28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree wywrócił oczami, słysząc, że tonący brzytwy się chwyta. W jakiś dziwny sposób zbliżył się do tego mężczyzny i nawet go polubił, więc podobne zagrywki wcale go nie denerwowały. Nie czuł się urażony. Gdyby usłyszał to od kogoś innego, pewnie ostro by się podirytował, bo najbardziej nie znosił, gdy ktoś bawił się z nim w gierki. Jeśli ktoś czegoś od niego chciał, powinien walić prosto z mostu. Nie chować się za komplementami, a gdy zawodzą, nie wjeżdżać mu na ambicje. Nie należał do ludzi, na których takie metody działały. Oczywiście ruszały go i potrafiły wywołać nieprzyjemne ukłucie w sercu, ale nie reagował. Nie dawał się ponieść emocjom, gdy były zupełnie nieprzydatne w danej sytuacji. A w tej ich nie potrzebował.
Niczego przed nim nie ukrywał i nie próbował odwieść Dilliona od tematu, bo wiedział, że to nic nie da. Organista był uparty, pewnie nie mniej niż on sam. Ale naprawdę nie mógł zrobić dla niego nic więcej niż sprawdzić, czy zdjęcia zrobione przez techników nadadzą się na otwarcie sprawy. A jeśli nie, będzie musiał odmówić dalszej pomocy. Nie dlatego, że nie wierzył Harry'emu. Po prostu za dobrze rozumiał zasady. Prawo nie działało w ten sposób. Trybiki w tej maszynie nie ruszały na czyjeś dane słowo. To nie był obóz harcerski, a przysięgam nie miało tu żadnej wartości. Czasem miał wrażenie, że w sądzie również, ale to była zupełnie inna para kaloszy.
Przez moment musiał się zastanowić nad pytaniem organisty, choć przecież znał odpowiedź. Miewał problemy z zasypianiem. Częściej, niż chciałby się do tego przyznać. Czasem sam je sobie fundował, gdy siedział po nocach nad papierami i tak przyzwyczajał oczy do sztucznego światła, że nawet po ich zamknięciu nie potrafił zasnąć. Innym razem śledztwo było na tyle dobijające, czy to przez brak dowodów, czy przez jego skalę lub brutalność, że trudno mu było przespać całą noc. W takich chwilach naprawdę chciał mieć to wszystko za sobą. Znaleźć mordercę, wsadzić go za kraty i odpocząć. Nie zawsze było to jednak takie proste.
– Zdarzają się. Praca detektywa, szczególnie w moim wydziale, nie należy do najłatwiejszych. I nie mówię tu nawet o tym, jak czasem trudno jest znaleźć sprawców. Bardziej o tym, czego człowiek musi czasami doświadczyć na miejscu zbrodni – wzdrygnął się na samą myśl, chociaż zawsze sobie powtarzał, że już się przyzwyczaił. Że mało co jest w stanie go zaskoczyć. Może nawet i tak było? Co nie zmieniało faktu, że wciąż nie potrafił się z tym pogodzić. Nie stało się to dla niego codziennością. Z czego nawet się cieszył, bo gdyby stał się na to wszystko nieczuły, straciłby trochę ze swojego człowieczeństwa. – Pchasz się w kłopoty częściej, niż powinieneś, jak na kogoś, kto ma siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Kiedyś cię to ugryzie w zadek.
Kiwnął tylko głową w odpowiedzi na podziękowanie, bo nie chciał już ciągnąć tego tematu. Samym gadulstwem i tak niewiele zmieni, a nie mógł mu niczego obiecać. Z reguły starał się dotrzymywać obietnic, a tutaj nie było pewności, czy cokolwiek ruszy do przodu. O wszystkim przekona się dopiero na komendzie.
Wysłuchał przyjaciela do końca, gdy ten opowiadał mu swoją historię rodem z filmów przygodowych o poszukiwaniu skarbów. Jego ciekawość była zatrważająco nieodpowiedzialna. Z drugiej strony cieszył się, że nie grzebał w tym bardziej, niż powinien, bo skończyłoby się to jak z trupem z niewłaściwych czasów. No, a przynajmniej tak myślał, do momentu, gdy Harry zaproponował, że jednak zerknie do dziury jeszcze raz i pokaże mu, co się w niej znajduje. Cree próbował go nawet przez moment zatrzymać, łapiąc za rękaw, ale organista wymknął mu się w chwili, gdy wyciągał ku niemu rękę. Przeklął pod nosem i, nie mając wyjścia, przesunął się pośladkami po ławie, a gdy znalazł się na jej końcu, wstał, poprawił kurtkę i ruszył w stronę mężczyzny, który, nie czekając na niego, już świecił latarką z telefonu w głąb otworu po płytce.
– Nie boisz się, że jak będziesz wkładał palce w losowe otwory, to w końcu coś cię w nie ugryzie? – zapytał rozbawiony, opierając się o ambonę. Nie miał pojęcia, czy nie robił w tym momencie czegoś, za co ksiądz by go opierdzielił z góry do dołu, ale jego podejście do tych religijnych spraw było na tyle obce, że nie znał tych wszystkich nakazów, zakazów czy tego, co wypadało. – Jestem gliną. Dla mnie takie wpychanie łap, gdzie nie trzeba, najczęściej kończy się znajdowaniem niezabezpieczonych igieł. Dobrze, że nigdy nie robię tego gołą ręką. Cholera wie, co bym przytargał ze sobą do domu.
Mordercy potrafili ukrywać narzędzia zbrodni i inne ważne poszlaki wszędzie tam, gdzie wyobraźnia podpowiadała im, że będzie trudno je znaleźć. Kreatywności odmówić im nie mógł. Ale doświadczenie też robiło swoje. Wiedział, gdzie sprawdzać, nawet jeśli technikom na miejscu nie przyszłoby to do głowy.

Harry Dillion
26 y/o
Welkom in Canada
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Harry nie bawił się nikim, a już z pewnością nie miał zamiaru nikogo manipulować. Prawda była taka, że w sumie w każdej chwili mógł iść na policję i powiedzieć, że przypomniał sobie o pewnym fakcie. Javier pewnie by mu pomógł zachować jakąś anonimowość. Mógł iść, powiedzieć, że ma pamięć fotograficzną i że pamięta doskonale, że zwłoki w dole miały przypinkę, której rzekomy denat mieć nie powinien. Takie rzeczy nie znajdują się w miejscach, w których fizycznie być nie powinny. No chyba, ze denat z jakiegoś powodu posiadł przypinkę z tym samym logo, które pojawiło się kilka lat po jego śmierci. Harry był jednak ateistą, więc nie wierzył w takie cuda. Jedynym, co go powstrzymywało przed zgłaszaniem takich rzeczy było to, że nie chciał ściągać na siebie uwagi. A wiedział, że gdyby przyznał się do swojej umiejętności, bo musiałby to zrobić, to policja by się nim w jakimś stopniu zainteresował. Nie chodziło o to, że chcieliby to jakoś wykorzystywać i nadużywać, ale z pewnością mieliby go na oku.
   I potrafił również zrozumieć, dlaczego Cree był sceptyczny. Jako detektyw nie mógł wierzyć we wszystko, co mu się mówiło. Co więcej, on sam to pochwalał. W kocu sam nie przyjmował wszystkiego na wiarę, bo pewnie zamiast bycia lekarzem rzeczywiście zostałby księdzem. Ale niezwykle frustrującym było mieć pewność w pewnej sprawie, ale musieć męczyć się z jakimiś biurokracjami i sprawdzaniem. Nie mówiąc już o tym, że ze względu na swoją pamięć, najzwyczajniej w świecie nie mógł odpuścić. Nikt pewnie nie lubił, gdy w jego głowie tkwiły jakieś niezakończone i nierozwiązane sprawy. Był to ten rodzaj swędzenia, którego można się było pozbyć tylko rozwiązując zagadkę. Dillion musiał więc pozbyć się tego problemu.
   Frustrowało go również to, że potencjalne morderstwo mogło ujść komuś płazem. Może był idealistą, przesadnie skupionym na wizji świata sprawiedliwego i takiego, który prowadził do tego, że sprawca dostawał swoją zasłużoną karę. Miał nadzieję, że tak właśnie będzie w tym przypadku nawet jeśli sam będzie musiał uzbroić się w cierpliwość i pozwolić, by policyjne trybiki ruszyły. Chciałby, żeby to wszystko potoczyło się właśnie tak, jak powinno w idealnym świecie, ale chyba będzie musiał na chwilę odpuścić.
   – No tak… dlatego w sumie nie straszą mnie horrory tylko historie o ludziach – mruknął pod nosem. I rzeczywiście, bo chociaż lubił je czytać, to jakoś nigdy nie był w stanie się tak rzeczywiście wystraszyć. I to właśnie opowieści o tym, co ludzie robili innym ludziom w swoim życiu sprawiało, że nie był w stanie wyzbyć się nieprzyjemnych myśli. Bo jeszcze nigdy nie widział żadnego potwora, ducha czy wilkołaka, ale z ludźmi obcował codziennie. I nigdy nie dało się przewidzieć, z kim tak właściwie miało się do czynienia. Zdążył się już o tym przekonać, gdy pracował w szpitalu i musiał pomagać osobom, którzy zostali skrzywdzeni przez innych.
   – Nigdzie się nie pcham – powiedział, patrząc na podłogę. Wiedział jednak, co Cree miał na myśli. – Staram się być ostrożniejszy – powiedział w końcu. No i właśnie dlatego chciał poprosić Cree o pomoc, a nie pchał się ze zgłaszaniem tego samodzielnie na policji Chociaż droga ta była pokrętniejsza i bardziej skomplikowana do zrealizowania, to wydawała się też bezpieczniejsza. W końcu ufał detektywowi. Nie miał powodów by uważać, że Cree chce mu zrobić krzywdę. Wątpił, żeby był na tyle ważną i istotną osobą dla nowojorskiego gangu, żeby tamci chcieli wydać środki i energię na próbę odnalezienia go gdzieś w świecie. Nie wiedział, jaka była informacja o tym, dlaczego nagle zniknął z Nowego Jorku. Nie chciano mu o tym powiedzieć i zgadywał, że był ku temu dobry powód, więc nie drążył, chociaż była to rzecz, która całkiem go interesowała.
   – Oj, już nie przesadzaj… co może mi zrobić jakieś zawiniątko w ścianie – zaśmiał się, kręcąc głową. No ale był z wykształcenia lekarzem, więc mniej więcej coś tam wiedział na temat dziwnych zawiniątek pochowanych w ciemnych kątach. Wiedział również o zagrożeniach, z jakimi mogło się to wiązać. Zakładał jednak, że nie mogło na niego spadać aż tak wiele zasadzek i kłopotów. A przynajmniej nie w tak krótkich odstępach czasu. Może byłby bardziej podejrzliwy, gdyby zawiniątko znalazł kilkanaście miesięcy później. – Poza tym, nie dotykałem tego – przypomniał, bo rzeczywiście jedyne co zrobił, to oświetlenie znaleziska światłem latarki. Początkowo chciał o tym powiedzieć proboszczowi, ale jakoś tak… wypadło mu to z głowy. Miał zbyt wiele rzeczy do zrobienia, że po prostu nie miał czasu na mówieniu o swoim znalezisku. Aż do teraz. No i był pewny, że gdy tylko rozejdzie się z Cree, to o wszystkim powie kapłanowi, żeby to on mógł zbadać sprawę. Kto wie, może okaże się, że w ścianie kryje się prawdziwy skarb, dzięki któremu uda im się nieco odnowić kościół. Harry wiedział, że duchowny miał plany na odrestaurowanie kilku rzeczy oraz
   – Igły igłami… to może być też wąglik – kiwnął głową, gdy już wylądował na kolanach i odstawiał marmurową płytkę na bok. Wygrzebał z kieszeni telefon i poświecił w dziurę, żeby sprawdzić, czy zawiniątko faktycznie tam było. – Mogę to wyciągnąć trzonkiem miotły – powiedział.

Cree Bellerose
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree nie miał pojęcia, w którym momencie rozmowa o nieboszczyku z przypinką, jakiej pierwotny lokator grobu nie mógł mieć za życia, przerodziła się w poszukiwanie skarbów. Chociaż może nie powinno go to dziwić. Harry był osobą wyjątkowo specyficzną i zaskakiwał go od początku ich znajomości. Z drugiej strony cieszył się, że poprzedni temat poszedł w zapomnienie. Naprawdę nie chciał, by Dillion poświęcał temu aż tyle czasu. Nie tylko dlatego, że narażał swoją przykrywkę, co bardziej niż jego samego powinno martwić starszego i doświadczonego policjanta, który za niego odpowiadał, ale przede wszystkim dlatego, że zaprzątanie sobie tym głowy właśnie teraz nie miało najmniejszego sensu. Dopóki Bellerose nie upewni się, że w raporcie są zdjęcia, a na nich widać przypinkę, niewiele ruszy się do przodu. A takie postępowania miały brzydką tendencję do ślimaczenia się. Czasem samo zdobycie podpisu pod jednym pozwoleniem zajmowało tygodnie. Nie wynikało to z niechęci do rozwiązania zagadki, ani jego, ani całej policji, ale procedury były jasne, a priorytety leżały gdzie indziej. Nieboszczyk, którego nikt nie szukał, nawet jeśli podrzucono go do grobu na zastępstwo i mógł być częścią zbrodni, nie był na tyle istotny, by wszyscy rzucili swoje obowiązki. Co innego, gdyby mężczyzna w dole był poszukiwany. Gdyby zakopano go żywcem albo gdyby był kimś ważnym. Wtedy sprawa ruszyłaby znacznie szybciej. A tak? Najbardziej zaangażowanym i zdeterminowanym, by wymierzyć sprawiedliwość, był Harry. I tylko dlatego, że Cree widział, jak bardzo mu na tym zależy, postanowił się temu przyjrzeć.
Nie znaczyło to, że podchodził do sprawy obojętnie. Każde morderstwo liczyło się dla niego tak samo. Pracował jednak w policji dość długo, by rozumieć, że nie wszystko da się tak prosto wyjaśnić, a nie każdy temat będzie dla przełożonych na tyle ważny, by poświęcili mu czas. On sam nie piastował stanowiska, które pozwalałoby mu robić, co zechce. Stąd wspomniane fotografie, o ile wykonano je tak, by się przydały, miały tak ogromne znaczenie.
Nie skomentował też ostrożności Harry'ego. W oczach detektywa organista postępował nierozsądnie i za bardzo się wychylał. Znał go jednak na tyle długo, by wiedzieć, że gdy ten się uprze, nie ma zmiłuj i nie odpuści. Z jednej strony to podziwiał, z drugiej sam by tak nie potrafił. Takie podejście bywało obciążające, może nawet przytłaczające, a on miał już dość zmartwień na głowie.
– Chyba oglądasz za mało filmów przygodowych, skoro zadajesz to pytanie. Musimy to naprawić – zaproponował, gdy tamten uznał, że zawiniątko nie zrobi mu krzywdy. Ludzie, którzy chowali coś w ścianach, pod posadzkami i w ciemnych zakamarkach, robili to po to, by nikt nieproszony tego nie znalazł. Żeby mieć pewność, często zostawiali ciekawskim niespodzianki. Niekoniecznie tak kreatywne i dramatyczne jak w filmach, ale nawet zardzewiałe ostrze skierowane ku dłoni sięgającej po zawartość potrafiło narobić poszukiwaczowi sporo kłopotów. Skończyłoby się na wizycie w szpitalu, opatrunku i kilku zastrzykach.
– Nawet jeśli szturchniesz to kijem od miotły, wciąż nie polecam dotykać tego, co tam znajdziesz, gołymi rękami – ostrzegł, grzebiąc jednocześnie w tylnej kieszeni spodni. Po chwili wyciągnął z niej parę rękawiczek, które zawsze miał przy sobie. – Masz, chociaż je załóż. Przed jakąś żrącą substancją cię nie ochronią, ale zawsze lepsze to niż nic.
Podszedł bliżej i wyciągnął rękę z rękawiczkami ze sztucznej skóry. Miał ich dwa rodzaje: te, które podawał właśnie Harry'emu, by nie rozciąć dłoni o jakąś ostrą krawędź, oraz drugą parę, nitrylową. Tej drugiej w tej sytuacji nie potrzebowali. A przynajmniej miał taką nadzieję.

Harry Dillion
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”