ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
168 cm
organizatorka wyprzedaży majątkowych Afterglow Estate Sales
Awatar użytkownika
I've been wishing upon a star, as my universe falls apart
I feel so far from the sky, as my dreams are flying by
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracji-
postać
autor

#
2
We share a childhood, but somewhere along the way, we stopped sharing our lives

Rodzinny spęd był ostatnią rzeczą, w której miała ochotę dzisiaj uczestniczyć. Miniony tydzień był wyjątkowo intensywny, organizowała dużą sprzedaż a to wiązało się z całym mnóstwem obowiązków i brakiem nawet jednego wolnego dnia, w którym mogłaby odpuścić sobie robienie czegokolwiek produktywnego na rzecz siedzenia na kanapie z jedzeniem na wynos i oglądania jakichś głupot. Była zmęczona, przebodźcowana i miała serdecznie dość przebywania wśród ludzi, zwłaszcza takich, przy których musiała przywdziać na twarz sztuczny uśmiech i udawać, że jakoś się trzyma. Problem w tym, że rocznica ślubu dziadków była jedną z tych imprez, których nie mogła ot tak po prostu sobie odpuścić - od lat miała z nimi lepszy kontakt, niż z rodzicami, to właśnie dziadkowie mieli największy wkład w jej wychowanie. Andra wiedziała, że zależy im na jej obecności, więc postanowiła poświęcić się w imię wyższego dobra, choć skręcało ją na samą myśl, że będzie musiała spędzić wieczór w gronie całej rodziny, prowadząc kurtuazyjne pogawędki o niczym i udając, że jej życie wcale nie jest niekończącym się pasmem nieszczęść.
Spała dziś fatalnie, ale dzięki odpowiedniej warstwie makijażu udało jej się doprowadzić twarz do stanu używalności i jako-tako ukryć wszystkie oznaki przemęczenia. Ubrała się schludnie, ale bez przesadnej elegancji - ciemne spodnie, koszula, prosta marynarka... była zbyt zmęczona, żeby silić się na jakiś bardziej wyszukany outfit. Przed wyjściem z domu wzięła dodatkową tabletkę uspokajającą, modląc się, żeby jakkolwiek jej to pomogło, po czym wsiadła do samochodu, odpaliła spotify, podkręcając głośność niemal na maksa i wyjechała z parkingu, usilnie walcząc ze sobą, żeby się nie rozmyślić i nie odwołać swojego przyjazdu w ostatniej chwili.
W domu dziadków pojawiła się jako pierwsza, przywożąc ze sobą sernik baskijski domowej roboty i nadprogramowego uczestnika imprezy, Mochi - czterdziestokilową, owczarkopodobną kulkę futra, która przez ostatni tydzień nasiedziała się sama tyle czasu, że Andra nie miała serca zostawić jej w domu. Wątpiła, by ktokolwiek miał coś przeciwko. Mochi przyjeżdżała z nią do dziadków regularnie, zostawała pod ich opieką, kiedy wyjeżdżały z Chloe na wakacje, a gdy Bellerose przez kilka tygodni leżała w szpitalu, to właśnie babcia troskliwie opiekowała się swoją czworonożną prawnuczką.
Zanim weszła do domu, przysiadła na starym, ogrodowym krześle, stojącym przy drzwiach wejściowych odkąd sięgała pamięcią i odpaliła papierosa. Andra sprzed wypadku w życiu nie narażałaby swoich płuc na wiążące się z paleniem powikłania, ale teraz, kiedy po jej sportowej karierze pozostało ledwie piękne wspomnienie, było jej już wszystko jedno. Palenie od kilku lat było jej stałym rytuałem uspokajającym, a dziś zdawała się potrzebować tego bardziej niż zwykle. W międzyczasie pogładziła Mochi, która wiernie przydreptała za nią, usiadła przy krześle i położyła łeb na jej kolanach, jednak po chwili jej ręka machinalnie przeniosła się z czarnego futra na złotą obrączkę, zawieszoną na cienkim łańcuszku i zaczęła bawić się nią w jakimś nerwowym odruchu. Robiła to niemal bezwiednie, za każdym razem, kiedy szczególnie mocno brakowało jej Chloe.
Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała, żebyś tu dzisiaj była.

Cree Bellerose Casper Bellerose Vila Bellerose
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
metagaming, posty wygenerowane przez AI
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#13
On – w przeciwieństwie do wielu osób – nie unikał rodzinnych spotkań. Naprawdę je lubił i nie była to uprzejmość ani cierpliwie znoszony obowiązek. Uwielbiał ten moment, gdy wszyscy zasiadali przy jednym stole, a hałas nakładających się opowieści zagłuszał telewizor w tle. Ktoś zawsze mówił z pełnymi ustami, ktoś podkradał z półmiska kolejny kawałek przepysznej pieczeni, a babcia udawała, że niczego nie widzi. Niestety, nie wszyscy podzielali jego entuzjazm. Najtrudniejsze relacje łączyły go z Andrą, która mimo upływu lat wciąż nosiła w sercu żal po wyjeździe jego i rodziców do Nowego Orleanu. Do niego chyba tym bardziej, bo przecież mógł zostać z nią i dziadkami w Kanadzie. Wyczuwał to w jej krótkich odpowiedziach podczas rozmów telefonicznych i w dystansie, którego nie potrafił rozbroić żadnym żartem. Nie zrażał się jednak. Zawsze próbował być tym samym sympatycznym, pełnym energii i wsparcia, nieco młodszym bratem.
Nikt zresztą nie traktował tamtej decyzji jak katastrofy. Rodzice i dziadkowie z obu stron patrzyli na to wszystko najmniej pesymistycznie. Starsi Bellerose co prawda woleliby zatrzymać swoje pociechy w kraju, ale nigdy nie próbowali ich powstrzymać. Chcieli, żeby ich dzieci były szczęśliwe i same decydowały o swojej przyszłości. Tego samego jego rodzice życzyli mu i jego rodzeństwu. Nikt nie wywierał na nim presji, by wyjechał, ani nie zmuszał Andry do pozostania u dziadków. Decyzje zapadały przy kuchennym stole, w długich rozmowach, i choć nie każdy był z nich w pełni zadowolony, żadna nie została nikomu narzucona.
Mimo to rozumiał siostrę – przynajmniej częściowo. Przeszła w życiu sporo, a rodzina nie zawsze była przy niej. On sam nie miał dla niej zbyt wiele czasu po powrocie do Kanady. Skupił się na akademii, potem na pracy, a każdy kolejny awans wydawał mu się warty kolejnego tygodnia nieobecności w jej życiu. Był dla Andry głównie dostępny przez komunikator i bardzo rzadko twarzą w twarz. Wiedział, że to nie to samo i że żadna wiadomość nie zastąpi człowieka siedzącego obok, gdy najbardziej tego potrzeba.

Na miejscu zjawił się drugi. Żwir pod kołami zachrzęścił krótko i ucichł. Zaparkował swój samochód tuż obok domu, wyłączył silnik i przez chwilę siedział w ciszy, wygładzając dłonią kołnierz koszuli. Nie ubrał się z przepychem, ale uroczyście. Starannie wyprasowaną różową koszulę zestawił z ciemnymi, dopasowanymi spodniami, a całość uzupełnił wełnianym swetrem i jesienną kurtką. Sięgnął na tylne siedzenie po spory prezent, zapakowany w bardzo ładny papier, w torbie zawieszonej na materiałowym sznureczku. Na karteczce w środku wcześniej odręcznie napisał życzenia i zostawił małą wskazówkę co do zawartości upominku. Nie zdążył niczego ugotować. Dzień wcześniej wrócił z pracy późno, a rano wciąż siedział nad raportami, tak aby nikt nie zawracał mu głowy telefonami i cały wieczór mógł poświęcić rodzinie.
Otworzył furtkę i wszedł na posesję. Wśród zapachu mokrych liści i ziemi dało się wyczuć lekki dym tytoniowy. Zachodzące słońce barwiło szyby domu na pomarańczowo. Z otwartego okna na piętrze dobiegał stłumiony brzęk naczyń. Na ganku dostrzegł czyjąś sylwetkę. Po chwili usłyszał szczekanie i wielka kula futra pędem ruszyła w jego stronę, obiegła go dookoła i trąciła nosem jego wolną dłoń. Z rozczuleniem wymalowanym na twarzy podrapał psa za uchem i ruszył przez równo przycięty trawnik w stronę schodów. Gdy stanął na ganku, spojrzał na siostrę i uśmiechnął się ciepło i szczerze. Dostrzegł cienie pod jej oczami, nawet jeśli były starannie przykryte makijażem, ale nie zamierzał o tym wspominać. Niektórych obserwacji lepiej było nie komentować na głos. Poprawił uchwyt na sznureczku i wziął głęboki oddech, jakby właśnie miał się przyznać przełożonemu do spartolonej akcji.
– Hej. Zjawiłaś się pierwsza?
Na nic więcej nie potrafił się zdobyć. Nie usiadł i jeszcze nie wszedł do domu. Wrócił do głaskania psa, który pojawił się ponownie przy jego nodze, domagając się atencji.

:balonik: :impra: :torcik:
27 y/o
For good luck!
185 cm
florysta / właściciel The Flower Room
Awatar użytkownika
So, baby, come pass me a lighter
We're gonna leave 'em on fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

2
Casper był człowiekiem z misją. Co prawda większość takowych wyznaczał sobie sam i częściej niż nie były to kwestie banalne, do obejścia w jakiś łatwiejszy sposób, jednak mając już jakiś ambitny plan z założenia się go trzymał. Przykładowo teraz, tłukąc się przez miasto w kierunku domu dziadków, zerkał raz po raz na leżący na miejscu pasażera prezent rocznicowy, starając się nie skręcać zbyt gwałtownie by nie zrobić mu przypadkowej krzywdy. Były rzeczy ważne i ważniejsze, jakby trzeba było był gotowy złamać kilka przepisów dla całkowitej pewności, że jego misterne dzieło dotrze na miejsce w jednym kawałku.
Znacznie mniej przejmował się teoretycznie problematyczną kwestią spotkania rodzinnego. Zwykle przypominały one ruletkę - starczyła jedna osoba z nienajlepszym humorem by rozmowy przy stole zmieniły się w chodzenie po polu minowym. W takich sytuacjach jego personalną metodą na poradzenie sobie z problemem było dolanie sobie wina albo, jeszcze lepiej, babcinej nalewki i wszelkie potencjalne konflikty stawały się znacznie bardziej zabawne niż wcześniej. Personalnie nie pojmował także spięć między własnym rodzeństwem. Rozłąka odbiła się na nich wszystkich, w niektórych przypadkach bardziej niż w innych, jednak sam od powrotu robił co się dało by wygładzić pogięte relacje i nadrobić stracony czas. Oczywiście nie dało się zrobić tego dosłownie, ale w pewnym sensie można uznać, że próbował - ciągłe zaczepki o kontakt i pojawianie się w życiu rodzeństwa częściej niż zapewne było to mile widziane pomagało odzyskać przynajmniej naturalną irytację jego wszędobylstwem. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że wszyscy za tym tęsknili.
Parkując przy krawężniku na ulicy dziadków rozproszył się pilnowaniem delikatnego cargo na tyle by pick-up zgasł zamiast gładko się zatrzymać, więc z kilkoma przekleństwami na języku Cas musiał wykonać wstydliwy rytuał odpalania i ponownego gaszenia auta przed publicznością - widział dwójkę najstarszych z miotu jeszcze zanim wyszedł na ulicę. Chociaż dokładniejszym określeniem byłoby wypadnięcie na ulicę z rozległym wielokolorowym bukietem z różnorodnych kwiatów w ilości równającej się liczbie lat od ślubu dziadków. Zatrzasnął drzwi auta barkiem i, manewrując naręczem roślin owiniętych w ozdobny papier tak by widzieć dokąd w ogóle idzie, pomaszerował w stronę rodzeństwa. Z uczulenia na zbyt eleganckie ciuchy był zapakowany w miękki, kremowy sweter i jedną z niewielu par jeansów, które nie miały niespieralnych śladów po trawie na kolanach.
- Witam towarzystwo. Impreza przenosi się do ogrodu? - podpytał na powitanie i przeniósł bukiet do jednej ręki, żeby drugą objąć Cree wkoło ramion i poklepać go po plecach. Po tym spojrzał na Andrę i nie chcąc wysilać się z kucaniem do jej poziomu, wyciągnął pięść by przybiła mu starego, dobrego żółwika. - Od kiedy pa-... O mój boże, wzięłaś pieska - ucieszył się i, całkowicie porzucając wcześniejszą niechęć do zginania kolan, usiadł na schodkach ganku by znaleźć się na wysokości psa.

Vila Bellerose Andra Bellerose Cree Bellerose
26 y/o
For good luck!
163 cm
doktorantka na uniwersytecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

1.

To nie było tak, że Vraia spóźniała się za każdym razem, bo podchodziła do określania czasu nadzwyczaj swobodnie. Zupełnie nie. Zazwyczaj się starała, zerkała na zegarek i pilnowała terminów (a terminy w pracy były przecież niezwykle ważne), tylko jakimś cudem wyjątkowo często nagle coś się działo. Coś, co uniemożliwiało jej dotarcie na czas. Niekiedy faktycznie zdarzało się, że traciła poczucie czasu, zajęta pracą lub innymi sprawami, a nad badaniami potrafiła utknąć na dłuższą chwilę. O wiele częściej jednak to los robił jej psikusa.
Prawdopodobieństwo, że jeśli gdzieś jej się spieszyło, na drodze będzie wypadek, ulicę zatarasuje protest lub grupa ludzi zacznie tańczyć zupełnie bez powodu, w autobusie odpadnie koło albo nawet wybuchnie metro, było większe niż sto procent. Nie musiała nawet kłaść tarota, by to wiedzieć.
Tym razem to promotor się do czegoś przyczepił. Tak naprawdę Vrai wcale nie powinno być na uczelni, ale coś jej wpadło do głowy, więc postanowiła nad tym popracować. Zemściło się to w taki sposób, że właśnie profesor, zamiast zająć jej pół godziny, zajął jej dwie, bo coś mu się uroiło w tej naukowej łepetynie.
Vraia nie miała więc czasu, aby wrócić do domu i się przebrać. Jakimś cudem to jednak przywitała i drobny upominek rocznicowy wzięła ze sobą, dzięki czemu po opuszczeniu (oczywiście w pośpiechu) murów uczelni nie musiała po niego jechać, tylko mogła od razu udać się do dziadków.
Auta się jeszcze nie dorobiła, na taksówkę oczywiście nie miała kasy, więc pozostało jej się tłuc komunikacją miejską. Pewnie mogła zapytać któregoś z braci, czy by jej nie zgarnął po drodze, ale jakoś jej to wyleciało z głowy. Poza tym zwykle nie chciała prosić o pomoc. Czasami odnosiła wrażenie, że wszyscy patrzą na nią z pobłażaniem – jako na tę najmłodszą, która sobie średnio w życiu radzi i cienko u niej z jakąś stabilizacją. Wolała więc nie wspominać o wszelakich problemach, tylko za wszelką cenę chciała je rozwiązywać samodzielnie. Podwózka była drobnostką, ale w mniemaniu Vrai poproszenie o to równałoby się temu, że jak to tak, powinna już mieć własne auta i dlaczego ciągle jej brakuje pieniędzy, choćby na taryfę.
W czasie drogi rozmyślała o tym, że to w sumie piękne – wytrzymać ze sobą tyle lat. Z nią jakoś nikt nie wytrzymywał. Ale też nie trafił jej się jak na razie nikt właściwy – a ten jeden, co się trafił, zdecydowanie właściwy nie był. Wiec też trzeba było mieć szczęście, aby stosunkowo wcześnie spotkać tę właściwą, przeznaczoną osobę. Trochę odpłynęła w tych rozmyślaniach i przez to prawie przegapiła przystanek.
Później pomyślała, że może warto byłoby pokonać truchtem odcinek od przystanku do domu dziadków. Z ciastem jednak trudno się biegło, maszerowała więc przyspieszonym krokiem, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę wcale nie jest spóźniona. Przez furtkę dosłownie wpadła, a kiedy dotarła do werandy, sapała lekko, zdyszana przez pośpiech.
Widok całej trójki rodzeństwa nieco ją zaskoczył.
– Cześć! – przywitała się radośnie, przystając na schodkach. Odetchnęła ze dwa razy i zmarszczyła brwi. – A co to za zebranie? Impreza jeszcze się nie zaczęła? – Czyli jednak się nie spóźniła? Jak dobrze! – Czy może czekacie na mnie, żebyśmy weszli wszyscy razem? – spytała naiwnie, oczywiście uśmiechając się przy tym z zadowoleniem, choć wątpliwe było, aby obmyślili taki plan, by trzymać sztamę i wkroczyć do domu dziadków wspólnie.

Andra Bellerose Cree Bellerose Casper Bellerose
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
totalnego braku przecinków, metagamingu
30 y/o
For good luck!
168 cm
organizatorka wyprzedaży majątkowych Afterglow Estate Sales
Awatar użytkownika
I've been wishing upon a star, as my universe falls apart
I feel so far from the sky, as my dreams are flying by
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracji-
postać
autor

Nie nacieszyła się swoją chwilą spokoju i samotności zbyt długo. Nawet nie zdążyła do końca sobie dopalić; papieros spalony ledwie do połowy tlił się w jej dłoni, kiedy na podwórko wjechał samochód jednego z braci. Westchnęła ciężko, z całych sił starając się nie zastanawiać nad tym, czy może jednak udałoby jej się jeszcze jakoś wykręcić od imprezy i wrócić do domu. Mochi, w przeciwieństwie do niej, zdawała się być w siódmym niebie. Mimo podeszłego wieku, wciąż była zaskakująco pełna energii i cieszyła się jak szczeniak na widok każdej nowej pary rąk do głaskania, więc Andra nie była szczególnie zaskoczona, kiedy suczka poderwała się i radośnie wybiegła Cree na spotkanie.
Chciałabym potrafić wykrzesać z siebie chociaż połowę jej entuzjazmu.
— Hej — rzuciła w odpowiedzi, patrząc z rozczuleniem na Mochi, która właśnie otrzymywała od jej brata upragnioną atencję. — Nie wiem, sama przyjechałam przed chwilą, jeszcze nie zdążyłam wejść do środka — poinformowała, rozglądając się za popielniczką, którą przywiozła tu kiedyś, żeby nie zaśmiecać babci trawnika. Zastanawiała się, czy powinna powiedzieć coś więcej, ale nigdy nie była mistrzem sztucznego podtrzymywania rozmowy. Miała nadzieję, że w trakcie imprezy zdoła chociaż trochę przełamać swoją niechęć do small talków albo (to już w ogóle byłoby wspaniale!) że jakimś cudem rozmowa z rodzeństwem zacznie przychodzić jej w miarę naturalnie - a tymczasem z nieba spadło jej wybawienie od niezręcznej ciszy w postaci kolejnego samochodu, który zajechał na podjazd.
Liczyła, że Cree i Casper będą ciągnąć rozmowę między sobą, a ona dalej będzie mogła udawać, że jej tu nie ma.
— To chyba nie ta pora roku. — Na dworze już zaczynało robić się szaro i choć pogoda w ciągu dnia nie była najgorsza, wyraźnie dawało się odczuć spadek temperatury. Przez tą chwilę już zdążyły jej przemarznąć ręce, mimo to, zamiast zaproponować wejście do domu, sięgnęła po kolejnego papierosa, chcąc odwlec jeszcze chwilę moment rozpoczęcia imprezy. Z żalem uświadamiła sobie przy tym, że zostały jej w paczce zaledwie trzy ostatnie Camele. Wolała na razie nie zastanawiać się, jak szybko przyjdzie jej pożałować, że po drodze nie pomyślała o tym, żeby zajechać do sklepu. — Mochi, ale masz dzisiaj dzień dziecka — zwróciła się do psa, widząc, że również Casper jest nią zachwycony. Dobrze zrobiła, że postanowiła ją tu zabrać.
Dosłownie moment później przed domem pojawiła się Vraia. Normalnie jakbyśmy się umówili. Timing mieli idealny, choć żadne z nich, zdaje się, nie deklarowało, o której dokładnie zamierza się pojawić.
— Możecie wchodzić jak chcecie, dopalę i do was dołączę. — I tak musiała jeszcze cofnąć się do samochodu po sernik i prezent. Wysiadając zostawiła je w bagażniku, bo wolała mieć wolne ręce, dopóki Mochi biegała po ogródku - ostatnio niemal siłą musiała odciągać ją od świeżo posadzonych tulipanów babci.

Cree Bellerose Casper Bellerose Vraia Bellerose
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
metagaming, posty wygenerowane przez AI
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pomyślał, że szkoda, iż ich relacje z bliskimi nie przypominały tych z filmów. Tam cała rodzina zjeżdżała się w jedno miejsce, wszyscy witali się radośnie, dom wypełniały śmiechy i głośne rozmowy, a od czasu do czasu ktoś zaliczał wpadkę albo robił coś tak przypałowego, że wspominano to potem przez lata, ze łzami w oczach. U nich sprawy miały się inaczej. Mimo to cieszył się, że raz na jakiś czas udawało im się spotkać w komplecie, i nawet jeśli atmosfera nie była tak swobodna, jak by sobie życzył, nie byli dla siebie obcymi ludźmi. W pracy nieraz miał do czynienia z rodzinami, których członkowie nawet nie chcieli się do siebie przyznawać, a to był wyjątkowo przykry widok.
Z uśmiechem odwzajemnił uścisk brata, uważając, by nie zamachnąć się przy tym zbyt nachalnie prezentem. Nie mógł też oprzeć się wrażeniu, że czworonożny członek rodziny skupił całą uwagę na Casperze.
– Tyłki by nam zaraz odmarzły – rzucił wesoło w odpowiedzi na pytanie o ogród.
Zdecydowanie nie była to pora na siedzenie przy basenie z napojami z lodem i wielkie barbecue na prawdziwym ogniu pod wieczór. Prędzej wszyscy wylądowaliby przy ognisku, pod kocami, a i tak trzęśliby się z zimna.
Nie zdążył nawet dobrze skończyć, a do rozmowy dołączyła ostatnia zguba. Rodzeństwo było już w pełnym składzie, a cała reszta rodziny siedziała zapewne grzecznie w środku. Pomachał wolną ręką do najmłodszej siostry, po czym zerknął w stronę drzwi.
– Na nikogo specjalnie nie czekaliśmy, ale widać, że jesteśmy rodzeństwem, bo zjawiliśmy się mniej więcej w tym samym czasie.
Co było o tyle zabawne, że z nikim nie umawiał się na żadną konkretną godzinę. Dziadkowie nie wymagali przesadnej punktualności, więc wszyscy przybywali, kiedy chcieli, czasem wcześniej, czasem później. Wnuki przyjechały na końcu, jak niemal zawsze. Młodzi i z obowiązkami na głowie, jak zwykli ich usprawiedliwiać rodzice.
Pokiwał głową na słowa Andry. Chłód zaczynał kąsać jego nieschowane w kieszeniach dłonie, a poza tym nie przepadał za papierosami. Niby pracując w policji, powinien się już dawno do nich przyzwyczaić, ale i tak unikał przenoszenia tego zapachu na swoje ubrania.
– Dobry plan. Jeszcze czeka nas witanie się z każdym w środku! – wywrócił oczami, jakby był to przykry obowiązek, choć tak naprawdę cieszył się, że zobaczy twarze, których nie miał okazji oglądać od kilku miesięcy. Chciał jedynie uniknąć jednej czy dwóch ciotek, które uwielbiały szarpać go za policzki, jakby wciąż był małym brzdącem.
Nie ponaglając pozostałych, wszedł do środka jako pierwszy. Już na progu owionął go zapach potraw, ciepło bijące od kominka oraz spojrzenia skierowane w jego stronę. Zaczął od dziadków – najstarszy Bellerose siedział w najlepszym fotelu niczym monarcha przyjmujący poddanych, a babcia krzątała się wśród pozostałych gości.
– Wszystkiego najlepszego z okazji tak pięknej rocznicy. Żeby wspólne szczęście trwało jak najdłużej – powiedział, całując babcię w policzek i ściskając dłoń dziadka, a potem wręczył im prezent.
Matka dopadła go chwilę później i przytuliła tak mocno, jakby nie widzieli się od roku, a nie od kilku tygodni. Ojciec stał obok i poklepał go po ramieniu, tym swoim krótkim, rzeczowym gestem, który w jego wykonaniu znaczył więcej niż niejeden wylewny monolog. Cree odpowiedział uśmiechem, którego nawet nie próbował powstrzymać. Dopiero w tej chwili, w cieple pełnego domu, poczuł, że naprawdę wrócił, a gwar rozmów z sąsiedniego pokoju dopełniał ciepła, które objęło go zaraz po wejściu z ganku. Wiedział, że za moment ktoś poda mu talerz, ktoś inny zada piętnaście pytań naraz, w tym o pracę i jego życie miłosne. Miał tylko nadzieję, że rodzeństwo szybko dotrzyma mu kroku i ściągnie na siebie część uwagi ciekawskiej rodziny.

:balonik: :impra: :torcik:

Jeśli ktoś z Was będzie chciał użyć imion dla dziadków/rodziców/innych członków rodziny, to droga wolna, ale zaznaczcie je w tekście! <3
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”