31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy przez życie szło się z głową zadartą wysoko ku górze, myśl o tym, że można upaść równie szybko i łatwo co maluczcy stawała się czymś odległym, wręcz nierealnym. Rohan często miał podobnie - jako chirurg często trzymający w rękach czyjeś życie, nigdy nie zastanawiał się nad swoją własną śmiertelnością. Wiedza, władza i pieniądze dawały mu poczucie nietykalności.
A przynajmniej tak było do tamtego feralnego poranka, gdy nawiedzony krewny zmarłej pacjentki stłukł go przed szpitalem jak byle psa pałką teleskopową.
Do czasu gdy widział jak z wrzaskiem płoną dziesiątki ludzi, gdy czuł smród palonego ciała i miał świadomość, że mógł znajdować się wśród ofiar, gdyby tylko jego umiejętności nie były dla Gio tak przydatne.
Właśnie dlatego teraz jego pierwszym instynktem na widok zagrożenia była ucieczka.
Niemniej, kiedy Elena wpadła przez drzwi, Rohan w pierwszej chwili uniósł pięści w odruchowym geście waleczno-obronnym - tak jakby był w stanie cokolwiek zrobić przeciwko napastnikowi uzbrojonemu w pistolet. Gdy dostrzegł jednak że to Santorini, odetchnął z ulgą, opierając się znów o ścianę i opuszczając ręce. Czyli była cała. Jeszcze. Ale jej obecność tutaj znaczyła, że przynajmniej jeden ze strzelców zmierzał właśnie w tę stronę - nie trzeba było być geniuszem, by dojść do takiego wniosku. Szybkie zerknięcie przez niewielkie okienko w drzwiach i Kim tylko utwierdził się w przekonaniu, że mieli przejebane. Tak poważnie przejebane.
Nerwowym, rozbieganym wzrokiem Rohan szybko rozejrzał się po korytarzu. Tuż koło drzwi stała szafka - duża, ciężka, metalowa. Drzwi natomiast otwierały się do wewnątrz. Gdyby jakimś cudem udało się przewrócić szafkę... Kim szybko jednak odrzucił ten pomysł. Może gdyby miał obie sprawne nogi i siłę by się zaprzeć... Mebel był jednak zbyt ciężki i toporny, więc Rohan z miejsca sobie odpuścił. Ponowne zerknięcie przez okienko na zbliżającego się gangstera podsunęło mu jednak inny pomysł.
- Poczekaj - rzucił do Eleny, przywierając plecami do ściany obok drzwi. I tak był w czarnej dupie, z przestrzeloną nogą nie był w stanie szybko biec, więc facet na pewno by go dogonił. A jeśli nie on - zrobiłaby to na pewno druga kula. Albo kolejna, albo jeszcze jedna. Nie, musieli jakoś ich spowolnić, a najlepiej zatrzymać.
Kim wykorzystał fakt że mężczyzna szedł przed siebie z wściekłością i impetem słonia, bez zachowania jakiejkolwiek ostrożności. W momencie gdy facet otwierał jedno ze skrzydeł, lekarz chwycił je z drugiej strony i pociągnął - a następne z całej siły popchnął. Drzwi pierdolnęły zaskoczonego napastnika prosto w twarz, a dokładniej w nos, przy okazji go łamiąc. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst, potem wrzask. Pojawiło się jeszcze więcej krwi, a broń z hukiem wypadła poszkodowanemu z rąk na podłogę. Rohan pociągnął i popchnął drzwi jeszcze raz, tym samym wywracając oszołomionego bólem mężczyznę do tylu.
Dopiero wtedy ruszył kuśtykając za Eleną.
- A teraz naprawdę musimy stąd spierdalać - rzucił do kobiety. Nie chciał testować tego, czy będzie w stanie wymyślić jeszcze jakieś sposoby na powstrzymanie napastników. Jeden został na trochę wyeliminowany, ale mógł się pozbierać w każdej chwili. Drugi był natomiast cały i zdrów - i na pewno właśnie zmierzał w tym kierunku.
A przecież nie wiadomo, czy było ich tylko dwóch...
Tak jak Rohan przewidywał, z tyłu było także wyjście przeznaczone dla dostaw. Wydostając się na zewnątrz, Kim odczuł pewną ulgę, dobrze jednak wiedział, że wciąż nie byli bezpieczni. Noga rwała niemiłosiernie - kiedy zerknął w dół, zobaczył, że już niemal całą nogawkę ma poplamioną krwią. Jego krawat był wybitnym akcesorium, dodającym elegancji jego stylowi, ale w roli opaski uciskowej sprawiał się raczej chujowo.
- Ty musisz poprowadzić - wystękał, opierając się o przypadkowe auto. Czuł się coraz słabiej. Przeszukał kieszenie i wydobył kluczyk do własnego samochodu, wyciągając go w stronę Eleny.

Elena Santorini
Solhy
Posty z AI, nadmierna infantylność
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
crimson teardrops falling like rain on the shore, decimated all of my dreams I used to adore
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W tej chwili b a r d z o pożałowała, że nikt nigdy nie nauczył jej jak walczyć.
To nie tak, że nie chciała. Gdy była młodą dziewczynką nie rozumiała, dlaczego jej brat zabierany jest na prywatne lekcje - i to nie byle z kim, bo z jej ojcem. Próbowała się na nie wprosić, zaręczała, że jest wystarczająco kompetentna by mogła w nich uczestniczyć.
Za każdym razem konsekwentnie była zbywana komentarzami o tym, że jej zachowanie było urocze - czasem nawet raczono ją tarmoszeniem włosów i psuciem starannie ułożonej przez matkę fryzury.
Przynajmniej dopóki w dziecięcej, absurdalnej próbie udowodnienia swych możliwości nie wydobyła z kuchennej szuflady noża, z którym następnie usiłowała zaskoczyć w korytarzu swojego ojca.
Od tego czasu jej zachowanie nie było urocze, włosy pozostały nietknięte. To nie przystoi damie było jedyną formą krótkiej odpowiedzi, surowej, pozbawionej wszelkiego ciepła.
Tkwiła więc teraz w korytarzu, żałośnie patrząc, jak postrzelony mężczyzna niósł na swoich barkach ciężar uratowania ich obojga - ponieważ jej, jako damie, nie przystało. Rzucenie butelką było limitem tego, do czego była zdolna a i tak zaskoczyło ją w równym stopniu, jak zaskoczyło Rohana.
Przez chwilę rozglądała się wokół, szukając czegoś, co mogłaby wykorzystać - napastnik jednak zjawił się dużo szybciej, niż zakładała. Ledwo się obejrzała a on już mknął w ich stronę, widziała jego wściekłe spojrzenie, lufę trzymanej przez niego broni unoszącą się w górę.
A przez korytarz przemknął donośny huk.
- To może być najbardziej podniecająca rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłeś - wydusiła, patrząc, jak mężczyzna zwala się jak worek ziemniaków na ziemię pod wpływem drugiego już uderzenia w głowę.
Rohan musiał złapać ją za ramię i odwrócić, zmuszając do oderwania spojrzenia by przypomniała sobie o tym, że musieli stąd u c i e k a ć. Nie był jedynym, był jeszcze drugi i w każdej chwili mógł ich dopaść.
To wszystko było tak, cholerne absurdalne.
Niemal tak absurdalne jak słowa, które Kim wypowiedział do niej chwilę później - wtedy, gdy jej płuca wypełniały się rześkim powietrzem, oddech zwalniał po pośpiesznej ucieczce, sylwetka pochyliła się, dłonie oparły o uda. W jej sercu zagościło złudne poczucie bezpieczeństwa - w końcu udało im się wydostać, czy nie?
- Co? - spytała, w nadziei na to, że się przesłyszała, choć kluczyk w jego dłoni błyszczał nieustępliwie. - Ja nie umiem prowadzić.
W jakimś odruchu, który rozbawiłby go do łez, zaczęła grzebać w swojej torebce w poszukiwaniu telefonu - bo czy nie mogli zadzwownić? Czy ktoś nie mógłby po nich p r z y j e c h a ć? I już gdy oswajała się ze złudną nadzieją na to, że przed profesjonalnymi zabójcami uratowałby ich kierowca ubera, dostrzegła jednego z nich w drzwiach, przez które sami przeszli chwilę temu.
- Cholera - warknęła, odbierając pilota i rozglądając się. - Którym się to otwiera? - krzyknęła, widząc błysk broni w ręce napastnika, skanującego parking w poszukiwaniu dwójki zbiegów.
Nacisnęła jeden z przycisków, nieświadomie odpalając alarm. Jeden, jedyny samochód na całym parkingu zaczął wyć i migać wszystkimi światłami. Sekundę później dostrzegła broń zmierzającą w ich stronę - chwyciła za Kima i pociągnęła w dół, ułamek sekundy później huk wybrzmiał w akompaniamencie zbijanej szyby w jednym z samochodów.
- Cóż, teraz wszyscy wiemy - mruknęła sama do siebie, otwierając samochód i wciskając się na fotel kierowcy. - Wolisz umrzeć od kuli, czy w wypadku samochodowym? - spytała nerwowo, szukając jakiejś dźwigni, dzięki której mogłaby dostać do pedałów. Zaraz, czy tu w ogóle były pedały?
A nawet jeśli były, co, do cholery, miałaby z nimi zrobić?
- Pytam poważnie - dodała, sięgając do włącznika samochodu wyłącznie po tym, gdy kolejny huk wystrzału zmusił ją do reakcji.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rohan przeżyłby chyba szok życia, gdyby okazało się, że Santorini potrafiła walczyć.
Nie posądzał jej jednak o takie umiejętności i dlatego pomimo własnych obrażeń był zdeterminowany, aby unieszkodliwić napastników jak się tylko dało i zapewnić jej bezpieczeństwo. Mógł być skończonym chujem i zimnym draniem, ale był także mężczyzną z krwi i kości. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jedna kula mogła zakończyć jej życie - zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni. Gdyby to jej łydka broczyła teraz krwią, obrażenia mogłyby okazać się na tyle poważne, że jej czas jako primabaleriny dobiegłby końca.
Nie zamierzał do tego dopuścić.
Nieistotne, że to on sam był tutaj głównym celem, a nie ona.
- Nie jestem pewien czy powinienem to odebrać jako komplement - udało mu się wydyszeć jeszcze w odpowiedzi, chociaż w kącikach jego ust pojawił się nikły cień uśmiechu. Może kiedyś oboje będą wspominać ten dzień z rozbawieniem, teraz Kim był jednak śmiertelnie poważny i nastawiony na ucieczkę.
Z każdym kolejnym krokiem czuł jak opuszczają go siły. Główne uderzenie adrenaliny już minęło, jej efekty powoli ustępowały miejsca wyczerpaniu, którego powodem był również upływ krwi. Nie przewidywał, aby było aż tak źle, żeby miał stracić przytomność, ale wolał nie zostawać na miejscu by się o tym przekonać na własnej skórze.
Ale starczyło jedno zdanie wypowiedziane przez Elenę, żeby zaraz Rohan zrobił się biały jak ściana.
Nie umiała prowadzić.
Kto dzisiaj, do chuja pana, nie potrafi prowadzić?
Ale zwyczajnie nie mieli innej opcji. Nie, nie mogli poczekać aż ktoś po nich przyjedzie - ale z tego nawet Santorini najwyraźniej zdała sobie sprawę, kiedy w powietrzu zaczęły latać kule. Pociągnięty na ziemię Rohan przywarł do drzwi auta. Zaklął szpetnie, kiedy kobieta włączyła alarm. Już miał jej wyrwać kluczyki, by uciszyć wycie samochodu, kiedy jakimś cudownym zrządzeniem losu udało jej się odblokować pojazd.
- Dostaniesz przyspieszony instruktaż - wydusił trochę w desperacji. W normalnych okolicznościach Kim nie pozwoliłby nikomu - absolutnie nikomu - dotknąć swojego samochodu. W tym momencie jego priorytety były jednak w zgoła innym miejscu. Teraz nie dbał nawet o to, czy Elena porozbija się o wszystkie inne auta zaparkowane pod restauracją. Dostanie odszkodowanie i kupi se nową brykę. A teraz kobieta musiała po prostu ich stąd jakoś wywieźć.
Gdy drzwi zostały odblokowane, mężczyzna wgramolił się niezgrabnie na tylnie siedzenie. Gdzieś tam wewnętrznie nadal skręcało go na myśl o tym, że skórzana tapicerka zaraz będzie cała upierdolona jego własną krwią. Szybko zatrzasnął jednak za sobą drzwi, pochylając się ku Elenie i gorączkowo tłumacząc jej gdzie znajdują się wszystkie elementy do kierowania pojazdem - wbrew pozorom, nie było tego wcale wiele, ale to dlatego, że Kim jeździł automatem. Gdyby jego auto miało manualną skrzynię biegów, mogliby sobie już w tym momencie rezerwować ładne trumienki i wspólne miejsce na cmentarzu.
Kolejny wystrzał sprawił, że Rohan znów zaklął i wcisnął głowę nisko między przednie fotele.
- Tam wciskasz start - pokazał jej ręką - Tu jest dźwignia. Najpierw przesuń ją na R, musimy wycofać. - absurd tej sytuacji zaczynał go trochę dobijać, ale jaki miał wybór? W bocznym lusterku widział już jak facet, który do nich strzelał, zaczyna iść w ich kierunku. Nie odpuści, nie ma opcji - Masz tylko dwa pedały, po prawej jest gaz, po lewej hamulec, nie pomyl ich! Wciśnij gaz, tylko nie do dechy i kręć kierownicą! Załapiesz to!
Wierzył w nią, bo jaką inną miał opcję? Jego życie pośrednio leżało teraz w jej rękach - w jej opanowaniu, umiejętności dostosowania się do wybitnie stresujących warunków, ale także podążania za instrukcjami. Nie musieli odjechać wcale daleko - wystarczy, że stąd znikną. Cos mu podpowiadało, że napastnicy nie będą za nim gonić za wszelką cenę - chociaż oczywiście mógł się w tej kwestii mylić.
- A potem przesuwasz dźwignię na D i gaz do dechy! Zabierz nas stąd!

TUTUTURU Max Verstappen
Solhy
Posty z AI, nadmierna infantylność
ODPOWIEDZ

Wróć do „George Restaurant”