Pytanie zawisło między nimi na moment dłużej, niż powinno.
Ren nie poruszyła się od razu. Dźwięk musiał najpierw opaść gdzieś głębiej, przebić się przez warstwy ciszy, którą nosiła w sobie od dłuższego czasu. Albo jakby po prostu nie było powodu, żeby się spieszyć. Dłoń wsunęła się do kieszeni spodni powoli. Materiał zaszeleścił cicho. Wyciągnęła paczkę — miękką, wygniecioną, noszącą ślady zbyt wielu takich samych wieczorów. Otworzyła ją jedną ręką. Dopiero potem zajrzała do środka...
Trzy.
Zawsze było ich mniej, niż powinno. Jeden złamany niemal równo w pół — tytoń rozsypany przy filtrze, jakby ktoś kiedyś zaczął go palić i rozmyślił się w połowie. Drugi zgnieciony, zdeformowany, filtr spłaszczony, papier pęknięty w kilku miejscach. Trzeci. Krzywy. Nierówny. Ale jeszcze cały. Jej palce zatrzymały się właśnie na nim. Ten na później. Na moment, który miał nigdy nie nadejść, a zawsze przychodził tak samo — gdzieś między jednym zadaniem a drugim, między jednym oddechem a kolejnym, kiedy nic się nie działo i to "nic" było wszystkim, na co było ją stać.
Zamknęła paczkę. Nie schowała jej od razu. Przez chwilę trzymała ją w dłoni, lekko przyciśniętą do blatu, jakby sprawdzała jej ciężar. Jakby to miało znaczenie. Spojrzenie uniosło się na Palomę. Puste, lecz nie całkiem. Zatrzymało się na niej na sekundę dłużej niż na czymkolwiek innym w tym pomieszczeniu. Na jej twarzy, na dłoniach, na tym napięciu, które przebijało przez wszystko — przez postawę, przez sposób, w jaki oddychała, przez to, jak wcześniej patrzyła na tych trzech.
Ren nie nazywała tego w myślach. Nie musiała. Coś w niej drgnęło — nie jak impuls, a stary nawyk, który jeszcze nie zdążył umrzeć całkiem. Zamknęła paczkę mocniej, aż wieczko się wygięło, i odłożyła ją. Nie odpowiedziała. Nie odmówiła. Po prostu sięgnęła pod ladę. Ruch był krótki, pewny, wyuczony. Dłoń zniknęła na moment, przesuwając coś cięższego, bardziej zwartego niż wszystko, co miała przy sobie. Szorstki dźwięk kartonu o drewno, ciche tarcie.
Wyciągnęła kartonik. Czarny, gładki i zafoliowany. Trochę przykurzony. Mimo wszystko wyglądał tu obco. Za czysto, za równo, za… nowo. Jak coś, co nie przeszło jeszcze przez ręce ludzi, którzy wszystko potrafili sprowadzić do jednego poziomu — zużycia. Położyła go przed Palomą.
Jedna paczka Seven Stars między nimi — na tym lepiącym się od wszystkiego blacie.
—
Do rachunku — powiedziała. Lekki ruch brody w stronę drzwi, przez które jeszcze niedawno zniknął szarpany przez Garę Influencer. —
Jego.
To miało wyjaśnić wszystko. Nie patrzyła, czy Paloma sięgnie po papierosy. Nie sprawdzała jej reakcji. Już się odwracała. Ręce wróciły do pracy zanim myśl zdążyła się sformułować. Butelki znalazły się tam, gdzie powinny. Gin. Szkło. Lód uderzył o ścianki krótkim, suchym stuknięciem. Tonik syknął przy otwieraniu — jedyny dźwięk, który na moment przebił się przez tło. Nie było w tym nic z wcześniejszego rytuału. Żadnego zawahania. Żadnego patrzenia w światło. Prosty drink. Przezroczysty. Taki, który nie udaje, że znaczy więcej.
Postawiła szklankę przed Palomą i przesunęła ją o centymetr bliżej. Nie powiedziała, dlaczego, ale pamiętała tamten raz — krótki fragment rozmowy, który nie powinien był zostać z nią na dłużej. Pytanie rzucone gdzieś w biegu. Odpowiedź Aii — szybka, bez znaczenia, wypowiedziana tylko dlatego, że ktoś zapytał: "
gin z tonikiem".
Whisky przemknęła przez myśl tylko na moment. Ciężka, lepka, pozostawiająca po sobie coś więcej niż smak. Kojarzyła się z Duboisem. Z jego obecnością, która wypełniała przestrzeń nawet wtedy, gdy już wychodził. Z jego głosem, który został gdzieś w ścianach Siódemki.
Spojrzenie Ren przesunęło się na Palomę. Na to zmęczenie, które nie było zwykłym zmęczeniem. Na napięcie pod skórą. Na coś świeżego, co jeszcze nie zdążyło się rozlać, ale już było widoczne. Gin był… lżejszy. Nie zostawał tak długo.
Ren oparła się o blat, sięgając po tego ostatniego papierosa. Obróciła go w palcach, powoli, jakby sprawdzała, czy jeszcze się nadaje, czy to już tylko gest. Nie zapaliła. Nie było pośpiechu.
Gdzieś z boku drzwi znów się otworzyły. Gara wracał — cięższy o czyjąś frustrację, lżejszy o cierpliwość. Jego obecność była wyczuwalna, zanim jeszcze znalazł się w pełni w świetle. Zarejestrowała to kątem oka, jak wszystko inne. Na moment jej spojrzenie wróciło do Palomy. Krótkie i ciężkie zatrzymało się gdzieś na linii jej ramion, na napięćiu, które nie chciało puścić, choć malarze opuścili bar... a potem zsunęło się obok. Jak zawsze.
Paloma Cortés