Scott nigdy nie zapomniał o tym, skąd pochodzi. I chociaż był teraz vicekomendantem, to w dalszym ciągu starał się być "jednym z nich". Jednym z gliniarzy, którzy codziennie narażali swoje zdrowie i życie, by w tym mieście było chociaż trochę bezpieczniej. Nic dziwnego więc, że przy Harrison zachowywał się jak kolega, nie jak przełożony - Letexier już tak po prostu miał.
Uśmiechnął się lekko rozbawiony.
- Tak - potwierdził.
- I jeszcze z miejsca parkingowego blisko wejścia. To dwa największe profity - rzucił z rozbawieniem. Skinieniem głowy podziękował też, że blondynka zachowa tajemnicę i nie zdradzi, gdzie też Scott czasami przebywa, gdy nie ma go w gabinecie, sali treningowej lub na spotkaniu w sali konferencyjnej.
Zaskoczyło go trochę to, że policjantka zaoferowała mu swoją pomoc, ale ostatecznie było mu miło z tego powodu. Rzadko kiedy miał okazję zasmakować empatii i choć nie miał zamiaru korzystać z jej propozycji, tak doceniał, że wyraziła chęć pomocy. Dziwne było natomiast to, że gdy chwilę o tym pomyślał, to naprawdę byłby gotów jej zaufać i zdradzić nieco więcej szczegółów ze swojego życia.
Nie odpowiedział od razu na kolejną sugestię śledczej. Przez ułamek sekundy tylko przyglądał jej się uważnie, jakby ważył w głowie tę propozycję - nie pod kątem zasad czy hierarchii, tylko… zwyczajnie, po ludzku. Kącik jego ust drgnął lekko.
- No proszę - rzucił cicho.
- Myślałem, że będę musiał cię do tego namawiać - rzekł spokojnie, a jednocześnie z pewną prowokacją w głosie, jakby poddawał w wątpliwość jej działania poza protokołem. Nikt przecież nie powiedział, że ich rozmowa musi być sterylna, pozbawiona małych szpileczek czy dwuznaczności.
Podniósł się z krzesła bez pośpiechu, sięgając do kieszeni marynarki. Metaliczny dźwięk kluczy był krótkim, ale bardzo konkretnym potwierdzeniem jego wcześniejszych słów.
- Chodź - dodał tylko i wyszedł z pokoju.
Nie oglądał się, czy idzie za nim. Było w tym coś naturalnego, jakby to nie było zaproszenie, tylko oczywista kontynuacja rozmowy. Dach przywitał ich chłodniejszym powietrzem i charakterystycznym miejskim szumem. Scott podszedł od razu do krawędzi, zatrzymując się kilka kroków od niej. Wsadził ręce do kieszeni i spojrzał w dół. Samochody przesuwały się niczym resoraki, a ludzie byli tylko malutkimi punktami.
Przez chwilę nic nie mówił, ale ta cisza nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Czuł się zaskakująco swobodnie. Zbyt swobodnie, jak na kogoś, z kim znał się raptem kilka miesięcy. Nie było w tym napięcia, nie było tej typowej, zawodowej sztywności. Bardziej… jakby stał tu z osobą, którą znał całe lata, której ufał, którą szanował i przy której czuł się bezpiecznie.
Kątem oka zerknął na June akurat w momencie, gdy zawiał mocniejszy wiatr. Nie zazdrościł jej twarzy, która teraz musiała poradzić sobie z kosmykami przesłaniającymi jej widok. Niemniej przeszedł go dziwny dreszcz, a w myślach pojawiło się coś dziwnego: nie dziwił się Bakerowi. Harrison była piękną kobietą. Łączyła urok z seksapilem, pragmatyzm z empatią i służbistość z naginaniem zasad, ale nie w krzykliwy sposób. Była twarda, a jednocześnie gdzieś pod tym wszystkim miękka. Była autentyczna.
Oderwał wzrok niemal od razu, karcąc się w myślach za spoglądanie na nią inaczej, niż na koleżankę z pracy. Wrócił spojrzeniem do miasta.
- I jak? - rzucił spokojnie, jakby nic przed chwilą nie przemknęło mu przez głowę.
- Porównywalne do pola siłowego w lesie? - kącik jego ust uniósł się lekko.
- Tu przynajmniej masz pewność, że nic cię nie dopadnie… chyba że ktoś zapomni zamknąć drzwi na dach - wzruszył lekko ramionami z rozbawieniem.
Przez chwilę jeszcze patrzył przed siebie, po czym znów odezwał się ciszej.
- Mówiłaś, że uciekasz, żeby się odciąć - lekko przechylił głowę, nadal nie patrząc na nią bezpośrednio.
- Ja przychodzę tu, żeby zobaczyć, że to wszystko jednak da się ogarnąć - wskazał lekko brodą na miasto.
- Nawet jeśli na dole wygląda jak totalny burdel - dopiero wtedy zerknął na nią wprost.
- Czasami to działa. Przynajmniej na chwilę - dodał i w pierwszym odruchu chciał schować z powrotem rękę do kieszeni. Jednak zamiast tego, wyciągnął ją w kierunku June.
- Chodź - zaproponował, by znalazła się tuż przy nim, a nie w pewnej odległości od krawędzi jak miało to miejsce teraz. Nie posądzał jej o lęk wysokości, ale uznał, że może jego asekuracja wystarczy, by spojrzała na to wszystko z jego perspektywy.
June Harrison