29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Zabawne, bo pozostawała zupełnie nieświadoma istnienia jego wewnętrznego śledztwa dotyczącego jej… statusu związku. Fakt, nie wyprowadziła go z błędu i nie wyjaśniła, że nie mogli o niej rozmawiać w szatni Raptors, bo nie było o czym rozmawiać, ale że aż tak mocno siedziało mu to w głowie? Tego się naprawdę nie spodziewała. Bo dlaczego miałoby, prawda? Przecież… Ale uśmiech, który przemknął przez jego twarz dał jej do myślenia. Jednak od razu dała sobie za to po łapach, bo przecież już ich nic nie łączyło (poza interesami oczywiście), nie mogła nadal odważnie twierdzić, że go zna i wie, co chodzi mu po głowie. Nic nie wiedziała, więc zepchnęła to w tył własnej świadomości, żeby nie wyobrażać sobie za dużo, a rozbawienie zrzuciła na karb tego ich małego aktorskiego popisu. To nie mogło być przecież nic innego.
Za to na jej wargach pojawiło się rozbawienie, gdy zupełnym przypadkiem nazwał ją dzieckiem złego ojca skoro bywała w takich miejscach. Trafił… chociaż jednocześnie nie byłaby taka ostra w ocenie. Niektórzy po prostu lubili się bawić, to nie był koniec świata. Wbrew pozorom wyjście do klubu wcale nie musiało od razu oznaczać zatrucia alkoholowego i jednonocnych przygód z przypadkowymi ludźmi. Hej… sama była dzisiaj wyjątkowo grzeczna! Nawet jeśli właśnie wracała z mężczyzną do domu to oboje doskonale wiedzieli, że niestety nic z tego nie będzie.
Wiedziała to tak samo jak… wiedziała?
W pierwszej chwili przez jej twarz przemknął grymas. Nie rozumiała. Potrzebowała jednak ułamek sekundy, żeby to do niej dotarło i uderzyło w nią z podwójną siłą. Mogła być wariatką… typową przedstawicielką swojego g a t u n k u. Młoda kochanka, która nie potrafi się pogodzić z odrzuceniem, zazdrosna o żonę, o której wiedziała od zawsze i dla której nigdy nie była konkurencją, bo była tylko dodatkiem. Serce zabiło jej szybciej i odwróciła się w stronę mężczyzny wbijając uważne spojrzenie w jego twarz. Nie była taka. Nie zniżyłaby się do tego poziomu. Nie upokorzyłaby się błagając o uwagę… nawet jeśli pragnęła jej bardziej niż powinna.
Nie potrafiła powiedzieć, czy to przez to, że szeptał, czy raczej to co szeptał, ale przeszedł ją kolejny dreszcz. Wpatrywała się w jego twarz zbyt długo i zbyt intensywnie, a on równie długo nie odwrócił spojrzenia. Znajomi z pracy tak nie robili. W jej głowie pojawiło się tysiąc myśli na sekundę. Znała go? Na pewno? To nie był on. Czy w takim razie nie był też tym mężczyzną z motelu? Nie tym, który kupił dla niej suchą koszulkę, żeby nie skończyła z zapaleniem płuc, ale tym, który pokazał jej miejsce w szeregu i dał do zrozumienia jak niewiele znaczyła. To też nie był on?
Rozchyliła lekko wargi chcąc się odezwać, nabrała już powietrza do płuc i tak… właśnie przeżyła zawał w wieku dwudziestu dziewięciu lat. I jednocześnie znowu się skarciła, bo zdała sobie sprawę, że na kilka chwil zapomniała, że nie byli sami i niewiele brakowało, że powiedziałaby coś, co mogłoby narobić im dużo kłopotów, zostaliby złapani na gorącym uczynku.
Serce przez krótką chwilę chciało wyskoczyć jej z klatki piersiowej i potrzebowała sekundy, żeby odzyskać rezon. I złapać sens rozmowy, którą Bellore prowadził z swoją córką. Parsknęła. Pokręciła głową z rozbawieniem i znowu spojrzała na Anthony’ego. Przy okazji rozłożyła bezradnie ramiona, bo nie mogła zaprzeczyć….
- Potrafię poradzić sobie z konserwatywnymi politykami, więc dwóch gówniarzy nie stanowiło większego problemu. – chociaż politycy w telewizyjnym studio nie byli w stanie posunąć się do czego więcej niż wiązanka obelg, bo przecież redaktor Roderick była wszystkim, czego nienawidzą starsi konserwatywni panowie. Przynajmniej oficjalnie. Tych dwóch miało większą przewagę, ale widocznie jej ego w takich momentach dodawało parę centymetrów wzrostu. Pominęła też ten drobny szczegół, że wcześniej Brooke używała w jej stronę zdecydowanie innych epitetów i Love dałaby sobie rękę uciąć, że przynajmniej dwa razy została okrzyknięta suką. Ale widocznie one też mogły być zajebiste. Uśmiechnęła się do tej myśli i złapała za kupioną wcześniej butelkę wody, żeby odwrócić się do Brooke i jej ją podać – Na dodatek wzięła też dla ciebie wodę, więc możesz dopisać to do listy moich dzisiejszych zasług, których jutro pewnie i tak nie będziesz pamiętać. – ona natomiast nigdy nie zapomni tego przedziwnego wieczoru.


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

A jeszcze zabawniejsze, że w tym wszystkim Anthony tłumaczył sobie (albo tłumaczył sobie będzie), że wcale nie chodziło o niego i o nią – o nich, tylko o nią i kropka; że to przejęcie wynikało jedynie z troski o dobrą znajomą i partnerkę w zbrodni (ale nie ex-kochankę, co to – to nie!), a nie ze wścibstwa albo – jeszcze gorzej – rozżalenia czy zazdrości i że interesował się, bo chciał dla niej jak najlepiej. I… Cóż – to pewnie nie byłoby okłamywanie samego siebie (niewinne, perfidne, nijakie – obojętnie), gdyby nie to, że jednak po cichu okazywało się, że było jeszcze za wcześnie, żeby mógł utrzymywać z Love kontakt bez obaw o podtekst wynikający z ich wspólnej przeszłości. Relacje przepracowane naprawdę sumiennie nie wracają: nie przypominają się w losowych rozmowach wspólnymi żartami i nie wracają do ich korzeni, nie każą myśleć skąd, kiedy i do kogo się wraca, ani nie wzbudza zaciekawienia krojem sukienki albo tym, co próbowała przykryć. Ta – przynajmniej w świadomości Anthonyego – powolutku, zdaje się, zaczynała swój wielki powrót; stety albo nie. A wszystko dlatego, że Bellore właśnie zobaczył Love w nowym, zupełnie innym świetle; w świetle, w którym największego wrażenia nie robiły już na nim jej długie nogi albo płaski brzuch.
Tymczasem jednak niebezpiecznie zrobiło się z bardziej prozaicznego powodu. To musiało być trochę więcej niż dwa lata, odkąd ostatni raz mówił do niej szeptem – odkąd z bliska przyglądał się jej twarzy i odkąd niemal oddychał zapachem jej perfum. Nic zatem dziwnego, że choć intencje miał czyste, a jego słowa brzmiały niewinnie, to że jego myśli coraz frywolniej błądziły po trasie wyścigu, do którego stanęło ich pewnie z tysiąc; dokładnie jak u Love. I tak – burdel, córki złych ojców i ten jeden koszykarz robili się coraz mniej znaczący, a jego zainteresowanie coraz mocniej skupiało się na jej smukłej szyi, garści piegów rozsypanych na nosie i policzkach, oczach i ich błysku, i tym charakterystycznym grymasie twarzy, którego – dokładnie tak jak kiedyś – wciąż nie potrafił rozszyfrować ze 100% skutecznością. I wreszcie – czy odbijając jego spojrzenie, miała podobne rozterki; czy gdyby popełnił grzech, który w żartach zarzucał Love i zdesperowany zabłagał o jej zainteresowanie, mógłby na nie liczyć.
Na całe szczęście tego wieczora Bóg pobłogosławił go pijaną córką.
– To niech sobie z nim poradzi tak, żeby nie doniósł na mnie do gestapo – wybełkotała bez głębszego przemyślenia, zanim rzeczywistość wymierzyła jej solidnego liścia w policzek. – Czej, tsoooo… – Brooke rzuciła niby pod nosem, ale jej półszept spokojnie dotarł do uszu „dorosłych”. – Co ty tu robisz? Tato, co ona tu robi? – Pytała, gdy speszona odbierała butelkę z rąk Love.
– Odwozimy panią redaktor do domu. To najmniej, co możemy zrobić, żeby się odwdzięczyć – Anthony bardzo wyraziście zaakcentował tę nieszczęsną „panią redaktor”, jednocześnie rzucając zainteresowanej przelotne spojrzenie. Umówmy się – jej wyjście z cienia zaskoczyło go wcale niemniej niż słowa córki. – I jakie gestapo, do cholery? Mówisz o mamie? – Burknął pewnie chłodniej niż powinien, znów zaglądając we wsteczne lusterko. Brooke próbowała podciągnąć się do siadu, łapiąc za jeden z zagłówków tylnych siedzeń, ale miała za mało siły i już drugi albo trzeci raz osuwała się na swoje leżące miejsce. – Myślałem, że jesteście besties… Czy coś tam… – Mruknął zafrapowany. Teraz jeszcze bardziej wstydził się swojego ojcostwa. Poznawał sytuację geopolityczną w domu tylko dlatego, że jego córka się nawaliła i skończyła w klubie, w którym… Wolałby, żeby się nie bawiła.
– Byłyśmy, dopóki nie byłyśmy – Brooke westchnęła ciężko, ale to raczej nie było westchnięcie zbolałe albo rozżalone, tylko podirytowane – jakby liczba zadawanych przez Anthonyego pytań zaczynała ją męczyć. – Nie mam teraz na to siły, ale po prostu jej nie mówmy, dobra? – Odpuściła wreszcie walkę z fotelem, a wypuszczając z dłoni butelkę, ostentacyjnie przycisnęła do głowy maskotkę, jakby chciała zatkać nią sobie uszy.
– Hej, to nie ty decydujesz, kiedy kończymy rozmowę – Anthony gwałtownie odwrócił głowę do tyłu, ale wtedy Brooke głośno zachrapała i pozostało mu tylko machnąć ręką. – A zresztą… – Westchnął. Zaciskając obie dłonie na kierownicy, skupił się na drodze i dopiero po kilku sekundach takiej podręcznikowej jazdy dotarło do niego, jak mocno biło mu serce. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, bo grał swoją rolę i chciał być w niej jak najbardziej naturalny, ale adrenalina zaczynała odpuszczać i nagle okazało się, że faktycznie strasznie przeżył to bycie „prawie przyłapanym”. – Niewykluczone, że miałem zawał – mruknął nieco zachrypnięty, siląc się na uśmiech. Nie pozwolił sobie jednak na spojrzenie w stronę Love – uznał, że będzie bezpieczniej, jeśli zacznie się zachowywać zmanierowany wręcz do przesady. – Nadal uważasz, że nie jestem złym ojcem? – Dodał po chwili. Anthony prowadził trasą przez centrum miasta zamiast po autostradzie, więc pokonując kolejne przecznice, obserwowali nocne życie Toronto trochę jak na safari: z samochodu i z bezpiecznej odległości, ale jednak z bliska, dlatego z łatwością mogli wypatrzyć następne „Brooke” i czyhające na nie sępy. – Pierwszy raz słyszę, że są pokłócone. I to tylko dlatego, że jest pijana – mruknął zgorzkniale, z niedowierzaniem kręcąc głową. – ”Gestapo”. Wymyśliłabyś to? Cholera. – Bellore ewidentnie próbował nabrać dystansu, ale efekt był chyba odwrotny do zamierzonego, bo wprost przeciwnie – po prostu się nakręcał. – Myślisz, że powinienem jej powiedzieć? – Wrócił wreszcie spojrzeniem do Love, ale tylko przelotnie i najbezpieczniej jak się dało. Drugiego zawału mógłby nie przeżyć.



Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Czekaj, co?
Dokładnie to samo pytanie pojawiło się w głowie Roderick. Gestapo… momentalnie zrozumiała i jeszcze szybciej pożałowała, że się odezwała, że wyszła ze swojego cienia i zwróciła na siebie uwagę dwudziestolatki. I o ile jej obecność w aucie naprawdę łatwo było wytłumaczyć… znaczy okej, mógł jej po prostu zamówić taksówkę, ale no okej – to nie był koniec świata. Nie było nic złego w podwiezieniu znajomej do domu. Pani redaktor. Spojrzała na niego dokładnie w tej samej sekundzie, gdy ją tak nazwał. Rozumiała… naprawdę rozumiała, bo przecież właśnie prawie zostali przyłapani na gorącym uczynku i należało zbudować odpowiedni dystans, ale jednocześnie nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Wróć na swoje miejsce w szeregu, Roderick.
Żałowała też z jeszcze jednego powodu. Kimberly.
Dlatego zamilkła, dlatego odwróciła wzrok podczas wymiany zdań Anthony’ego z córką. Na tą krótką chwilę chciała zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu, nie być tego świadkiem i co najważniejsze… nie zostać w tą rozmowę wciągnięta. Zagryzła policzek od środka i w myślach liczyła mijające sekundy ciszy… zerknęła na Tony’ego krótko i zdążyła zauważyć tylko jak mocno zaciskał palce na kierownicy. Zdenerwował się.
- Nadal. – potwierdziła cicho. Chyba nawet ciszej niż tego chciała. Nie była świadkiem niczego, co nagle zrobiłoby z niego złego ojca. Nie powiedział nic, co mogłoby zmienić jej zdanie. Dowiedział się, że jego dwudziestoletnia córka nie dogadywała się z matką… to chyba nie było aż takie zaskakujące? Love potrafiła się kłócić ze swoją kilka razy dziennie, a następnego dnia rozmawiały jakby nic się nie stało. To, że później żałowała każdej jednej z tych kłótni, każdego chamskiego komentarza i każdej przykrości, którą jej sprawiła? To już zupełnie inna bajka. I zdecydowanie nie powinna się teraz nad tym zastanawiać…
Nieprzerwanie wpatrywała się w męski profil i słuchała… wiedziała, że musiał to z siebie wyrzucić, nie wydawało jej się, żeby oczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi. Była przecież prawdopodobnie ostatnią osobą, którą powinien pytać o cokolwiek, co dotyczyło jego żony. Sam ustalił te zasady. W swojej głowie ciągle słyszała ton jego głosu, sposób w jaki się wtedy do niej odezwał.
Nie chcę z tobą rozmawiać o mojej żonie. Nie chcę, żebyś o niej mówiła.
A jednak spojrzał w jej stronę tak jakby jednak chciał, żeby odpowiedziała.
- Twoja córka ma dwadzieścia lat i pokłóciła się z matką… to nie jest nic zaskakująco i to nie jest koniec świata. Za dwa dni pewnie wszystko będzie w porządku. – wzruszyła lekko ramionami. Nie tylko ona mogła ci powiedzieć o tej kłótni, Tony. Dowiedziałeś się, bo jest pijana. Od żony nie dowiedziałeś się niczego. Zdążyła jednak ugryźć się w język zanim któregokolwiek z tych słów wyszło z jej ust – Nie chcę rozmawiać o twojej żonie, Tony. – dodała chłodno, odwracając od niego spojrzenie i znów skupiając się na widoku za oknem pasażera. Nie chciała o niej mówić. O n nie chciał, żeby o niej mówiła. Nie chciał z nią rozmawiać o swojej rodzinie. I właściwie nie było w tym nic dziwnego... ich dawna znajomość mogła ją zniszczyć. Dawna znajomość. Spojrzała przelotnie na zegarek na swoim nadgarstku. Prezent urodzinowy, którego nigdy nie powinien jej dawać i którego nigdy nie powinna przyjmować, a tak naprawdę ani na chwilę się z nim nie rozstawała. Dlaczego musiała być taka głupia…
Weź się w garść, Roderick.
- Właściwie nie musisz wjeżdżać w osiedle… wysiądę przy głównej drodze. Spacer mi dobrze zrobi. – przerwała ciszę, gdy widok za oknem stał się bardziej znajomy i wszystko wskazywało, że lada moment będą na miejscu. I można to było jeszcze przyspieszyć.


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

Anthony zamilkł. Love pokonała go jego własną bronią.
„Nie chcę rozmawiać o twojej żonie” chyba nie zabrzmiało w jej ustach aż tak chłodno jak wtedy, gdy sam wyznaczał tę granicę, ale w zupełności wystarczyło, żeby już więcej nie mieszał jej w rodzinne sprawy państwa Bellore i w ogóle przestał wychylać się ze swojego miejsca w szeregu. Była to kolejna z dziesiątek małych chwil, które utwierdzały go w przekonaniu o własnej naiwności. I tak jak za każdym razem, teraz też śmiał się w duchu z siebie sprzed paru tygodni (albo miesięcy); temu, któremu przyszło do głowy, że po tym wszystkim mieli jeszcze szansę na normalną, zupełnie zdrową znajomość, jakich w jego środowisku było wiele. Ba! Coraz więcej wskazywało na to, że jeśli sprawę Malarza uda im się doprowadzić do końca wspólnie i przy tym nie skończyć w celi, to będzie to ostatni rozdział ich wspólnej opowieści. Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć i należy je po prostu uszanować.
Warto tu zaznaczyć, że Bellore posłuchał Love tylko i wyłącznie ze względu na jej prośbę, a nie na przykład dlatego, że za plecami mieli towarzystwo, przy którym trudno było dochować tajemnicy. To ważne, bo chociaż w istocie nie odezwał się już ani słowem, minę miał raczej nietęgą i zdawał się z trudem przyjmować jej słowa. Brwi marszczył w grymasie czegoś, co mogłaby skojarzyć z irytacją, gdy coś szło nie po jego myśli podczas wspólnych wyjazdów (często odbierał tak telefon, po którym pilnie uciekał do domu), a ściągnięte w wąską linię usta nosiły ślad zacięcia albo ewentualnie heroicznej próby powstrzymania się od gniewu przed powiedzeniem jednego słowa za dużo. Sęk w tym, że to wszystko było wyrazem zawodu samym sobą, a nie Love. Tylko że chyba nie istniał dobry sposób, żeby mogli to sobie wytłumaczyć.
Przez Greektown poruszali się bocznymi uliczkami. Nie często spotykali się w jej mieszkaniu, ale kiedy już do tego dochodziło, to późną nocą i w stanie, który nie zawsze pozwalał na prowadzenie pojazdu, więc Bellore, żeby nie narazić się na problemy, nauczył się unikania głównych arterii, więc teraz bardzo sprytnie prowadził ich w stronę znajomego kompleksu kamienic. Zgodnie z prośbą – zatrzymał się w odległości pozwalającej na krótki spacer, choć okolica była tak bardzo pusta, że mógłby ją wysadzić niemal w progu klatki schodowej. Gasząc silnik, westchnął ciężko, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę, a potem zmiękczyć jej kolana ratować sytuację jakimś głębokim monologiem, ale zdobył się jedynie na krótkie „to dobranoc” i za chwilę nocną ciszę wypełnił stukot obcasów o chodnik. I kto wie – może nawet pozwoliłby jej wejść do domu w spokoju, ale między krokiem dwunastym a trzynastym (liczył) coś tknęło i wystrzelił za nią z auta.
– Love! – Rzucił nieco głośniej, jeszcze gdy ostrożnie zamykał drzwi. Brooke ciągle spała i przebudzenie jej w tym konkretnym momencie byłoby mu wybitnie nie na rękę. – Love, zaczekaj – dodał. Zdawało mu się, że jedynie zwolniła zamiast przystanąć, ale i to wziął za dobry omen, bo wystarczyło jedynie kilka długich susów, żeby się z nią zrównał. – Wiem, że są rzeczy, których nigdy nie powinnaś usłyszeć, okay? – Mówił, choć szli przed siebie i nie bardzo mu to pasowało, bo nie był przekonany, że go słuchała. Ale nie przerywał. – Mówię „nie powinnaś usłyszeć”, bo to okropne i absolutnie żadna kobieta nie powinna ich usłyszeć, a nie dlatego, że próbuję umyć ręce. Nie, nie próbuję. To ja je powiedziałem – przyznał, mimo że targnęło nim to dziwne uczucie, które dopada wtedy, gdy powiedzenie czegoś na głos brzmi trochę gorzej niż gdy się o tym myśli. – I już tego nie zmienię. Ale cokolwiek powiedziałem, za to dzisiaj będę wdzięczny do końca życia. Rozumiesz? Do końca życia ci tego nie wynagrodzę. To co zrobiłaś… – Miał mówić dalej, ale wtedy zadziałał instynkt.
Oto z dołu ulicy pędził w ich stronę czarny motocykl. Obydwoje prawdopodobnie słyszeli buczenie jego silnika już od jakiegoś czasu, bo noc była naprawdę głucha, ale to dopiero teraz – gdy mijał samochód Anthonyego – zaryczał wręcz przeraźliwie i rozwijając coraz większą prędkość, zbliżaj się do nich coraz bardziej. Bellore zdążył właściwie zauważyć jedynie neonową poświatę przedniego reflektora, która przesuwała się po chodniku pod nogami Love. W jednej chwili objął ją w talii i silnym, błyskawicznym szarpnięciem przyciągnął do siebie na dłuższą sekundę przed tym, jak czarny ścigacz przemknął kilkanaście centymetrów przed nimi. Zdawało mu się co prawda, że w ostatniej chwili zmienił tor jazdy, jak przystało na dowcipnisia i że prawdopodobnie – zastygli bez ruchu – wyszliby z tego bez szwanku, ale trzymając ją w ramionach miał wrażenie, że obojgu serca próbowały wyskoczyć z piersi. Było blisko.
– Skurwiel – wycedził szorstko. Motocykl zniknął już gdzieś za zakrętem, ale hałas nie tylko wciąż dzwonił Anthonyemu w uszach, ale na dodatek jeszcze odbijał się echem od okolicznych kamienic. Musiało minąć kilka chwil, żeby się otrząsnął. – W porządku? – Zapytał i wreszcie opuścił wzrok, żeby spojrzeć jej w twarz. Sekundy znów zaczęły się niepokojąco przeciągać, ale tym razem szybciej otrzeźwiał z marazmu i ostrożnie wypuścił ją z uścisku; ostrożnie, bo zdawało mu się, że drżała i obawiał się, że po prostu runie na tyłek. – Jak nie hulajnogi, to motocykl – dodał i postawiwszy krok do tyłu, rozejrzał się na boki – po pierwsze, żeby się upewnić, że Brooke nadal nie ruszyła się ze swojego miejsca, a po drugie – w poszukiwaniu kamer. W pierwszym odruchu pomyślał bowiem o tym, że dobrym pomysłem będzie wykorzystanie jakiejś przysługi u któregoś ze znajomych policjantów. – Na pewno wszystko dobrze?

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Cisza w jego aucie była… specyficzna. Głównie dlatego, że wcale nie była taka cicha i po prostu czuła męskie napięcie. Czuła jego złość i nie do końca ją rozumiała, bo przecież… zrobiła dokładnie to, czego od niej chciał, prawda? Nie chciał rozmawiać z nią o swojej żonie. Nie naciskała jednak. Nie próbowała rozładować atmosfery, zmieniać tematu i zabawiać go swoim towarzystwem w żaden inny sposób. O tym w ogóle nie chciała myśleć, bo wszystko, co pojawiało się w jej głowie nie miało prawa bytu, nie mogło się wydarzyć. Nie wydarzy się.
Niezależnie od tego jak bardzo tego chciała…
Spojrzała na niego sekundę po tym jak zatrzymał auto, a z jego gardła wyrwało się to westchnienie, które dało jej nadzieję, że jeszcze coś powie. Głupią nadzieję. Kolejny raz tego wieczoru dała sobie przez głowę, a do niego się tylko uśmiechnęła – Dziękuję za podwózkę. Dobranoc, Anthony. – szepnęła i zawahała się jeszcze krótko, wpatrywała się w niego o uderzenie serca za długo, ale nic więcej nie powiedziała. Wysiadła z auta i po prostu ruszyła w kierunku swojego budynku. I bardzo mocno pilnowała, żeby się nie odwrócić, nie sprawdzić, czy odjechał…
Love!
Zwolniła, ale się nie zatrzymała. Coś jej mówiło, że nie powinna, że to nie jest dobry pomysł, że nie powinni rozmawiać, nie mieli przecież o czym dyskutować. Nawet na niego nie spojrzała, patrząc pod nogi i próbując zagłuszyć głos w swojej głowie. Nie mogła powiedzieć wszystkiego, co teraz chodziło jej po głowie, jak bardzo chciała mu wygarnąć, że nie powinna usłyszeć od niego wielu rzeczy i dlaczego w ogóle do tego wracał. Ba! Że wystarczyłoby zwykłe przepraszam. Albo… dziękuję? Przystanęła dopiero w momencie, gdy wspomniał o wdzięczności. Ściągnęła mocniej brwi i spojrzała na niego trochę gniewnie – Nie zrobiłam tego ze względu na twoją wdzięczność – wtrąciła, gdy mówił o wynagradzaniu… naprawdę myślał, że o to chodziło? Brooke miała po prostu szczęście, że Love znalazła się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Mogłaby kontynuować, już nawet nabrała powietrza w płuca, gdyby nie przerwano im w tak b r u t a l n y sposób.
Nie zdążyła zareagować. To był moment, gdy Bellore ją do siebie przyciągnął a za plecami poczuła świst powietrza od przejeżdżającego motocyklisty. Na ułamek sekundy zapomniała jak się oddycha, tętno niebezpiecznie przyspieszyło i dałaby sobie rękę uciąć, że przy okazji straciła z twarzy wszystkie kolory. Szlag. Kolejna chwila, gdy zaczęła odzyskiwać rezon i zdała sobie sprawę, że ciągle tkwi w jego ramionach, że opierała dłoń na jego piersi i znów czuła pod palcami silnie bijące męskie serce – zupełnie jak w motelu po drugiej stronie granicy – i wcale nie chce się odsuwać. Ale musiała.
Skinęła w odpowiedzi i zrobiła krok do tyłu. Było w porządku, prawda? Nie… wcale nie.
- Nic nie jest dobrze. – rzuciła cicho, zanim zdążyła to przemyśleć i ugryźć się w język – Ale to nic… ja… - zaczęła i zrobiła kolejny krok do tyłu. Coś jej mignęło kątem oka… spojrzała w kierunku parkingu, ale nic podejrzanego się tam nie działo. Musiało jej się przywidzieć – Jest już późno. Właśnie ktoś chciał nas zabić. Myślę, że wystarczy atrakcji na dzisiaj… – uśmiechnęła się lekko, trochę niemrawo, trochę przepraszająco… trochę jakby chciała, ale jednocześnie nie mogła się do tego zmusić – I Tony naprawdę nie oczekuję twojej wdzięczności. Nie zrobiłam tego dla ciebie. – kolejny krok w stronę bloku, bo jednak ciągle patrzyła na niego, idąc tyłem – A jeśli chcesz mnie za coś przeprosić to po prostu to zrób. - nie czekała jednak, czy nastąpi to teraz, czy jednak potrzebował się w sobie zebrać. Jeszcze zanim zdążył się słowem odezwać, zanim otworzył w ogóle usta - sama rzuciła krótkim dobranoc, Tony i odwróciła się, żeby urwać ten zdecydowanie za długi kontakt wzrokowy i odeszła. Jeszcze bardziej skupiając się na tym, żeby się za nim nie odwrócić.


/koniec



anthony bellore
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”