-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Jest taki dom dziecka pod Toronto, zawsze im wpłacam pieniądze - bo to akurat była prawda. No i ostatnio też był tam ze Stewart, stąd takie skojarzenie. To nie tak, że Madox nie lubił bezdomnych piesków, ale jednak z dzieciakami zawsze miał lepszy kontakt.
- Ludzie Evie… Normalni ludzie - uśmiechnął się na jej słowa. Co prawda Madox nie był jakimś smakoszem kawy, pijał tą po kolumbijsku, kiedy musiał się skupić w robocie... Ale kiedy nie musiał, to zdecydowanie wolał na śniadanie rum.
On kurwa na każdy jeden posiłek mógłby pic rum. Chociaż z drugiej strony, to trzeba było się nawadniać, a jednak... alkohol nie był do tego najlepszy.
Chociaż ten z Medellin miał w sobie to coś. Coś, co sprawiało, że ta latynoska muzyka w tle od razu stawała się przyjemniejsza dla ucha. Jeszcze dwa kieliszki i Madox też będzie od razu jakiś bardziej przystojny...
Chociaż i tak był, a te ciemne przenikliwe oczy wciąż gdzieś błądziły po twarzy Eviny.
Na jej kolejne słowa pokiwał głową, a jeden kącik jego ust uniósł się do góry.
- Yhym… to tak jak ja - bo Madox też zawsze otaczał się ciekawymi, kolorowym i ludźmi. On w ogóle lubił ludzi, dla niego nigdy nie było jakąś trudnością zagadać do kogoś zupełnie obcego. Taki zawód w końcu...
Pełen wyzwań też. A seks, to już jeśli o Noriegę chodzi, często było kierowany przypadkiem, w całym klubie gadali o tym, że on sobie lubił na parkiecie wyrywać panienki na jedną noc. Ale nagle plotki ucichły, cóż.
Emptiness też już wiedziało, że on się kręci przy jednej policjantce, za często tu bywała, a on rzucał wszystko... dla niej.
- Jak się pracuje tak dużo jak my, to trudno gdzieś indziej - wzruszył ramionami, ale to była prawda. Uśmiechnął się znowu delikatnie słuchając słów policjantki.
- Romantycznie - stwierdził unosząc zaczepnie jedną brew - ale w zasadzie fajnie, że jesteś szczęśliwa - Madox może nie był wylewny, chujem był po prostu. Ale są ludzie którym źle nie życzył i można powiedzieć, że Evina była jedną z takich osób. Chociaż może wcale nie spotykali się co piątek na drinku. Od lat się na tym drinku nie spotkali.
- Niby tak, ale nie ma to jak domowe bandeja paisa, we wszystkich kolumbijskich knajpach podają samo gówno - nie to żeby Madox umiał je zrobić. Stewart też nie umiała. Ale pomarzyć sobie można. Aż oparł łokieć na ladzie i pochylił się w jej kierunku.
- Umiałabyś ugotować? Tam jest fasola...jajko... awokado, arepa… ryż... - tak jej zaczął wymieniać. Oni z Pilar to umieli tylko jajko i ryż, jeszcze trochę im brakowało skila. Ale jakby Evina umiała takie coś przyrządzić, to może by się kiedyś do niej wprosił... na obiad.
Dopiero kiedy zapytała o to co u niego, to się zawiesił, uniósł jedną brew. Bo akurat Madox nigdy nie opowiadał co u niego, w ogóle nie gadał o sobie, rozmowę prowadząc tak, żeby tego unikać. Może nawet dalej powinien jej opowiadać o specjałach kolumbijskiej kuchni? Zmienić temat?
Ale na tego kuszącego playboya parsknął śmiechem.
- Taką mam opinię? - puścił do niej oczko, jak na kuszącego playboya przystało i oparł się o ladę - a co słyszałaś? Co o mnie jeszcze mówią? - bo Madox zawsze był ciekawy, w Emptiness mówili różnie, często o tych jego panienka na jedną noc. Ale teraz to kurwa mówili, że się zbratał z psami. A nie powinien wcale.
Na komisariacie też nie było tajemnicą to, że on Stewart uratował przed jej popierdolonym kolegą z pracy, który się okazał zwyrolem i ją porwał. No i co? I dostał za nią na komendzie od chłopaków, bo pierwsze podejrzenia oczywiście padły na niego, a potem jeszcze cały czas o nią pytał, aż wylądował na misji pojmania Nicka Daltona. I już nikt nie uwierzy, że robił to zupełnie bezinteresownie.
Madox się za bardzo ostatnio odsłaniał, co wiązało się z pewnymi naciskami z góry.
Nie wiedział tylko ile Evina mogła słyszeć. O jego niekończących się wizytach na posterunku też?
Również uniósł kieliszek, kiedy w niego stuknęła i przechylił go od razu, a potem nawet polał po kolejnym i ten też opróżnił. To po ilu on miał się zrobić ładniejszy?
No nie ważne, ale po trzech zrobił się... trochę bardziej wylewny?
- Nie wiem ile słyszałaś Evie, ale trochę się popierdoliło - stwierdził jakby nigdy nic. I naprawdę on gadał o sobie? A przecież on nigdy tego nie robił, z nikim.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- No to wpłać im nieco więcej w ramach prezentu - dodała, bo skoro już był taki punkt, na który Noriega mógł przekazywać pieniądze to niech to robi.
Mogłaby mu też polecić sierociniec, z którego planowały z Zaylee zaadoptować dziewięciolatka, aby jednak polepszyć jakoś byt tamtejszych dzieciaków, ale wolała nie zdradzać się z informacją na jego temat, aby nie wzbudzać dodatkowego zainteresowania właściciela klubu.
- Raczej popierdoleni. Czasem mam wrażenie, że ci wszyscy kawofile to jebani sekciarze - przyznała na głos.
Dla niej niepojęte było czemu ludzie aż tak się nią ekscytowali. Powstawały tysiące kawiarni, kubki, koszulki i inne pierdolety, na których pojawiały się cholerne hasła o kawie. Za cholerę nie potrafiła zrozumieć dlaczego było tego aż tyle.
- W to akurat nie wątpię - rzuciła w odpowiedzi.
Pobieżna znajomość Madoxa wystarczała do tego, aby stwierdzić podobny fakt. Sama nie przepadała zbytnio za otaczaniem się ludźmi. Lubiła swoje własne towarzystwo oraz wyselekcjonowane grono znajomych. Tyle jej wystarczało do szczęścia.
- Romantycznie w chuj - przytaknęła na jego słowa. - Nie spodziewałam się, że szybki numerek na kanapie doprowadzi do oświadczyn, ale... Skoro to działa.
Zaskakujące, że tamtego wieczoru Zaylee nie zdecydowała się zostać na drugą rundę, a teraz miała zostać z nią do końca życia. Czasami nawet wydawało się to być zabawne. No, ale one dwie nigdy nie należały do normy.
- Może, ale nie cierpię gotować - przyznała szczerze.
Jeśli faktycznie miałaby już z jakiegoś powodu gotować i dostałaby odpowiedni przepis to pewnie byłaby w stanie ugotować wskazane przez Noriegę danie. Może nie do końca smakowałoby jak trzeba, bo każdy doprawiał inaczej, ale coś na pewno by z tego powstało.
Swanson nie lubiła zanadto mówić o sobie. Zwłaszcza jeśli druga strona nie dawała nic od siebie, a rozmowa była skupiona wyłącznie wokół jej osoby. Dlatego właśnie starała się przekierować rozmowę na Madoxa i przekonać się o tym jak jemu się aktualnie życie układało.
- Na pewno takie sprawiasz wrażenie - odparowała, nie zamierzając się do niczego przyznawać.
Nie interesowała się nim. Zrobiła jedynie pobieżny research zanim faktycznie przekroczyła próg Emptiness, żeby wiedzieć czego powinna się spodziewać przychodząc do lokalu. Na ogół jednak nie interesowało jej życie innych ludzi. Zwłaszcza, że w jej własnym ostatnimi czasy działo się aż zbyt wiele. Ledwo uporała się ze sprawą zabójcy koronerów, który próbował zabić jej narzeczoną, a teraz miała na karku własnego psychopatę odgrażającego się za to, że wsadziła go do pierdla dwie dekady wcześniej. Nie wspominając już o tym, że musiała pomagać przy jednej ze spraw Heleny oraz o tajnym zadaniu znalezienia kreta w policji... Było tego naprawdę sporo, a każda ze spraw ciągnęła się tygodniami.
- Nie mam czasu, żeby słuchać co u innych, gdy u mnie też się pierdoli - przyznała z delikatnym, nieco pocieszającym uśmiechem. - Dlatego śmiało mnie oświeć.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak dobre, że Laura mu sprawdziła, że ta ich kawa nie jest wysrywana i mu to rzuciła gdzieś między rozmowami.
- No w sumie... znam lepsze rzeczy, które kopią podobnie, a nawet lepiej, a nikt ich tak nie chwali - no tak, bo jakby przed Noriegą postawić kubek z kawą, najlepszą na świecie, a cienki koks, to on wciąż wybrałby koks. Też nie był miłośnikiem kawy. Oparł się łokciami o ladę przyglądając Evinie. Akurat Madox to był prosty do przejrzenia, jakoś za specjalnie nie krył się ze swoimi zamiłowaniami, do kobiet, prochów, alkoholu... Co prawda on czasami grał różne role, ale tak czy siak, nigdy grzecznego, przykładnego obywatela Toronto. Chociaż może dziesięć lat temu trochę próbował.
- A co wolałabyś ją poznać na ulicy? Jak od czapy wylewasz na nią kawę? Przecież my kurwa nie żyjemy w komedii romantycznej - Madox to na pewno w takiej nie żył. Chociaż jego życie momentami zakrawało o komedie, ale romantyzmu raczej w nim nie było. Chyba, że jakiś popierdolony - no i jak zaczniesz od numerku, to się potem nie zdziwisz, gdyby ci laska po czasie wyskoczyła, że seks dopiero po ślubie, czy coś - bo Madoxowi raz taka jedna tak wyskoczyła, jakaś święta była. A że on nie był wcale, to szybko się ulotnił.
Na jej kolejne słowa uniósł do góry obie brwi i spojrzał na nią wielkimi oczami.
- Jakbym umiał gotować, to bym to robił cały czas, ja pierdole, kucharzem bym został, a nie pierdolił się w jakiś klub - aż się rozmarzył, ale tak by było. Sto razy bardziej wolałby zrobić sobie bandeja paiso niż stać tutaj za barem... Chociaż, lubił stać za barem, bardziej go ostatnio denerwowała ta papierkowa robota, zwłaszcza, że mu robili pracownicy jakiś gnój, okradali go, i takie tam.
Zmrużył oczy, kiedy powiedziała, że takie sprawia wrażenie... Może sprawiał. W tej swojej kolorowej koszuli, ze złotymi pierścionkami i łańcuchami trochę wyglądał na kuszącego playboya... albo bardziej na latynoskiego Don Juana? Przechylił na bok głowę i polał im oczywiście po kolejnym szocie. Już na rozwiązanie języków, zdecydowanie.
Stuknął kieliszkiem delikatnie w ten jej i swój przechylił.
- Znasz Stewart? - proszę bardzo, jednak o to zapytał - to trochę się zakolegowaliśmy, no i nacisk z góry, żeby skończyć znajomość, powtórka z rozrywki, jak kilka lat wstecz - aż wywrócił oczami, ale tak było. Bardzo podobna historia, kiedy Madox też za bardzo się bratał z psami, a jako kret nie mógł. Dużo rzeczy właściwie nie mógł, a i tak je cały czas robił. I chociaż te kilka lat wstecz odpuścił, to teraz nie zamierzał, tylko nie bardzo jeszcze wiedział jak ma to rozwiązać.
- A u ciebie co się pierdoli Evie? - zapytał, bo przecież skoro miała brać ślub, to chyba nie mogło być tak źle? Madoxowi w zupełności by wystarczyło, gdyby oni z Pilar mogli sobie tak po prostu razem być, ale nie mogli. Nie powinni, i w ogóle.
Może jeszcze by sobie pogadali, bo było całkiem milutko, a flaszka rumu szła im bardzo sprawnie, sprawniej niż te rozmowy o sobie... Ale do Madoxa przyczaiła się w międzyczasie Maddie informując go, że coś się odpierdala na dole. Chciał, czy nie, to musiał się ruszyć, bo na dole akurat jak się coś takiego działo, to nigdy nie było to nic dobrego.
- Miło było cię zobaczyć Evie, ale musze spadać, napij się jeszcze, i ten... do zobaczenia, nie? - może za kolejne kilka lat? A może niedługo? A może na ich ślubie? Madox to jednak nigdy nie zakładał nic z góry. Po prostu brał to co przyniesie los.
Spoiler
ale kończę wątki poboczne, żeby się trochę odgrzebać, przepraszam! no i co... i przyjdę po jakiś aktualniejszy jak już będę czyściutka, czy coś, jak coś to wiesz, łapiemy się ;p
szturchnij mnie tylko, czy chcesz odpisać, czy mam dać zt ; )