— Profesor Lakefield i Profesor Patel — skwitowała krótko Ward, unosząc krótko oba kąciki ust — ale tak, dajecie najlepsze rady — nie zawsze trafne w punkt. Przecież cokolwiek by się wydarzyło, musiała przyznać, że na nich zawsze mogła liczyć. Często też mieli stuprocentową rację. Wystarczyła krótka wymiana zdań, by była tego pewna. Może rady bywały abstrakcyjne względem samej Cynthii oraz jej charakteru, ale byli jedynymi ludźmi, na których mogła liczyc.
— Mara — aż zakryła własne usta, słysząc wypowiedź o Theo. Tak nadpobudliwy, ohh... jak bardzo się myliła, bo... to była bardzo, ale to bardzo przyjemna noc. Wbrew pozorom potrzebowała jej, ale zaraz się zaśmiała. Przecież nawet Cynthia nie będzie broniła typa, który ją zranił. Nie była świętą Teresą z Kalkuty, a bardziej panią mroku — a od Ciebie bym mogła? — spytała, unosząc do góry jedną ze swoich brwi — swoją drogą umówiłam się na terapię. Znasz Matthew Goodmana? — skoro przed pacjentem ją nie ostrzegła, to może przed nowym terapeutą? Była zaledwie na jednym spotkaniu i mężczyzna budził w niej przedziwne, niezrozumiałe uczucie. Z najbliższymi wszystko przychodziło łatwiej, nawet krytykowanie typa łamiącego serca. Wcześniej nie była w stanie tego zrobić, bo szczerze... wcale mu się nie dziwiła, że od niej odszedł.
— Dziękuję Billy — naprawdę była im wdzięczna. Delikatnie uniesienie kącików ust sprawiło, że na twarzy panienki Ward pojawiło się coś na wzór uśmiechu — to wiele dla mnie znaczy — powiedziała z pełnym przekonaniem. Sama wiele rzeczy widziała w barwach czarno-białych. Stąd pomoc najbliższych, a przede wszystkim dobre słowa poprawiały humor.
— Potrzebujesz czasu — podniosła się delikatnie, by ująć dłoń Mary we własną. Przytulania nigdy nie była fanką i prawdopodobnie już nie zostanie, ale chciała pokazać jakiekolwiek wsparcie — przepraszam, jestem beznadziejna w pocieszanie — przez tyle lat przyjaźni musieli w stu procentach tego doświadczyć — ale mogę być twoim kompanem do picia — do zapominania o właściwych facetów — i na pewno znajdziesz kogoś, kogo będziesz mogła szczerze pokochać — tego była pewna. Mara zasługiwała na prawdziwą, szczęśliwą miłość.
— Za bycie młodym i rozwiązłym — upiła łyk swojego piwa — Zdecydowanie nie jesteś latawicą — obie nie były, Will też — wyzwolona kobieta brzmi już dumnie — obie do nich należały. W końcu Cynthia pobierała nauki od Mary, najlepszej przyjaciółki na całej kuli ziemskiej — połowiczny, więc nie ma co dyskutować — kiwnęła głową. Cynthia wbrew pozorom nie była zbyt oceniającą przyjaciółką. Pytanie, które mogłoby paść, brzmiało jeszcze tak: czy Mara kiedykolwiek go spotka na terapii?
— Czyli trafiłeś do raju — skwitowała krótko Cynthia, słuchając o cyckach. Małe, duże, obwisłe. Przecież nie pierwszy raz słyszała o orgii, więc nie zrobiło to na niej żadnego znaczenia. Jednak każde kolejne słowo sprawiało, że wiedziała jedno. William narozrabiał. Nie widać było po niej złości. Ba, jej twarz przybrała prawdziwie lodowaty wyraz twarzy. Co prawda Kovalski zniszczyła ją w sądzie, ale... wszystko było winą Cassiana — zostań i wytłumacz się Marze. Podobno jej nienawidzimy — podsumowała krótko, spoglądając na Williama. Zdążyła chwycić go za ramię. Tak łatwo nie mógł uciec.