- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Sama nie wiedziała, ile jeszcze spędzili w letniej wodzie pośrodku jeziora po tych oświadczynach. Dwadzieścia minut? Pół godziny? Możliwe że nawet godzinę. A przecież umawiali się z Juanem i jego dziewczyną, że wrócą za chwile. Wrócili po zdecydowanie zbyt długiej przerwie, zastając zmartwioną parkę, siedzącą pod Vanem. Od razu zerwali się na równe nogi na ich widok.
— Gdzie wy do kurwy nędzy byliście?! — warknęła Sofia. — Mieliśmy już dzwonić na policję i zgłaszać zaginięcie! — ponownie krzyknęła, ewidentnie rozdygotana. Pilar od razu objęła ją ramieniem, kiedy Madox poszedł otworzyć Vana, do którego klucze zabrali. Opowiedziała Sofii co stało się nad jeziorem, jak i również to, że się zaręczyli, co idealnie zbiegło się w casie, bo dziewczyna tak się podekscytowała, że w sekundę zapominała o całej złości, jaką gromadziła w ich kierunku przez ostatnią godzinę. Ścisnęła mocno Stewart i pobiegła powiedzieć nowiny Juanowi. Oboje stwierdzili, że jak tylko dojadą do Buenaventury, to koniecznie muszą iść świętować i to opić, oczywiście jak już Pilar pożegna się z umierająca babcią. No tak, babcia. Dobrze, że chociaż oni o niej pamiętali, bo Pilar i Madox jakoś kompletnie wyparli swój ściemniony plan podróży z głowy.
Ruszyli w drogę.
Prosto z celu końcowego.
Zajęło im to może z dwie godziny, ale finalnie przywitał ich wielki, piękny napis Bienvenidos a Buenaventura.
Bienvenidos a Buenaventura!!!
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Agresywnie, dziko, i z tą miłością, którą nosili w sercach. Z tym jak ich głowy fiksowały się na sobie nawzajem, jak nie myśleli o niczym innym, tylko o sobie.
I kiedy to przyjemne uczucie spełnienia jeszcze rozchodziło się po jego ciele, kiedy ciemne spojrzenie wodziło po jej oczach, które błyszczały niesamowicie, po drżących wargach i ociekających wodą piersiach, do których lepiły się czarne kosmyki, to Madox wyrwał się do niej znowu.
Chciałby jeszcze raz, a potem kolejny i następny.
Chciałby już zawsze.
A kiedy jej palce sunęły po jego skórze, w tych czułych gestach, kiedy go głaskała, nie drapiąc i nie gryząc, to on też przytulił się do niej inaczej. Inaczej spojrzał w jej duże, piękne oczy.
Z miłością.
A zaraz nawijał jej, że co ona zrobiła i jaka była. W słowach, które płynęły prosto z serca, prosto z tej zakręconej na niej głowy. Gdzie już nie siedziało nic innego, tylko ona.
A kiedy to powiedziała, że z nikim nigdy nie było jej tak dobrze, jak z nim, to oczy mu zabłyszczały i znowu się do niej szarpnął, znowu musnął wargami jej pełne, gorące usta, zaczepnie. Czarne wciąż spojrzenie utkwił w jej oczach, a kącik jego ust uniósł się do góry.
- No ja myślę... A to jeszcze wiesz, umiem jeszcze inaczej - zaczepił ją przysuwając się do niej bliżej, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie - później ci pokażę - no tak, bo teraz musiał dać sobie chwilę. Ale zaraz...
Ale trochę później, mogli przecież zrobić to znowu, i jeszcze raz i jeszcze. I zamieszkać na tym kamieniu.
I może Madox nawet nawijałby jej o tym, ale zamknęła mu usta kolejnymi pocałunkami, a on zamruczał łasząc się do niej. Znowu przypierając ją do skały. Znowu się uśmiechając, na jej kolejne słowa.
Nie chcę, żebyś kiedykolwiek przestawał.
On też nie chciał.
- Najlepszy deser na świecie - mruknął patrząc jej głęboko w oczy, a zaraz znowu całował jej usta, długo, głęboko, w takim pocałunku, który miał zawrócić w głowie. W tej jego robił istny rozpierdol. Smak jej ust, który w mózgu lokował się obok mango. Jego palce błądziły chaotycznie po jej wilgotnej skórze, badały ją pewnie. A kiedy się od siebie oderwali, a Pilar schodziła pocałunkami po jego żuchwie i szyi, to on... No przecież, że nawijał jej dalej.
Żeby była jego. Na zawsze.
A kiedy się z nim zgodziła, kiedy przyznała, że zawsze będzie, to się uśmiechnął. I dopiero ta jej poważna mina sprawiła, że on też złapał w płuca więcej powietrza. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale kiedy Stewart się odezwała, kiedy mówiła tak pięknie o tym, co do niego czuła, to się zamknął. Sięgnął do jej dłoni, żeby przesunąć nią po swoim brzuchu, na klatkę piersiową, żeby ułożyć ją na swoim sercu, na tatuażu z dzikim, ale dzielnym lwem. Ciemne spojrzenie nieprzerwanie wpatrywało się w jej piękne, duże oczy.
- To tak, jak twoje, w moim - wtrącił się jej - przez ciebie tak szaleńczo bije, i dla ciebie - oparł palce na jej dłoni na swoim sercu. Rzeczywiście waliło w piersi tak, że mogła to czuć pod opuszkami, te dzikie uderzenia. Na jej kolejne słowa przewrócił oczami, ale się znowu uśmiechnął, no by chyba było już zbyt poważnie i musiał zażartować - o kurwa... To tak jak Państwo Flores, tylko nie każ mi na starość chodzić do kościoła - nawiązał do tego, jak jako dzieci zastanawiali się ile lat mogą mieć Floresowie, chyba ze sto, ocenili to wtedy. O kościele też wtedy rozmawiali, że wymarzona dziewczyna Noriegi nie każe mu tam chodzić.
A dzisiaj jego wymarzona dziewczyna stała przed nim.
A zaraz się okazało, że jego przyszła żona.
Jakoś szybko to u niech ewoluowało, wczoraj rano się jeszcze nie trawili, potem przyszło instynktownie to, że stawali za sobą murem, a potem wyznali sobie całą prawdę i te wszystkie uczucia. Dzisiaj rano skonsumowali je na tej skałce, a jutro...
Nikt nie wiedział co będzie jutro, ale może już będą małżeństwem. Na dobre i złe.
- Ja też - zdążył jeszcze jej powiedzieć, zanim zamknęła mu usta pocałunkiem, agresywnym, głębokim, takim, który sprawiał, że znowu mruczeli sobie w usta. Gubili wszelkie wątpliwości...
Jakie wątpliwości?
Może mieli po osiemnaście lat, i nie znali jeszcze życia, ale przecież tego byli pewni, że chcieli przez nie iść razem. Nawet jakby mieli dalej uciekać. Wstąpić do akademii policyjnej, zostać aktorem, czy gangsterem. Byle tylko razem.
Zapatrzeni w siebie i zatraceni w pocałunkach do tego stopnia, że nawet nie zauważyli ile czasu tu spędzili. Zdecydowanie więcej niż mieli, bo potem jeszcze musieli szukać bokserek Noriegi, które wylądowały gdzieś za skałą. I stanika Pilar, za którym Madox kilka razy nurkował. W końcu jednak ruszyli do vana trzymając się za ręce.
- Sorry, trochę nam zeszło i... - uraczyli ich opowieścią o oświadczynach i chociaż Juan i Sofia na początku trochę się krzywili, to później jednak życzyli im wszystkiego dobrego i gratulowali. Oczywiście Madox zapewnił ich, że jak tylko w Bonawenturze wpadną do rodziny Pilar i pożegnają się z babcią, to się z nimi zdzwonią. Zapisał ich numer w telefonie Rosy, na który wciąż dobijał się Tio, ale Madox go w końcu zablokował. Przez chwilę chciał przejrzeć komórkę swojej byłej, te wszystkie wiadomości, o których mówiła mu Stewart, ale finalnie wyczyścił skrzynkę odbiorczą w żadną nie wchodzą, bo przecież ten rozdział swojego życia zostawiali już za sobą. Teraz tworzyli zupełnie nowy...
We dwoje.
Droga minęła im szybko, pogadali z Juanem i Sofią, chłopaki trochę o piłce, a dziewczyny... pewnie o chłopakach. Bo raczej nie o kosmetykach. Madox jeszcze pokazał Pilar sms od Marie, który był skierowany do niej. Czyli co?
Ticiano już rozpowiedział wszystkim, że miała telefon Rosy? Marie przepraszała, że to tak wyszło. Nie rozpisywała się za bardzo i chociaż Stewart chciała od razu jej odpisać, to Madox schował telefon do kieszeni.
- Potem do niej zadzwonimy - stwierdził, chociaż czuł na tyłku, jak telefon jeszcze wibruje, ale go już nie sprawdzał.
Juan i Sofia wyrzucili ich w Bonawenturze niedaleko szpitala. Ale przecież oni się tam wcale nie kierowali, więc usiedli sobie gdzieś na krawężniku, z ich nowym plecakiem i telefonem Rosy w dłoni. Madox w pierwszej kolejności kliknął w jakieś zdjęcie, które ktoś jej wysłał, odruchowo, a kiedy zaatakował ich jakiś dickpick, to się skrzywił.
- Ja pierdole... Chciałem ci coś pokazać, ale nie to zdjęcie - obejrzał się na Pilar, która zerkała mu przez ramię, a zaraz prezentował jej na telefonie jakieś domki przy plaży - może zamiast hotelu weźmiemy sobie taki domek? Są trochę droższe, ale... Stary Noriega stawia - objął ją ramieniem przytulając do siebie, kiedy palcem sunął po ekranie pokazując jej inne zdjęcia malowniczych domków.
Tymczasem... Stary Noriega już dowiedział się, co zrobił jego syn. Już porozmawiał z Esme i przy pomocy pięści wymusił na niej, żeby powiedziała mu co wydarzyło się w nocy.
A do tego umówił się ze swoim siostrzeńcem. Ticiano. Najlepszy przyjaciel Madoxa, przecież musiał coś o nim wiedzieć...
A oni w błogiej niewiedzy, na krawężniku, z plecakiem, oglądając noclegi nad morzem. Dzieciaki na wakacjach. Najpiękniejszych w życiu.
Mi corazón se está volviendo loco por ti ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Są dalej w Buenaventurze — odparł jego rozmówca, poprawiając mankiet nieskazitelnej, czarnej marynarki, a jego ciemne oczy nieustanie wpatrzone były w te swojego szefa. — Wynajęli domek przy plaży. Z tego, co udało nam się ustalić na razie na miesiąc, bo tylko na tyle pozwala właściciel. Młody był na tyle durny, że użył swoich danych do umowy, chociaż innego wyjścia pewnie nie mieli. Przynajmniej mamy pewność, że będą tam przez następne dni. Z telefonu kontaktował się z kilkoma osobami, głównie dwójką, z która też tam jest na wakacjach, ale do matki nie dzwo...
— Lopez, kurwa! — starszy Noriega przerwał mu od razu, waląc dłonią w stół, aż popiół z cygara posypał się na jego błyszczące biurko, sprowadzane prosto na zamówienie z Lapacho. — Koło dupy mi lata, czy ten zdradziecki gnój kontaktował się ze swoją bezużyteczną matką — warknął, nachylając się nad biurkiem. W jego spojrzeniu była furia. Ogień płonął wokół tęczówek. Lopez znał ten widok aż za dobrze i nie raz mógł obserwować go również u Madoxa. — Wiec skończ pierdolić i przedstawiaj mi jebane konkrety, a nie to, do kogo on sobie wydzwania. Zebrałeś już rzeczy z jego pokoju razem z włosami?
— Tak.
— Dobrze — mruknął, nieznacznie kiwając głową, a następnie opadł na oparcie fotela, ponownie zaciągając się cygarem. Jego spojrzenie przeleciało gdzieś do okna. Nie patrzył na nick konkretnie, w żaden jeden punkt. Bardziej w pszyszłość i oczami wyobraźni już widział, jak jego gówno warty syn dostaje nauczkę, na którą zasłużył za bycie jebanym niewdzięcznikiem, za zdradę własnej rodziny. Wcześniej wybaczał mu wiele rzeczy, to jaki był nieposłuszny, ale tego nie miał zamiaru. Powinien go odjebać. Tak traktowało się przecież zdrajców w jego kręgach. Jednak zamiast tego stary Noriega miał już w głowie cały plan, który był gotowy wdrożyć w życie wręcz od razu.
— Guapo jest już na miejscu? — spytał po chwili, wbijając czarne oczy w Lopeza. Ten też potrafił być pierdolonym niewdzięcznikiem, czasem pyskował, ale tak naprawdę był jednym z lepszych jego ludzi. Jak trzeba było coś załatwić, mógł na niego liczyć. Ochroniarz skinął głową. — Świetnie. W takim razie dzisiaj wieczorem wdrażamy plan w życie — dodał bardziej do siebie niż to Lopeza, łapiąc do płuc jeszcze jeden głęboki wdech cygara, prężąc się na swoim prezesowskim foteliku. — Przekaż Fabiano, że może się szykować. Będzie widział co robić.
— A co właściwie robimy, jaki jest dokładnie plan, szefie? — Lopez zawiesił spojrzenie na twarzy, której usługiwał już wiele lat, starając się zachować kamienny wyraz twarzy, ale przecież Stary Noriega doskonale widział tą jedną żyłkę na jego czole, która drgała mu niespokojnie.
— Wrobimy go, Lopez — zaczął, tym razem sięgając po szklankę Medellinskiego rumu, idealnie schłodzonego.
— W co?
— W morderstwo.
Tymczasem oni zupełnie nieświadomi tego, co działo się w malowniczym Medellin, w rodzinnym domu Madoxa, a dokładniej gabinecie jego ojca, bawili się przednio. Skoczyli wycieczkę vanem pod szpitalem, bo w końcu tam leżała rzekoma babka Pilar, która przyjechali tu pożegnać. Dla niepoznaki posiedzieli chwile na krawężniku, złapali ciepłe promienie słońca i wybrali miejsce, w którym na razie zostaną. Piękny domek zaraz przy plaży, w dodatku z niewielkim ogrodem. Skoczyli po drodze na jedzenie, a podpisując umowę wynajmu musieli okazać dokument tożsamości. Pilar nie miała przy sobie nic, więc Madox nie miał wyjścia. Jednak mężczyzna, który im to wynajmował, Paul, był na tyla stary, że wszystkie dane i tak spisał do papierowego kajecika, nawet nie do systemu, wiec akurat tym nie musieli się martwic. A przynajmniej tak im się wydawało.
Wraz podpisem i tym jak dostali kluczyki do swojego domku przy plaży rozpoczęli swoje niesamowite Kolumbijskie wakacje. Od rana do wieczora przez pierwsze dni siedzieli tylko na plaży — bawili się, pływali, on nauczył się pływać na kajcie, a Pilar nurkować. Wieczorami jadali wykwintne kolacje za hajs starego Noriegi. Codziennie w innych ciuchach, które sobie kupowali, każdego wieczoru udając kogoś innego. Taką świetną mieli zabawę, że przybierali różne role, a potem z tym charakterem zachowywali się przez cały wieczór, czasami łamiąc się i śmiejąc tak głośno, że wszyscy dookoła na nich patrzyli. Jak na wariatów. Wariatów, który byli w sobie zakochani po uszy. Którzy w tym wszystkim świata poza soba nie widzieli. Którzy pieprzyli się tak, jak Pilar to sobie wymarzyła — rano, przed obiadem, na deser i po kolacji. Każdy jeden raz w jakimś odklejonym miejscu, gdzie popadnie, tak bardzo nie potrafili się od siebie oderwać. Zapatrzeni w siebie jak w obrazek, chłonący ten wielki czas beztroski. Ale nie tylko! Zdążyli sprawdzić już zapisy do Akademi policyjnej. Rekrutacja zaczynała się za miesiąc. Mieli więc naprawdę cały jeden miesiąc wakacji, żeby robić co tylko im się podobało. Ślub też sobie zaklepali. Z terminami było średnio zaraz po przyjeździe, więc umówili się za dwa dni w urzędzie, żeby oficjalnie powiedzieć sobie tak. Chceli z początku zrobić to w kościele, ale kapłan powiedział im, że pierwsze musieliby przez kilka tygodni uczęszczać na nauki małżeńskie i robić inne, dziwne rzeczy, wiec… nie zrobią tego w kościele, ale za to zrobili to w konfesjonale, do którego ukradkiem wkradli się przed wyjściem. Ciotka Pilar chyba by się przekręciła, jakby się o tym dowiedziała. Całe szczęście oni już swoje dusze sprzedali diabłu.
Żyli pełnią życia.
Wyciskali co do ostatniej kropli wszystko, co dawał im los.
A tego wieczoru po raz kolejny spotkali się z Juanem i Sofią w jednym z klubów, żeby zabawić się ostatni raz nim ich ulubiona para przyjaciół będzie wyruszała dalej w drogę.
— Na pewno nie chciecie z nami? Jebać ten wasz wynajem na miesiąc — głos Sofii przedarł się przez głośna muzykę, kiedy siedzieli w loży i popijali kolejne już drinki. — Kartagena następna… mają tam pyszne jedzenie, świetne kluby… — nie poddawała się. Nawijała jak najęta, nagle nie chcąc się z nimi rozstawać.
— Tu już i tak zaliczyliście wszystkie możliwe miejsca — Juan zaśmiał się głośno, spoglądając na nich wymownie, przy okazji trącając Noriegę pięścią w ramię. Pilar za to przewróciła oczami. — Co rolujesz?! Jak wy nawet na tej motorówce, co wynajęliśmy dwa dni temu sobie obciągnęliście! Facet za starem to był tak czerwony, że się kurwa bałem, że mu łeb wybuchnie! O tak — dodał, po czym chciał im pokazać, jak czerwony, więc złapał dużo powietrza w płuca, a potem trzymał w środku i napiął całe ciało. Juan miał w rękawie taką jedną sztuczkę, że cała jego twarz dosłownie wyglądała jak burak. Wyglądało to przerażająco, ale w tym samym czasie zajebiście zabawnie.
— Ty lepiej weź Madoxa i idzie nam po drinki, bo zaraz kurwa uschniemy — Sofia zdzieliła swojego chłopaka prosto w łeb i pokazała mu puste szklanki na stole. — A my idziemy tańczyć, co, Pi? — uzatrzpotała rzęskami w stronę Stewart i kiedy tylko ich mężczyźni ruszyli się z miejsc, one też wyskoczyły na parkiet.
W swoich kłusych sukienkach, idealnie opinających ich ciała, znalazły sobie miejsce gdzieś w tłumie, bujając biodrami do latynoskiej, rytmicznej muzyki. Pilar chociaż co chwile śmiała się do Sofii, nawet na moment nie ściągnęła spojrzenia z Madoxa. Łapała jego wzrok nawet z drugiego końca klubu, kiedy dłońmi sunęła po swoich ciele i bezczelnie zahaczała materiał sukienki, nieznacznie podwijając go ku górze. A kiedy on na nią patrzył… kurwa, od razu robiło jej się ciepło. Już fiksowała się na jego punkcie, już jedyne o czym mogła myśleć, to żeby mieć go blisko, żeby poczuć jego ręce na swojej tali…
Tylko zaraz okazało się, że poczuła zupełnie cudze, kiedy jakiś wysoki facet zaczął się do niej przystawiać. Pierwsze ocierał się o nią biodrem, a już po chwili kroczem. Ona odeszła kawałek dalej, a on za nią. Jebany natarczywiec. W końcu się od niego odwróciła.
— Spierdalaj, bo mój chłopak ci najebie — mruknęła tekstem, który przez większość czasu faktycznie działał. Szkoda tylko, że tym się tylko uśmiechnął i jeszcze bezczelnie oblizał na jej oczach.
— Niech spróbuje — zacmokał facet. — A ja za ten czas chętnie sprawdzę, czy jesteś tak ciasna i opięta, jak ta twoja czerwona sukieneczka…
Madox