34 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Peter to chyba miał ją za straszną latawicę, jak on już z przyczajki sobie wyobrażał, że to właśnie ona gździ się za posągiem i badylami, jak ta impreza zrzeszała masę ludzi co to niby niewinnie na biało się ubrali, a wcale nie byli tacy niewinni. Gardner to im pewnie do pięt nie dorastała w tym kontekście, choć nie można ukrywać, że lubiła się zabawić. I pewnie w piotrusiowym odpowiednim towarzystwie byłaby zdolna ta kieckę tam ściągać faktycznie, kryjąc się po kątach jak jakaś głupiutka nastolatka, to jednak aktualne okoliczności temu nie sprzyjały. Bo ona miała misję! I ta misja wcale nie polegała na obściskiwaniu się z Williamem.
Bez urazy, ale no to był Will.
Jej p r z y j a c i e l Will.
Jednak w jakimś chorym zbiegu okoliczności i w efekcie jej nieposkromionej paniki założyła przyjacielowi ręce na ramię w głowie mając tylko jego wcześniejsze słowa: w razie wpadki udawaj, że się obściskujemy. Cholera, zamiast podejść do sprawy jak przystało na dorosłą i poważną obywatelkę niższej klasy społecznej otoczonej bogackim światem, co zrobiła Gardner?
Spanikowała.
Nie zadarła brody do góry i nie udawała, że zupełnie przypadkiem znalazła się tak blisko nich. Ona zwyczajnie siłą Patelowską pchnięta wywinęła takiego orła, że pociągnęła go razem ze sobą. Oczy zwilżyły się w jednej chwili, jak bolesny prąd przeszedł po jej łokciu wzdłuż ręki, wargę przygryzła, a z jej ust wydobyło się cichutkie i piskliwe — ja pierdole — które mógł usłyszeć jedynie William i o mój boże, ten sam, którego twarz miała milimetry od swojej. Zaraz jak tylko to zobaczyła poderwała się do góry, a przynajmniej próbowała, ale była niczym sarna na lodzie lub żyrafa świeżo po porodzie, w efekcie rozjeżdżała się jak jakaś łamaga i zdążyła jeszcze dwa razy spaść — zapewne boleśnie — na Williama nim w końcu udało się jej podnieść. Od razu zaczęła nerwowo poprawiać sukienkę, a potem wspaniałomyślnie podała w końcu dłoń swojemu przyjacielowi, by pomóc mu wstać na nogi.
Nie to, to nie tak… — wyrzuciła nagle słysząc o używaniu ogrodu, a wiadomym było, że w takich sytuacjach to strasznie się jej język plątał. Bo przecież to wcale nie tak jak Peter sobie pomyślał! Uwielbiała Williama, ale już pierwsze spotkanie przy butelce naznaczyło ich znajomość, a podbicie oka zamiast pocałunku było chyba najlepszym co mogło się jej przydarzyć wtedy, bo zyskała super przyjaciela. I tak się bujali, a wszelkie potencjalne okazje do zbliżenia, o którym oni sami nawet nie myśleli to był czysty chaos. Jakby los sprawował nad nimi opiekę, by tego nie spaprali w żaden sposób. W innym uniwersum pewnie wymiatali jako para, ale w tym świecie nie miało prawa się przydarzyć.
Jakoś tak poleciałam, a on poleciał na mnie i tak sobie polecieliśmy — spojrzała na Willa jakby chciała powiedzieć: ratunku?! i zarazem PRZEPRASZAM, bo nie chciała go w żaden sposób uszkodzić. Tylko tak się składało, że Gardner uszkadzała wszystkich wokół i nieliczni okazywali się odporni na jej chaos. A przecież nie chciała uszkodzić żadnego z nich.
Ze smutkiem obserwuje więc jak Peter garnie się do odejścia, ale gdy nagle przystanął to drgnęła. Delikatnie wciskała już pedał gazu, by skierować się w stronę paniki, ale jednak wciąż stała i patrzyła na niego jakby czekała, aż… aż coś zaproponuje. Nawet jeśli nie gadała z nim od ich ostatniej kłótni to wcale nie oznaczało, że tego chciała. Nie lubiła ciszy i nie znosiła się kłócić.
No jasne, że możemy — chciała dodać, że nawet teraz, już, natychmiast, ale zalatywałoby straszną desperacją, co nie?


William N. Patel Peter Blythe
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Modlę się w duchu żeby jej kolano nie wylądowało na moim kroczu, kiedy próbuje wstać rozjeżdżając się przy tym jak żaba na betonie, po raz pierwszy i po raz drugi - z marnym skutkiem - Wendy, kurwa - wyrzucam z siebie i chociaż w pierwszej chwili właściwie nie chcę jej za bardzo dotykać, żeby Peter czasem nie pomyślał sobie tego, co pewnie właśnie chodziło mu po głowie, to ostatecznie chyba nie mam wyboru - wspieram dłonie na dziewczęcych ramionach, żeby ją od siebie odepchnąć, tym samym trochę pomagając jej stanąć na równe nogi. Potem i ja się podnoszę, tym razem z pomocą Wendy - Wenus?... - powtarzam, jeszcze raz zerkając na pomnik, udaję zainteresowanie rzeźbą, kiwając głową jak jakiś znawca, chociaż mam to w dupie, dużo bardziej ciekawi mnie to o czym jeszcze przed chwilą gadał ze swoją już chyba narzeczoną? A jeszcze bardziej interesowało mnie to, o czym już za chwilę będzie gadał z Wendy - Co? Nie, nie, my sobie tylko... Spacerowaliśmy, a potem no właśnie tak jak Wendy mówi, ona poleciała, no ja niestety też i tak jakoś wyszło - wzruszam ramionami. No tak, przecież to całkiem normalne, że ludzie sobie spacerują wspólnie po podejrzanych zaroślach, kiedy mają do dyspozycji cały dojebany, bogacki ogród, nic dziwnego, no nie? W zasadzie to jeszcze dziwniejsze było to, że nie potrafiłem się wygęgać skoro byłem przecież prawnikiem i zawsze miałem coś na swoją obronę. Mogliśmy powiedzieć, że burgery mi zaszkodziły i poszła przytrzymać mi włosy podczas opróżniania żołądka, ale teraz to już pobite gary. Wzdycham przeciągle, patrząc jak Peter zaczyna się wycofywać. Ciekawe, że był człowiekiem, z którego ciężko cokolwiek wyczytać, ale to pewnie bogolska tresura - nie pokazywać za wiele emocji. Też przez to przechodziłem, ale w moim przypadku sprawdzało się głównie na sali sądowej, gdzie byłem prawdziwym profesjonalistą, poza nią? No, bywało różnie. Rzucam Gardner porozumiewawcze spojrzenie, żeby zagadała zanim odejdzie, ale w tym samym momencie młody Blythe jednak odwraca się w naszą stronę i zwraca w sumie bardziej do swojej przyjaciółki niż do mnie, ona zaś odpowiada momentalnie, a ja? Ja chyba właśnie zostałem piątym kołem u wozu, więc rozglądam się wokół i mówię - O chyba mnie Galen woła - chociaż Wyatta nawet nie ma nigdzie na horyzoncie, więc chyba jakoś telepatycznie co najwyżej - To ja będę... Gdzieś tam - macham jedną ręką w bliżej nieokreślonym kierunku i ostatni raz zerkam na Wendy, znowu porozumiewawczo, ale tak porozumiewawczo, że zrozumie tylko ten, z kim znasz się pół życia, czyli tak jak my właśnie. W tym spojrzeniu można nawet dostrzec nieme życzenie powodzenia. Po cichu liczę na to, że przyjaciółka zda mi później relacje z tej rozmowy. Potem przelotem spoglądam na Petera i wreszcie zostawiam ich samych, oddalając się w bliżej nieokreślonym kierunku. Tył mojej koszuli wygląda tragicznie, a gorzej wyglądają chyba tylko spodnie.

/ja zt

Wendy Gardner Peter Blythe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „#6”