Pewnie by to zrobił, skradł z jej ust pocałunek, który chodził mu po głowie od samego rana, od momentu, kiedy spojrzał w jej duże, błyszczące oczy. Pocałunek, który z głowy wymazałby wszystkie wątpliwości, bo przecież...
chciał z nimi spędzić te najfajniejsze dwa dni, jakie się da.
Szkoda tylko, że na przeszkodzie stanął im latynoski kowboj w ognistej koszuli. A potem to już wszystko potoczyło się szybko. Amra się obudziła, a Madox odskoczył, jakby właśnie robili coś złego... Bo chyba tak było, może wcześniej dziewczynka nie dopatrywała się w ich gestach dwuznaczności, ale co gdyby zobaczyła jak się przytulali? Całowali?
Chyba takich rzeczy nie robili kumple z pracy, w ogóle kumple...
I mężatki.
Pech chciał, że Noriega odskoczył tak gwałtownie, że prawie pod nadjeżdżający samochód... a może to jednak szczęście? Klątwa babki, że jednak kurwa nie skończył na masce tego pickupa, tylko zaraz wsparł się o tą czerwoną ich samochodu. Serce tłukło mu się w piersi tak, że słyszał je w uszach, oddychał ciężko. I to nie była wina tego, że może prawie zginął pod kołami, tylko tych wszystkich myśli, które uderzyły w niego gorzej niż rozpędzona ciężarówka. Już by chyba wolał dostać się pod koła tego samochodu, niż patrzeć w ciemne oczy Pani Wyatt z myślą, że kurwa, któregoś pięknego dnia one obie mogłyby rzeczywiście coś takiego przeżywać.
Bo przecież Madox nie prowadził bezpiecznego, higienicznego życia jak Galen Wyatt. W tym jego zawsze było ryzyko, gra na krawędzi, niebezpieczeństwo. On nawet kurwa prawie wpadł pod samochód przez swoją nieuwagę. A co jakby przez niego którejś z nich stała się krzywda?
On o siebie nie umiał zadbać. Bo on przecież nie oglądał się za siebie, parł na przód, i co? I prawie przez to zginął.
I któregoś dnia tak to się może skończyć.
Jeśli chodziłoby tylko o niego, to przecież. On i tak już by tego nie widział, ale one... Pilar, która wczorajszego wieczoru opowiadała mu o tym, jak nie umiała bez niego żyć. No przecież kurwa nie mógł jej tego znowu zrobić. Znowu ją w sobie rozkochać, a potem dać się zabić.
Nie dałby się, ale skąd miał mieć pewność? Nie miał jej tutaj na autostradzie, a co dopiero, w momencie, w którym robił interesy z naprawdę złymi ludźmi.
I nagle ten Madox, który przecież z góry zakładał zawsze tylko dobre scenariusze, który wierzył w to, że wszystko mu się uda, że jakoś to będzie, pomyślał... o nich. Nie o sobie, tylko o Pilar i Amrze.
Przepraszam, nie mogę.
Jeszcze słyszał jej głoś, to jak krzyknęła za nim, jeszcze widział to jej spojrzenie, ale już skakał przez rów, prawie w nim lądując, a potem już szedł przed siebie tym szczerym polem. Walcząc kurwa z myślami, które kłębiły mu się w głowie.
No bo jak on mógł w ogóle od niej wymagać, żeby zostawiła Galena Wyatta dla niego, tą bezpieczną przystań. Faceta, który mógł dać im wszystko, przyszłość, pieniądze, bezpieczeństwo przede wszystkim.
Dla niego...
Dla kilku porywów serca. Kilku gorących godzin, może czterech?
Dla niepewnego jutra. Przygody, która niewiadomo gdzie ich zaprowadzi.
Do Bonawentury. Miejsca gdzie przez chwilę byli najszczęśliwsi na świecie, ale też gdzie spotkało ich największe rozczarowanie i ból...
Ból, z którym walczyli przez sześć lat. Osobno. A teraz co?
Przecież nie mogli być razem.
A może mogli, tylko te dwa dni?
Dwa dni... więcej na razie nie chciał.
Chciałby, bo dla Madox wiecznie było mało, bo on nie miał ograniczeń. Nie umiał się nią nasycić. I przecież domagałby się o więcej, kogo on oszukiwał?
Ją. I siebie.
Szedł po tym polu kopiąc po drodze kretowizny, a potem nawet kopnął jakiś grzyb. Ręce wciskał do kieszeni kurtki, a kiedy już stanął pomiędzy jakimiś drzewami, to się odwrócił. Widział samochód, ale w oddali. Czerwona plamka na horyzoncie. Mogła stąd odjechać i go zostawić. Powinna.
Dać sobie z nim spokój, już wczoraj. A może od razu, kiedy pojawił się w jej życiu, znowu?
Dlaczego się w nim pojawił?
Żeby jej dojebać, a teraz co? Znowu stracił dla niej głowę. Znowu serce w piersi biło tylko i wyłącznie dla niej. Nic się nie liczyło. Świat mógł płonąć, walić mu się na łeb, a liczyła się...
-
Kurwa! - walnął pięścią w drzewo, chropowata kora zatrzeszczała pod jego naporem, a on zrobił to znowu, aż poranił sobie knykcie, zapiekło. Sprowadziło go to może odrobinę na ziemię. Przeszedł się między drzewami, jak dziki kot w klatce. Z pierdolonych wątpliwości. Które spadły nagle... Wraz z tym autem, które go strąbiło, i z tym gościem w ognistej koszuli.
-
Ja pierdole... - miotał się po tym lesie, między jednym drzewem, a drugim, a czerwony samochód stał na poboczu.
Czemu nie odjechała?
Powinna.
Ale... mieli spędzić te zajebiste dwa dni.
A co później?
Ale po chuj myśleć o tym co potem? Przecież Madox nigdy tego nie robił. Nie planował, tylko brał to co przyniesie los, to co dostawał w tej chwili. A przecież w tej właśnie miał je obie... Tam, w tym czerwonym samochodzie, który wypożyczył specjalnie na tą podróż, wraz z fotelikiem. I przecież jeszcze pół godziny temu wcale nie przejmował się tym co będzie.
A teraz co?
I kolejne rundka między drzewami, a potem dziesięć kroków w kierunku samochodu i jedenaście z powrotem. Nie wiedział co ma zrobić. Bo Madox zawsze grał najbardziej pewnego siebie jak się dało, a prawda jest taka, że ani kurwa nigdy nie miał dobrego przykładu jak powinna wyglądać rodzina. Ani nigdy nikt mu nie pokazał czym jest miłość, a jak miał dziesięć lat to przecież wierzył kuzynowi, że on nie umie kochać, że jego nie można kochać, nawet rodzice nie potrafili. A potem... Pilar go tego nauczyła.
I gdy miał osiemnaście lat myślał, że umie, że już zawsze będą szczęśliwi, bo przecież miłość przezwycięży wszystko. Jebana gówno prawda.
Przyszło rozczarowanie, bolesne zderzenie z rzeczywistością...
A teraz co?
Nie wiedział ile stał po środku tego lasku, między drzewami, w polu.
Ale w końcu... Do niej wrócił. Zawsze wracał. Z podkulonym ogonem. Zawsze znajdował do niej drogę, bo też jego serce zawsze było z nią. Nawet gdy to jej złamał, mówiąc, że nie może być jej chłopakiem, kiedy mieli dziesięć lat. A polem układając na jej parapecie kamienie z dziurą, podrzucając jej nowe naklejki i czekoladowe batony.
Kiedy mieli osiemnaście lat i udawali, że są zakochani w kimś innym. A potem jedno za drugim chciało wejść w ogień, jedno za drugie dałoby się pokroić. Dosłownie...
I teraz.
Kiedy ona była żoną Galena Wyatta, kiedy układała sobie z nim życie, w którym to on był ojcem ich córki, w pięknej willi na obrzeżach miasta.
Teraz też znalazł do niej drogę. Do tego czerwonego samochodu, na którym siedziała. Przez rów i prosto do maski, stanął obok, a ciemne spojrzenie zawiesił na jej twarzy. Westchnął ciężko i chyba chciał coś powiedzieć... Nawijać jakie to było bez sensu? Że nie powinien ich tu zabierać? Że nagle miał te wszystkie wątpliwości, ale wtedy ona wystawiła w jego kierunku te ciastka.
Czekoladowe...
Czekoladowe kurwa ciastka, jakby teraz to one były najważniejsze.
Madox najpierw uniósł jedną brew, spojrzał na Pilar spode łba, ale zaraz... sięgnął po ciastko, zabrał jej jedno i wpakował je sobie do buzi, było kurwa pyszne, aż zamruczał, przełknął wraz z nim te wszystkie słowa, które chciał jej powiedzieć, te wątpliwości. A zaraz pakował się na maskę
do niej, zaczepił ją pierwsze co, to kolanem. A potem nawet wyciągnął głowę, żeby zobaczyć, czy naprawdę
widać stąd góry. Było widać.
Obejrzał się do tyłu na Amrę.
-
Śpi? - zapytał, a kiedy Pilar skinęła głową, to... się do niej wyrwał, to już nie wytrzymał, tylko przełożył nogę, tak, że szarpnął ją do siebie, że wylądowała między jego nogami, a on się w nią wtulił, opierał głowę na jej piersi obejmując ją szczelnie ramionami.
Czemu to zrobiłeś? Obiecałeś, że już nas nie zostawisz.
-
Ale ja właśnie nie powinien ci tego obiecywać... - nawet nie podniósł głowy, żeby na nią spojrzeć, tylko wtulił się w nią jak dziecko, jak Amra te kilkanaście minut temu, kiedy potrzebowała, żeby ją uspokoiła. I Madox też może potrzebował? -
A co jak znowu się wszystko wypierdoli? Pojedziemy do Bonawentury, a później będzie trzeba wrócić, wy do Galena Wyatta, a ja do... do tej akcji z Carlosem - westchnął ciężko w jej dekolt, przytulał do niego szorstki policzek, a wytatuowane palce przesunęły się po jej plecach -
chcę spędzić z wami najlepsze dwa dni, ale kurwa... boję się, że to mi nie wystarczy, co to są dwa dni Pilar? - podniósł głowę, a jego ciemne spojrzenie odszukało jej czekoladowe, piękne oczy, które w świetle zachodzącego słońca przybierały bursztynową barwę. Dwa dni, tyle im wtedy brakowało, żeby się pobrali i uciekli. A teraz też dostali te dwa dni.
-
Albo, że potem już nie dostaniemy takiej okazji, albo, że ja nie dostanę, albo że... - i nawijałby jej pewnie dalej, kolejna lista niekończących się wątpliwości, które obudziły się w nim w momencie, w którym... prawie zginął. Ale oparła na jego ustach palce, a Noriega tylko wypuścił w nie powietrze, musnął jej opuszki wargami.
Jeszcze wczoraj się nad tym wcale nie zastanawiał, był pewny, że wszystko mu się uda, że... będzie kurwa w ich życiu. Wchodził w nie z butami, a dzisiaj co? Dzisiaj się wahał, zupełnie do niego niepodobne. Ale to był Madox, jedno zdarzenie potrafiło wyjebać do góry nogami całą jego percepcję. Jedna chwila mogła zmienić wszystko.
Nie zmieniało się jednak to, że szczypnął zębami jej palce.
-
Pilar - ani to w jaki sposób wypowiadał jej imię. Szarpnął się do niej tak jak zawsze, zaciskając palce na jej pośladkach, też w ten charakterystyczny, typowy dla niego sposób -
przecież kurwa oboje wiemy, że będę musiał was zostawić, bo to nie jest takie proste - nie było. Tylko, że... nie musieli sobie tego jeszcze bardziej komplikować. Mogli po prostu wziąć to co przynosił im los i wycisnąć to do cna, może powinni? Nie patrzeć na konsekwencje, na to co przyniesie jutro.
Tylko trwać w tym tu i teraz.
Madox znowu się do niej wyrwał.
-
Nie chcę jechać do Bonawentury - no tak, typowy Noriega, który nagle zmienia zdanie.
No quiero ir a Buenaventura ⋆˙⟡♡