ODPOWIEDZ
26 y/o
Welkom in Canada
179 cm
Prezes w firmie ojca Nexora Technologies
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkifajne
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Popołudnie powoli dobiegało końca, kiedy Rose opuszczał kort tenisowy. Czuł się cholernie zmęczony, ale i szczęśliwy, że po raz kolejny udało mu się wyprowadzić kilka naprawdę czystych zagrań. Uwielbiał tenisa - dawał mu możliwość wyżycia się i zagłuszenia własnych myśli, które łomotały mu w głowie równie głośno, jak piłka, która uderzała o podłoże na korcie. Kiedy skupiał się na kolejnych odbiciach umiał panować nad przeszłością i poczuciu dziwnej niesprawiedliwości. Zostawiła go matka, zostawił najlepszy przyjaciel. Nic dziwnego, że nie umiał w zaufanie, które przecież było nieodzownym elementem relacji międzyludzkich. Jak bez niego miał się jakkolwiek zaangażować?
Zarzucił sportową torbę na ramię i pożegnał się z kolega, który dzisiaj był jego przeciwnikiem. Daniel był dobry, nawet bardzo. Dzięki niemu Sinclair spocił się co niemiara, wyżywając się na kolejnych kilka dni.
Odetchnął świeżym (zakładając, że w ogóle tak można było nazwać powietrze w Toronto) powietrzem, pozwalając sobie na dłużej przytrzymać je w płucach. Tak właśnie wyglądałą wolność. Nawet, jeśli bolał go każdy możliwy mięsień, mógł być z siebie dumny, tak po prostu. Czy dumny byłby też ojciec? Wspierał go we wszystkim, nawet w najdrobniejszych rzeczach, które osiągał Ambrose. Miał w nim oparcie i był mu za to niezmiernie wdzięczny. Szkoda, że tego samego nie mógł powiedzieć o matce. Zaledwie jej zamglony obraz pojawił się w jego głowie, a już trochę siadł mu humor. No i po co to sobie robił?
Potrząsnął łbem, kierując się w stronę domu. Miał kawałek, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby trochę pospacerować, tak dla relaksu i rozciągnięciu mięśni.
Pogrążony we własnych myślach w pierwszym momencie nie zauważył, że tuż przed nim wyrosłą jakaś postać. nie pierwszy i nie ostatni raz spotykał kogoś na ulicy, więc nigdy nie przykładał do tego wagi. A może powinien? Wtedy uniknąłby wielu nieprzyjemnych sytuacji.
Poczuł nieznaczny ból, kiedy czyjeś ramię uderzyło w jego bark, a młody chłopak niemal natychmiast stracił równowagę. Ambrose odruchowo wyciągnął rękę, chwytając go za przedramię, zanim ten zdążył wylądować na chodniku.
-Spokojnie, bo zaliczyć twarde spotkanie z betonem - skomentował, rejestrując blond czuprynę i pozornie niewinną twarz. Tak, zdecydowanie powinien przywyknąć, że ludziom nie można było wierzyć. - Wszystko w porządku? - spytał mimowolnie, bo przecież ludzie tak o nie taranowali drugiego człowieka na niemal pustym chodniku. Może coś się stało i potrzebował pomocy?

Ariel Lockwood
20 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
178 cm
sex worker, thief, hustler ✨ wherever pays ✨
Awatar użytkownika
You're so pretty, think I forgot too fuckin' breathe.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jego początek w Toronto nie należał do różowych. Właściwie w ogóle nie miał koloru, bo po spontanicznej ucieczce z rodzinnego miasta w osiemnaste urodziny (bo gdyby uciekł wcześniej, to by go szukali), miał w kieszeniach tylko drobne, a w plecaku butelkę wody, trochę ciuchów i kilka batonów. Nie miał za to bardzo wielu potrzebnych rzeczy, między innymi planu co dalej. Przede wszystkim musiał ogarnąć sobie miejsce do spania i zacząć zarabiać pieniądze. Na początku kręcił się po dworcu głównym i okolicach, nawiązując nowe znajomości, żebrząc i okradając podróżnych lub zwykłych przechodniów.
Robił to, bo musiał i tak powtarzał sobie coraz częściej. Miał serce, ale również i inne narządy, całe ciało, które domagało się spełnienia chociaż podstawowych potrzeb, bo zaniedbywał się od tygodni.
Znajomy znajomego znał kogoś, kto miał wynająć mu klitkę w Rexdale, bo poprzedni lokator zniknął bez śladu i zostawił po sobie pełno gratów. Nie chciało mu się tego ogarniać i remontować mieszkania, więc powiedział, że jeżeli Ariel zapłaci mu z góry chociaż za dwa miesiące, to będzie mógł się wprowadzić. To była dobra okazja, w jego mniemaniu, a pozostawała tylko kwestia zarobienia takiej kasy. Obawiał się, że ktoś go wyprzedzi i zgarnie mieszkanie tuż sprzed nosa.
Kręcił się po mieście, pytał o pracę w lepszych lokalach (nie dla wypłaty, a po to, żeby mieć dostęp do ludzi z kasą), nawet na zastępstw albo próbował wyczaić okazję do zgarnięcia jakiegoś drogiego fantu, żeby prywatnie go opchnąć. Taka okazja nadarzyła się w pochmurne popołudnie na jednej z uliczek w śródmieściu. Nie było tu specjalnie tłoczno, być może przez pogodę, co właściwie nie robiło mu większej różnicy, chociaż w tłumie łatwiej było w razie czego zniknąć.
Zauważył drogi zegarek na przegubie młodego chłopaka. Być może pochodził z bogatej rodziny, a może była to pamiątka i jedyna cenna rzecz jaką posiadał — nie wiedział i nie chciał wiedzieć. W taki sytuacjach wolał podchodzić do wszystkiego z jak największym dystansem. Im mniej myślał o tym, kim była okradana osobą, tym łatwiej mu to przychodziło. Trochę jakby grał kogoś, kim nie był. Wczuwał się w rolę, odgrywał ją i wracał do własnego życia z zastrzykiem gotówki.
Sprawa nie była skomplikowana, nauczył się wyciągać portfele z kieszeni i ściągać niepostrzeżenie zegarki jeszcze w North Bay. Chociaż teraz rzadko kiedy ktoś nosił gotówkę przy sobie, więc ograniczał się głównie do rzeczy wartościowych. Jakiś czas podążał już za chłopakiem, uważnie go obserwując. W dogodnym momencie przyspieszył i wpadł na niego, zwinnie zdjął zegarek i wsunął sobie do kieszeni, po czym potknął się (w stylu najbardziej pechowego złodzieja na świecie) i wyrżnąłby głupim ryjem w beton, gdyby chłopak, którego właśnie okradł, nie podtrzymał go.
— Oh, przepraszam. Zagapiłem się, to chyba przez to, że jeszcze nic nie jadłem — powiedział, siląc się na niepewny uśmiech. Poczuł się strasznie głupio, przez co zaczął za dużo gadać. Właściwie już nie powinno go tu w ogóle być. Przytrzymał się jego ramienia, przy okazji zaglądając mu w oczy z takim wyrazem, jakby chciał wyznać mu wszystkie swoje grzechy. A przecież miał traktować okradanych ludzi jak manekiny, no ale jak to miało wyjść, skoro ten manekin właśnie okazał się miły, pomocny i nawet całkiem przystojny. Ariel przełknął trochę nerwowo ślinę i przesunął dłonią po jego ramieniu, cofając się powoli o krok. — Dziękuję — dodał ciszej i zerknął w bok, chcąc odejść, jednocześnie zastanawiając się czemu jeszcze tego nie zrobił. Zaczynał mieć straszne wyrzuty sumienia.

Ambrose Sinclair
Myre
posty z ai, brak interpunkcji w postach i zaangażowania w fabułę, jak ktoś kieruje moją postacią bez uzgodnienia, jakieś paranoje
26 y/o
Welkom in Canada
179 cm
Prezes w firmie ojca Nexora Technologies
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkifajne
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie pamiętał sytuacji, w której zdarzyło mu się zignorować osobę potrzebującą i nie chodziło tu jedynie o wrzucenie pieniążków do puszki, czy chociażby kupienie jakiemuś bezdomnemu jedzenia. Rzecz sprowadzała się również do pozornie prozaicznych czynności jak pomoc staruszce w przejściu przez ruchliwą drogę, podniesienie rzeczy upuszczonej przez kogoś, kto sam nie mógł się schylić, czy wniesienie zakupów na wyższe piętra sąsiadowi, kiedy akurat nie działała winda. Jakoś tak samo wychodziło, że działał pod wpływem impulsu nie zastanawiając się nawet, czy powinien czy nie. Dla niego odpowiedź i tak zawsze byłaby taka sama. Może wynikało to z wychowania, może z faktu, że sam doskonale wiedział, jak to jest zostać z czymś, z czym człowiek niekoniecznie potrafi sobie poradzić. Miał takich sytuacji wiele w przeszłości, mogąc wtedy, przynajmniej do pewnego czasu, polegać na swoim najlepszym przyjacielu.
Nic dziwnego, że teraz też złapał chłopaka, działając instynktownie. Dodatkowo miał zamiar upewnić się, że nic mu nie groziło, a on ma się w porządku. Kolejny dobry uczynek do listy, której i tak nie prowadził.
Przyjrzał mu się nieco uważniej, oceniając szkody psychiczne. Blond włosy, młoda twarz, dość niepozorny wygląd. Nie wyglądał na kogoś, kto właśnie zamierzał rzucić się na niego z pięściami albo wszcząć awanturę. Wręcz przeciwnie- sprawiał wrażenie trochę zagubionego i speszonego, jakby chciał zniknąć z tego miejsca, nie do końca nawet wiedząc, czemu się tu znalazł.
-To chyba niezbyt dobry pomysł, żeby spacerować po mieście na pusty żołądek - zauważył, poprawiając torbę sportową na ramieniu. A co, jeśli chłopak potrzebował pieniędzy i właśnie dlatego niczego nie zjadł? Nie wyglądał źle, ale Ambrose nauczył się już nie oceniać ludzi po okładce. Zwłaszcza, że sam nie chciał być oceniany przez innych na podstawie zawartości swojego portfela skutecznie ukrywając fakt, że posiadał tyle pieniędzy, że niczym się martwić nie musiał. - Zwłaszcza jeśli masz zamiar wpadać na przypadkowych ludzi. Następnym razem możesz nie trafić na kogoś, kto będzie miał odruch łapania cię w ostatniej chwili - uśmiechnął się do niego. Ludzie byli różni, a Toronto było prawdziwą mieszanką różnych narodowości, z których niekoniecznie każda potrafiła zaakceptować moralne zasady.
Lekko zmarszczył brwi, kiedy chłopak zaczął mu się intensywnie przyglądać, jakby go oceniał. Dość nietypowe zachowanie, a może po prostu źle interpretował jego zachowanie. Zamiast jednak samemu odwrócić wzrok, odpowiedział spojrzeniem dostrzegając zaraz zmieszanie jegomościa, co wywołało na jego ustach delikatny uśmiech. No dobrze, to było urocze. Z tym, że niestety tym razem Rose nie miał czasu na żaden flirt, nie mając nawet pewności, cze chłopię przed nim było na niego gotowe.
-Nie ma sprawy. Uważaj na siebie - rzucił, zerkając na niego po raz ostatni i odwrócił się, odchodząc. Wyjątkowo nietypowe spotkanie, musiał przyznać.
Przez pierwszych kilka kroków nie wydarzyło się nic szczególnego. Ambrose zastanawiał się nad tym, czy powinien po drodze zahaczyć o jakiś sklep, bo lodówka w jego mieszkaniu świeciła ostatnio pustkami, a perspektywa przygotowywania sobie czegokolwiek po powrocie nie należała do szczególnie zachęcających. Mógłby zamówić jedzenie, ale to wymagałoby jeszcze większego czekania. Może więc jakaś kanapka, coś na szybko. Płatki z mlekiem? Odgrzewana lasagne? Może jego współlokator coś miał, chociaż stawiał, że poza jakimś napojem również i jego półki świeciły pustkami. Nie ma to jak dorosłe życie.
Przeszedł jeszcze kilka kolejnych kroków z poczuciem, że coś mu nie pasowało. Nie potrafił od razu określić, co dokładnie, ale przez ostatnie kilka sekund miał dziwne wrażenie, że zapomniał o czymś istotnym. Odruchowo zerknął na swoją sportową torbę, potem poprawił rękaw bluzy i spojrzał na nadgarstek.
Który okazał się być pusty.
Przez krótką chwilę wpatrywał się w puste miejsce na skórze, jakby samym spojrzeniem mógł sprawić, że przedmiot magicznie pojawi się z powrotem. Przesunął palcami po nadgarstku, sprawdzając, czy może pasek po prostu się rozpiął, ale nie znalazł nawet najmniejszego śladu. Dopiero wtedy przypomniał sobie moment, w którym chłopak wpadł na niego, jego dłoń na przedramieniu, a później przesunięcie palców po ramieniu Ambrose, kiedy ten pomagał mu odzyskać równowagę.
Odwrócił się gwałtownie, szukając wzrokiem blondyna. Nie zdążył jeszcze odejść daleko. Właściwie znajdował się zaledwie kilkanaście metrów od niego, co w tamtej chwili Ambrose uznał za wyjątkowo szczęśliwy zbieg okoliczności. Nie zastanawiając się dłużej, ruszył w jego stronę, początkowo szybkim krokiem, a później niemal biegiem.
-Ej, ty! Stój! - krzyknął do niego, zaraz dopadając do blondyna. Zdecydowanie nie należało ufać przystojnym buźkom. Złapał go za ramię, może nieco zbyt gwałtownie, ale trudno było oczekiwać, żeby w takiej sytuacji zachował pełen spokój. Dopiero kiedy stanął przed nim, zdał sobie sprawę, jak bardzo musiał wyglądać na wzburzonego. Zmarszczone brwi, napięta szczęka i spojrzenie, które zdecydowanie odbiegało od tego, jakim obdarzył go jeszcze przed chwilą.
Przez moment wpatrywał się w twarz nieznajomego, próbując wyczytać z niej emocje. Zaskoczenie? Strach? Poczucie winy?
- Zabrałeś go, prawda? Mój zegarek, który miałem na ręce - wyrzucił z siebie, nie odpuszczając. Intuicja podpowiadała mu, że ma rację. A jeśli się mylił? wtedy jakoś mu się odwdzięczy za te oskarżenia. - Słuchaj, nie wiem, kim jesteś ani dlaczego to zrobiłeś, ale... - urwał, przecierając dłonią twarz. Nie był przyzwyczajony do proszenia obcych ludzi o cokolwiek, a już na pewno nie do targowania się z kimś, kto prawdopodobnie właśnie go okradł. - Jeśli go masz, po prostu mi go oddaj. Jak potrzebujesz kasy, to ci zapłacę. Ale to… to jedyna pamiątka po mojej mamie, dobra? I nie chciałbym jej stracić - wyrzucał z siebie kolejne słowa. Jego głos nieco złagodniał, choć napięcie wciąż było wyraźnie słyszalne. Nie zamierzał robić awantury na środku chodnika, nie chciał też wzywać policji. Jedyne, czego chciał, to odzyskać zegarek, który miał dla niego wartość większą, niż ktokolwiek mógł podejrzewać.
- Mam pieniądze. Możesz powiedzieć, ile chcesz, co? - sięgnął do kieszeni spodni, jakby chciał udowodnić, że nie rzuca słów na wiatr. Dopiero teraz dotarło do niego, jak absurdalnie musiało to brzmieć. Proponował pieniądze komuś, kto prawdopodobnie właśnie zabrał mu przedmiot wart całkiem sporo, żeby odzyskać... przedmiot, który już należał do niego. Patologia jak się patrzy, ale teraz nie miało dla niego znaczenia jak w ogóle zostanie to odebrane i jak bardzo złodziej mógł go wykorzystać widząc desperację malującą się na twarzy.

Ariel Lockwood
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”