojego wygodnego życia, w którym nigdy niczego mu nie brakowało. A na pewno nie brakowało pieniędzy.
Kilka lat wcześniej, Bonnie również myślała, że długo nie zabawi w kawiarni Sullivana. Jakże naiwna wtedy była! W dodatku bardzo pewna siebie. Wierzyła, że ktoś w końcu odkryje jej talent, a jej obrazy będą warte miliony. Ta praca miała być czymś “na przeczekanie”, aż przyjdą lepsze czasy. Niestety sytuacja dość szybko ją zweryfikowała, bo problemy finansowe magicznie nie znikały, a wręcz przeciwnie. Do dziś żyła z nożem na gardle; widmem tego, że za niezapłacony czynsz trafi pod most, wraz z długami, których spłacanie zdawało się nie mieć końca. Tony nie wiedział nawet jakie miał szczęście, że nie musiał nigdy zaprzątać sobie głowy takimi sprawami.
Słysząc jego słowa, spojrzała na niego z niedowierzaniem, a może nawet lekkim rozbawieniem, wskazując przy tym na siebie palcem.
— Ja coś popsułam? A to dobre! — obruszyła się, opierając dłoń na biodrze — Wcale nie zacząłeś ładnie, Tony. Pomijając już to spóźnienie, to pierwsze co powinno wyjść z twoich ust to przeprosiny — stwierdziła już spokojniej, ale do towarzysza nadal to chyba niestety nie docierało. Zachowywał się jak niewychowany buc, niepotrafiący okazać drugiemu człowiekowi choć odrobiny szacunku. Wywróciła oczami, gdy oznajmił, że przepraszanie raczej nie leżało w jego naturze, co oczywiście jakoś bardzo jej nie zdziwiło. Skoro mamusia i tatuś nie nauczyli go najważniejszych trzech słów - czyli proszę, dziękuję i przepraszam - to Bonnie będzie musiała!
— Potrafię się bawić — mruknęła pod nosem, tak cicho, jakby to siebie próbowała do tych słów przekonać, a nie jego. Posmutniała nieco i z lekko ściągniętymi brwiami, obserwowała jak mężczyzna kręci się przy ekspresie i przygotowuje dla niej kawę. Choć tak właściwie jedyne co ze swojej perspektywy widziała, to jego plecy.
— Mówi się “proszę”, a nie “masz” — znów zwróciła mu uwagę, uprzednio robiąc pokerową minę, gdy tylko odwrócił się w jej stronę i podał jej kubek. Podmuchała parujący napój kilka razy, nim wzięła łyk. Smakowała idealnie, ale oczywiście tego przyznać mu nie mogła — Niezła. Dziękuję. — odezwała się, celowo akcentując to ostatnie słowo z nadzieją, że cokolwiek z zasad savoir-vivre zostanie w jego głowie.
Z kubkiem kawy w dłoni, podeszła do lady i wybrała z wystawki porzeczkową drożdżówkę, po czym zaczęła kierować swe kroki na zaplecze — Zostajesz sam na posterunku. Po tym poranku z piekła rodem, jaki mi urządziłeś, zasłużyłam na przerwę.


Tony Rivers
ave
szkoda strzępić ryja
30 y/o
For good luck!
184 cm
na wygnaniu w rodzinnej firmie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rozkminy kłębiące się pod czupryną rdzawo-blond kopuły Miller, były wyjęte z jej błędnych wyobrażeń, domysłów oraz, oczywiście negatywnego nastawienia, to jak podczas tej pseudo analizy wyglądała i jakie robiła miny, przywodziło mu na myśl strutego nieświeżą myszą kota, który nie wie, w jakim kierunku zwrócić zawartość żołądka jednocześnie próbuje zachować pozorną czujność, lecz to wygląda komicznie. A sam Rivers staje na krawędzi własnego opanowania, aby nie zdradzić się cynicznym uśmiechem, za pomocą jakiego to sprowadziłby baristkę na ziemię. Kobiety takie, jak ona zawsze miały pretensje do całego świata, tylko nie do siebie samych, to ona była skrzywdzona, ona była ofiarą, to wreszcie na nią okrutny los się uwziął.
Brednie.
I powtarzana mantra, która staje się głównym nurtem życia, a przy tym tryskała swoim jadem na prawo i lewo, aby inni też byli tego świadomi, bo jej niepowodzenia, przecież są wynikiem braku zaplecza, finansów i nazwiska. Jak łatwo czasem krytykować nie znając kontekstu.
— To żałosna kawiarenka, w której przyszło nam pracować. Nic więcej. — Automatycznie odpowiada, jak zaprogramowany na podtrzymywanie ciśnienia towarzyszki na odpowiednio wysokim poziomie. — A fakt, że cokolwiek nas tu siłą rzeczy łączy nie jest równoważne z tym, abym wobec ciebie wykazywał skruchę z powodu mojej nieobecności, którą usprawiedliwiłem — dokończył z kwaśnym uśmiechem. — Poczucie pewnej wspólnoty, wcale nas nie zbliża do siebie, a wykroczenie, jakiego jestem świadom, zostanie potrącone z mojej pensji, lecz czy przeprosiny, cokolwiek zmienią? Nie — mówił spokojnie, tak jakby tłumaczył dziewczynie trudne zagadnienie. — Przekonujesz, że jestem pozbawiony kultury osobistej, bazując na wycinku z kilku minutowej rozmowy, gdy rzuciłem szczątkowym wyjaśnieniem — bo przecież musiała odreagować i przenieść złość na niego z miejsca go oceniając krytycznie. — A skąd wiesz, czy w szatni nie czeka na ciebie paczka pączków, które kupiłem, aby wynagrodzić ci tę niedogodność? — wierzy w czyny, a nie słowa, te pierwsze miały wyraźną moc, podczas gdy tych drugich można było używać, jak cukru w każdej sytuacji i do porzygu. Co za tym idzie, dość fałszywie i bez adekwatnej refleksji. Bo przecież obiecywać można było tak wiele na tak wiele sytuacji słowa: przepraszam, zawiodłem, wybacz mi, wszak pasują, jednak czy idzie z tym jakaś autentyczna samorefleksja, czy raczej za tydzień, przy nowej okazji powtórzy się schemat i znów pozostawi z wyrazem irytacji i niezrozumienia drugą stronę, a na ewentualne zarzuty i pretensje, wówczas rzuci wykręt: „przecież przeprosiłem”, to było absurdalne, dlatego nie bawił się w takie gierki. Czy to jej się podobało, czy nie i szczerze, miał to gdzieś.
Tym razem to on przewrócił oczami, gdy powiedziała, że potrafi się bawić. Akurat ona ten sztywniak z kijem od mopa w tyłku i symulatorem fochów… W życiu by nie uwierzył, choć również popadał w skrajną ocenę i był tego świadom, że robił dokładnie to samo, co ona z nim, dlatego zmilczał słowa cisnące się na usta.
— Spoko — odpowiada, dość normalnym tonem, bez złośliwości, ot przyjmuje do wiadomości i idzie dalej. Skoro miał ją zastąpić przy kasie. Plusem niewątpliwym sytuacji, był ruch, a raczej jego brak, co w obecnej chwili mu odpowiadało, bowiem chciał napić się kawy i odpocząć. A przyjemnie sącząca się z głośników muzyka relaksowała, gdyby tylko Miller siedziała cicho i już mu nad uchem nie sapała, to byłoby pięknie.

Bonnie Miller
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Big Guy's Little Coffee Shop”