A jeszcze kilka dni temu to było takie proste. Wyatt był tragicznym ojcem, a Daisy była dobrą ciocią, nie potrzebowali niczego więcej, bo właściwie wszystko, co między nimi było opierało się wyłącznie na małej Sophie. Nie było jakiś niedomówień, nie było ukradkowych spojrzeń, i tych za długich prosto w oczy. Ale chyba dzisiaj Ward tą swoją niedorzeczną prośbą, sprowadził to na jakieś inne tory. Tylko, że wciąż nie wiedział, czy złe, czy może lepsze?
Inne, na ten moment to było dobre słowo.
Prowadził i naprawdę próbował skupić się na drodze, ale wciąż kątem oka zerkał na Daisy, przysłuchiwał się jej rozmowie z Olivią, wiedział, że mimo wszystko ona też nigdy nie umie odmówić małej Sophie, już ją sobie wyobraził, z tymi iskierkami w oczach, jak prosi ją przez telefon, żeby pozwoliła jej nocować u opiekunki. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy postawiła warunek, że tylko jedna bajka. On by tego nie potrafił, nigdy nie był dobry w zasadach, chociaż w szpitalu przecież przestrzegał każdej jednej, a jeśli chodziło o jego córkę, to wystarczyło jedno jej spojrzenie, żeby pozwolić jej na wszystko. W takich momentach był pewny, że dobrze, że Sophie ma Daisy, bo gdyby on ją wychowywał to wyrosłaby na okropnie rozpieszczoną córeczkę tatusia.
-
Dobrze jest mieć jeszcze kogoś zaufanego Daisy - odpowiedział spokojnie na jej słowa na temat Olivii -
zresztą ona sobie tak dorabia, bo chce iść na studia medyczne, to dobra dziewczyna i traktuje Sophie jak siostrę - Wyatt czasem myślał o tym, że kiedy Sophie przyszła na świat, to od razu wiedzieli z Rose, że będzie miała rodzeństwo. Może dlatego nie miał nic przeciwko jej relacji z opiekunką, zresztą rozmawiał z nią, wiedział, że przy niej Sophie nic nie grozi. Nie wybrałby dla niej złej opiekunki, takiej która całe dnie siedzi na telefonie, albo zaprasza chłopaków, Olivia miała podejście do dzieci, uważał, że skończy na pediatrii.
Kiedy Daisy odłożyła telefon, to prawie od razu zawibrował, a na wyświetlaczu pokazał się napis - Dyrektor. Wyatt nawet po niego nie sięgnął. Wiedział o co chodzi, z Oddziału dzwonili z zupełnie innego numeru.
-
Mam czas - odpowiedział od razu na pytanie blondynki, chyba dlatego, że rozproszyły go te myśli o pogadance z dyrektorem. A może dlatego, że rzeczywiście dzisiaj go miał?
-
Dyżur mam dopiero pojutrze, czterdzieści osiem godzin, a potem wolny weekend - powiedział, jakby wyuczył się tego na pamięć. Całego planu swoich dyżurów, całego planu Sophie i jeszcze wszystkich jej zajęć dodatkowych, bo raz w tygodniu obiecał jej też basen. Tak właściwie było.
Słuchał słów Daisy z lekko zmarszczonymi brwiami, dokładnie wiedział która to komoda. Skinął głową.
-
Może też powinienem pomyśleć o biurku... U mnie wymalowała całą ścianę - roześmiał się i nawet na chwilę zwrócił ku niej twarz. Na jej kolejne słowa jedna z jego brwi momentalnie podskoczyła ku górze. Czyli szpital tez może być ważny?
-
Akurat wszystkie życia na dzisiaj są już chyba uratowane - dodał, znowu z uśmiechem. Nawet sobie umiał z tego zażartować, bo w zasadzie to się zdziwił, że Daisy coś takiego powiedziała. Przecież zawsze wytykała mu, że szpital jest najważniejszy. Nie powiedziała nigdy, że jego praca też jest ważna, że w ogóle, polega właśnie, na ratowaniu życia. Do dzisiaj.
Zamyślił się nad tym co powiedziała później, chwilę milczał, skupiając spojrzenie jedynie na drodze, która ginęła pod kołami samochodu. Daisy miała rację, bo nigdy nie wynagrodzą Sophie braku matki, nie ważne co by zrobili, razem, czy osobno, ale to chyba... nie na tym miało polegać.
-
Daisy... - zaczął, akurat w momencie, w którym parkował auto na jej podjeździe -
tu nie chodzi o to, żeby jej to wynagrodzić, bardziej może o to, żeby Sophie była po prostu szczęśliwa, miała dobre dzieciństwo. No i ma, bo ma Ciebie. Ja myślę, że niczego jej nie brakuje, no może oprócz tego biurka - powiedział te słowa patrząc jej w oczy, bo Wyatt po prostu to czuł, że może i Sophie straciła mamę, ale dzięki Daisy nie odczuwała tego braku, dzięki Daisy miała naprawdę dobre dzieciństwo. Nigdy nie zdoła się jej za to odwdzięczyć, ale może uśmiech tej małej dziewczynki chociaż odrobinę jej to wynagradzał? Taką miał nadzieję.
Jeszcze przez moment patrzył na jej twarz, ale w końcu zgasił silnik i wysiadł z auta, pozwolił jej na chwilę spokoju, z tymi jego słowami, które wciąż jakby wisiały w powietrzu, do obszedł samochód dość powoli i otworzył jej drzwi. Wyciągnął do niej rękę, żeby pomóc jej wysiąść, bo jednak jego samochód miał dość wysoki próg.
Daisy Jenkins