To nie była jej
walka, a mimo to postanowiła się nie wycofywać. Prawdopodobnie Zoyą kierowała czysta głupota, niezdrowa zawziętość Weasleyów i… troska o Luciena, którego cała ta besztanina najwyraźniej mocno dotknęła. Źle się na to patrzyło. Trudno było jej w tej chwili uwierzyć w szczere intencje Isobel, bo wyglądało to tak, jakby kobieta pojawiła się w mieszkaniu wyłącznie po to, aby upokorzyć własnego syna.
Na wściekłe spojrzenie pani Spencer zareagowała obojętnością. Uniosła jedynie wyżej podbródek, dając jej do zrozumienia, że to zdenerwowanie (jeszcze) nie robiło na niej wrażenia. Była świadkiem gorszych sytuacji niż gniewne lico cudzej matki.
Jednak kiedy Lucien posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, mimowolnie zacisnęła usta.
I moooże wtedy zdołałaby się uspokoić, ale gdy usłyszała wzmiankę o
byciu kochanką, zaśmiała się głośno, teatralnie i bardzo niegrzecznie. Całkowicie zignorowała przy tym fakt, że sama również powinna zachować się trochę lepiej przy mężczyźnie, na którym jej zależało i oczywiście przy wysoko postawionej prezesce fundacji.
—
Przyjaciółką — poprawiła ponownie kobietę i cmoknęła z dezaprobatą, stojąc już w bezpiecznym miejscu za plecami Luciena, który po raz kolejny postanowił sprzeciwić się matce. Może to niepoprawne, ale Zoya poczuła w tej chwili dumę.
A potem jedynie słuchała, delikatnie przytakując i zerkając na kobietę coraz bardziej wzburzonym spojrzeniem znad ramienia mężczyzny. I właściwie Isobel nie powiedziała niczego, czego Zoya wcześniej by nie wiedziała. Lucien nie musiał obawiać się jej opinii. Oboje przecież ustalili, że ich relacja
nie była poważna, a dla niego liczyła się przede wszystkim kariera. Zoya oczywiście przyjmowała to do wiadomości z różnym skutkiem, ale nie stawiała wobec niego żadnych oczekiwań.
W dodatku to, co działo się pośrodku salonu, jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że była zbyt
nieznaczącą osobą, aby choćby trzymać kogoś takiego jak
Lucien Spencer za rękę. Poczuła przykrość, ale wciąż uparcie powtarzała sobie, że doskonale o tym wiedziała.
Na krzyk Luciena, którym desperacko próbował zatrzymać matkę, przymknęła oczy. Powieki zaczęły ją piec od natłoku sprzecznych emocji.
Chwilę później wzdrygnęła się, słysząc o liście gości i odruchowo zerknęła w stronę pudełka. Chyba domyśliła się, co znajdowało się w środku.
Zoya mogła już zdecydowanie zapomnieć o bankiecie, który w tej chwili całkowicie jej zbrzydł. Nie chciała więcej dzielić powietrza z panią Spencer w jednym pomieszczeniu. Nagle zdawało się ono zatrute pogardą i nienawistnym nastawieniem kobiety wobec niej.
Farsa. Relacja, której przez tak długi czas nie potrafili określić ani nazwać, właśnie zyskała odpowiednie miano. Zoya zaśmiała się więc nerwowo, po czym energicznie przytknęła wierzch dłoni do ust.
Następny krzyk Luciena sprawił, że odwróciła głowę na bok. Nie potrafiła już dłużej tego wszystkiego znieść. Uparcie twierdził, że jego życie prywatne należało wyłącznie do niego, ale wzburzone oblicze Isobel Spencer zdawało się mówić coś zupełnie innego.
Zoya jeszcze nigdy nie widziała Luciena tak wyprowadzonego z równowagi. Ten widok ją przerażał.
Przerażał Przywykła do jego opanowania; do tego, że nawet w trudnych sytuacjach potrafił zachować spokój i nie pozwalał, aby emocje przejęły nad nim kontrolę. Tym razem jednak dostrzegała, jak wiele wysiłku kosztowała go rozmowa z własną matką, która nie przyjmowała do wiadomości żadnego argumentu.
Ciężka atmosfera była zrobiła się namacalna, dlatego z ulgą przyjęła moment, w którym Isobel ruszyła w stronę kanapy i sięgnęła po płaszcz, a Lucien ponaglił ją, aby w końcu wyszła.
Wtedy kobieta ponownie zwróciła się bezpośrednio do Zoi. Na dźwięk własnego imienia mimowolnie napięła ramiona i spojrzała na nią mechanicznie z oczami pociemniałymi od gniewu i innych, trudnych emocji. Mimo wszystko zdołała wykrzesać z siebie ostatni, sztuczny uśmiech.
—
To pani jako pierwsza wplątała mnie w tę rozmowę, sugerując, że nie powstrzymałam Luciena, a potem, kiedy nie przyjęła pani do wiadomości, że tylko się przyjaźnimy, okrzyknęła mnie pani jego... — Skinęła w stronę mężczyzny. —
Kochanką. Bardzo śmiałe słowa jak na określenie relacji, która miała stanowić tylko epizod. — Nerwowo przełknęła ślinę. —
Proszę się nie martwić i dać Lucienowi spokój. Nie jestem naiwna. Znam swoje miejsce. — Tymi słowami Zoya pożegnała panią Spencer.
Trzask drzwi na moment wygłuszył pomieszczenie. Zoya jeszcze przez chwilę patrzyła w stronę wyjścia z sercem utkwionym w gardle i bólem żołądka tak silnym, że zbierało jej się na wymioty. Potem intuicyjnie przeniosła wzrok na Luciena, który stał nieruchomo, najwyraźniej skupiony na tym samym punkcie.
Właściwie nie wiedziała, co czuła. Być może niepotrzebnie zabrała głos w tej burzliwej rozmowie i jedynie bardziej pogrążyła zarówno siebie jak i Luciena. Przez nią na jaw wyszedł ich
romans, który z takim uporem nazywali swobodną, otwartą i bezkształtną relacją. Jednocześnie zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście nie posunęli się za daleko. Ta
niejedna chwila nieuwagi mogła kosztować Luciena wszystko to, o czym wspominała Isobel.
Z nerwów zaszkliły jej się oczy. Dalej otaczająca ich cisza przerwana jedynie krótkim westchnieniem mężczyzny, stała się bardziej przytłaczająca. Zoya całkowicie przestała sobie radzić z tym, co kotłowało się w jej głowie, ale musiała być silna zanim… zostanie zraniona. Albo
zraniona jeszcze bardziej. W końcu, jak sama powiedziała,
znała swoje miejsce. I... nie było ono u boku faworyta tegorocznych mistrzostw DTM.
Otulona tą okropną ciszą, poszurała w stronę schodów, a następnie opieszale weszła na piętro. Tam przebrała sie z podomkowych ubranek w
normalne ciuchy, zebrała swoje rzeczy z półek i niedbale wrzuciła je do torby. Gdy zapięła zamek, usłyszała kroki, więc już po chwili z bolącym sercem stanęła przed Lucienem. Mógł dostrzec jej przekrwione oczy, chociaż wcale nie płakała.
—
Fajnie było — powiedziała mało rozważnie, po czym wyciągnęła dłoń w kierunku Luciena na znak, że chciała się pożegnać. Uczciwie pożegnać. Nie tak jak wtedy, kiedy trzasnęła drzwiami jego samochodu i zniknęła. —
Czas się otrząsnąć, Lucien.
Nie miała siły spojrzeć mu w oczy, a pomimo tego czuła pewną dumę, że wiedziała kiedy się wycofać. Uważała, że to właściwy moment, aby odejść. Odejść, zanim ich relacja eskaluje i zanim znów pojawi się ktoś pokroju Isobel, kto uświadomi im, jak ważną osobą był Lucien Spencer, a jak niewiele znaczyła w tym wszystkim Zoya Weasley oraz jej
dziwne wyobrażenia.
Lucien Spencer