Let me
exhale you...
Pomimo tego, że rozmowa z Kieranem momentami wydawała mu się cholernie męcząca, z każdym kolejnym zdaniem, pytaniem i tymi wszystkimi jego analizami poznawał go coraz bardziej i, o dziwo, czuł się przy nim coraz swobodniej. Gdzieś z tyłu głowy stresował się trochę tym, że może po tym wszystkim Burreau stwierdzi, że jednak nie chce się z nim kolegować, że Benjamin jest dla niego zbyt chaotyczny, zbyt głośny, zbyt... no, Benkowy... jeżeli takie zdanie w słowniku blondasa wogóle istnaiło.. no właśnie, nie był pewien... ALE! Thallman nigdy nie należał do osób, które przesadnie zamartwiały się tym, co będzie później. Lubił po prostu enjoy to, co działo się tu i teraz. Więc pobiegł po tę cholerną herbatę, żeby chwilę później wparować z powrotem do pokoju i zastać Kierana z rodzinnym zdjęciem w dłoniach. I zamiast znowu zastanawiać się, co blondyn o nim pomyśli albo czy przypadkiem nie pokazuje mu za dużo siebie, zdecydował się po prostu ponieść chwili. A jeśli Burreau któregoś dnia stwierdzi, że jednak Benjamin nie był kimś, w czyim towarzystwie chciał spędzać swój wolny czas?
Let it be. Jeszcze zmieni zdanie, heh.
''To musi być przyjemne uczucie - mieć rodzeństwo i świadomość, że zawsze ma się kogoś przy sobie''
Benek posłał Kieranowi szeroki uśmiech.
- No, coś w ten deseń. - Zerknął na niego kątem oka.
- Musieliśmy liczyć głównie na siebie, kiedy nasi rodzice odeszli - westchnął, ale zaraz wzruszył ramionami, nie chcąc robić z tego żadnego big deal,
- Ale przynajmniej plusem tego wszystkiego jest to, że jak sam widzisz, jestem teraz cholernie rozpuszczony. - Parsknął pod nosem, bo przecież nie zamierzał dodawać, że Ace przez lata robił wszystko, żeby ani on, ani Clementine nie odczuli za bardzo tego, jak bardzo ich życie się posypało. Benjamin machnął jednak ręką, zostawiając temat tam, gdzie jego miejsce, po czym usadowił się wygodniej z gitarą.
- Oh tak, moja pierwsza ballada dla ciebie - rzucił z rozbawieniem, przesuwając palcami po strunach.
- Aż tak zapadła ci w pamięć, Burreau? - uniósł brew, posyłając mu zaczepny uśmiech.
Dał się ponieść muzyce, kolejnym akordom i każdej pojedynczej wibracji strun rozchodzącej się pod opuszkami jego palców. Gitara od zawsze działała na niego w ten sam sposób. Wystarczyło kilka pierwszych dźwięków, żeby wszystko dookoła zaczęło robić się trochę mniej istotne. Myśli cichły, a te całe pierdolone napięcie gdzieś odpływało... wszystkie zmartwienia... to, że może już niedługo nie będzie mógł robić tego co kochał, znikało.... Obecność Kierana również działała na niego kojaco, pomimo tylu burzliwych uczuć, które w nim wywierał.
Nie miało to żadnego sensu, co nie? Czuł się trochę tak, jakby dryfował podczas burzliwej nocy gdzieś na środku morza, podczas gdy kolejne fale coraz gwałtowniej rozbijały się o burtę, a mimo tego wszystkiego... on sam zaczynał się uspokajać. Obecność Kierana działała na niego kurewsko kontradykcyjnie. Z jednej strony wprowadzała do jego głowy jeszcze większy chaos, z drugiej sprawiała, że ten cały pierdolony hałas na moment cichł. Thallman nie znał już odpowiedzi właściwie na nic. Nie wiedział, dlaczego tak na niego reagował, czemu zależało mu na kolejnych spotkaniach ani dlaczego spojrzenie Burreau potrafiło zrobić mu z mózgu kompletną kaszkę mannę. Ale może właśnie o to w tym wszystkim chodziło? Może uczucia wcale nie musiały nieść ze sobą odpowiedzi... może czasami wystarczyło po prostu je c z u ć.
Wydźwięczając ostatnią nutę i zatrzymując palce na strunach, Benjamin posłał Kieranowi nonszalancki uśmiech, czekając na werdykt. Oczywiście spodziewał się, że mu się spodobało. No bo hello, znał swoje możliwości i wiedział, że śpiewać potrafił. Ale takiej odpowiedzi? Za żadne skarby. Parsknął śmiechem, czując niemal od razu, jak ciepło wpełza mu na policzki. Nie żeby nigdy wcześniej nie słyszał komplementów. Cholera, słyszał ich całkiem sporo, szczególnie od ludzi, z którymi kończył w trochę mniej niewinnych sytuacjach. Ale tekst o tym, że miał ładny głos z odpowiednią nutą seksowności?
HOLY FUCK. - Wow, Burreau, potrafisz człowieka zaskoczyć - rzucił z szerokim uśmiechem.
Już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, zapewne rzucić kolejnym idiotycznym tekstem i odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją, kiedy z dołu rozległ się dzwonek do drzwi. Benjamin ledwie zdążył zerknąć w tamtą stronę, a Kieran już zdecydował, że to on odbierze jedzenie. Um. Co? Thallman zamrugał kilkakrotnie, obserwując, jak blondyn po prostu wychodzi z pokoju, zanim zdążył w ogóle zaprotestować. Przez chwilę siedział nieruchomo,
- Ooookej... - mruknął sam do siebie. Odłożył gitarę ostrożnie na bok i oparł się wygodniej, czekając, aż Kieran wróci. Dopiero wtedy, kiedy został sam, przyłożył wierzch dłoni do policzka. Naprawdę się zaczerwienił. Cholera, może blondas rzeczywiście trochę go zawstydził. Benjamin opuścił rękę i westchnął ciężko, przeczesując palcami swoje bujne włosy.
Fucking feelings.
Po chwili Kieran wrócił do pokoju, niosąc ze sobą pudełka pełne pizzy, które Benjamin zamówił nie tylko dla nich, ale też dla swojego rodzeństwa. Benek od razu zerknął na niego, a potem na stos kartonów, unosząc brew.
- Ile ci jestem winien, Burreau? - zapytał, wskazując przy okazji, który karton należał do nich. Nie czekając długo, otworzył pudełko i wyciągnął kawałek pizzy, po czym oparł się biodrem o biurko. Ugryzł całkiem spory kawałek i natychmiast tego pożałował, kiedy gorący ser rozciągnął się między pizzą a jego ustami.
Fcuuuuck. Gorące. Przeżuł szybko, marszcząc przy tym nos,
- Dużo jemy w tym domu, przynajmniej zostanie na jutro - powiedział, zasłaniając usta dłonią, bo jednocześnie próbował mówić i przeżuć pizzę, która nadal była zdecydowanie za gorąca. XD
- Albo nie zostanie. Zależy, czy Ace dostanie nocnego gastro ze swoją nie-dziewczyną. - Parsknął pod nosem i sięgnął po kolejny kęs, a po chwili uniósł brew, przyglądając się Kieranowi, kiedy ten sam się oparzył, a dosłownie moment później Benjamin wybuchnął śmiechem, widząc, jak blondyn przypominał jakiegoś ludzika z benny hilla, zaplątując się przy okazji w pościel.
Resztę wieczoru spędzili, śmiejąc się, oglądając filmy i grając w gry. Czas leciał im tak szybko, że Benjamin nawet nie zauważył, kiedy zrobiła się prawie czwarta nad ranem, a Kieran zaczął zbierać się z powrotem do domu. I chyba właśnie wtedy dotarło do niego, że coraz bardziej podobało mu się spędzanie czasu w jego t o w a r z y s t w i e.... i nie chciał, żeby to się kończyło.
k o n i e c
gaming buddy