on an island in the sun
we'll be playing and having fun
and it makes me feel so fine
i can't control my brain
Nie było mowy, żeby nie jadł albo ucinał sobie racje żywnościowe, spędzając z nim tyle czasu praktycznie w jednym pokoju. Benji nie mógł na to pozwolić i chyba nie dałby sobie spokoju, gdyby tak po prostu patrzył, jak Kieran się zaniedbuje.
- Będę uzależniał swoje jedzenie od twojego. Od tej pory jak ty nie jesz, to ja nie jem i nazywaj to szantażem albo czymkolwiek innym, MAM TO GDZIEŚ - uniósł dłonie ku górze, jakby właśnie umywał je od całej sprawy i co złego, to nie on, a po chwili tylko machnął ręką.
- Jak mnie za to pozwiesz, to nie będę też jadł w areszcie i umrę z głodu, a potem powiem, że to ty się do tego przyczyniłeś. - Skoro i tak już został oskarżony o szantaż, to musiał w to brnąć jeszcze dalej, no nie?
Upsi.
Bardzo chciał, żeby pamiętał tamtą chwilę. Moment, w którym zatracili się w kolejnych pocałunkach, urywane westchnienia, to, jak bezpiecznie czuł się wtedy w jego ramionach. Chciał, żeby Kieran pamiętał, jak bardzo sam tego chciał, jak lgnął do niego w tamtych momentach, jak chciał… więcej.
- Przypomnij sobie - mruknął tylko, zanim go pocałował. Wiedział, że ryzykował. Tak cholernie dużo ryzykował, bo przecież mógł go przestraszyć, a mieli potem spać w jednym pokoju, ale wiedział też, że musiał w końcu coś zrobić. Chciał się upewnić, czy to, co poczuł tamtej nocy, było tylko jego wyobrażeniem, czy może… może Kieranowi podobało się to wszystko równie mocno jak jemu? Poczuł jego dłoń na swojej klatce piersiowej i na moment spięło mu się całe ciało, przez co przerwał pocałunek. Dopiero kiedy smukłe palce Burreau zacisnęły się na materiale jego koszulki, poczuł, że dostał zielone światło. Powoli, niemal ostrożnie pogłębił pocałunek, po czym odsunął się od niego na kilka centymetrów, wpatrując się rozszerzonymi źrenicami w zarumienioną twarz Kierana.
Kurwa. Poczuł, jak ścisnęło go w żołądku. I nie, nie dlatego, że był głodny, gdyby ktoś się zastanawiał. Po prostu Burreau wyglądał w tym momencie cholernie przeuroczo.
Przez dosłownie moment nie zauważył, że Kieran dalej trzymał dłoń na jego klatce. Dopiero kiedy się zorientował, położył swoją na jego dłoni i uśmiechnął się do niego.
- Widzisz, jak na mnie działasz, Burreau? - rzucił rozbawiony. I oczywiście dokładnie wtedy ten cholerny szelest musiał wszystko zjebać. Benjamin aż drgnął, kompletnie zdezorientowany, a chwilę później poczuł, jak Kieran go odpycha, o mały włos nie sprawiając, że zlecial z tej pieprzonej skałki. Burreau natomiast przez swój gwałtowny ruch sam się z niej zsunął.
- Cholera, Kieran - mruknął, przewracając oczami.
- Przecież nic tam nie ma. - Zsunął się ze skały zaraz za nim, chcąc sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Tylko że dosłownie w momencie, kiedy nachylił się nad Burreau, obok nich pojawił się czyjś cień. Benjamin podniósł wzrok i prawie go kurwa rozjebało. Ten frajer... Ralfi Sralfi, do chuja pana stał obok niego.
- Co ty tu robisz? - zapytał od razu, wyraźnie poirytowany. Usłyszał syk Kierana i już chciał nachylić się niżej, żeby mu pomóc, kiedy ten kretyn mu zabronił.
ŻE CO KURWA, PROSZĘ? Benek zamrugał kilka razy i powoli się wyprostował.
- Co ty do mnie powiedziałeś? - zapytał z niedowierzaniem.
Serio. Naprawdę teraz bardzo się pilnował, żeby przypadkiem nie utopić go w tej wodzie.
Tylko że było jeszcze gorzej.
Bo Ralph nie dość, że zaraz zaczął podkładać własną kurtkę pod rękę Kierana, to Burreau nic kurwa nie mówił. Nic. Przecież był tutaj z Thallmanem. Powinien powiedzieć, że nie potrzebował jego pomocy, prawda? Tak samo jak wtedy w kawiarni, kiedy nie chciał być przez niego dotykany. Chyba że coś się zmieniło, a może Benjamin po prostu o czymś nie wiedział? I właśnie ta myśl wbiła mu się do głowy tak mocno, że kompletnie przestał słuchać tego, co barista do niego mówił. Wpatrywał się tylko w Kierana, czując, jak coś nieprzyjemnie zaciska mu się w środku.
- Nic nie powiesz? - rzucił w końcu pod nosem.
- Pasuje ci to, że ci pomaga? - Patrzył na niego z niedowierzaniem.
Cholera jasna. A co, jeżeli Kieran wstydził się tego pocałunku? Co, jeżeli bał się, że Ralfi Sralfi coś rozgada? Nie no, miał kurwa dosyć. A kiedy jeszcze usłyszał, jak tamten nazywa go marginesem społecznym, puściły mu ostatnie hamulce. Złapał Ralpha za szmaty i przyciągnął bliżej siebie.
- Masz szczęście, że nie chcę robić sceny - rzucił, patrząc mu prosto w oczy. Po chwili nachylił się bliżej jego ucha.
- Nie podobasz mu się, czego kurwa nie potrafisz pojąć? A dzisiejszej nocy będzie spał ze mną, nie z tobą, więc kurwa następnym razem, zamiast walić konia w krzakach na widok chłopaka, w którym się kochasz, całującego się z kimś innym, może sam go pocałuj, hm? - Puścił go i odepchnął do tyłu, po czym wsunął dłonie do kieszeni i spojrzał z powrotem na Kierana.
- To tylko mała rana, Burreau. Nie umrzesz. - Odszedł kilka kroków, zanim odwrócił głowę w jego stronę.
- Aaa, i później w pokoju daj mi znać, czy istnieje jakiś artykuł za próbę zepchnięcia kogoś ze skały! - Wyciągnął jedną dłoń z kieszeni i uniósł ją w górę w ramach pożegnania. Zachowywał się, jakby miał wyjebane i z punktu widzenia Burreau pewnie dokładnie tak to wyglądało. Tylko że jego serce już w tamtym momencie... zostało delikatnie z ł a m a n e.
you are messing with my heart