Znowu się uśmiecha, tak, są bardzo szczęśliwi, jak w każdym małżeństwie zdarzają się ciche dni, albo nerwowe wybuchy pani Patel (on nigdy się nie unosi, przynajmniej nie na nią), ale przecież są razem przeszło trzydzieści lat i szczerze? Nie wyobraża sobie życia bez niej, byłoby strasznie nudne -
Życzę ci tego, żebyś kiedyś znalazła - w myślach życzy jej także, żeby nie był to jego syn. Obserwował go od noworodka i naprawdę, niektóre rzeczy wolałby odzobaczyć -
W takim razie powodzenia - kiwa głową, kiedy zdradza nieco więcej szczegółów dotyczących tej poważnej sprawy. Brzmiało intrygująco, a takie sprawy szybko stawały się medialne. Wiedział, że jeszcze o tym usłyszy. Kolejny delikatny uśmiech przecina jego lico i zanim się odezwie, upija łyk wina -
To chyba raczej komplement, kto wie? Może kiedyś będziesz miała okazję? Ale wiedz, że to nie byłoby łatwe zadanie - doskonale wiedział, że ona też to wie, w końcu był pierdoloną legendą, wielu studentów przychodziło na salę sądowe, żeby przyglądać się jego poczynaniom. Kiedyś myślał, że na starość może spróbuję swoich sił w nauczaniu, ale jakoś nie miał cierpliwości do młodzieży -
Lokalne wino to zawsze świetny prezent - bo Franklin był smakoszem, lubił próbować nowych smaków, chociaż od czasu do czasu lubił się też upić, nawet jeśli nigdy nie robił tego publicznie. No, chyba, że we Włoszech podczas podróży poślubnej, ale wtedy był jeszcze młodym chłopakiem o nikomu nieznanym nazwisku. Uśmiech schodzi z jego twarzy zastąpiony tą samą chłodną powagą kiedy Charlotte pyta, czy aby nie za surowo ocenia swoje dziecko -
Za surowo? Gdybym nie wychował go twardą ręką, zapewne nie miałbym już syna - właściwie było w tym trochę racji, łatwo stoczyć się na sam dół, jeśli miało się tendencje do wpadania w spiralę uzależnień, a młody Patel zdecydowanie ją miał, przecież Franklin widział jak łykał tabletki na uspokojenie jak cukierki, albo jak pociągał nosem kiedy wychodził z łazienki. Nie był głupi. Gdyby zaczął mu pobłażać, to był pewien, że w końcu skończyłoby się to tragedią. Nie był surowy dlatego, że taką miał naturę, tylko dlatego, że inaczej jego dziecko nic by w życiu nie osiągnęło. Słucha co ma do powiedzenia i nic nie mówi. Obrusza się na krześle dopiero kiedy Lotta odbija piłeczkę -
Każdy ponurak potrzebuje swojej iskierki, ale masz rację, są bardzo podobni - tylko według niego pewne cechy, które nie drażniły u kobiet, jak choćby gadulstwo i pewna nutka szaleństwa, w ogóle nie przystoiły mężczyźnie, szczególnie takiemu, który chciał coś znaczyć w towarzystwie
-
A więc tak to sobie wymyśliłaś? Sprytnie - doceniam, chociaż osobiście uważam, że nawet bez zakładu powinni wybrać się na wspólne wakacje, odpoczynek dobrze by im zrobił. Zawsze jak wracali ze wspólnego urlopu, to biła od niech jakaś taka radość. Wypoczęty człowiek to szczęśliwy człowiek -
To nie żadna klubowiczów tylko - zawahałem się przez ułamek sekundy -
Bibliotekarka - kiwam głową. Czy mi uwierzy? Być może, w końcu kochałem książki i w bibliotece byłem stałym bywalcem, przecież mogłem tam kogoś poznać. Tylko jej podejrzliwe spojrzenie mówi samo za siebie - nie nabierze się na takie bajeczki, postanawia jednak nie komentować tej kwestii. Ja także nie komentuje jej kolejnych słów, w zamian ulatniając się w kierunku jadalni. Stoję za rogiem i przysłuchuję się rozmowie. Właściwie to całkiem miłe, uśmiecham się lekko na słowa Charlotte, a w głowie mam milion przeróżnych myśli i dopiero krzyk z kuchni sprawia, że się poruszam, szklanki o mało nie wypadają mi z rąk. Oni też to słyszą, więc wchodzę do pokoju i rzucam głupkowato -
Co tam? Rozmawiacie sobie? - nie kurwa, gapią się w sufit. Zerkam przelotem na ojca i nieco dłużej patrzę na Charlotte, a potem odstawiam to co mam i drę się na całe gardło -
No przecież idę już!!! - stary wywraca oczami, o tym właśnie mówił, o byciu zdecydowanie zbyt głośnym. Czym prędzej wracam do kuchni i zdaję się być trochę nieobecny, drapię się po karku analizując to, co właśnie usłyszałem, a gdy zarzuca mi, że podsłuchiwałem to kiwam głową -
No, podsłuchiwałem - przyznaję się, bo po co kłamać? Przecież mnie znała -
Właściwie ciężko stwierdzić, wygląda jakby się dogadali - sam w to trochę nie wierzę i ona też, widzę to po jej minie. Jest równie zaskoczona co ja, ale jeśli to prawda to byliśmy świadkami jebanego cudu -
No dobrze, pora na obiad, weź tamte rzeczy - instruuje mnie i razem wracamy do jadalni -
Mam nadzieję, że jesteście głodni, tylko zostawcie sobie trochę miejsca na deser - mówi pani Patel i zaczyna nakładać każdemu po potężnej porcji -
Pachnie fantastycznie - pan Patel kiwa głową. Łapie za butelkę wina i uzupełnia kieliszki, jeden dla siebie, jeden dla Charlotte i nowy dla mamy -
A dla mnie? - pytam, zajmując miejsce obok Kovalski, a Franklin ucisza mnie gestem dłoni -
Ty dzisiaj nie pijesz, prowadzisz - czy mogłem się kłócić? Nie. Czy chciałem prowadzić? W chuj nie. Czy po cichu liczyłem na to, że Lotta nie pozwoli mi wsiąść za kółko swojego auta? Tak, chociaż jeśli sobie tutaj tak ochoczo gawędzili, to pewnie było już po ptokach -
Smacznego! - woła Anabelle i zajmuje miejsce obok swojego męża.
Charlotte Kovalski