-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
I sam diabeł wysłał swojego przedstawiciela, żeby ich uratował. A może właśnie tego dotyczył kontrakt, który zawarła babka Carmen Sandiego. Tak czy siak, gdy leżała już nieprzytomna w ramionach swojej pierwszej i ostatniej miłości, która nawet nie raczyła zapamiętać i wysłuchać jej słów tuż przed śmiercią. A ona tu takie ładne wyznanie miłosne wyszeptała na ostatnim wydechu. To lekarka działała, żeby przywrócić ją do świata żywych. Dobrze, że najpierw umyła ręce po tym klocku, którego z siebie wyrzuciła.
Jeden zastrzyk. Adrenalina, która uderzyła w samo serduszko, zmuszając jej organizm do walki. Po minucie zaczęła trzepotać swoimi długimi rzęsami i rozglądać się niespokojnie. Przełyk ją palił jakby opiła się denaturatu z menelami w bramie. Tylko, że nie leżała na chodniku, a na kurewsko drogim okrągłym blacie, gdzie jakaś typiara podnosiła ją do siadu, pierdoląc coś o drogach oddechowych.
Odruchowo przytrzymała sukienkę, żeby nie pokazać całej sali swoich brzoskwinek i starała się ogarnąć całą sytuację. Raczej wątpiła w to, że tak ją ścięło po seksie. Chociaż to tłumaczyłoby rozwiązany gorset. Następnie spojrzała na Williama, który dzierżył w swojej rączce nóż do masła, a dwóch facetów przyciskało go do podłogi.
Babka...
Kobieta trzymała się za starą obwisłą pierś, lamentując coś o tym, że Patel jest niepoczytalny.
Że co kurwa?
Jej mózg właśnie odmawiał współpracy, nie nadążając za tym, co się odpierdalało. Do sali wparowali ratownicy medyczni i zrobiło się jeszcze większe zamieszanie. Ktoś zadawał jej od czapy pytania, a ona ciągle zerkała na Williama. Babcia odpierdalała swój performance z zawałem, próbując zaskarbić sobie większą uwagę udając ofiarę.
- Nie chcę jechać do żadnego szpitala! - odepchnęła dłoń jednego ratownika, starając się spierdolić ze stołu. Ni chuja nie wezmą jej żywcem. I nawet nie chodziło o to, że jeden pieron wiedział o tym, czy Madi opłacał jej jakieś składki zdrowotne - w końcu pracowała u niego. Nie przerażał jej nawet sam fakt rachunku, który wystawiliby jej po leczeniu. Tyle, że to był szpital. I gdyby rudowłosa miała wskazać swoje nemezis. Swoją piętę achillesową to bez dwóch zdań byłoby to przykucie jej do łóżka w jebanym szpitalu.
I dobrze, że ktoś to całe zajście nagrywał, bo nigdy nie darowałaby sobie tego, że nie widziała napadu agresji u Patela. Kto by pomyślał, że ze wszelkich broni na stole, ten akurat użyje noża do masła.
Ratownicy przenieśli do swojego papamobilu całą trójkę. Ją po tej głupiej truskawce. Babcie, bo dalej symulowała zawał. Oraz Williama, bo po dzikich akrobacjach z nożem i obezwładnieniu, okazało się, że jego nadgarstek wyglądał jak opuchnięta śliwka. I musieli sprawdzić czy to skręcenie, czy jednak złamanie. Nie ma co, bardzo miła kolacja rodzinna. A na SORZE czekały już gliny. Zapowiadał się naprawdę cudowny wieczór.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gabriela R. Blais
-
You're a bad idea but I like bad ideas.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracji-postaćautor
Kroplówka i masa badań. Pobierali jej krew chyba ze dwa razy i nawet kazali nasikać do kubeczka. Już więcej godności miała na odwyku, ale w końcu przewieźli ją do sali, gdzie o zgrozo było jeszcze więcej pacjentek. Nawet człowiek w tym przybytku wykitować sam nie mógł. A jedna babka ewidentnie srała do podstawionej pod dupę kaczki, robiąc wytrzeszcz oczu. Dramat. Wstała i niczym rudy ninja starała się wymknąć z oddziału, ale piguła cofnęła ją do łóżka i nawet przypięła jakimiś pasami. Dostała kolejną kroplówkę i pogadankę o technikach na uspokojenie. A gdy tylko zapytała o leki, to dostała odmową w twarz. Kobieta w ciąży powinna unikać przyjmowania takich leków. Obiecano jednak jej, że ktoś porozmawia z lekarzem. Że co kurwa? Uśmiechnęła się pod nosem, bo jej babcia wszystko słyszała, leżąc na łóżku obok. To na bank był jakiś niecny plan Patela. Pewnie dał w łapę kitlowi, więc w pełnym relaksie czekała aż płyn zejdzie z woreczka i pozwolą jej wyjść.
- Jesteś z nim w ciąży? A cała ta pogadanka, że szukacie surogatki? - usłyszała zza zasłonki, a ten skrzek był niczym miód na jej serce.
- On o niczym nie wie.
- Nie poz... Usuń to natychmiast.
William, ty pierdolony geniuszu. Normalnie ucałowałaby go w tę główkę gdyby tutaj był.
- Za kratkami raczej mało będziesz miała do powiedzenia.
Zamierzała przecież zgłosić ten zamach na jej życie. Prawie wykitowała przez tę jebaną truskawkę. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że aż tak ją to sponiewiera. Ostatni taki napad miała jako nastolatka, gdy chłopak odpierdolił jej romantico randkę z tymi owocami w czekoladzie. I wtedy ni stąd ni zowąd pomarszczona dłoń podsunęła jej czek. O kurwa.
- Dopisz jedno zero. - nawet nie musiała odsuwać materiału, bo doskonale słyszała, jak ropucha się zapowietrza. - Wiem, że cię stać. A ty każesz mi usunąć ciążę, nie oskarżać cię i do tego jeszcze zerwać z Williamem. To kosztuje.- oddała świstek papieru i nasłuchiwała, czy babsko jeszcze tam skrobnie to zero. A gdy czek wrócił do niej... O mamusiu. Była bogata! Nie dane było jednak jej się nacieszyć nowym statusem, bo policja zgarnęła ją na przesłuchanie. Wyśpiewała wszystko. Dając gliniarzom do zrozumienia, że nikt o niczym nie wiedział, a jej dramatyczna przemowa o próbie morderstwa była wywołana przez stres. I tak widziała po ich twarzach, że woleliby zdecydowanie robić coś innego niż rozwiązywać jakąś aferę owocową. Spisali również zeznania jej babci, która wciąż dramatyzowała o zawale. W sumie teraz mogłaby się już przekręcić. Czemu nie?
I wtedy on wszedł cały na biało, z tym swoim uśmieszkiem na ryjku do sali. Rozmowy ucichły, a ona się wyszczerzyła do niego. Kazała mu ruchem dłoni się nachylić i ucałowała go w czółko. - Jesteś geniuszem - wyszeptała, a on zapewne już kalkulował, jakie prochy dostała. Ale zamiast listy z tablicy Mendelejewa podsunęła mu czek. Był legitny. Sprawdziła to pięć razy. Siedem milionów. SIEDEM. Ile to procent miała mu oddać z tego?
- Między nami koniec. Wypierdalaj z mojego życia Williamie. Kazałam już twojej asystentce spakować twoje rzeczy z mieszkania. Nawet nie próbuj urządzać scen. - wskazała dłonią za zasłonkę, poruszając bezgłośnie ustami: BABCIA. Ludzie w sali na bank mieli niezły Shik Shak Shok. Bo ich ruchy przeczyły słowom. Wyrwała cały wenflon, do którego była podpięta i przycisnęła chusteczkę do ranki, żeby nie zakrwawić pościeli. Brodą dała mu znak, żeby sięgnął po tę fancy czerwoną sukienkę i jej pomógł się ubrać. Nie zamierzała czekać na żaden wypis. A w tej jednorazowej koszuli wszystko było jej widać. Zrobiłaby na ulicy niezłe show, ale jeden filmik na dzień dzisiejszy wystarczył. Mieli lekkie trudności techniczne, bo ciężko było jej zachować równowagę, a on więcej wprawy miał w rozbieraniu niż ubieraniu kobiet. A do tego jeszcze musieli odgrywać cała tę scenkę zerwania.
- Myślisz, że pomiędzy kolejnymi krzykami zdążymy zaliczyć szybki numerek? Nie robiłam tego jeszcze w szpitalu. - powiedziała niemal prosto w jego usta, gdy nachylił się, żeby zasznurować jej gorset.
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gabriela R. Blais