26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien miał przeczucie, że Zoya nie zgodzi się na jego prośbę, niemniej zależało mu na tym, żeby nie musiała w tym wszystkim uczestniczyć. Nie dało się zignorować rosnącego w powietrzu napięcia wokół ich całej trójki, a także kurczowego zaciskania się dłoni między nim a ciemnowłosą, które wskazywało na to, że to wszystko było jej dalekie od obojętności.
Znał schemat postępowania jego matki, która, wykazując się nie opisanymi pokładami opiekuńczości i troski, potrafiła rozdmuchać aferę z niczego. Część niego zdążyła się już przyzwyczaić do przebiegu tego typu rozmów, acz nadal wywoływało to w nim wiele nieproszonych emocji. Dodatkowo fakt, że Zoya stała się tego świadkiem, wcale mu nie pomagał. Wręcz przeciwnie, wysłuchiwanie tego, co Isobel miała do powiedzenia, było dla niego znacznie trudniejsze, a to już nie do końca potrafił ukryć.
Gdy dziewczyna wyswobodziła się z uścisku, zrozumiał, jak niekomfortowo się poczuła i z miejsca zaczął żałować, że do tego wszystkie doprowadził. Czuł się odpowiedzialny za to, że postawił ją w takim położeniu, dlatego chciał jak najszybciej uciąć rozmowę z matką. Nie dane mu było jednak tego dokonać.
To, jak bardzo Zoya nie rozumiała zasad panujących w jego świecie, wyszło na jaw, kiedy zabrała głos. Nie spodziewał się, że stanie w jego obronie, ale jej kompletny brak opanowania mógł jedynie zaostrzyć konflikt.
— Zoyu — rzucił jej ostrzegawczo i położył jej dłoń na przedramieniu, starając się zapobiec nadchodzącej katastrofie, ale było już za późno. Słowa rzucone w powietrze nabrały mocy. Podobnie, jak jego matka, która nie wytrzymała i postanowiła kontratakować.
— Mamo… — podniósł głos rozdrażniony jej ostrymi słowami skierowanymi bezpośrednio do Weasley, a widząc, że zmniejszyła między nimi dystans, znów wysunął się między kobiety. — Mamo, przestań! — syknął gniewnie, słysząc jej krzywdzące insynuacje.
To nieco ostudziło jej zamiary, ale tym razem zwróciła się do niego, przypominając mu ich rozmowę z zeszłego tygodnia, podczas której próbowała wybadać jego obecny stosunek do ewentualnych relacji romantycznych. Tamta odpowiedź przyszła mu bardzo gładko, ale teraz obawiał się reakcji Zoi, na co przeszył go kolejny dreszcz.
— Tak, ale… — próbował wybrnąć, ale Isobel kompletnie go zignorowała.
I potem dotarły do niego następne słowa, które były dla niego niczym policzek w twarz. Jego żyły aż zawrzały od nagłego gorąca, bo zrozumiał, że miała rację i objęła go okrutna niesprawiedliwość. Mimo, że dziewczyna stała przy nim w tym momencie, dotarło do niego, że nie będzie to trwało wiecznie. Bałagan, który nastąpi prędzej czy później, jeśli nie będą bardziej uważać, ostatecznie będzie musiał posprzątać sam. Ich bańka, którą stworzyli, nie miała szans zbyt długo przetrwać.
— Dość tego! Nie mówiłem ci o Zoi, bo wiedziałem, że znowu wydasz na ten temat opinię, o którą nikt cię nie prosił. I to zanim ją poznałaś! — zarzucił jej ostrym głosem, wydobywając na wierzch wszystkie kłębiące się w nim do tej pory uczucia. — To, z kim mieszkam, kogo zapraszam i komu poświęcam swój wolny czas, zależy wyłącznie ode mnie. Nie musisz mi układać życia, więc z dobrej woli przestań to robić! — Urwał na moment, starając się odzyskać panowanie nad głosem. — Rozumiem, że na razie nie mamy czym się martwić — rzucił jej wymowne, chłodne spojrzenie, tym samym sugerując, że osiągnęła swój cel i jej dalsza obecność była już zbędna.
Obserwował, jak stropiona, z resztkami godności podeszła po swój płaszcz. Kiedy już bardziej opanowanym głosem zwróciła się do ciemnowłosej, złapał się na tym, że nadal zaciskał mocno szczęki.
— Mamo — ponaglił ją, nie chcąc już dalej słuchać jej wywodów.
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi i poczekał, aż wyjdzie. Dopiero, gdy drzwi się za nią zamknęły, przymknął na chwilę oczy i odetchnął ciężko.
W jego głowie kotłowało się od miliona myśli, nad którymi z trudem panował.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie była jej walka, a mimo to postanowiła się nie wycofywać. Prawdopodobnie Zoyą kierowała czysta głupota, niezdrowa zawziętość Weasleyów i… troska o Luciena, którego cała ta besztanina najwyraźniej mocno dotknęła. Źle się na to patrzyło. Trudno było jej w tej chwili uwierzyć w szczere intencje Isobel, bo wyglądało to tak, jakby kobieta pojawiła się w mieszkaniu wyłącznie po to, aby upokorzyć własnego syna.
Na wściekłe spojrzenie pani Spencer zareagowała obojętnością. Uniosła jedynie wyżej podbródek, dając jej do zrozumienia, że to zdenerwowanie (jeszcze) nie robiło na niej wrażenia. Była świadkiem gorszych sytuacji niż gniewne lico cudzej matki.
Jednak kiedy Lucien posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, mimowolnie zacisnęła usta.
I moooże wtedy zdołałaby się uspokoić, ale gdy usłyszała wzmiankę o byciu kochanką, zaśmiała się głośno, teatralnie i bardzo niegrzecznie. Całkowicie zignorowała przy tym fakt, że sama również powinna zachować się trochę lepiej przy mężczyźnie, na którym jej zależało i oczywiście przy wysoko postawionej prezesce fundacji.
— Przyjaciółką — poprawiła ponownie kobietę i cmoknęła z dezaprobatą, stojąc już w bezpiecznym miejscu za plecami Luciena, który po raz kolejny postanowił sprzeciwić się matce. Może to niepoprawne, ale Zoya poczuła w tej chwili dumę.
A potem jedynie słuchała, delikatnie przytakując i zerkając na kobietę coraz bardziej wzburzonym spojrzeniem znad ramienia mężczyzny. I właściwie Isobel nie powiedziała niczego, czego Zoya wcześniej by nie wiedziała. Lucien nie musiał obawiać się jej opinii. Oboje przecież ustalili, że ich relacja nie była poważna, a dla niego liczyła się przede wszystkim kariera. Zoya oczywiście przyjmowała to do wiadomości z różnym skutkiem, ale nie stawiała wobec niego żadnych oczekiwań.
W dodatku to, co działo się pośrodku salonu, jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że była zbyt nieznaczącą osobą, aby choćby trzymać kogoś takiego jak Lucien Spencer za rękę. Poczuła przykrość, ale wciąż uparcie powtarzała sobie, że doskonale o tym wiedziała.
Na krzyk Luciena, którym desperacko próbował zatrzymać matkę, przymknęła oczy. Powieki zaczęły ją piec od natłoku sprzecznych emocji.
Chwilę później wzdrygnęła się, słysząc o liście gości i odruchowo zerknęła w stronę pudełka. Chyba domyśliła się, co znajdowało się w środku.
Zoya mogła już zdecydowanie zapomnieć o bankiecie, który w tej chwili całkowicie jej zbrzydł. Nie chciała więcej dzielić powietrza z panią Spencer w jednym pomieszczeniu. Nagle zdawało się ono zatrute pogardą i nienawistnym nastawieniem kobiety wobec niej.
Farsa. Relacja, której przez tak długi czas nie potrafili określić ani nazwać, właśnie zyskała odpowiednie miano. Zoya zaśmiała się więc nerwowo, po czym energicznie przytknęła wierzch dłoni do ust.
Następny krzyk Luciena sprawił, że odwróciła głowę na bok. Nie potrafiła już dłużej tego wszystkiego znieść. Uparcie twierdził, że jego życie prywatne należało wyłącznie do niego, ale wzburzone oblicze Isobel Spencer zdawało się mówić coś zupełnie innego.
Zoya jeszcze nigdy nie widziała Luciena tak wyprowadzonego z równowagi. Ten widok ją przerażał. Przerażał Przywykła do jego opanowania; do tego, że nawet w trudnych sytuacjach potrafił zachować spokój i nie pozwalał, aby emocje przejęły nad nim kontrolę. Tym razem jednak dostrzegała, jak wiele wysiłku kosztowała go rozmowa z własną matką, która nie przyjmowała do wiadomości żadnego argumentu.
Ciężka atmosfera była zrobiła się namacalna, dlatego z ulgą przyjęła moment, w którym Isobel ruszyła w stronę kanapy i sięgnęła po płaszcz, a Lucien ponaglił ją, aby w końcu wyszła.
Wtedy kobieta ponownie zwróciła się bezpośrednio do Zoi. Na dźwięk własnego imienia mimowolnie napięła ramiona i spojrzała na nią mechanicznie z oczami pociemniałymi od gniewu i innych, trudnych emocji. Mimo wszystko zdołała wykrzesać z siebie ostatni, sztuczny uśmiech.
— To pani jako pierwsza wplątała mnie w tę rozmowę, sugerując, że nie powstrzymałam Luciena, a potem, kiedy nie przyjęła pani do wiadomości, że tylko się przyjaźnimy, okrzyknęła mnie pani jego... — Skinęła w stronę mężczyzny. — Kochanką. Bardzo śmiałe słowa jak na określenie relacji, która miała stanowić tylko epizod. — Nerwowo przełknęła ślinę. — Proszę się nie martwić i dać Lucienowi spokój. Nie jestem naiwna. Znam swoje miejsce. — Tymi słowami Zoya pożegnała panią Spencer.
Trzask drzwi na moment wygłuszył pomieszczenie. Zoya jeszcze przez chwilę patrzyła w stronę wyjścia z sercem utkwionym w gardle i bólem żołądka tak silnym, że zbierało jej się na wymioty. Potem intuicyjnie przeniosła wzrok na Luciena, który stał nieruchomo, najwyraźniej skupiony na tym samym punkcie.
Właściwie nie wiedziała, co czuła. Być może niepotrzebnie zabrała głos w tej burzliwej rozmowie i jedynie bardziej pogrążyła zarówno siebie jak i Luciena. Przez nią na jaw wyszedł ich romans, który z takim uporem nazywali swobodną, otwartą i bezkształtną relacją. Jednocześnie zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście nie posunęli się za daleko. Ta niejedna chwila nieuwagi mogła kosztować Luciena wszystko to, o czym wspominała Isobel.
Z nerwów zaszkliły jej się oczy. Dalej otaczająca ich cisza przerwana jedynie krótkim westchnieniem mężczyzny, stała się bardziej przytłaczająca. Zoya całkowicie przestała sobie radzić z tym, co kotłowało się w jej głowie, ale musiała być silna zanim… zostanie zraniona. Albo zraniona jeszcze bardziej. W końcu, jak sama powiedziała, znała swoje miejsce. I... nie było ono u boku faworyta tegorocznych mistrzostw DTM.
Otulona tą okropną ciszą, poszurała w stronę schodów, a następnie opieszale weszła na piętro. Tam przebrała sie z podomkowych ubranek w normalne ciuchy, zebrała swoje rzeczy z półek i niedbale wrzuciła je do torby. Gdy zapięła zamek, usłyszała kroki, więc już po chwili z bolącym sercem stanęła przed Lucienem. Mógł dostrzec jej przekrwione oczy, chociaż wcale nie płakała.
— Fajnie było — powiedziała mało rozważnie, po czym wyciągnęła dłoń w kierunku Luciena na znak, że chciała się pożegnać. Uczciwie pożegnać. Nie tak jak wtedy, kiedy trzasnęła drzwiami jego samochodu i zniknęła. — Czas się otrząsnąć, Lucien.
Nie miała siły spojrzeć mu w oczy, a pomimo tego czuła pewną dumę, że wiedziała kiedy się wycofać. Uważała, że to właściwy moment, aby odejść. Odejść, zanim ich relacja eskaluje i zanim znów pojawi się ktoś pokroju Isobel, kto uświadomi im, jak ważną osobą był Lucien Spencer, a jak niewiele znaczyła w tym wszystkim Zoya Weasley oraz jej dziwne wyobrażenia.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”