ODPOWIEDZ
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tęsknota była okropnym uczuciem, bez względu na to skąd pochodziła i jakie było jej źródło. Nie leczył jej czas, bo nie miało większego znaczenia czy tęskniło się za kimś, kogo się kochało, czy za kimś, kogo nienawidziło. Uczucia potrafiły być równie uparte w obu przypadkach, a świadomość, że nie powinno się za kimś tęsknić wcale nie sprawiała, że robiło się to łatwiejsze.
Margo znajdowała się gdzieś pomiędzy. Gdzieś blisko tego ciepła rozlewającego się w sercu i żaru palącego krew w żyłach. Mimo upływu czasu wciąż t o czuła - jednego dnia bardziej zbliżała się do krawędzi, gdzie jej głupie i zdradzieckie serce chciało wyrwać się do przodu w poszukiwaniu odpowiedzi, innego zaś wyrzucała wszystkie pamiątki i we własnych wyobrażeniach polewała je benzyną, rozpalając wielkie ognisko za domem, który mieli kupić wspólnie, a który teraz należał tylko do n i e j.
Minęły miesiące. Dokładnie potrafiła powiedzieć ile, choć przed wszystkimi udawała, że już dawno przestała liczyć. Znała na pamięć datę, w której Rhys zniknął z jej życia, pamiętała ostatnie słowa rzucone w gniewie w jego stronę i spojrzenie, którego wtedy nie rozumiała, a które z perspektywy czasu stało się dla niej jasnym przekazem. Po wydarzeniach związanych z blackoutem wszystko potoczyło się szybko - sprawy Ventresci zaczęły się rozpadać, kolejne nazwiska znikały z listy osób, których należało się obawiać, a Sergio Carbone, człowiek przez lata pociągający za sznurki, sam w końcu stracił kontrolę. Jego śmierć opisano jako nieszczęśliwy wypadek, choć każdy kto znał mafię choć trochę nie był na tyle głupi, żeby wierzyć w takie zbiegi okoliczności. Według oficjalnej wersji doszło do ataku serca, po którym mężczyzna utonął w wannie i w tym miejscu postawiono kropkę, nie doszukując się drugiego dna.
Pierwsze tygodnie bez niego były pieprzonym piekłem. Szukała go w s z ę d z i e, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej bojąc się, że w końcu znajdzie odpowiedź, na którą nie była gotowa. Każdy telefon sprawiał, że na moment wstrzymywała oddech, a nieznany numer budził w niej nadzieję, której nienawidziła równie mocno, co potrzebowała. Próbowała docierać do ludzi, którzy mogli cokolwiek wiedzieć, sprawdzała kontakty, wracała do miejsc, w których mogła znaleźć choćby najmniejszy ślad. Wszystkie drogi prowadziły jednak donikąd.
W końcu zwróciła się do Morettiego. Do tego skurwiela, którego miejsce było za kratami i doskonale o tym wiedziała, a który teraz był jedną z niewielu osób mogących mieć informację o tym, co stało się z Maddenem. B ł a g a ł a go, żeby cokolwiek jej powiedział, wskazał adres, dał jej choćby jeden punkt zaczepienia, dający jej odetchnąć, zamknąć oczy w nocy i odpocząć zmęczonemu umysłowi. Była gotowa ponownie sprzedać duszę diabłu, byle tylko go odnaleźć i tylko dzięki jego pomocy zrozumiała, że nie chodziło o to, iż Rhys nie może wrócić. On po prostu nie chciał tego zrobić.
Zrozumiała, co oznaczała jego ucieczka - bezpieczeństwo, które próbował jej zapewnić było kolejną decyzją podjętą za jej plecami. Uznał, że tak będzie lepiej, jakby nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że n i g d y nie prosiła go o takie poświęcenie.
W końcu odpuściła, gdy strach ustępował miejsca złości, a miłość zaczęła mieszać się z nienawiścią. Ta pierwsza wciąż trzymała ją w miejscu - za tym samym biurkiem, nakazując robić to, co kochała, bo przecież to on podarował jej możliwość. Druga pchała ją naprzód, zmuszając do zmian.
Kupiła dom - dokładnie ten, w którym mieli wspólnie urządzać pokoje, kłócić się o kolor ścian i zastanawiać, czy na podwórku będzie wystarczająco dużo miejsca dla psa. Poznawała ludzi, wychodziła na kolacje i próbowała oszukiwać siebie, że to było dla niej wystarczające. W końcu trafiła na mężczyznę, który był zupełnie z innej bajki. Był miły, zabawny i całkiem przyjemnie spędzało się z nim czas, najważniejsze jednak, że nie musiała się zastanawiać, czy następnego dnia wciąż będzie żył.
Robiła to wszystko dla siebie i przede wszystkim jemu na złość, udowadniając, że mogła bez niego osiągnąć w s z y s t k o. Nie mógł tego zobaczyć, nie znał prawdy o tym, ile razy zmuszała się do zrobienia kroku, ale jej złamana duma i serce w jakiś sposób zaznawały dzięki temu spokoju. Nie potrzebowała go, nie potrzebowała jego zgody ani obecności, żeby przeżyć kolejny dzień. Przynajmniej tak sobie powtarzała.
Tego wieczoru spędzała czas w barze ze znajomymi - rozmawiali, śmiali się, a ona chociaż przez kilka godzin nie musiała wracać myślami do rzeczy, które od miesięcy próbowała zostawić za sobą, co niestety nie zawsze jej wychodziło.
Kiedy w końcu wyszła na zewnątrz zapalić, chłodne powietrze od razu uderzyło ją w twarz, a wiatr nieprzyjemnie zakradał się pod materiał płaszcza. Zaciągnęła się papierosem, opierając się o ścianę budynku i na moment przymknęła oczy. Właśnie wtedy poczuła ten znajomy i m p u l s. Trudny do wytłumaczenia, a jednak tak dobrze jej znany, że nie musiała nawet zastanawiać się, co oznacza. Pojawiał się niemal z a w s z e, gdy Madden znajdował się w pobliżu.
Otworzyła oczy i spojrzała w stronę parkingu - stał tam oparty o samochód, jakby nie zniknął na kilka miesięcy, jakby nie zostawił jej z listą nieodebranych połączeń i pytaniami, na które nigdy nie zamierzał dać jej odpowiedzi.
Zdradzieckie serce szarpnęło w piersi, a ciało mimowolnie skierowało się w jego stronę. Ten sam impuls, który kazał jej unieść spojrzenie i go odnaleźć, pchał ją teraz naprzód, choć każda rozsądna część jej umysłu podpowiadała, żeby zawróciła, wróciła do środka i zostawiła go dokładnie tam, gdzie się pojawił. - Skurwiel - mruknęła pod nosem, czując jak narasta w niej wściekłość.
Podchodząc do auta od strony pasażera, szarpnęła za klamkę, po czym trzasnęła drzwiami z taką siłą, że echo rozniosło się po okolicy. To nie przyniosło jej ulgi, nie odczuła jej w żadnej komórce swojego spiętego ciała, więc niesiona kolejnym i m p u l s e m, sięgnęła do kieszeni po klucze od domu, który miał należeć do n i c h, i bez większego wahania przeciągnęła nimi po całym boku samochodu.
Metaliczny zgrzyt był nieco bardziej satysfakcjonujący.
Cofając rękę, obejrzała efekt swojej pracy, a potem wreszcie przeniosła spojrzenie na Rhysa. - Witaj w domu - rzuciła chłodno, dochodząc do szybkiego wniosku, że czas zdecydowanie nie leczył ran.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Minęło parę miesięcy.
Dokładnie - sto siedemdziesiąt trzy dni i jedna godzina odkąd wnętrze jego samochodu wypełniły pełne goryczy słowa należące do Mercer.
Sto siedemdziesiąt dni odkąd ostatni raz postawił stopę w Toronto.
To nie tak, że w pewnym momencie został zmuszony podjąć decyzję. Nie tak, że c h c i a ł w ogóle ją podejmować, że był jakiś moment, w którym wykwitła w jego głowie i zaczęła dojrzewać.
Towarzyszyła mu od samego początku.
Od świadomości tego, jak niesprawiedliwym było pozwolić jej się zbliżyć do siebie z całym ciężarem podjętych przez siebie wyborów, z wszystkimi więzami trzymającymi go przy Ventresce. Wiedział, że popełniał błąd, kierując zbroczone krwią ręce w stronę jej policzka, odgarniając splątane włosy, wpuszczając ją do swojego życia, do którego wpychała się tak chętnie, tak nieświadoma tego, kim był naprawdę.
I popełniał go raz za razem.
Każda przesuwana przez nich granica, każdy znak STOP, który mijali po drodze, był błędem. Splatał ich losy zbyt mocno ze sobą, sprawiał, że odwrót przestał być możliwy - tkwiła wyłącznie droga naprzód.
Droga, która skierowała ich do wnętrza magazynu, gdzie naciśnięto na spust. Droga, w której jej krew zalewała jego ubrania, dłonie, tapicerkę jego samochodu w desperackiej próbie dowiezienia jej do szpitala.
Droga, która zmuszała ją nie tylko do akceptacji tego, jakim człowiekiem był i co robił - ale też do aktywnego uczestnictwa w tym procederze. Do fałszowania dowodów, do brukania własnej odznaki, która w jej oczach wciąż miała połysk.
Droga, która prowadziła wyłącznie do dalszego cierpienia. Przypomnę ci tylko, że to twój pieprzony ciężar, który na mnie zrzuciłeś. Układ był prosty. Proponowali go oboje, w Mimmo's, on wyłącznie przyśpieszył wszystko to, co tak czy inaczej miało się wydarzyć. Jedna głowa wielkiej organizacji, która miała zostać przejęta - w zamian za wolność, dla niej.
Jego los nigdy nie obchodził go szczególnie mocno.
Mercer zasługiwała na wszystko to, o czym opowiadała snując plany na ich przyszłość. Na dom na przedmieściach z paroma psami, spokojne, poukładane życie, w którym nie będzie obarczona ciężarem skrzywionej moralności. W którym będzie mogła spoglądać na siebie w lustrze i nie zastanawiać się nad tym, czy praca, dla której poświęciła tak wiele, o której marzyła całe życie, miała teraz jakikolwiek sens.
W którym nie będzie zakochana w przestępcy.
Zmienił zamek w swoim mieszkaniu - nie przez to, że planował w nim zostawać, ale podejrzewał, że zostanie ono przez nią zdemolowane. Spakował wszystko, co posiadał i wsiadł w samochód, tak, jak robili to wcześniej razem, tyle że teraz towarzyszyła mu wyłącznie pustka.
Może ta sama, która towarzyszyła mu od samego początku. A według ciebie, jaki, kurwa, mam wybór?
Mam założyć na twoje dłonie kajdanki i doprowadzić cię do aresztu?
Nie miała wyboru.
Odebrał go jej, pozwalając się zbliżyć, wpuszczając do swojego świata nie zważając na targającą nim zgniliznę. Postawił ją w miejscu, w którym by żyć w zgodzie ze sobą, musiała wyrządzić mu krzywdę - coś, do czego nigdy nie byłaby zdolna, ponieważ ją znał.
Wiedział, że poszłaby za nim do samego piekła.
Ale nie chciał, by to robiła.
To, że on musiał spotkać się z gorejącą tam pożogą było efektem wszystkiego, co zrobił, błędów, które popełnił, układów z diabłem, które sam zawarł. Margo była w tym wszystkim pozbawiona winy.
Więc podjął wybór za nią.
Toronto przywitało go chłodem i tym ostentacyjnym zapachem domu, którego sto siedemdziesiąt dni nie było w stanie wymazać. Wszystkie chowające się w nim emocje przykrywała warstwa odrętwienia gdy sięgał po stare znajomości, wydobywał numery telefonów, których od dawna nie używał.
Gdy szukał j e j.
Wciąż wahał się przed wejściem do środka. Wciąż tkwił na parkingu, wypalając papierosa jakby miał przynieść mu ukojenie i świadomość tego, co miał robić następne, gdy dostrzegł ją po drugiej stronie.
Rozpoznałby ją natychmiast.
Jej rozrzucone, brązowe włosy, sylwetkę układającą się w znajomy sposób, dłoń sięgającą po papierosa - coś, co odnotował w głowie jako nowość. Nie paliła często, chyba, że z nim.
Wiedział, że go rozpozna.
Tak samo jak on rozpoznał ją.
Pożałował przyjazdu tutaj gdy tylko ruszyła w jego stronę. Gdy półmrok rozjaśnił jej oblicze, ujawniając jej wściekłą twarz - ale też znajome jej rysy, od których jego serce żałośnie wyrwało się do przodu.
Przez chwilę spodziewał się, że to on natychmiast oberwie w twarz. Gdy zamiast tego zrobił to jego samochód, coś za jego mostkiem szarpnęło w proteście, lecz sylwetka nie poruszyła się. Tkwiła dalej w miejscu, oparta plecami o auto, z wzrokiem zwróconym w innym kierunku.
- Potrzebuję przysługi.

the cycle of violence never ends
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła, jakby miała pieprzone rozdwojenie jaźni.
W tej samej sekundzie, w której jej wzrok powędrował w odpowiednim kierunku, poczuła to samo rozdarcie, które towarzyszyło jej od chwili, gdy wtargnęła do życia Rhysa Maddena.
Dzieliła swoje życie na przed i po nim, tak samo jak dzieliła je na te z nim i bez niego. W zależności od sytuacji była dwiema zupełnie różnymi wersjami siebie, których wspólnym mianownikiem zawsze był o n. Przy nim stawała się bardziej impulsywna, pozwalała sobie na emocje, których normalnie nie dopuszczała do głosu i zapominała, gdzie kończył się rozsądek, a do głosu dochodziło serce. Bez niego potrafiła być samodzielna i przekonana, że nie potrzebuje nikogo, kto pomógłby jej dźwigać ciężar własnych decyzji.
Nie wiedziała, która z tych wersji była tą prawdziwą, a która jedynie próbą przystosowania się do życia, jakie akurat przyszło jej prowadzić.
To uczucie nie zniknęło od razu. Zostawiała je przed drzwiami komisariatu, gdy zagłębiała się w kolejne sprawy, prowadzone najpierw w pojedynkę, a później z nowym partnerem, ale wracało dosłownie w tej samej chwili, gdy wychodziła na zewnątrz. Było jak ubranie wierzchnie, które zostawiało się na wieszaku tuż przed rozgoszczeniem się w salonie, albo buty ściągane na wycieraczce, żeby nie nabrudzić w czyimś domu.
Odeszło od niej dopiero wtedy, gdy miłość przykryła się warstwą nienawiści, tak silną, że każda pojedyncza myśl o nim zamiast wywoływać tęsknotę, sprawiała, że jej krew wrzała ze wściekłości. I teraz ten i m p u l s, który zmusił ją do uniesienia wzroku, do d o s t r z e ż e n i a go, do ruszenia się z miejsca i zadania mu bólu w najbardziej dziecinny ze sposobów, sprawił, że poczucie przynależności do dwóch miejsc znów wróciło. Przypomniał jej, że mogła oszukiwać siebie tak długo, jak tylko chciała, ale jej serce n i e zapomniało.
Potrzebował przysługi. Od n i e j.
Ze wszystkich ludzi, których znał w Toronto, z którymi jego ścieżki splotły się na przestrzeni całej kariery, którym pomógł i którzy bez problemu mogliby znaleźć rozwiązanie każdego jego problemu, wybrał właśnie ją. To był pierdolony żart, mało śmieszny, ale wystarczająco absurdalny, by wyrzucić w cichą przestrzeń gorzką salwę jej śmiechu. Pojawił się po sześciu, s z e ś c i u jebanych miesiącach, a jego egocentryzm kazał mu zwrócić się właśnie do niej? Do kobiety, którą zostawił bez słowa wyjaśnienia, dzień wcześniej mówiąc o tym, jak bardzo ją kocha, a następnego dnia uznając, że bez niego będzie jej lepiej?
Znał ją najlepiej. Wiedział, że jej gniew jest równie zapalczywy, jak jej miłość, a mimo to stanął naprzeciwko i po prostu stwierdził, że potrzebuje, kurwa, przysługi - bez żadnego przepraszam, bez skruchy w głosie, bez tęsknoty w spojrzeniu, bez miłości, którą naiwnie próbowała odnaleźć w drobnych gestach, tak dobrze jej znanych, a których teraz nie dostrzegała. Być może dlatego, że pragnęła być na nie ślepa, a może dlatego, że wcale ich tam nie było, bo wraz ze swoim wyjazdem naprawdę zamknął rozdział życia, w którym była ona.
- Zabawne - rzuciła, stojąc po drugiej stronie samochodu, nie będąc gotową, by zmniejszyć dystans wciąż oddzielający ich od siebie. Auto stanowiło prowizoryczną granicę, która pozwalała jej wierzyć we własną siłę, bo w jego pobliżu n i g d y nie mogła być pewna, czy zdoła nad sobą zapanować, kiedy w grę wchodziło jej zdradzieckie, wciąż zbyt mocno bijące serce. - A ja potrzebowałam odpowiedzi, których nigdy nie otrzymałam - zadała ich wystarczająco wiele, począwszy od zwykłego gdzie jesteś?, aż po to, które zostawiało po sobie wyłącznie echo - dlaczego to zrobiłeś?.
- To trochę niegrzeczne, by zjawiać się po kilku miesiącach i czegokolwiek żądać - dodała, choć wcale tego nie robił. Demonizowanie go na każdej możliwej płaszczyźnie pozwalało jej utrzymać gniew wciąż równie żywym, a przede wszystkim nie dopuścić do siebie myśli, że jego powrót mógłby znaczyć dla niej cokolwiek więcej. - Znikaj stąd, zaszyj się w tej dziurze, w której byłeś do tej pory i nigdy więcej nie kręć się tam, gdzie ja - nie pojawił się przecież przypadkiem. Była pewna, że musiał ją obserwować, bo skąd inaczej miałby wiedzieć, gdzie ją znaleźć? Nie wierzyła w takie zbiegi okoliczności, by spośród setek, jeśli nie tysięcy miejsc w Toronto, wybrał właśnie to, w którym akurat tego konkretnego wieczoru była ona.
Przez sześć miesięcy nie chciał nie potrafił znaleźć drogi powrotnej do jej życia, ale kiedy czegoś potrzebował, nagle doskonale wiedział gdzie jej szukać.

you can’t be fucking serious
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z jakiegoś powodu myślał, że mimo wszystko będzie l e p i e j.
Był tak doświadczony w przekierowywaniu swojego umysłu na właściwe tory, że sześć miesięcy powinno być wystarczającym czasem.
Wystarczającym, by złagodzić ból w miejscu, w którym wyrwał ją ze swojej codzienności, odwracając się w drugą stronę. Wystarczającym by jej rysy twarzy, które znał przecież na pamięć, zatarły się w jego wspomnieniach, stały wyłącznie wspomnieniem, które nie niosło ze sobą kolejnej fali cierpienia.
Wystarczającym by pogodzić się z tym, co wiedział od samego początku - że nie zasługiwał na nią, a ona potrzebowała w swoim życiu kogoś innego.
I przecież znalazła. Wiedział to, wbrew swojej woli. Wiedział, bo musiał znaleźć do niej kontakt, miejsce, w którym mógłby ją znaleźć, w którym mogliby porozmawiać. Ponieważ w całej, pierdolonej policji była jedyną osobą, którą mógł poprosić o pomoc, jedyną, która mogłaby jej udzielić, gdyby zechciała.
A pewnie nie chciała.
Sześć miesięcy było okresem zdecydowanie zbyt krótkim.
Niczego nie zatarły te dni. Nie odsunęły go od niej tak, jak powinny. Gdy znalazła się obok, nawet przedzielona samochodem, wciąż była j e g o Margo. Wszystkie jej elementy wskoczyły z powrotem do pustych przestrzeni, które wcześniej zajmowała w jego sercu. Wszystkie nadal były znajome, nadal należały do niego w ten dziwny sposób, w który jego ciało i umysł usiłowały ją sobie zawłaszczyć.
Miał świadomość tego, że zasługiwał na wszystko, co miała mu do powiedzenia.
Na wszystkie przekleństwa, na złość, która wykrzywiała znajome rysy jej twarzy, na metaliczny zgrzyt kluczy przeciąganych po lakierze samochodu. Na nienawiść, którą próbowała go obdarzyć, choć przecież wiedział, że nie była jedynym uczuciem, jakie w niej wzbudzał. Nie musiał nawet podnosić na nią wzroku, by wiedzieć, jak wyglądała, kiedy była wściekła. Znał każdy z tych drobnych gestów, charakterystyczne napięcie szczęki, sposób, w jaki wypowiadała kolejne słowa, kiedy z trudem powstrzymywała się przed wykrzyczeniem mu ich prosto w twarz.
Znał ją na pamięć.
A mimo to przez sto siedemdziesiąt trzy dni nie potrafił przewidzieć, jak zareaguje na jego powrót. Nie potrafił nawet wyobrazić sobie tego spotkania bez przywoływania obrazów, które kończyły się w dokładnie ten sam sposób - Margo odchodziła, a on pozwalał jej odejść, bo przecież właśnie o to chodziło w tym całym pierdolonym przedsięwzięciu.
O pozwolenie jej na życie bez niego.
Nie - o zmuszenie jej do życia bez niego.
I o to tkwił przed nią, przed tym samochodem, który przyjął na siebie jej cios, prosząc ją o p r z y s ł u g ę.
Nie odezwał się z początku.
Pozwolił, by jej słowa wybrzmiały w chłodnym, październikowym powietrzu, a później zniknęły gdzieś pomiędzy odległym szumem samochodów i muzyką dobiegającą zza drzwi baru. Pozwolił jej się wyszaleć, samemu dbając o to, by jego wzrok trzymał się z dala od jej oczu, w których wiedział, że dostrzegłby wyłącznie sam ból i mogłoby to być zbyt dużo.
Niemal od razu żałował, że w ogóle tutaj, kurwa, przyjechał.
Jakże prościej byłoby się odsunąć.
Jakże prościej byłoby wsiąść do samochodu, teraz noszącego na sobie bliznę podobną do tej, którą on nosił na własnym sercu.
- Pięć minut - odpowiedział wreszcie, tonem pełnym zmęczenia, z rodzaju tych, którego nie dało się pozbyć ośmioma godzinami snu. - Tylko tyle potrzebuję.
Tylko tyle i aż tyle, ale przecież nie przyjechał tutaj, nie rozgrzebał własnych win i nie wdarł się z powrotem do jej życia po to, by teraz pojechać do jebanego lakiernika.

the audacity of a man
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W swojej głowie rozgrywała ich spotkanie wiele razy.
Im bliżej było daty, w której Rhys zniknął, tym częściej widziała siebie biegnącą prosto w jego ramiona, bez względu na w s z y s t k o. Widziała, jak się w niego wtulała, jak obsypywała jego zmęczoną twarz pocałunkami, jak ujmowała ją w swoje dłonie, upewniając się, że nic mu nie było, a wszystkie dni rozłąki wcale nie miały miejsca. W tej wersji ich spotkania nie liczyło się nic poza tym, że wrócił - nie potrzebowała wtedy odpowiedzi ani przeprosin.
Z upływem kolejnych tygodni te wyobrażenia przybierały jednak inną formę. Widziała siebie wściekłą, wyrzucającą mu w złości wiele przykrych słów, demolującą jego mieszkanie, do którego wymienił zamki, definitywnie pokazując jej, że wyrzucił ją ze swojego życia na dobre. Widziała, jak podchodziła do niego i zamaszystym ruchem po raz drugi w życiu uderzała go w policzek, na którym chwilę później wykwitałby czerwony ślad. W tych wyobrażeniach nie było miejsca na pocałunki ani na ulgę, którą poczułaby, mogąc ponownie znaleźć się w jego ramionach.
Tyle samo razy próbowała zrozumieć, co zrobiła źle, obwiniając o jego zniknięcie samą siebie. Doskonale pamiętała każde pojedyncze słowo wypowiedziane w złości w przeddzień tego wydarzenia. To było jak wciąż żywa rana, posypywana solą za każdym razem, gdy przez długie tygodnie wmawiała sobie, że to przez nią podjął tę decyzję - bo nie potrafiła w porę ugryźć się w język, bo jej natura wzięła górę i wyrzuciła z siebie słowa, których wcale nie miała na myśli.
N i g d y nie chciała nikogo innego, n i g d y nie myślała o nim jak o przestępcy. Nie pragnęła spokoju u boku innej osoby, nie chciała widzieć naprzeciwko swojego biurka obcej twarzy kogoś czystego. W każdej sferze życia, w każdym jego jebanym fragmencie od pierwszej chwili pragnęła, by to miejsce zajmował tylko o n. Nie obchodziło jej, jak bardzo skomplikowane było życie u jego boku ani ile razy jeszcze mieli się pokłócić.
Była pewna, że to wystarczy. Że pośród wszystkich przykrych rzeczy, które sobie mówili, te najważniejsze zawsze wybiją się ponad to; że jej kocham było po stokroć silniejsze niż każde rzucane w kłótni mam dość. Była pewna, że pokazała mu, gdzie było jego miejsce, bo to zawsze znajdowało się t u t a j - w jej sercu, które teraz boleśnie rwało się ku niemu, próbując uciszyć wściekłość targającą nią, gdy miał czelność powiedzieć, że potrzebuje przysługi.
S t o s i e d e m d z i e s i ą t t r z y d n i.
To uczucie leżało przykryte grubą warstwą kurzu, wepchnięte w sam kąt, gdzie nie docierał żaden promień światła mogący je na nowo rozpalić. Wystarczył jeden podmuch wiatru, by wzbiło się w górę, odsłaniając prawdę o tym, jak niewiele potrzeba, by znów straciła nad tym kontrolę.
Była żałośnie słaba.
Mogła wmawiać sobie, że nienawidzi go na tyle, by odwrócić się na pięcie i zostawić go z problemem, z którym przez ostatnie miesiące radził sobie bez jej pomocy. Mogła powtarzać, że po tym wszystkim, co jej zrobił, nie był wart nawet sekundy jej uwagi, ale prawda była taka, że gdyby poprosił ją o cokolwiek, zrobiłaby dla niego w s z y s t k o. Każdą jedną, jebaną rzecz, której potrzebował. Dokładnie tak samo, jak niegdyś obiecał jej to samo, przysięgając, że cokolwiek się wydarzy, z a w s z e będzie mogła na niego liczyć.
Cisza po jego słowach rozciągnęła się do niewygodnych kilkudziesięciu sekund, które nigdy nie stanowiły żadnego problemu. Przecięło ją dopiero jej głębokie westchnięcie, będące niemal przyznaniem się na głos do własnej porażki, gdy wbrew rozumowi ruszyła, okrążając samochód i zniszczyła prowizoryczny mur między nimi.
- Dwie minuty - rzuciła, nie wtargnąwszy w jego przestrzeń osobistą. Nie ufała sobie za grosz, więc zatrzymała się dwa kroki przed nim, jednak była na tyle blisko, by dostrzec nową zmarszczkę na jego czole, cienie pod oczami i ten cholerny zapach, na punkcie którego wariowała.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dwie minuty.
Nie zamierzał z nimi negocjować. Nie zamierzał również próbować wykorzystać ich do wyjaśnienia czegokolwiek, co wydarzyło się pomiędzy nimi przez ostatnie sześć miesięcy, choć stojąc teraz zaledwie dwa kroki od Mercer, uświadomił sobie, jak wiele rzeczy chciałby jej powiedzieć.
Jak wiele pytań chciałby jej zadać.
Czy odzyskała odrobinę wiary w sens swojej pracy w policji? Czy znalazła sobie nowego partnera, którego irytowała równie mocno jak jego? Czy jej ojciec dalej naprzykrzał jej się na każdym kroku, na każdej rodzinnej uroczystości? Czy budziła się każdego dnia bez tego ciężaru na swoich barkach, który nałożyła na nie świadomość o popełnionych przez niego g r z e c h a c h? Czy udało mu się osiągnąć chociaż to jedno - zdjąć go z niej po tym, gdy sam go na nią nałożył?
Czy była szczęśliwa?

Czy ułożyła sobie życie bez niego?
Pytania piętrzyły się w jego głowie, ale żadne nie znalazło drogi do ust. Nie miał prawa ich zadawać. Nie po tym, jak sam zdecydował, że nie chce znać odpowiedzi.
Zresztą, sam nie wiedział, czy w ogóle te odpowiedzi były mu do czegoś potrzebne. Były jedynie ostrzem, które zadałoby więcej bólu - jeśli nie jemu, to jej.
Zamiast tego skinął lekko głową.
A słowa nie popłynęły.
Zamiast tego jego spojrzenie pomknęło po kobiecym obliczu. Była tak blisko, że bez trudu dostrzegał wszystkie znajome szczegóły jej rysów, które próbował przez ostatnie miesiące wyrzucić z pamięci. Tak blisko, że widział też oznaki jej złości - grymas na twarzy, drżącą wargę gotową uchylić usta w obeldze, napięcie w szczęce.
Tak blisko, że na jej dłoni może dostrzegłby plastikowy pierścionek zakupiony na stacji benzynowej, gdyby wciąż go nosiła. A jednocześnie dzieliła ich odległość, której nie potrafiłby pokonać nawet wtedy, gdyby bardzo tego chciał.
Jakaś jego cząstka pragnęła do niej podejść.
Inna, ta znacznie bardziej uparta, konsekwentna i bezwzględna nakazała mu tkwić w miejscu. Nie zrobił nawet kroku w jej stronę.
- Doszło do morderstwa - zaczął, przechodząc do rzeczy z charakterystyczną dla siebie rzeczowością. - Kilka dni temu znaleziono ciało.
Umilkł, zastanawiając się nad dalszym doborem słów. Papieros wypadł z jego dłoni, niedbale rzucony na ziemię. Choć był tylko w połowie dopalony, stracił już swój efekt, stracił swój smak.
Mało która rzecz go zachowywała gdy nagle stanął w towarzystwie kobiety, dzięki której jego życie w ogóle go nabrało - by później znów go utracić.
- Potrzebuję akt sprawy. Nie mam już do tego dostępu - westchnął wreszcie, świadom tego, że wszystkie słowa przybliżały go coraz mocniej do zagłady z jej ręki.
Nie miał prawa o to prosić. Nie miał prawa prosić o cokolwiek, nie po tym, gdy zniknął, nie po tym, gdy ją zostawił.
Nie po tym, gdy wbił ostrze pomiędzy nich, kalecząc każde z osobna.
- Wiem, że nie chcesz mnie znać, Margo - zakończył krótko, w żaden sposób nie łagodząc ciosu, który jej zadał. - Ale nikomu innemu nie mogę z tym zaufać.
Miał wielu kolegów w policji. Cholera, może gdyby udał się na komisariat to udałoby mu się dostać do tych spraw ze względu na wszystkie te lata, które tam spędził. Przeszkoda nie leżała do końca w samym fakcie tego, że oficjalnie nie był już gliną w Toronto.
Leżała w czymś dużo gorszym, czego nie musiała wiedzieć, jeśli w ogóle nie zamierzała mu pomóc - a na taką ewentualność był przygotowany.
Była jego jedyną opcją.
A może też, w przypływie egoizmu, którego nigdy nie potrafił się wyzbyć, przy okazji pierwszą, której postanowił spróbować.

old times, same people
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakże typowe było takie zachowanie dla Maddena.
Robił to samo, co zawsze - n i g d y nie kłopotał się wyjaśnianiem czegokolwiek.
Od początku ich znajomości, która zaczęła się od niewygodnej współpracy, Margo zawsze musiała wszystkiego się domyślać. Każdą niedopowiedzianą rzecz musiała dopowiadać sobie sama, bo najczęściej jedyną odpowiedzią, jaką od niego uzyskiwała, było to zmęczone spojrzenie rzucane w jej kierunku w przelocie.
N i g d y nie wpuścił jej w pełni do swojego życia, pozostawiając pewne drzwi zamkniętymi dla każdego. Jakkolwiek bardzo się starała, nieistotne, ile razy udowadniała mu, że mógł jej ufać, ani jak wiele słów o miłości do niego wypowiadała - nie otwierał się w stu procentach, część swojej przeszłości pozostawiając wyłącznie dla siebie. Tak było z historią Sophie, tak samo było z Ventrescą, a teraz z cichą ucieczką przed nią.
Stojąc przed nią, p r o s z ą c ją o pomoc, robił to wszystko tak, jakby ostatnie miesiące w ogóle się nie wydarzyły. Jakby, kurwa, nie wydarzyło się również wszystko, co poprzedziło jego wyjazd. Jakby tysiące razy nie obiecywała mu, że będzie z a w s z e, bez względu na wszystko, że zawsze wybierze jego, że go kochała, że stanowił centrum jej świata, że pragnęła tego całego bałaganu i tkwienia w nim razem. Jakby każda spędzona wspólnie noc i każde ciche wyznanie miłości nic nie znaczyły, jakby zostały wymazane wraz z widokiem tablicy z napisem Toronto żegna, którą sto siedemdziesiąt trzy dni temu widział we wstecznym lusterku.
Po prostu przed nią stał, w i e d z ą c, że mu nie odmówi.
Stał, być może nie tak pewny swego jak zwykle, ale zwracał się ku niej, gdy dopadły go problemy, których nie mógł rozwiązać w pojedynkę i tylko dlatego zdecydował się pojawić ponownie.
Stał, bo wydarzyło się coś na tyle ważnego, że zmusiło go, by ją odnaleźć, a wszystko, co do niej czuł, co ich łączyło, nie było wystarczająco mocne, by zrobił to wcześniej.
By pojawił się tutaj dla n i e j.
Świadomość tego zabolała ją tak bardzo, że jej rozedrgane zakochane serce na powrót zamieniło się w jątrzącą ranę. Niemalże czuła ten ból fizycznie, mimowolnie unosząc rękę i zmuszając dłoń, by rozmasowała to miejsce w klatce piersiowej.
Nie pomagało również to, czego od niej chciał. Choćby zaklinała się, że gdyby miała podjąć wszystkie decyzje z przeszłości jeszcze raz, ponownie wybrałaby jego, nie mogła kłamać, że ostatnie miesiące w pracy nie dawały jej s p o k o j u. Odetchnęła, gdy sprawa Ventresci wreszcie została zakończona, gdy problem, którym był Sergio Carbone, przestał być jej problemem, a Moretti skutecznie unikał ścieżek, po których chodziła ona.
Było ł a t w i e j.
Gdy tylko usłyszała jakiej przysługi od niej potrzebuje, mimowolnie się napięła. To było niemalże tak, jakby ktoś wyciągał szpony, by ponownie wciągnąć ją w jakiś koszmar. Wiedziała przecież, że na tym się nie skończy. To nie będzie tak, że on poprosi, ona to zrobi, otrzepie dłonie z kurzu i nigdy więcej się tym nie zainteresuje.
Wiedział, co robi, wiedział do k o g o przyszedł, wiedział, kurwa, że znowu wrzuci ją w spiralę niekończących się kłopotów, z którymi z pewnością wiązała się ta sprawa. Musiała być poważna, inaczej nigdy nie stanąłby przed nią.
Przymknęła oczy na ułamek sekundy, choć w ogóle nie rozważała czy mu pomóc. Wiedziała, że to zrobi. Nawet gdyby nigdy nie miała przekazać mu tych akt, jej ciekawość nie pozwoliłaby jej spokojnie spać. Nie wtedy, gdy coś dotyczyło j e g o, gdy znowu był tak b l i s k o. - Potrzebuję więcej informacji, Madden - nie Rhys, M a d d e n - tak jak na samym początku. - Co cię z tym łączy? Po co chcesz te akta dostać w swoje ręce? - stała na lepszej pozycji. Jeśli czegokolwiek chciał, musiał najpierw dać coś od siebie.
- Śmiałe założenie jak na osobę, która sama uciekła - wciąż nieświadomie pocierała klatkę piersiową. - Ja byłam tutaj cały czas. Ty zniknąłeś, to T Y nie chciałeś mnie znać - nie dało się udawać, że nagle przestali darzyć się sympatią bez żadnego powodu. Ten powód był zbyt wielki, by dało się go długo ignorować.

six months too late
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdawał sobie sprawę z nieznośności swojego charakteru. Nigdy nie chciał trzymać przed nią sekretów - Margo drążyła wzniesione przez niego mury jak kropla drążyła skałę. Docierała do tych półprawd i kłamstw, którymi ją obdarzał, odzierała je z fałszu, zdobywała tkwiące pod spodem informacje.
Prawda miała ich uzdrowić.
Miał być w błędzie zakładając, że nie jest w stanie tego unieść. Miała udowodnić mu, że byli w tym wszystkim r a z e m i nic nie było w stanie tego faktu zmienić. Mieli oboje to przetrwać, niezależnie od tego co było rzucane w ich stronę.
Tymczasem cena prawdy okazała się zbyt duża.
Dostrzegał ją w jej frustracji, w jej gotowości do łamania prawa, w które jako jedyna wciąż z takim zapałem wierzyła. Dostrzegł to, że była w stanie zrobić dla niego wszystko, ale kosztowałoby to ją jej zasady, przekonania, jej moralność, kręgosłup wciąż nieugięty pod ciężarem podjętych decyzji.
Mogła chcieć taką cenę ponieść by go zachować.
Ale on się na to nie zgadzał.
Teraz nie zamierzał tego roztrząsać. Nie zamierzał rozdrapywać tej rany, którą jego pojawienie się w Toronto na powrót otworzyło w ich sercach. Jakaś żałośnie naiwna cząstka jego uporu wierzyła, że może mogli załatwić to szybko, polubownie.
Bo czy nie ułożyła sobie życia?
Sam podjął decyzję o wyjeździe, sam odciął się od wszystkiego, co przez ostatnie miesiące zdołało nadać jego życiu jakikolwiek sens, a teraz, po stu siedemdziesięciu dniach milczenia, pojawił się przed nią z kolejnym problemem, jakby nie wyrządził jej wystarczająco wiele krzywdy. Nie oczekiwał wyrozumiałości, tym bardziej przebaczenia; miał świadomość, że utracił prawo do jednego i drugiego, kiedy po raz ostatni zamknął za sobą drzwi mieszkania, które wciąż nosiło w sobie ślady jej egzystencji.
Dlatego teraz tkwił w miejscu, przyglądając się temu drobnemu pieprzykowi na jej twarzy, którego położenie dokładnie zapamiętał, co do milimetra. Milczał, pozwalając jej wypowiedzieć wszystko, co wypowiedzieć pragnęła tak samo, jak wcześniej pozwalał jej przejechać kluczami po lakierze swojego ukochanego samochodu.
- Nic mnie z tym nie łączy. To morderstwo jakiegoś mężczyzny, pijacka awantura w East End, która skończyła się rozlewem krwi - odpowiedział, ignorując tę przepaść pomiędzy nimi, zamiast tego dzieląc się z nią faktami.
Tym, co udało mu się wyciągnąć będąc na miejscu, pytając odpowiednich ludzi i sprawiając odpowiednie wrażenie.
- Nie było mnie w Toronto od pół roku - dodał, jakby potrzebowała przypomnienia, choć przecież przed sekundą sama wygarnęła mu ten fakt jakże ochoczo. Jego ramiona drgnęły, gdy umysł dotarł w tłumaczeniach wreszcie do sedna sprawy i tego, co musiało przejść mu przez gardło. - Na miejscu znaleźli DNA sprawcy.
Wsunął dłonie z powrotem do kieszeni płaszcza. Ostatnim razem gdy słyszał jej głos, powietrze wciąż było ciepłe, wciąż pracowali od rana do nocy, uwikłani w Ventrescę. Łowili pieprzone ryby i wyjeżdżali z miasta, uprawiali seks w samochodzie i snuli absurdalne plany na przyszłość.
Wszystko to zniknęło wraz z latem.
- To moje DNA.

always the perpetrator
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystko, co uważał za istotne dla niej miało większe znaczenie.
Dla niej priorytetem był on; była w stanie przymknąć oko na każdą rzecz, zignorować wszystkie te cechy charakteru, które wydawały się nie do przeskoczenia, nie przejmować się różnicami niedającymi się pogodzić, bo finalnie byli dla siebie stworzeni.
Wiedzieli o tym oboje, od z a w s z e.
Tak jak on, tak samo ona wybierali siebie w każdej chwili, bez względu na wszystko i wydawało jej się, że oboje rozumieli, iż największym grzechem, którego mogli się dopuścić, największą z b r o d n i ą było odejście. Pozostawienie tej drugiej osoby samej sobie, bez grama wyjaśnienia, złamanie serca, złamanie tych cichych obietnic szeptanych pomiędzy pocałunkami składanymi na ciele, urywanymi gdzieś pomiędzy nocą a bladym świtem, kiedy dosięgała ich rzeczywistość.
Ta sama rzeczywistość, którą oboje zaakceptowali, na którą być może ona nie patrzyła przychylnym okiem, której nie rozumiała i którą często miała mu za złe, ale którą a k c e p t o w a l i, bo wciąż, pomimo wszystko, zawsze wybrałaby jego. Nigdy nie pozwoliłaby mu dźwigać tego samemu, bo on zrobiłby dla niej dokładnie to samo. Przyjąłby za nią kulkę w tym zgniłym magazynie, poszedł w ogień, zawsze zrobił krok naprzód, by ją ochronić. Nie mogłaby go zostawić.
Nie mogłaby przestać go kochać.
Nie mogłaby mu odmówić.
Nie mogłaby nie zadrżeć, słysząc słowa wypowiadane z jego ust, nie przejąć się i uznać, że to nie był już jej problem. Cokolwiek spędzało mu sen z powiek i zmusiło go do powrotu, wbrew logice i w zupełnej sprzeczności z tym, co wmawiała sobie przez ostatnie miesiące, wywołało w niej irracjonalną potrzebę ściągnięcia części tego ciężaru z jego ramion.
- Skąd wzięło się tam twoje DNA? - uniosła pytająco brew, nie łącząc ze sobą żadnych kropek. - Myślisz, że po takim czasie, kiedy ukrywałeś się... gdziekolwiek, kurwa, byłeś - skrzywiła się, czując tę walkę, która toczyła się pomiędzy skrajnymi emocjami. - ktoś próbowałby cię w coś wrobić? - wyłącznie taki scenariusz przychodził jej do głowy. Że ciemna przeszłość Rhysa nigdy nie miała wypuścić go ze swoich szponów i upominać się o niego do ostatniego oddechu.
Wiedziała, że mu ulegała, że robiła dokładnie to, czego przez ostatnie miesiące tak bardzo chciała uniknąć. Żałowała już, że pozwoliła tej rozmowie potoczyć się w ten sposób, że zamiast trzymać go na dystans i przypominać mu o wszystkim, co jej zrobił, zaczęła zadawać pytania, próbując zrozumieć jego problem.
W jej głowie to spotkanie rozgrywało się przecież dziesiątki razy i żaden z tych scenariuszy nie wyglądał w ten sposób. Miała być wściekła, nie pozwolić mu dojść do słowa, miała wyrzucić z siebie wszystko, co przez sto siedemdziesiąt trzy dni odkładało się w niej warstwa po warstwie. Przede wszystkim zaś nie miała zamiaru zachowywać się tak, jakby jego problemy wciąż były jej problemami.
- Mogłeś poprosić kogoś innego. Mogłeś pójść do Stevensona, on wciąż ma swoje dojścia - nie odrywała od niego spojrzenia, nie chcąc przeoczyć nawet najdrobniejszej zmiany. - Dlaczego wybrałeś mnie? - zasługiwała chociaż na tyle. Na tę jedną, pieprzoną p r a w d ę.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógł poprosić kogoś innego.
To stwierdzenie nie było luźną myślą zrodzoną z natury optymizmu, którym przypadkiem ją zaraził. Było obiektywnym faktem, ponieważ przez lata w policji Madden akurat zdobył wiele umiejętności ułatwiających pewnego rodzaju lawirowanie.
Miał przysługi, po które mógł sięgnąć.
Znajomych, którym pomógł bez zadawania pytań.
Kurwa, mógł zwrócić się nawet do Morettiego, gdyby naprawdę był zdesperowany i pozbawiony innych opcji.
Ale chciał jej.
Miał wystarczająco samoświadomości by dostrzegać w tym swój egoizm i wystarczająco ów egoizmu by móc sobie to odmówić. Zawsze w jej kwestii był słaby, zbyt słaby. Pozwalał jej przesuwać granice, wpuszczał ją do swojego życia świadom konsekwencji, kłamał, knuł i planował bez jej udziału i nawet gdy zdobył się na ten akt heroizmu, którym był wyjazd z Toronto, teraz znów tkwił przed nią, z dzielącym ich samochodem.
Obracał jej pytanie w głowie usiłując wykształcić racjonalną odpowiedź. Powinien był się go spodziewać. Właściwie, gdyby sam znalazł się na jej miejscu, gdyby ktoś, kogo znał na tyle dobrze, by móc przewidzieć niemal każdy kolejny ruch, pojawił się niespodziewanie po półrocznej nieobecności, również zastanawiałby się nad jego motywami. Szczególnie gdyby jedynym powodem tego powrotu była potrzeba uzyskania pomocy. Nie miał jednak żadnego dobrego wytłumaczenia, żadnej przekonującej wymówki, którą mógłby podsunąć Mercer, aby choć odrobinę zmniejszyć ciężar własnego egoizmu.
Nie zamierzał też udawać, że nie wiedział, jak wiele kosztowało ją prowadzenie tej rozmowy. Widział to w jej oczach, w sposobie, w jaki wciąż przyglądała mu się z mieszaniną złości i czegoś, czego oboje woleliby już nie odczuwać.
Popełnił błąd. Ale nie zamierzał już się wycofywać, wiedział bowiem, że kobieta w żaden sposób tego nie odpuści.
- Znasz wszystkie moje grzechy, Margo - odpowiedział krótko, czepiając się tego jednego wytłumaczenia, które wciąż miało dla niego sens. - W policji zostało niewiele ludzi Ventresci po ostatnim... czyszczeniu. Niewielu policjantów, którzy mogliby...
Urwał, świadom tego, że właśnie do tej roli ją sprowadzał.
Do policjantki, która w razie czego przymknęłaby oko na to, w jaki sposób wygląda to prawnie. Która drążyłaby dla jego korzyści prawdę, zamiast zamknąć na jego nadgarstkach kajdanki. Inni zrobiliby to za pieniądze bądź pod groźbą wyjawienia ich sekretów - Margo była jedyną, która zrobiłaby to, ponieważ mogła mu uwierzyć.
- Nie wiem co robi tam moje DNA - dodał z frustracją, gdy nawet ostatnia myśl spotkała się z zaprzeczeniem w jego głowie. Mogła mu nie wierzyć. Czy nie okłamał jej wystarczającą ilość razy? - Wiem, że ja nikogo nie zabiłem.
Najwyraźniej sto siedemdziesiąt dni było wystarczającym okresem, by kompletnie zapomniał jak powinno się rozmawiać. Już wcześniej komunikowanie się bywało dla niego wysiłkiem, teraz jednak był niezdolny do powiedzenia czegoś bez brzmienia jak całkowity idiota.
- W ostatnim czasie - dodał, ponure sprostowanie wydawało się zbędne lecz wiedział, że Mercer bardzo chętnie by się tego złapała.
Grunt, że była po drugiej stronie auta.
Z daleka, gdzie nie czuł przy sobie jej obecności aż tak.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”