-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Tymczasem w kuchni chwytam za deskę podstawiając ją pod piekarnik, by mamie łatwiej było wyciągnąć nasz dzisiejszy obiad. Zakłada kuchenne rękawice i wyjmuje brytfankę z wnętrza, zapach jest wspaniały, dosłownie czuję wzmożoną pracę ślinianek. Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami, kiedy wspomina o zakładzie ale wcale mnie to nie dziwi - po kimś w końcu musiałem odziedziczyć charakter. Przez chwilę rozkminiam co właściwie chce usłyszeć, jednak szybko dochodzę do wniosku, że tym razem wolę być po prostu szczery - Nie nakręcaj się, nic z tego nie będzie - kręcę głową - To nie jest dziewczyna dla mnie - stwierdzam, a ona przekrzywia głowę na jedną stronę i chyba trochę zbyt energicznie odkłada lasagne na desce, czym prędzej układam ją na blacie szafki i zaczynam kroić -Dlaczego nie? - dopytuje, a ja wzruszam ramionami. Dobre pytanie - Bo nie, nie jest w moim typie - próbuję ją zbyć, ale nie daje za wygraną i wywraca oczami - Bo nie ma sztucznych cycków? - rzuca z przekąsem, a ja parskam śmiechem. Opieram się jedną ręką o blat i wbijam spojrzenie w mamę - Ale powiedz coś więcej o tym zakładzie, bo zciekawiłaś. O co chcecie się założyć? Jeśli gra jest warta świeczki to może mógłbym się postarać? - przez chwilę mierzymy się wzrokiem i widzę, że każdy trybik w jej głowie pracuje właśnie na najwyższych obrotach - z jednej strony nie chce bym złamał jej serce z drugiej... Chce wygrać. Może gdzieś po środku liczy na to, że po drodze naprawdę się zakocham i czeka nas zakończenie rodem z harlekinów.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zmarszczyła brwi. Zbyt często dostawała to pytanie, za często wykłócała się o karierę z własnym ojcem. Była najstarsza z całego rodzeństwa, to ona przecierała szlaki, by reszta mogła ruszyć do przodu. Wydawało się jej to najważniejszą kwestia, od której nie była w stanie uciec. Po prostu się uparła, a uparta Kovalski zawsze bierze to co jej.
— Nic nie było w stanie mnie bardziej zainteresować. Lubię zagadki — stwierdziła całkiem spokojnym tonem, wbijając paznokcie w dłonie. Pozwoliła sobie na odrobinę zastanowienia, kiedy jej odpowiedź wydawała się już zbyt banalna — poza tym każdy wymiar sprawiedliwości jest na swój sposób popsuty i ktoś musi bronić osób, które zostały skrzywdzone — a ona uwielbiała o tym słuchać, dociekać, sprawdzać. Momentami była w stanie wejść w teorię spiskowe, jak chociażby z braćmi Melendez. Do dziś nie potrafiła zrozumieć tamtej sprawy, a prawda i tak nigdy nie ukaże światła dziennego — nie każdy morderca zasługuje na to miano — mocne zdanie, ale znała ludzi, których spotkał nieszczęśliwy przypadek, a robili z nich prawdziwych złoczyńców. Chociażby z jej przyjaciela oskarżonego o handel ludźmi — tyle o nas wiemy, ile nas sprawdzono — kiedyś usłyszała to zdanie i wbiło się jej ono mocno w psychikę. Jej babka uwielbiała poezję, a zwłaszcza Szymborską. Kiedyś opowiadała o tym, co spotkało Polaków w trakcie okupacji, często mówiła o własnych korzeniach, a na rodzinnych spotkaniach odczytywała wiersze.
— Dobre wspomnienia? — zagadnęła, widząc uśmiech na jego twarzy — I co wspomina pan najlepiej? — nie byli ze sobą blisko, ale coś musiało wypełnić ciszę — mi szczerze mówiąc, marzy się La Palma. Podobno to jedno z miejsc, gdzie najpiękniej widać gwiazdy, a co najważniejsze życie inaczej płynie na wyspach — a Charlotte uwielbiała gwiazdy, zwłaszcza doszukiwania się w nich znaczenia. Chłodny księżyc teraz błyszczał w stronę lwa, za to koziorożcom zwiastował prawdziwe problemy. Może powinna odmówić? Westchnęła cicho, porządkując sobie pewne kwestie w głowie — tak przynajmniej słyszałam, choć nie za bardzo mam czas na podróże — przyznaje szczerze i bez bicia — zbyt wiele spraw ostatnio wzięłam na siebie, jedną prowadzę z partnerem kancelarii — z niej była zarówno dumna, jak i przerażona. Ktoś postanowił wprowadzić ją jako prawnika do wielkiego świata, jednocześnie krusząc jej marzenia o poprowadzeniu własnej, dużej sprawy. Potrzebowała tego, by zedrzeć z siebie łatkę nepo baby.
— To zdecydowanie, ale Pan mówi o tym jednak jakoś... z większą pasją? — zagadnęła, przypominając sobie kwestię o suszonych owocach, dojrzałych wiśniach. Brzmiało to przepięknie, aż chciało się pić.
— Zawsze zastanawia mnie, dlaczego ludzie idą na prawo i decydują się na tę karierę — wielu ludzi pytała, a najczęstsza odpowiedź to hajs — pieniądze to zdecydowanie za mało, żeby pracować w ten sposób — stwierdza, wzruszając przy tym delikatnie ramionami — jeden z moich klientów został oskarżony o morderstwo przez wypadek spowodowany przez jego rekrutów. Go nie było na miejscu, nie wydał im żadnego rozkazu, a jednak... — głos jej odrobinę zadrżał. Dbała o własnych klientów — sąd postanowił go oskarżyć. Przyszedł do mojego apartamentu wieczorem, żebym przyjęła tę sprawę — była ona nagła, pod presją czasu, a przede wszystkim mediów. Swego czasu sporo o niej huczało w mediach, a ona przyjęła ją bez ani jednego mrugnięcia okiem.
— Choć niektóre sprawy za bardzo dotykają mnie wewnętrznie — wzięła do rąk kieliszek wina i upija z niego małego łyka — zwłaszcza kiedy zdobywa się sympatię względem klienta, a nad sprawą spędza się za dużo czasu — choć grała rolę chłodnej pani adwokat, Lotte miała miękkie serce. Zwłaszcza kiedy do kogoś zdążyła się już przywiązać. Czas był jej największym wrogiem, ale umiała patrzeć ludziom prosto w duszę. Czasami sama wiedziała, czy ktoś był dobry, czy miał kurwiki w oczach.
— Nie wiem jak Pan, ale lubię mieć wszystko zaplanowane — odpowiednie teczki, segregatory, a nawet foldery w laptopie oraz na telefonie — i po kontrolą. Życie jest łatwiejsze, kiedy wiadomo, czego się spodziewać — może nie była stuprocentową pedantką jak William w domu, ale w pracy uwielbiała mieć wszystko uporządkowane. Większa wiedza zapewniała pewniejszą wygraną w sądzie. Zwłaszcza że na jej sprawach warzyły się losy prawdziwych ludzi.
— Oto że będzie razem, Billy — mówi pani Patel z rozbrajającą szczerością — przecież widać coś jak na gołej dłoni, że coś między wami jest — szkoda, że nie wiedziała o ich nienawiści, niechęci oraz zaczepkach. Może wtedy zmieniłaby zdanie na ten temat? Stała wpatrując się we własnego syna — no i rozmawialiśmy z ojcem na temat bankietu urodzinowego — po chwili już dodała — może weź ją jako osobę towarzyszącą? — wbiła w niego ciekawskie spojrzenie, ale nie miała zamiaru zostawić własnych słów bez żadnego argumentu.
— Moje koleżanki byłyby zachwycone... — a pani Patel miałaby czym się chwalić — i nie rozmawialibyśmy w końcu o ich wnukach — aż zatrzepotała rzęsami w stronę syna. Musiał wiedzieć, że ją to bardzo bolało — wiem, że nie zmuszę Was do niczego, ale może... — zaczyna Charlotte lekko niepewnym głosem i zaraz dodaje — mógłbyś spróbować? — być miły? Czarujący? Cokolwiek było za jej słowami, pozostawiło wiele dwuznaczności.
— Przecież widzę, jak ona na Ciebie patrzy — nie on, a ona. Pani Patel widziała ich z innej perspektywy, kiedy bywali zaskakująco zgodni, potwierdzający kontakt, nic dziwnego, że mogła mieć nadzieję — zanieść proszę sok, przygotowałam go ze świeżych owoców — rzuca finalnie pani Patel, choć tematu jeszcze nie zdążyła skończyć
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- A co dostanie ten kto wygra? Bo chyba nie zakładacie się o satysfakcję? - albo kopa w dupę, jak to się robiło w podstawówce. Chociaż gdybym to ja mógł go sprzedać ojcu to może jednak warto było się postarać? - Na bankiet? Nie ma szans już jestem umówiony z kimś innym - kłamię. Nie byłem z nikim umówiony i nikogo nie zamierzałem zabierać. Nie chciałem, żeby Charlotte tam była, tym razem chciałem bawić się bez niej. Poza tym to już zaczynało robić się dziwne i jeszcze trochę a ludzie faktycznie zaczną gadać, że łączy nas coś więcej. Więc to o to chodziło? O koleżanki? Wzdycham przeciągle i obejmuję ją jedną ręką, a potem całuję w czoło - Wiem, że to dla ciebie ważne - uśmiecham się lekko. Nie mogłem nic obiecać i tym razem unikam odpowiedzi - To już nie ja na nią tylko ona na mnie? - śmieję się, szturchając ją delikatnie w bok, a ona uderza mnie swoją szczupłą dłonią w ramię, po czym wysyła z dzbankiem soku - Dobrze, zaraz wracam - mówi tylko coś w rodzaju mhm i wraca do szykowania, a ja biorę sok i ruszam w kierunku jadalni. Kiedy jestem już blisko słyszę jak ojciec wymawia moje imię i zatrzymuję się za rogiem, żeby podsłuchać o czym gadają, bo jak wiadomo byłem zwyczajnie ciekawski.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wyglądają Państwo na szczęśliwych — stwierdza, słysząc jego śmiech i po krótkiej chwili dodaje — też mam nadzieję, że kiedyś znajdę taką osobę — była młoda, miała całe życie oraz karierę przed sobą, ale każdy człowiek w środku liczy na to, że znajdzie odpowiednią osobę. Taką która będzie w stanie towarzyszyć Ci przez całe życie. W jej rodzinie tego już nie zobaczy, zawsze uważała swoich rodziców za najlepiej dobraną parę na całej kuli ziemskiej, ale widmo rozwodu rodziców skutecznie jej to utrudniło.
— Zgadza się, największa wśród wysp kanaryjskich — a nawet była to ich stolica, gdzie każdy wyspiarz załatwiał przyziemne sprawy. Uniosła delikatnie kąciki ust, z każdym wymienionym zdaniem coraz bardziej się rozluźniała — dziękuję, zdecydowanie bardzo duże. Jeszcze to dość głośna sprawa biznesmena oskarżonego o zabójstwo własnej pracownicy — pan Hexley sprawiał, że Charlotte w ostatnim okresie nie była w stanie normalnie funkcjonować. Ktoś go wrobił, przez co sprawa wydała się bardziej skomplikowana. Tylko tu nie mogła prosić nikogo o pomoc, dla niej Franklin był dalej obcą osobą, nawet jeśli czuła, że pomiędzy nimi pojawia się niewidzialna nić porozumienia.
— Nie możemy odpowiadać za każdego — stwierdza Charlotte, marszcząc brwi — niech pan tego nie weźmie jak obrazy, ale chciałabym móc się zmierzyć z panem w sądzie — rzuca lekko Kovalski, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho. Denerwowali ją prawnicy idący jedynie za pieniędzmi. Dlatego chciała móc się zmierzyć z kimś, kto ma podobne podejście do pracy, kto byłby w stanie ją w jakiś sposób zaskoczyć i wyprowadzić z równowagi. Nie przyznałaby się do tego, ale na studiach bywała na rozprawach Franklina.
— Jeżeli znajdę towarzystwo na wycieczkę, to wyślę — nie wyobrażałaby sobie pojechać sama na tak piękną wyspę. Może powinna zabrać tam jedną z przyjaciółek? Odpoczynek na pewno, by się jej przydał, by choć na krótki moment wyłączyć mózg — podobno jest tam dobre lokalne wino i sery, przekazałabym je przez Williama — nie sądziła, że spotkają się kolejny raz w nieoficjalnej wersji. Przyszła tu, żeby zdenerwować Patela, zrobić zdjęcia jego rodzinnych albumów, a później by wysyłać je faksem do jego kancelarii. Czy to nie byłoby piękne? Prawdziwa zemsta bez psującej się spłuczki i gimeli w łazience.
— Bardzo dziękuję — uśmiecha się delikatnie. Nie spodziewała się takich słów po Franklinie, inaczej oceniła go w trakcie sylwestrowej nocy. Wydawał się być bardzo... dobrym człowiekiem, czuła, że złapali prawdziwą nić porozumienia.
Na kolejne pytanie cała się wyprostowała, nie spodziewała się tak bezpośredniego pytania. W pokoju ponownie zapanowała niezręczna cisza, bo Charlotte nie do końca wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Była nim zainteresowana? Absolutnie nie. Czy zgadzała się na wizję jego ojca, że szanująca się kobieta nie spojrzałaby na jego syna? Też nie. Bywały momenty, w których ona patrzyła na niego inaczej. Kiedy świnie zaczęły latać, lub nawet w tej łazience, czy kiedy poprawiała mu dziś koszulę.
— Nie za surowo ocenia pan syna? — pyta finalnie Charlotte, wzdychając ciężko — przepraszam za taką śmiałość, ale jest dobrym człowiekiem. Co prawda nie potrafi segregować śmieci, jego szafa woła momentami o pomstę do nieba, jest wielkim imprezowiczem — byłaby w stanie spędzić kilka godzin, wymieniając negatywne strony Williama. Za to przerwała na moment, unosząc delikatnie wzrok — ale ma swoje momenty — wtedy kiedy zgadzają się ze sobą, gdy układają wspólnie tarota chociażby — i może nie do końca jestem nim zainteresowana, za to lubię spędzać z nim czas. Jesteśmy totalnie różnymi osobowościami — przeciwieństwami. Oboje za to w pewien sposób byli szaleni i tego również nie dało się ukryć. Inaczej Charlotte nie podrzuciłaby do soku gości tabletek przeczyszczających. Może nie wiedziała wszystkiego, ale czuła, że powinna postawić na szczerość. Naprawdę bywały chwile, kiedy lubiła Williama.
— Też zadam dość szczere pytanie — zaczęła Lotte, czując wewnętrzną potrzebę odwrócenia roli— pan i Anabelle jesteście... przeciwieństwami. Co Pana w niej zainteresowało? Nie uważa Pan, że William właśnie w nią się wdał? — Lotte zdążyła zauważyć mnóstwo podobieństw. Nic dziwnego, skoro materiał genetyczny był po połowie od jednego i drugiego rodzica. Może wyglądowo Billy przypominał Franklina, ale iskrę radości miał od pani Patel.
— O wycieczkę — rzuca cała rozpromieniona pani Patel— próbuję namówić twojego ojca na wyjazd do Włoch. Mógłbyś, chociaż spróbować spojrzeć na nią łaskawym wzrokiem — Anabelle marzyła o jeszcze jednej podróży poślubnej. Za to mąż często migał się pracą, była w stanie to zrozumieć, ale potrzebowała oderwania się od Toronto. Widać było to po jej oczach, zwłaszcza kiedy teraz wbiła wzrok w syna.
— A z kim się umówiłeś? — pyta niemalże od razu — jak to będzie jakaś... klubowiczka, to wyjdę z siebie — bo i Anabelle za nimi nie przepadała. Nie potrafiła znaleźć między nimi nici porozumienia, nic dziwnego, skoro laski chciały jedynie koksu, alko i dobrego melanżu.
— Oboje na siebie patrzycie w ten sposób — albo pani Patel potrzebowała zakupić sobie nową parę okularów. Ona gorączkowała chodziła po kuchni, ale finalnie zniecierpliwiła się. Ile William mógł zanosić szklanki i sok?
— William szybciej! — krzyczy, bo nie może się już doczekać obiadu — sama wszystkiego nie zaniosę, a lasagne stygnie — tego nie dało się ukryć, lasagne parowała, a pani Patel korciło sprawdzić, co robił jej syn. Na szczęście po paru chwilach znowu znalazł się u niej.
— Czemu tyle Ci to zajęło? Podsłuchiwałeś mój drogi? — tak, znała własnego syna. Zaraz jednak przybrała delikatnie zmartwioną minę — ojciec jest wobec niej bardzo surowy? — przepytanie własnego syna to jedno, miała jasny cel ponownego wyjazdu na Sycylię. Za to zdawała sobie sprawę, że Franklin bywał odrobinę... oschły w stosunku do pozostałych gości.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- A więc tak to sobie wymyśliłaś? Sprytnie - doceniam, chociaż osobiście uważam, że nawet bez zakładu powinni wybrać się na wspólne wakacje, odpoczynek dobrze by im zrobił. Zawsze jak wracali ze wspólnego urlopu, to biła od niech jakaś taka radość. Wypoczęty człowiek to szczęśliwy człowiek - To nie żadna klubowiczów tylko - zawahałem się przez ułamek sekundy - Bibliotekarka - kiwam głową. Czy mi uwierzy? Być może, w końcu kochałem książki i w bibliotece byłem stałym bywalcem, przecież mogłem tam kogoś poznać. Tylko jej podejrzliwe spojrzenie mówi samo za siebie - nie nabierze się na takie bajeczki, postanawia jednak nie komentować tej kwestii. Ja także nie komentuje jej kolejnych słów, w zamian ulatniając się w kierunku jadalni. Stoję za rogiem i przysłuchuję się rozmowie. Właściwie to całkiem miłe, uśmiecham się lekko na słowa Charlotte, a w głowie mam milion przeróżnych myśli i dopiero krzyk z kuchni sprawia, że się poruszam, szklanki o mało nie wypadają mi z rąk. Oni też to słyszą, więc wchodzę do pokoju i rzucam głupkowato - Co tam? Rozmawiacie sobie? - nie kurwa, gapią się w sufit. Zerkam przelotem na ojca i nieco dłużej patrzę na Charlotte, a potem odstawiam to co mam i drę się na całe gardło - No przecież idę już!!! - stary wywraca oczami, o tym właśnie mówił, o byciu zdecydowanie zbyt głośnym. Czym prędzej wracam do kuchni i zdaję się być trochę nieobecny, drapię się po karku analizując to, co właśnie usłyszałem, a gdy zarzuca mi, że podsłuchiwałem to kiwam głową - No, podsłuchiwałem - przyznaję się, bo po co kłamać? Przecież mnie znała - Właściwie ciężko stwierdzić, wygląda jakby się dogadali - sam w to trochę nie wierzę i ona też, widzę to po jej minie. Jest równie zaskoczona co ja, ale jeśli to prawda to byliśmy świadkami jebanego cudu - No dobrze, pora na obiad, weź tamte rzeczy - instruuje mnie i razem wracamy do jadalni - Mam nadzieję, że jesteście głodni, tylko zostawcie sobie trochę miejsca na deser - mówi pani Patel i zaczyna nakładać każdemu po potężnej porcji - Pachnie fantastycznie - pan Patel kiwa głową. Łapie za butelkę wina i uzupełnia kieliszki, jeden dla siebie, jeden dla Charlotte i nowy dla mamy - A dla mnie? - pytam, zajmując miejsce obok Kovalski, a Franklin ucisza mnie gestem dłoni - Ty dzisiaj nie pijesz, prowadzisz - czy mogłem się kłócić? Nie. Czy chciałem prowadzić? W chuj nie. Czy po cichu liczyłem na to, że Lotta nie pozwoli mi wsiąść za kółko swojego auta? Tak, chociaż jeśli sobie tutaj tak ochoczo gawędzili, to pewnie było już po ptokach - Smacznego! - woła Anabelle i zajmuje miejsce obok swojego męża.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Kiwa głową ze zadowolenia. Czuje się, jakby właśnie rozmawiała ze swoim idolem z dzieciństwa, tyle że Franklin jest nim dla dorosłej Charlotte. Gdyby trafiła do innej kancelarii, mógłby stać się jej mentorem. Czasami pluła sobie w brodę, że trafiła do swojej. Co prawda miała bardzo dużo swobody, ale praca z prawdziwą legendą sądową miała swoje plusy. Może nigdy nie wyszłaby z jego cienia, za to zbudowałaby odpowiednio spory warsztat.
— Coś co równie tak samo jak sprawiedliwość to wyzwania — stwierdza od razu, unosząc oba kąciki ust ku górze — wcale nie przeszkadza mi Pana legenda — wręcz ambicja weszłaby jej na totalnie wyższy poziom, byle pokazać własne umiejętności. Dawała sobie radę z praktycznie każdym prokuratorem, w zależności od sprawy, którą dostała. Nie zawsze wygrywała, ale prezentowała się na odpowiednio dobrym poziomie i to co zamierzała dać klientowi, zwykle osiągała. Nigdy nie cofała się, lubiła wygrywać, ale znała też własne możliwości.
— Zgadzam się z tym — różne pamiątki przywoziła z rodzinnych podróży, ale jako dorosła najbardziej ceniła smak wina — podobno mają wyjątkowe dobre, wytrawne wino. Idealne na takie okazje jak ta — stwierdza Kovalski spokojnym tonem. Rodzinny obiad Patelów musiał należeć do jednych z nich. Miała jasny cel, ale rozmywał się powoli, bo bardziej zaczynała ją interesować rozmowa z Franklinem niż rodzinne kroniki.
— Bardziej chodzi oto, by go czasem docenić. Zdążyłam zauważyć jego nawyki, ale... — zawahała się Charlotte, ale finalnie zdecydowała się powiedzieć coś więcej — czasem docenienie i dobre słowo też robią robotę. Poza tym on się chyba Pana boi, a chodzi oto by w rodzicu widzieć wsparcie. U mojego ojca boli mnie to najbardziej — dopowiada finalnie, czując się odsłonięta jak nigdy wcześniej. Córka prawniczka. Wielu ludzi unosiłoby ją pod niebiosa, za to nie tata Kovalskiej. On miał swoje biznesowe oko i to ono rządziło jego życiem. Był wielce niezadowolony z jej wyborów życiowych, na każdym kroku jej to powtarzał. Sama też się go bała, choć teraz przeważała nienawiść względem tego, jak potraktował jej matkę.
Uśmiecha się szerzej. Byli zdecydowanie podobni, a ona wcale nie widziała w tym problemu. Czasami wręcz poprawił jej tym humor, tak jak na balu sylwestrowym. Kobieta lekko wzdrygnęła się, słysząc odgłos szklanek. Zmarszczyła brwi i zamilknęła przez moment.
— Miał Pan rację czasem bywa zbyt głośny, ale lubię go — stwierdza Charlotte, kiedy William wyszedł z pokoju — może odrobinę za bardzo — dodaje pod nosem bardziej do samej siebie, unosząc zaledwie jeden kącik ust. Mógł być chodzącym chaosem, ale... przyzwyczaiła się do niego. Byłoby nudno w sąsiedztwie gdyby nie on. I na kogo wkurwiałaby się, skoro mieszkała sama?
Uśmiecha się jeszcze szerzej, kiedy lasagne wjeżdża na stół. Tak wyglądały rodzinne obiady? U Kovalskich odbywało się to inaczej, ojciec cały czas siedział na telefonie, za to matka dbała o każdy najmniejszy szczegół. Krótko kiwa głową, kiedy dostaje porcję.
— Przepraszam, zapomniałam się w trakcie rozmowy z twoim tatą — uśmiecha się uroczo i zaraz dopytuje — jechałeś kiedyś sportowym autem? — tego nie wiedziała. Zapytała cicho, kiedy Państwo Patel byli pochłonięci własnymi rozmowami.
— Mmm... ale to pyszne — rzuca po pierwszym gryzie — zrobiłaś najlepszą lasagne w moim życiu — chwalenie gospodyni przychodziło jej naturalnie łatwo jak picie wody. Zresztą z jej słów wręcz biła szczerość, a zaraz do jej ust trafił kolejny kawałek lasagne. Może... dla tej lasagne i rozmów z Franklinem mogłaby przyjeżdżać tu częściej?
— Bardzo dziękuję Charlotte — już świergocze Anabelle — jedźcie, jak się najemy będziemy oglądać rodzinne kroniki — pamiętała o nich skubana. Co prawda Lotte miała nadzieję na odrobinę poważniejsze rozmowy, ale wtedy przyszedł jej do głowy szalony pomysł i była gotowa go zrealizować.
— Właściwie to William miał się czymś pochwalić — zaczyna nagle Charlotte, kopiąc Willa nogą pod stołem — ta sprawa, o której mi opowiadałeś. Chodzi o tą trudną. Może opowiedziałbyś ją przy rodzinnym stole? — czy chciała pokazać, że jest dobrym prawnikiem? Owszem. Od czegoś ocieplanie wizerunku u własnego ojca trzeba było zacząć. Sama mogłaby mówić o wielu, które teraz prowadziła. Za to wolała oddać błyszczenie w trakcie obiadu komuś innemu.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Spogląda na Williama lekko zdziwiona. Zdanie na temat jego ojca wydawało się jej kwestią bardziej płynną. Poznała jego chłodne oblicze, ale przez krótką wymianę zdań czuła się odrobinę zmieszana. Uniosła kąciki ust, bo był dobrym człowiekiem, mogliby spokojnie znaleźć nić porozumienia.
— Nie, mieliśmy miłą rozmowę — stwierdza finalnie szeptem Lotte — twój tata jest w porządku — choć te słowa powinny brzmieć, jak prawdziwa zdrada stanu to były prawdziwe. Rozumiała podejście obu stron do tematu. William i Franklin byli swoimi przeciwieństwami, ale na swój własny, pokrętny sposób kochali siebie nawzajem.
— I umiesz nimi jeździć? — pyta finalnie Lotte, unosząc jedną ze swoich brwi do góry. Jeździł, nie znaczyło, że potrafił kierować. Doskonale pamiętała jego strach, kiedy pozwoliła sobie depnąć w pedał gazu. Ten strach oraz skręcenie kiszek. Zostało jedynie liczyć, że miał jaja jak prawdziwy przedstawiciel płci męskiej. Inaczej może skłoniłaby się do zdania jego ojca na jego temat.
Następnie wzrok Charlotty i rodziców Patela ląduje na nim samym. Uśmiecha się delikatnie i daje opowiedzieć mu całą historię. Mogłaby wiele powiedzieć o Willu, ale nie zgadzała się ze zdaniem jego ojca. Mogła działać w bardziej konwencjonalny sposób, samo spojrzenie na Patela wystarczyło, by zrozumieć, że ich podejścia do spraw były skrajnie różne. Za to po wysłuchaniu tej opowieści coś chwyciło ją za serce, może faktycznie mieli ze sobą więcej wspólnego niż sami się po sobie spodziewali? Ludzie nie opowiadają o takich sprawach, jeśli faktycznie nie czuli sprawiedliwości.
— Piękna historia, chociaż też smutna. Szkoda, że sprawiedliwość nie działa poza salą sądową — stwierdza Charlotte na sam koniec, doszukując się kontaktu wzrokowego z Willem. Zdał egzamin, ją tą sprawą przekupił, a nigdy jak dotąd nie rozmawiali o pracy — czasami zapominam, że dobry z Ciebie prawnik i człowiek — zaraz wraca do spożywania obiadu, dając rodzicom Patela na odrobinę reakcji. Dla niej ta sprawa wydawała się być idealną klamrą. Styl życia mężczyzny jej nie odpowiadał, tego nic nie będzie w stanie zmienić. Nie oznaczało to za to bycia złym człowiekiem, a wręcz przeciwnie. Miał kręgosłup moralny, choć nie wiedziała, co dokładnie miał za uszami.
— Gołąbeczki kochane — zaczyna zadowolona Anabelle — proszę jeść, zaraz wam ostygnie — i kontynuuje na jednym wdechu — zaraz chcę Wam przynieść deser — uśmiecha się szeroko, patrząc po wszystkich zgromadzonych — Charlotte, może dolejemy Ci wina? — Lotte jedynie delikatnie skina głową i podstawia kieliszek bliżej Fraklina, po czym upija z niego mniejszego łyka.
— Nasz Billy jest dobrym i sprawiedliwym adwokatem. Popatrz kochanie, wdał się w Ciebie — rzuca finalnie Anabelle, spoglądając na męża cała zadowolona. Rzadko słyszała, co się działo u syna w pracy. Bardziej o tym, że pracował. Tyle jak dotąd było dla niej wystarczające, choć po minie Franklina trudno było stwierdzić, co myśli — a ty Lotte? Co lubisz robić we wolnym czasie? — dopytuje pani Patel, próbując podtrzymać przyjazną rozmowę przy stole.
— Szczerze mówiąc, bardzo lubię wykonywać zdjęcia — rzadko się przyznawała do tego, ale miała własne foldery oryginalnych ujęć Toronto — potrafią zatrzymać ważne momenty. Trochę rozumiem Pani miłość do ich wykonywania — stwierdza spokojnym tonem, wpatrując się w panią Patel. Zdjęcia były dla niej pamiątką ulotnych chwil, które chciała zatrzymać na odrobinę dłużej. Tak jak zdjęcie pluszowej świnki wystawionej u rzeźnika, kiedy wracała pijana do domu — no i bardzo lubię podcasty kryminalne. Potrafią dać dużo do myślenia, zwłaszcza w trudnych sprawach takich jak ta Willa — stwierdza, kładąc mu dłoń na ramieniu. Na chwilę drobny, krótki gest, by ocieplić jego wizerunek. Może nie zostałby jej mentorem, ani nawet autorytetem, ale nie mogła zgodzić się na zdanie jego ojca i chciała mu to udowodnić — najważniejszą cechą każdego prawnika jest kreatywne podejście do tematu — mówi finalnie, zdejmując własną dłoń z Willa i wracając do obiadu. Nie spodziewała się, ze miejsce w którym miała zdobyć materiał do jego ośmieszania, zamieni się w jakąś jego pochwałę — trzymanie się litery prawa bardzo często tego wymaga — a niektóre przepisy momentami wymagają zmian. Tak jak podejście Willa do pracy, jego ojca i Charlotte do niego.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte uważała, że szczerze brzydziła się Williamem. Tylko miała w swojej głowie jedną regułę: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Choć Franklinowi było daleko do smroda, bo był poważanym panem prawnikiem, wielkim autorytetem w jej świecie, to jednak nie mogła stanąć obok jego słów obojętnie. Patel był, jaki był. Miał swoje za uszami, ale w gruncie rzeczy... no może nawet go lubiła.
Finalnie kiwa głową na wzmiankę o aucie. Jeszcze kilka kieliszków wina i zacznie jej przyjemnie szumieć w głowie.
— Nie ma za co Will — stwierdza ciepłym tonem Charlotte, unosząc oba kąciki ust ku górze. To nie były puste słowa. Uwielbiała rozmawiać o pracy i można by spokojnie zarzucić jej pracoholizm. Zgodziłaby się do tego szybko. Tak jak imprez nie była w stanie pochwalać, to oddania sprawie już tak.
Naprawdę robił na niej wrażenie. Może nie doceniała go jako prawnika. Prawda była taka, że nie potrafiła go sobie wyobrazić, gdyby wziął coś na poważnie. Dla niej sprawa wydawała się wręcz prosta. Albo w każdym calu życia jesteś perfekcyjny, albo nie. Chorowała na perfekcjonizm i jej wizja Williama zaczynała odrobinę niszczeć z każdym kolejnym spotkaniem. Coraz bardziej przypominał człowieka z krwi i kości ze swoimi wadami, a nie tylko wkurwiającego sąsiada. Choć i do tego momentu z pewnością wrócą.
— Mogę, tylko pamiętaj, by przynieść ze sobą butelkę wina — rzuciła Charlotte, ale zaraz dodała — i jeżeli zagrasz dla mnie na gitarze — miała słabość do mężczyzn grających na instrumentach. Doskonale sobie z tego zdawała sobie sprawę, momentami wręcz robiło się jej głupio. Postanowiła ich wojnę przełożyć na później, prawda była taka, że zaczynała przy tym stole całkiem dobrze bawić.
— To prawda, ale to najbardziej złożone i trudne sprawy — a takie bawiły ją najbardziej. Poza tym kto nie lubił odrobiny adrenaliny? Okłamałaby, gdyby powiedziała, że nie podobała się jej wizyta w prosektorium z prokuratorem w trakcie studiów. Miała oczy jak pięciozłotówki, gdyby nie prawo, pewnie zostałaby lekarzem — codzienność w pracy zdążyła mnie odrobinę znieczulić, bo w moim zainteresowaniach jest przede wszystkim prawo karne — stwierdza Charlotte, unosząc kąciki ust. Podcasty były swego rodzaju rozpoczęciem całej przygody, w którą samą siebie wciągnęła. Teraz sama mogła rozwikływać tajemnice.
Wzrokiem odprowadziła rodziców Williama do drzwi i za chwilę wróciła do niego. Na jego słowa przybrała poważniejszy wyraz twarzy.
— Inwigiluje twoją rodzinę, żeby móc dostać więcej powodów do wkurwienia Cię, a co? — po paru sekundach pojawił się na jej ustach szczery uśmiech — mógłbyś przestać się doszukiwać powodów do wnerwienia, mam jedną misję — wykonanie zdjęć najbardziej żenującym ujęciom z jego życia, a potem przesyłania ich faksem do jego kancelarii. Jane na pewno będzie uradowana, odbierając je — a to że chcę, by twój ojciec spojrzał na Ciebie łaskawszym okiem to inna sprawa — rzuciła, wzruszając ramionami. Rozumiała jego ból, sama chciałaby, żeby ojciec ją pochwalił. Nieważne, co by zrobiła jako prawniczka, nie przejęła rodzinnej firmy. To ją skreślało z jakichkolwiek komplementów, nie mówiąc już o uśmiechu.
— Boisz się mnie, jak jestem dla Ciebie miła? — spytała, przechylając głowę — to urocze, Patel — westchnęła cicho, zakładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho i upijając połowę zawartości kieliszka — ale ja się serio dobrze bawię — patrzyła mu prosto w oczy. Umiała kłamać, nawiązując kontakt wzrokowy, tylko mówiła prawdę — Ciebie mogę nie trawić, za to twoi rodzice są w porządku i nie chcę popsuć im dnia — stwierdza, wzruszając ramionami — jak było z mamą? Twój ojciec mnie o Ciebie przepytywał — pyta z czystej ciekawości. Skoro ona miała przeprowadzany wywiad, to on też musiał.