-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Miał ochotę znowu wywrócić oczami, ale zamiast tego przesunął palcami po twarzy.
- Tak, bo robota na barze polega na wydawaniu chujowych drinków - rzucił ostro - a potem ktoś go spróbuje i powie, co to kurwa jest, i kim ty kurwa jesteś, bo na pewno nie barmanką, skoro nawet nie umiesz zrobić mohito - aż walnął ręką w stół. Bo jej to się też wydawało proste, a jednak na jakiś spęd do Pablo Gonzalesa nie wysłali by amatorów, nawet za bar. Jeszcze miał coś powiedzieć, że pewnie to jest chujowy pomysł, żeby stawiać ją na barze, ale wtedy poruszyła temat tych prochów. GHB rzeczywiście nie było czuć w alkoholu. Ale to już nie są zwykłe środki usypiające, chociaż czy to problem dla Esmeraldy?
- Załatwisz tachas? - zerknął na matkę, a ona tylko skinęła głową. Czy Madox chciał przez chwilę zapytać, czy załatwi mu też koks? Oczywiście, że tak, ale zwątpił, kiedy spojrzał na Pilar. Nawet chciał do niej sięgnąć ręką, ale to nie był czas na takie czułości, a przede wszystkim to chyba nie miejsce. Chociaż przez głowę mu przemknęła taka myśl, że ona przecież jeszcze walczyła z demonami po tym całym zajściu z Daltonem, a już chciała wchodzić w nowe gówno. Znowu się zawahał, znowu się zastanowił jak ją od tego w ogóle odwieźć, żeby została w hotelu, albo może wkroczyła później z policją? To by była dobra opcja, lepsza niż ten bar. Co zaraz jej powiedział, ale Stewart już stała przed nim, a on już zaciskał palce na jej nadgarstku, nie mocno, ale tak, że czuł jej gorącą krew, która pulsowała w żyłach.
- Dla ciebie to jest takie proste, pokaż mi - mruknął pochylając się w jej kierunku, tak, że ciepły oddech omiótł jej twarz. Tak jak dla niego prosta była ta cała akcja z Pablo. Oni kurwa byli identyczni. Ale też identycznie przejęci sobą nawzajem. Szkoda tylko, że priorytety mieli tym razem różne...
- Jakoś, coś się wymyśli - bo dla niego to zawsze tak działało, coś się działo i korzystało się z tego, nie planowało od A do Z, bo to i tak nie miało sensu, kiedy sytuacja była dynamiczna. A jutro może być. Kurewsko.
Przez chwilę tylko patrzył w te jej ogniste, brązowe oczy, ale w końcu ją puścił, chociaż w głowie miał to, że jeszcze jej zaproponuje, żeby weszła na imprezkę dopiero z policją, bo kurwa ona przecież była policjantką, nie barmanką, nie jakimś kretem. Nawet jeśli miałaby go za to zjechać od góry do dołu.
Jego spojrzenie przesunęło się po plecach Stewart, kiedy się odezwała, powiedziała to, że nie mogą tutaj zostać, to był fakt. Fakt, który jemu po prostu umknął, bo on mógł tutaj rozmawiać do rana, do przyjazdu Pablo, a później zbić z nim piątkę, że niby sobie tutaj zaszedł przez przypadek.
Esmeralda się spięła, ale pokiwała głową, a w końcu nawet zaproponowała im tą chatę, już miała iść po ich rzeczy, ale Madox jeszcze ją zatrzymał.
- Załatw nam też jakąś zabawkę tego dziecia… Aury - no bo jak będą mieli znajomą zabawkę, to może dzieciak się uspokoi? Madox nigdy nie miał podejścia do dzieci. Te z domu dziecka go lubiły, bo się z nimi bawił, bo dawał im prezenty, ale przecież jakby nie to, że pilnowała go Ginny, to on by te dzieciaki nauczył się bić, albo naprawdę zabrał na strzelnicę, w ramach świetnej rozrywki.
Esme skinęła głową i wyszła, żeby iść po ich rzeczy, żeby porozmawiać z Lopezem.
Madox w tym czasie znowu zawiesił spojrzenie na twarzy Stewart. Podszedł do niej, znowu bardzo blisko.
- A gdybyś weszła z policją? Przekażesz im wszystko co mamy, ja wejdę do tego magazynu i wtedy go mamy, Pablo jest skończony, a dzieciak... Ja pierdolę, Aura, jest bezpieczna - musiał się z nią podzielić też tą wersją, bo w zasadzie wydawała się dość prosta. Każdy robił by swoją robotę. Madox wpierdalałby się tam, gdzie nie powinien, jak zwykle. A ona wzięłaby udział w policyjnej obławie. Co tu się mogło wysypać?
Jeśli chodzi o Noriegę to wszystko, zaczynając od tego, że Franki go po prostu sypnie, musiał coś z nim zrobić. No i też trochę się podszkolić w golfie, czy tam strzelaniu, ale to proste, zaraz obejrzy sobie jakieś filmiki z golfa na youtubie, przecież to tylko machanie kijem. A to to akurat umiał, mieli w Emptiness takie metalowe kije, którymi czasem... pokazywali gościom wyjście.
- Przemyśl to Pilar - powiedział jeszcze, kiedy Esme wróciła z torebką Pilar i jego telefonem, przy okazji dała też Stewart klucze do domu i karteczkę z adresem.
- Tylko Lopez będzie wiedział, że tam jesteście, więc nie rzucajcie się w oczy - tu spojrzała na Madoxa, jakby on się tak bardzo rzucał... Rzucał się.
- Dobra a ciuchy? Nie pójdę w upierdolonej koszuli na lunchyk z Pablo - znalazła się elegantka, jakby mu takie rzeczy przeszkadzały, ale fakt, nie wyglądał jak Matteo z klubu, który woził się w tych swoich kolorowych, drogich koszulach. Chociaż ta też była droga.
- Wszystko jest na miejscu, znajdziecie tam jakieś ubrania, dla ciebie na pewno Pilar - jeszcze raz na nią spojrzała, ale zaraz odwróciła się do Madoxa - na ciebie też coś będzie Madito - sięgnęła ręką zakończoną krwisto czerwonymi pazurami do jego policzka, a Madox chyba pierwszy raz nie odskoczył, ani się nie wzdrygnął. Pozwolił jej na te kilka sekund, kiedy jej dłoń spoczywała na jego twarzy, ale zaraz chwycił Stewart za rękę.
- Dobra chodźmy... - pociągnął ją do tylnego wyjścia przez ogród. Prosto na ich samochód, zaparkowany ulicę dalej. Madox od razu wsiadł za kierownicę.
- Możemy wracać do Acapulco... - powiedział, chociaż sam nie był wcale przekonany, czy mogą. A przede wszystkim czy chcą. Bo skoro mieli taką szansę, to szkoda byłoby jej nie wykorzystać.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Już nawet miała się zgodzić, przyznać mu rację, tylko wtedy on wypalił z kolejną propozycją. Chyba jeszcze głupszą niż wszystkie poprzednie razem wzięte.
— Nie pozwolą mi — odpowiedziała praktycznie od razu, zaglądając w jego ciemne oczy. — Takie są procedury. Poza tym nawet nie mam przy sobie odznaki — a nawet gdyby miała, nie było nawet takiej opcji, że policja z innego kraju przyjęłaby ją jak swoją i w dodatku opatrzyła w cały sprzęt. — Poza tym, chce być bliżej. Kto wyciągnie Aurę? Na pewno nie policjantka. To bez sensu — na żadnej płaszczyźnie to nie miało najmniejszego sensu. Przecież tu nie chodziło tylko i wyłącznie o tego pieprzonego Pablo. Z drugiej strony, gdyby Madoxowi udało się doprowadzić do nalotu na magazyn, może nawet cała reszta nie byłaby potrzebna? Bo skoro przyłapią go na gorącym uczynku i zgarną, to będzie po sprawie, czyż nie? Esmeralda będzie mogła sobie zrobić, co tylko chce z dzieckiem i z Lopezem, a im już nic do tego.
Chciała o tym nawet powiedzieć Noriedze, jednak wtedy w pomieszczeniu ponownie pojawiła się Esme z torebką i ich telefonami. Pilar przejęła swój, torebkę zawieszając na ramieniu. W pierwszej kolejności chciała sprawdzić, czy wszystko było w środku, ale mogła to równie dobrze zrobić w aucie.
Podniosła spojrzenie, przyglądając się wymianie zdań między Madoxem a jego matką, a kiedy dłoń Esmeraldy osadziła się na jego szorstkim policzku, Stewart na moment wstrzymała oddech. A mogło być tak pięknie. Mogło przecież się okazać, że jego matka żyje sobie na jakiś obrzeżach, hoduje pelargonie i jest zwykłą, starszą kobietą, która po prostu bała się o swoją życie, gdy uciekała z Medellin. Wtedy wypiliby z nią kawę na ogródki, może zjedli bandeja paisa, a Madox raz a dobrze wyjaśniłby sobie demony przeszłości. Zamiast tego dostali pieprzoną mafię i zostali wplątani w przekręt stulecia, z którego mogli nie wyjść żywi. Świetnie.
Pozwoliła szarpnąć się za rękę do wyjścia, przy drzwiach łapiąc jeszcze spojrzenie Lopeza. Nie ufał im. Widziała to w jego oczach, ale cóż, Pilar też mu nie ufała, to chociaż w tej kwestii wychodzili na zero.
Reszta goryli zdawała się być po prostu zaskoczona faktem, że przyszli tu z nimi takie akcje, a teraz puszczali ich wolno nawet bez jednego złamania czy tej kuli w nodze, na którą akurat gruby szczerze liczył. Nawet kiedy obok niego przechodzili, zacisnął mocniej rękę na chłodnym pistolecie, ukrytym przy pasku. Stewart za to posłała mu bezczelny uśmiech nim zaraz zniknęli za drzwiami.
Wyciągnęła kluczyki z torebki i otworzyła samochód, po czym władowała się na miejsce pasażera. Wcisnęła kluczyki do stacyjki i odsunęła się, żeby Madox mógł odpalić auto. Serce wciąż waliło jej mocno, a do głowy kompletnie nie dochodziło to, co właśnie się odjebało.
Kompletna abstrakcja.
Trochę jak to, co po chwili zrobiła Pilar, ale za długo już pracowała przy takich sprawach, by tego nie sprawdzić. Kiedy tylko Madox wspomniał o Acapulco ona uciszyła go gestem ręki, a zaraz potem włączyła muzykę w samochodzie.
— Jedź — wskazała prostą drogę przed nimi, podczas gdy sama zaczęła wyciągać rzeczy z torebki i rzucać je na deskę rozdzielczą. Już była gotowa nazwać się hipokrytką i stwierdzić, że jednak Esmeralda nie była taka przebiegła, za jaką ją miała, kiedy w jednej z kieszonek w końcu to zauważyła. Malutkie urządzenie, wyglądające jak słuchawka na cieniutkim kabelki. Oczywiście kurwa, że dali im podsłuch. Złapała go w palce i uniosła w górę, by i Madox mógł zauważyć, po czym uchyliła okno i… wypierdoliła go. Mocno. Urządzenie poleciało na trawę, a Pilar dopiero wtedy spokojnie opadła na oparcie. Chociaż kto wie, czy nic nie zrobili z ich telefonami.
— Perdedores — Frajerzy, mruknęła pod nosem i złapała kilka głębszych wdechów, żałując, że nie mieli przy sobie papierosów. I najlepiej jeszcze całej butelki rumu. I wiadomo, świętego spokoju, ale na to akurat wiedziała, że nie miała co liczyć.
— Do acapulco? — wróciła w końcu do tematu, który zaczął przed chwilą. — Chyba kurwa prosto na lotnisko — przechyliła głowę, by na niego spojrzeć. — I to jeszcze kierunek, nie wiem, Hiszpania, bo w Toronto też nas znajdą — rzuciła ostro. Bo prawda była taka, że nie było już odwrotu. Jasne, mogli pojechać sobie do Giuli i Matteo, żeby posiedzieć chwile przy basenie, ale przecież trzeba było pamiętać że Esmeralda też była częścią mafii. Też miała swoje kontakty i goryli, którzy tylko czekali, żeby odegrać się za te ukręcone jaja. Znaleźliby ich bez najmniejszego problemu.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie był przekonany, a tą całą Aurę miał w sumie gdzieś. Niech się zajmie nią matka. Nawet chciał to powiedzieć Stewart, ale już widział jej reakcję, zresztą sam przecież mówił o dziewczynce. Ale prawda jest taka, że miał co do niej bardzo mieszane odczucia, z jednej strony widział w niej trochę siebie sprzed lat, jak sam wychowywał się w takim środowisku. Z drugiej co mu do tego, nawet jej nie znał, a to, że łączyły ją z nim jakieś więzy krwi. To też nie jest podstawa, żeby on się zaraz za jakiegoś szczeniaka poświęcał... Ale wiedział, że kurwa Pilar byłaby do tego zdolna. Nawet jeśli nie łączyły ich żadne więzy.
I chociaż takie łączyły Madox z Esmeraldą, to on nie pożegnał się z nią nawet słowem. Właściwie to gdyby nie chodziło o Pablo, to on pewnie by w to nie wszedł, bo niby dlaczego miał pomagać matce? Siostrze, której nie znał...
A może jednak by go to ruszyło?
Wciąż nie za bardzo wiedział, co ma z tym zrobić. Bardziej był przekonany do tej akcji, którą chcieli odjebać z Pablo, bo na to już się nakręcił, więc to jego pytanie o powrót do Acapulco było raczej czysto... grzecznościowe? Chcesz wracać? Nie, okej. Albo - chcesz? Ale przecież i tak nie możemy.
Oboje zdawali sobie z tego sprawę.
Odpalił samochód zaraz jak Stewart wcisnęła kluczyki do stacyjki, może odjechał trochę agresywniej niż powinien, ale za bardzo się tym nie przejął. On w ogóle prowadził agresywnie, co na ulicach Acapulco póki co się sprawdzało. Zerkał na Pilar, kiedy grzebała w torebce i przez chwilę zastanawiał się czego ona tam szuka, a kiedy wyjęła podsłuch, to zawiesił na nim spojrzenie. Już miał jej jakoś zasugerować, żeby go zostawili, to wtedy mogliby też zagrać na nosie Esmeraldzie, ale Pilar już go wyjebała przez okno. Parsknął śmiechem, krótko i pokręcił głową.
- Loca - teraz dopiero to powiedział, zerkając na nią z ukosa, chociaż przecież tego wieczoru wiele razy cisnęło mu się to na usta. Słuchał jej i chociaż nic nie powiedział, to musiał się z nią zgodzić, że pewnie już mieli jakiś ogon, który sprawdzał czy jadą we wskazane miejsce, tak jakby stwierdzili, że jednak się ewakuują. W Toronto też mogło być różnie, tam wciąż był Franki...
- A kurwa, muszę załatwić, żeby Franki był jutro poza zasięgiem, skoro chcę się na niego powoływać, myślisz, że Eliot to ogarnie, czy wysłać do niego Maddie? - zerknął na nią z ukosa. Teraz chciał się jej radzić? Najwidoczniej.
A może po prostu chciał, żeby jednak byli bardziej ekipą, niż każde z nich sobie. No bo przecież byli, nawet jeśli w tej akcji kierowały nimi zupełnie różne pobudki. Te Pilar też chyba musiał z nią przedyskutować, ale nie wiedział, czy w samochodzie, czy może już w tym domu?
W zasadzie zanim ona wpisała adres w nawigacje, zanim go znaleźli i odpowiednią drogę, to mapa pokazywała im, że to marne kilka minut drogi. Więc chyba jednak poruszy temat na miejscu. Zaparkowali przed jakimś ładnym domkiem, właściwie nie wyróżniał się od tych znajdujących się w okolicy, ale to była dość dobra dzielnica, ładne domy, z ładnymi ogródkami, widać było, że mieszkali tu bogatsi ludzie, chociaż przez kolorowe elewacje i dachówki i tak wylewał się klimat gorącego Meksyku. Noc też był ciepła. Mogli to poczuć kiedy wysiadali już z samochodu.
A kiedy tylko zamknęły się za nimi te krwisto czerwone drzwi oddzielając ich od werandy, to Madox od razu musiał wrócić do tego, co przecież siedziało mu na wątrobie, a może nawet na sercu, które jakoś tak wyrwało się mocniej, kiedy on znowu stanął przed Stewart.
- Pilar, wiesz, że nie musisz tego robić, nie? To jest moja sprawa. A to dziecko to właściwie... Niech zajmie się nim matka - tak jak nim się zajmowała całe życie? - Po prostu chodzi mi o to, że... - znowu nie wiedział jak jej to powiedzieć - że jakby się coś miało wypierdolić, to masz nie ryzykować, dla jakiegoś dzieciaka, dla mnie też nie, w pierwszej kolejności masz dbać o siebie, rozumiesz to? - naprawdę wierzył, że zrozumie? Nie kurwa, wcale nie. Ale i tak jej musiał to powiedzieć, sięgnął ręką do jej policzka odgarniając z niego potargane, rozmierzwione kudły - nie traktuj tego... personalnie, po prostu idziemy zrobić robotę, tyle - może Madox umiał tak do tego podejść. Ale gdzieś pod skórą czuł, że ona chyba nie umie, bo ona do każdej sprawy podchodziła całym sercem. Tym jej pierdolonym dobrym sercem. Za dobrym czasem.
- Bo jak coś ci się stanie, to ja... - zaczął przesuwając palcami po jej gładkiej, ciepłej skórze na policzku, żeby oprzeć je miękko na jej szyi. Co chciał jej powiedzieć? Że by tego kurwa nie przeżył? Bo by nie przeżył. Wyrzucał to sobie do usranej śmierci, która pewnie zresztą dopadła by go wyjątkowo szybko - dobra, krótka piłka, idziesz na bar, czy wchodzisz ze mną i liczymy, że uda się Pablo zgarnąć przed imprezką? Bo jak na bar, to... czeka nas długa noc - wywrócił oczami, ale zaraz zawiesił spojrzenie na jej pięknych, czekoladowych oczach.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Westchnęła głośno na to stwierdzenie, opierając głowę fotel. Lubiła, kiedy tak do niej mówił. Był w tym pewien rodzaj sentymentu i nawet jeśli byli ledwo co po dardziu na siebie kotów, albo wciąż to robili, to loca zawsze traktowałą jak komplement w jego ustach. Szczególnie, że i tym razem przyozdobił go delikatnym uśmiechem, chociaż przecież do śmiechu wcale nie im nie było.
Może i mogła zostawić na dłużej ten podsłuch; może i mogli porobić sobie jaja z Esmeraldy, tylko po co? Mało mieli jej aktualnie w swoim życiu? Stewart była już na etapie, na którym naprawdę nie chciało się jej pierdolić w żadne gierki. Mieli robotę do zrobienia i tego powinni się trzymać. A teraz i tak kierowali się do domu, który od niej dostali, bo przecież doskonale zdawali sobie sprawę, że ucieczka teraz nie miałaby żadnego sensu. Esme była zbyt wpływowa i miała pod sobą zdecydowanie za dużo połączeń i pracowników, żeby po prostu mogli jej zwiać. Ba, Stewart była wręcz przekonana, że nawet teraz ktoś ich obserwował. Tak samo jak o tym, że dom pewnie już od pięciu minut był obstawiony w okolicy. Musieli się z tym liczyć.
Zdziwiła się, kiedy spytał się jej o zdanie. Chyba pierwszy raz tego dnia. Aż zamrugała kilkakrotnie i podniosła spojrzenie, które wcześniej było tępo wpatrzone w ciągnącą się drogę.
— Szczerze? — przeniosła na niego wzrok, po czym pokręciła głową. — Myślę, że Eliot cię zapierdoli. Powie ci, że nie ma opcji, żebyś to sam ogarnął i że masz z tym poczekać do Toronto — wzruszyła ramionami. Pilar znała Eliota aż za dobrze. Doskonale wiedziała, jak bardzo przestrzegał przepisów i regulaminów. Nie było nawet takiej opcji, że pozwoliłby Madoxowi załatwić tak ważną sprawę na własną rękę. Przecież jak to nie wypali, to mieliby spaloną całą sprawę. Wszystko by się poszło jebać, a Eliot nie mógłby na to pozwolić. — Maddie wydaje się dobrą opcją, niech go ściągnie do klubu, upije i położy w waszej fikuśnej piwnicy — tak byłoby najlepiej, bo przynajmniej mogłaby mu zabrać telefon i upewnić się, że Pablo się z nim nie skontaktuje, a jak już to zrobi, to że Frankie wcale nie odbierze. Wszędzie poza klubem już istniało wysokie ryzyko, że coś mogło pójść nie tak.
Wystarczyło popatrzeć na ich dwójkę: poszli jedynie sprawdzić, czy matka Madoxa żyje a… właśnie jechali do jej drugiego domu, przygotować się na imprezę dla mafii, żeby odkryć miejsce handlu bronią w pierdolonym Meksyku.
Jedźmy na wakacje, Pilar, odpoczniemy sobie.
Oni to chyba odpoczną dopiero po śmierci. Chociaż Pilar miała nadzieje, że ta śmierć wcale nie nadejdzie w przeciągu następnym dwudziestu czterech godzin.
Dom wyglądał pięknie, a dookoła ciągnął się zadbany ogród z kolosalną ilością krzewów z kolorowymi kwiatami. Stewart może i nawet by się zachwyciła tym widokiem, gdyby okoliczności były sprzyjające, zamiast tego tylko rzuciła okiem i zaraz oboje znaleźli się w środku, a Madox lokował się tuż przed nią, zagradzając dalsze przejście.
Słuchała go uważnie, chociaż jej brwi już po pierwszych kilku słowach ściągnęły się do siebie, a głowa ruszyła na boki, by jasno dać mu do zrozumienia, że wcale się z nim nie zgadzała. Dała mu jednak dokończyć i dopiero wtedy przysunęła się pół kroku bliżej.
— A ty? — zajrzała mu głęboko w oczy. — Jesteś w stanie przejmować się wyłącznie swoim bezpieczeństwem i przełożyć je nad to moje? — proste pytanie, na które odpowiedź już wcale nie była taka prosta. Bo on właśnie o to ją prosił. Żeby dbała o własny tyłek, stawiając go na drugim miejscu. Tylko Pilar chyba już nie potrafiła przejmować się tylko sobą. Jasne, była jeszcze w stanie odizolować się od Aury i potraktować ją obco zamiast jako siostrę Madoxa, ale nie było nawet takiej opcji, żeby i jego potraktowała, jakby aktualnie nie znaczył dla niej wszyskiego. Bo kurwa znaczył. Nie potrafiła tego ukrywać.
Westchnęła cicho, kiedy jego dłoń odnalazła jej zaczerwieniony policzek i praktycznie od razu się do niej wtuliła bardziej. Chłonęła ten jego dotyk, jakby chciała się nim nacieszyć, zanim znowu coś się odpierdoli.
— A jak tobie się stanie, to ja TEŻ — powtórzyła zaraz po nim. Nie musiał dokańczać, bo ona czuła dokładnie to samo. Też nie potrafiła by bez niego, a tym bardziej chyba do końca życia by sobie nie wybaczyła, że mogła mu pomóc i być u jego boku, a tego nie zrobiła. Dlatego miała zamiar mu pomóc. Jemu i jego matce, które na dobrą sprawę na żadną pomoc wcale nie zasługiwała po tym, co odjebała.
Zamyśliła się, gdy spytał czy w końcu miała prezentować się jako jego partnera, czy może jednak baranka. Sama nie była przekonana. Wzięła głębszy oddech i żeby zyskać nieco na czasie z odpowiedzią zabrała się za ściąganie butów. Rzuciła je gdzieś koło drzwi, a następnie opadła plecami na chłodną ścianę.
— Nie wiem. Co będzie lepsze? — teraz ona pytała się go o zdanie. Szok. I może nawet miała w planie faktycznie liczyć się z jego odpowiedzią. Bo skoro mieli działać w tym jako jeden zespół, może właśnie powinni więcej prowadzić interakcji, a nie tylko oświadczać sobie fakty, już bez podłoża do dyskusji. Szczególnie, że tu trzeba było się dobrze zastanowić. — No bo tak… mogłabym iść jako twoja dupa, zawsze w dwójkę łatwiej działać i ewentualnie interweniować, tylko pytanie, czy Pablo w ogóle spodobałby się fakt, że przyszedłeś na pole golfowe z laską? Czy wtedy nie miałby problemu, żeby pokazać ci magazyn? W końcu mnie nie zna. Drugim minusem jest to, że jak cokolwiek się wypierdoli, to już jest krzyżyk na naszej dwójce, a jak pójdę na bar, to nie mamy ze soba żadnych powiązań. Ty możesz zająć Pablo za ten czas, kiedy ja będę wyprowadzać Aurę — bar też miał swoje minusy — na przykład to, że mogła prawie od razu zarobić kulkę w łeb, gdyby ktoś przyczaił ją z proszkiem. No tylko pytanie, który scenariusz był im bardziej na rękę. — Gdzie mnie bardziej potrzebujesz?— bo przecież ona to wszystko robiła kurwa dla niego. Wszystko.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- I przyklei taśmą do łóżka? - zapytał zerkając na nią z ukosa, ale kiedy wyobraził sobie Maddie jak przykleja Frankiego taśmą do łóżka, to aż się wzdrygnął - rozjebałby to łóżko, facet wygląda jak chodzący czołg - tak jej trochę zobrazował jak wygląda Franki. Chociaż Madox też miał sporo siły, ale jednak nie rozjebał, może to było wytrzymałe łóżko - zadzwonię do niej - stwierdził. W zasadzie Maddie naprawdę ufał, wiec jeśli miał komukolwiek powierzyć to zadanie, to była do tego najlepsza. Życie by jej powierzył, chociaż w tym wypadku może to za mocne stwierdzenie, bo rzeczywiście jakby Franki sypnął, że nie wysłał do Meksyku Matteo, to już po nim. Po Madoxie, nie Matteo. Tamten pewnie sobie właśnie spędza z Guilią wspaniałe wakacje. Takie właśnie na jakie oni zasługiwali, ale oczywiście...
Może jeszcze uda im się chociaż wyskoczyć na jakąś plażę?
Bo na razie to znaleźli się w tym domku, to nie była taka hacjenda, jak to co wynajmowali, ale było przytulnie, miło?
Do moment, w którym Pilar nie odbiła jego pytania.
- Oszalałaś - mruknął i on też pokręcił głową, bo nie, bo jej bezpieczeństwo było kurwa już od dawna ważniejsze niż to jego... To się dogadali.
Ale takie były fakty, jedno za drugim weszłoby w ogień. A teraz mieli wkroczyć w prawdziwą paszczę lwa. I to nie takiego jak Galen Wyatt, którego Pilar powaliłaby jednym sprawnym ciosem.
- Dobra, po prostu... Zróbmy to na spokojnie - tak jak u matki było na spokojnie? Calma tak? A pierwszy pękł Madox. Ale on chyba uwielbiał takie moralizowanie, szkoda, że sam nie umiał się do tego zastosować.
Nie umiał się też powstrzymać, żeby się do niej nie przysunąć, kiedy wtuliła twarz w jego dłoń, szybko bijące serce znalazło się tuż przy tym jej, kiedy się do niej przysunął, kiedy oparł rękę na jej karku przyciągając ją do siebie.
- Ja pierdolę, wracajmy do domu - mruknął gdzieś w te jej ciemne, zmierzwione kudły. Ale teraz to już było trochę za późno. Odsunął się od niej, kiedy zapytała go co będzie lepsze, jego ciemne tęczówki złapały jej przenikliwe, brązowe spojrzenie. Też nie wiedział. Zamyślił się nad jej słowami.
- Pablo lubi... piękne kobiety, akurat nie ma z tym problemu, żeby gadać o interesach, kiedy jakaś laska kręci mu dupą przed nosem - strzelił oczami, ale takie były fakty, że dlatego robili interesy w Emptiness, a Madox specjalnie wtedy ściągał najlepsze tancerki, żeby rozpraszały, a on sobie mógł wtedy wyciągać informacje jak chciał. I tutaj też Pilar mogłaby zadziałać swoim urokiem osobistym... Tylko gorzej jakby Pablo pozwolił sobie na za dużo i wkurwił tym Madoxa, było ryzyko.
Ale przecież na barze też było, może nawet większe?
Znowu się zamyślił i odsunął od niej, zrobił dwa kroki w jedną, a później w drugą stronę. Odpowiedź była prosta, potrzebował jej obok. Tylko to nie działało na zasadzie, że musiała mu pomóc, bardziej na zasadzie, że po prostu chciał ją mieć przy sobie. A nie zadręczać się jebanymi pytaniami co z nią. Zamknął na moment oczy.
- Jak się rozdzielimy to będziemy kurwa wariować - no i to też był fakt, bo tak by było, bo nie umieli by się skupić na robocie, tylko wciąż by się zastanawiali, czy jej, albo jemu, nic się nie stało. Zamyślił się, bo może była jakaś opcja, żeby jednak mogli się ze sobą kontaktować? Ale teraz o tym myśleć? A zresztą, gdyby Pablo to zauważył, to od razu byłby skończony, ona też. Przesunął palcami po karku.
- Ale z drugiej strony, jak będzie trzeba wsypać coś tym gorylom do drinków, to wtedy już tego nie załatwimy - poderwał do góry ciemne tęczówki, żeby znowu odszukać jej piękne, czekoladowe spojrzenie. Zawiesić się na tych oczach. Nie no kurwa, zwariuje jak będzie się zastanawiał co z nią, a przecież nie mógł całej imprezy stać przy barze. A może mógł?
- Idziesz... - zaczął, ale jeszcze się wahał, jeszcze zastanawiał - na bar - powiedział w końcu. Bo jednak to była po prostu taka bardziej słuszna opcja, dawała im więcej szans. A chyba tego potrzebowali. Chociaż Madox zdawał sobie sprawę, że to będzie kurewsko ciężkie, żeby nie fiksować się na tym, co z nią. Ale w zasadzie to przecież biorąc pod uwagę fakt, że on prowadził klub, lubił się zabawić, to przecież jego miejsce mogło być właśnie przy barze, gdzieś tam...
Ale kurwa, to nie był zwykły bar, tylko chata pełna goryli z bronią, którzy będą pilnować, jak ona robi drinki.
Złapał ją za rękę i pociągnął do kuchni.
- Zrób mi jakiegoś drinka, sprawdźmy czy w ogóle to ma sens - właściwie nawet nie wiedzieli czy był tu jakiś alkohol, ale kuchnia wyglądała dość normalnie, jakby ktoś tu mieszkał, nawet na blacie stał kosz z owocami, świeżymi. Madox zajrzał do lodówki, też była pełna. Fajnie, czyli jednak mogą spró-bo-wać.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chyba nigdy bardziej się z nim nie zgadzała, jak w tamtej chwili. Niczego bardziej nie chciała, niż znaleźć się znowu w Toronto. To już wolała chodzić do pierdolonej roboty, gdzie wciskali jej jakąś durną papierkową robotę, przy której własne myśli dogoniły ją szybciej niż podpisy w raportach, które musiała złożyć.
Problem w tym, że nie mogli wracać. Mieli tutaj do zrobienia robotę i chociaż Pilar kurewsko nie chciała się w to mieszać, to nie było innego wyjścia. Była w to zamieszana równie mocno co Madox. Poza tym, jakby na to nie spojrzeć, to jednak… to co mieli zrobić, szczególnie z Pablo było w dobrej wierze. Skoro policja pracowała już nad tym, żeby go złapać i posadzić w pierdlu, to ona jako śledcza wręcz powinna się do tego przyczynić, pomóc. Przysięgała w końcu służyć w imię dobra. A to wszystko pozostałe z Esme i Aurą było tylko drobnym dodatkiem. Tak też postanowiła na to patrzeć w pierwszej kolejności. A skoro tak…
— Mogłabym pokręcić dupą przed Pablo — oznajmiła zaraz po jego słowach, przysuwając się bliżej. Wystawiła do góry dłoń, a następnie musnęła delikatnie materiał jego koszulki. — Tylko pytanie czy umiałbyś się wtedy zachowywać — spytała, bo to był kolejny mankament tej wersji wydarzeń. Sam Madox przecież nie raz mówił o tym, jak ciężko mu się przy niej skupić. A jednak miał też dużo racji w tym, że by ich pojebało, gdyby byli osobno. Pojebane.
Pojebane było to, że nie było jednej, właściwej decyzji do podjęcia. Każda z wariacji niosła ze sobą benefity jak i minusy, a oni po prostu musieli wybrać tą, którą miała największe szanse powodzenia. Patrzyła więc na niego intensywnie, czekając, aż pomoże jej podjąć jakąs decyzje, chociaż z drugiej strony mieli jeszcze cały wieczór, żeby zmienić zdanie.
Idziesz na bar.
Skinęła głową. Mogło tak być. Może faktycznie dawało to dużo opcji, chociaż z drugiej strony mocno ograniczało możliwość poruszania się po imprezie. Ale warto było spróbować. Chociaż pierwsze to trzeba było sprawdzić, czy Stewart w ogóle nada się do tej roli. Dlatego pozwoliła zabrać się za rękę i zaciągnąć do kuchni.
Pomieszczenie nie było duże, a jednak wyjątkowo klimatyczne. Na niewielkiej wyspie znajdował się kosz owoców wraz z wazonem pełnym czerwonych róż. Dokładnie takich jak w hacjendzie Esme.
— Myślisz, że to tutaj przyjeżdżali się pieprzyć? — spytała, przy okazji rozglądając się do kuchni i przegrzebując szafki. — No wiesz, twoja m… Esme i Lopez — doprecyzowała, jakoś powstrzymując się przed nazwaniem jej jego matką. Chociaż była. Ale czy zasłużyła sobie na ten tytuł? Pilar mocno w to wątpiła po tym, co zobaczyła. Teraz jednak nie miała zamiaru się nad tym zastanawiać, bo teraz miała za zadanie zabawić się w barmankę.
— Bingo — otworzyła jedną z szafek na oścież, ukazując szereg alkoholi. Niektóre były pozaczynane inne nawet nie otwarte, jeszcze inne wyglądały, jak podarowane w prezencie z jakimiś wstążkami dookoła szkła. Nim jednak sięgnęła po jakikolwiek, odwróciła się w stronę Noriegi i spojrzała na niego z uśmiechem. Zalotnym rzecz jasna.
— Co będzie dla ciebie, kochanieńki? — spytała, przy okazji naciągając sobie sukienkę w dół, by nieco bardziej uwidatnić dekolt. Bo to chyba tak się robiło, nie? Co nie dorobi drinkiem to dowygląda, wiadomo. Pewnie Maddie właśnie tak robiła w Emptiness. Nim Madox zdążył odpowiedzieć, Pilar machnęła na niego ręką. — Cuba libere? Świetny wybór. Nasz specjał — rzuciła zadowolona i zaraz odwróciła się do szafki, by wyciągnąć z niej rum. Cuba libre było jednym z drinków, które Stewart piła na okrągło, więc nie powinna mieć wielkiego problemu, by skręcić go dla Madoxa, a przynajmniej z takiego wyszła założenia. Przynajmniej wiedziała, co wchodziło do środka. Postawiła Rum na wyspie, naprzeciwko Noriegi.
— Usiądź sobie wygodnie. Nie ma co marnować tych pięknych mięśni — cmoknęła z udawaną słodyczą i jeszcze zakręciła tyłkiem, kiedy odwróciła się, by znaleźć wysoką szklankę. Wyboru nie było jakoś dużo, ale wzięła najbardziej odpowiednią rozmiarem, a następnie wygrzebała z zamrażarki paczkę lodu. Wszystko przyniosła do wyspy, układając na blacie. — Ciężki dzień? — uniosła na niego spojrzenie. No bo co? Mieli sprawdzić, czy Stewart się nadaje, tak? A przecież te barmanki ciągle zagadywały swoich klientów, to też trzeba było poćwiczyć.
Wypełniła szklankę lodem tyle ile dała radę, bo w paczce wcale nie było drobnego, pokruszonego już lodu, a wielkie krostki wielkości drobnej piąstki. W szklance zmieściły się dwie. Następnie z koszuka zgarnęła jedną z limonek. Umieściła ją na desce do krojenia i przecięła na pół, by zaraz potem wycisnąć jedną z połówek do środka. Sok spłynął po lodzie i osadził się na dnie szklanki. Sięgnęła po rum i w pierwszej chwili chciała nim podrzucić zajebiście spektakularnie, ale finalnie przerzuciła szkłem po prostu z jednej ręki do drugiej. Taka sztuczka. Wzrok wbiła w ciemne oczy Noriegi.
— Co taki przystojniak jak ty robi tutaj sam? — zagadała, odstawiajac korek na bok i przechylając butelkę tuż nad szklanka. I tutaj zaczęły się schody, bo Pilar nie miała pojęcia, ile alkoholu wchodziło do drinka. Pewnie z jakieś pięćdziesiąt mililitrów a może sto? Madox wyglądał na takiego, co lubił mocny alkohol, więc lała… i lała… i lała, aż zalała ponad p ó ł szklanki rumem. Tak kurwa z dwie trzecie. Dopiero potem zgarnęła z lodówki colę i dopełniła drineczka. No nie weszło tam dużo tej coli, przez co ciecz wyglądała bardziej przeźroczysto niż miała ciemny, klasyczny kolor. Ale chuj. Może w smaku będzie zajebiste?
Jako że była barmanką z wielkim stażem w postaci całych pięciu minut, chciała jeszcze go jakoś ozdobić, więc wzięła to pół limonki, które jej zostało, upierdoliła z tego gruby plasterek, a następnie przecięła go na pół i wcisnęła na brzeg szklanki.
— O jezus maria! — krzyknęła nagle, spoglądając w stronę przedsionka, robiąc przy okazji wielkie oczy. Noriega oczywiście odwrócił się na moment, a Stewart za ten czas dorzuciła listek mięty na samą górę. — Jedno Cuba Libre dla pana… z proszkiem — który co prawda symbolizowała mięta, ale jednak zdążyła ją dodać bez zauważenia. Czyli jedna kulka w łeb mniej? Podsunęła powoli szklankę pod samą dłoń Madoxa, nachylając się nad blatem i zatapiając w nim swoje brązowe tęczówki.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kłamstwem byłoby powiedzieć, że nie przeszła mu też taka, że w tym domu jego matka i Lopez się spotykali, dlatego kiedy Pilar to powiedziała, to lekko się wzdrygnął. Może i nie miał z matką dobrego kontaktu, nie miał go wcale, miał ją gdzieś, ale jednak jej romans z jakimś ochroniarzem, który trwał tyle lat odrobinę go ruszał. Zastanawiał się, czy to mogło dziać się już w Medellin? Czy razem wpierdolili jego ojca do więzienia? Nie chciał o tym myśleć, fiksować się na kolejnym gównie, skoro przecież musieli się skupić na czymś zupełnie innym. Nic nie powiedział, aż dziwne, bo takie teksty były przecież w stylu Madoxa, oparł się za to łokciami o wyspę gdzieś obok tego wazonu.
Na jej pytanie o drinka już miał jej rzucić coś trudnego, coś takiego, żeby od razu podważyć jej barmańskie zdolności, ale sama wybrała cuba libre. Dobra, tego się nie da spierdolić.
Powiódł za nią spojrzeniem. Przez chwilę chciał jej rzucić, że życzy sobie bez lodu, na podwójnym rumie, bo przecież klienci na takich imprezach bywali upierdliwi, ale zagapił się na jej tyłek, kiedy zabujała biodrami. Usiadł na wysokim stołku przysuwając go do wyspy. Na to jej pytanie o ciężki dzień uśmiechnął się delikatnie, bo to akurat było bardzo w barmańskim stylu, Madox też często tak zaczynał.
- Całkiem znośny, nie spierdol go słabym drinkiem... mała - rzucił i przysłonił usta ręką, skoro mieli się wczuwać w role, to on może też trochę powinien? W rolę Matteo. Nienawidził grać Matteo, bo skoro facet dobrze się bawił z Frankim i Pablo, to można sobie wyobrazić, że był popierdolony. Gorzej niż sam Madox pewnie. Nawet przez myśl przeszło mu, że powinien wyciągnąć ten kryształ, który znalazł w łazience Esme, ale to raczej nie był koks. Może jutro spróbuje.
Obserwował ją, jak robiła tego drinka, chociaż trochę zastrzeżeń miał, może nawet by się odezwał, ale na tego przystojniaka wbił w nią ciemne tęczówki.
- Na urodzinach jakiegoś gówniarza? Zamierzam się schlać za darmo, zjeść coś dobrego i wyrwać jakąś dupę, żeby w moim pokoju hotelowym pokazać jej prawdziwy Meksyk... to o której kończysz? - zapytał pochylając się w jej kierunku. Matteo takie miał właśnie priorytety, chlanie, ćpanie, i ruchanie. Co prawda w Emptiness wystarczyło, że sypnął dobrze koksu, no i popatrzyli sobie na tancerki, ale tutaj może będzie musiał popodrywać jakieś panienki, jak on przed Pablo i Frankim zawsze gra takiego lowelasa.
Zerknął na dół na tę szklankę, którą tak obficie zalała rumem, sam chciał prawda? Chociaż jedna brew mu podskoczyła do góry. A potem druga, kiedy krzyknęła to jezus maria, obrócił się tak szybko, że prawie spadł z krzesła. Zaraz się poprawił przenosząc wzrok na szklankę, na ten listek na powierzchni drinka. Wyjął go i pochylił się w jej kierunku, żeby zaraz go jej przykleić na czoło, ten listek mięty.
- Mięta do cuba libre? Chujowo. No i proszek musisz wsypać zanim zamieszasz. W ogóle nie zamieszałaś... - rzucił, ale już jej nie dał okazji, zabrał szklankę i upił dwa duże łyki, skrzywił się - mocne... - mruknął, ale chciał przecież mocne. Zresztą Madox wypiłby nawet sam rum, a ten był niezły, aż sięgnął po butelkę, żeby na niego spojrzeć. I to był ten sam rum, który on zamawiał z Medellin, ciekawe. Ale teraz nie był moment na rozwodzenie się nad tym rumem, powinien raczej chyba nad drinkiem, nie?
- Matteo, Pablo, czy Franki, by to wypili, bo bardziej by ich interesowały twoje cycki - zerknął w jej dekolt, ale zaraz podniósł spojrzenie na jej piękne, czekoladowe oczy - ale jak trafisz na kogoś, kto przyszedł na drinka, to to nie przejdzie - pokręcił głową, ale znowu upił ze szklanki, oblizał jeszcze wargi, a potem odsunął ją na bok - jeszcze raz, naucz się jednego i potem go proponuj, tak jak mi cuba libre. Mamy pyszny rum, sugeruję cuba libre, trochę słodkie, trochę cierpkie... No wiesz takie tam - może tego to akurat nie musiał ją uczyć? Chociaż może mógł? Madox każdemu proponował Santa Muerte, robił to z taką pewnością siebie, że nikt mu nie odmawiał. No i do tej pory tylko Evina mu tym drinkiem pluła.
- No i to jezus maria też średnie... Jeden się odwróci, drugi nie zauważy, ale trzeci zamiast na drzwi spojrzy na ciebie - reakcje ludzi są różne, Madox coś o tym wiedział. Westchnął ciężko, a zaraz machnął do niej, żeby pochyliła się nad ladą, on też to zrobił.
- Ja bym to rozegrał tak... - zaczął ściszonym głosem ze spojrzeniem utkwionym w jej oczach - ściągasz sobie jednego, patrzysz mu głęboko w oczy... jest chemia, coś iskrzy - jeden kącik jego ust uniósł się do góry - ludzie zdecydowanie prędzej odwrócą wzrok, kiedy będziecie się pożerać spojrzeniami - on ją teraz pożerał? Chyba tak, bo te jego ciemne tęczówki wwiercały się w jej piękne, czekoladowe oczy, te jego zaraz jednak zjechały na deskę, ukroił sobie trzy plasterki limonki, na jej oczach, a potem sięgnął po jeden i znowu złapał z nią kontakt wzrokowy, ułożył go sobie na języku, a kiedy zawiesiła się na jego ustach, to on już na desce ułożył przed nią serduszko z tych dociętych plasterków limonki, tak, że nawet nie zauważyła.
- Musisz poczarować, bo słodka idiotka nie każdego kupuje cariño - znowu jej pokazał język z tą limonką i usiadł z powrotem na krześle.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
No jak zaraz się okazało, jednak się dało.
Obserwowała go uważnie, kiedy spoglądał na drinka w zamyśleniu. Wyglądał źle? Bo według Pilar, to zajebiście go udekorowała. Nie dość, że była tam limonka, IDEALNIE wkomponowana w szklaneczkę, to jeszcze listek mięty, który wolno pływał po powierzchni. Trochę jakby był tam przez przypadek, ale przecież często piła ten drink i przez większość czasu był on właśnie serwowany z miętą. Tylko zaraz okazało się, że nie według Madoxa.
Skrzywiła się, kiedy nazwał go chujowym i po chwili przykleił go Stewart na… czole. Rzuciła spojrzeniem w górę, robiąc przy tym z pewnością wielkiego zeza, jakby chciała go zobaczyć, ale się nie udało, więc finalnie ściągnęła go dłonią i władowała sobie do ust.
— Czemu chujowo? — oburzyła się. — Przecież pięknie wyglądało. Poza tym, to robiło tylko za mój proszek — chociaż faktycznie nie zamieszała. Kompletnie o tym zapomniała i tutaj akurat musiała przyznać mu rację. Skinęła głową, przyjmując uwagę, tym samym czając, aż w końcu spróbuje jej tworu. Mocne.
— Mocne? Co ty pierdolisz — wyprostowała się, kręcąc głową. — Pokaż mi to — zabrała mu szklankę i sama zgarnęła dwa wielkie łyki, czując jak pali jej całe gardło. Coli praktycznie nie było czuć, nie mówiąc już o soku z limonki, który był praktycznie niewyczuwalny. — Kurwa. Faktycznie — znowu przyznała mu rację, ale zaraz i tak wzięła kolejnego łyka. Może jak się najebie, to pójdzie jej lepiej? Albo już kompletnie straci smak i wtedy dopiero nie będzie umiała już nic zrobić.
Wiedziała, że Noriega znał się na rzeczy. Zawsze robił jej dobre drinki, dlatego nachyliła się delikatnie nad ladą i słuchała go uważnie, kiedy tłumaczył, co zrobiła źle i jak powinna to naprawić. Skinęła głową, gdy zaproponował, że najlepiej było nauczyć się jednego drinka i to jego proponować. Gorzej jak ktoś będzie chciał coś innego, a ona i tak usilnie będzie wciskać Cuba Libre. Wtedy trochę przypał.
Nawet miała go o to zapytać, co wtedy, tylko on już tłumaczył jej jak odpowiednio odciągać uwagę. Trochę jego wersja nie pokrywała się z tym co powiedział przed chwilą, bo pierwsze na jej złym przykładzie prezentował scenariusz, w którym było trzech typa dookoła, a teraz mówił, żeby ściągnęła sobie jednego. Z drugiej strony, skoro oboje będą pilnować Aury, to na pewno nie pójdą po drinki w tym samym czasie. Któryś z pewnością zostanie na czatach razem z Lopezem i potem się wymienią, więc wersja Noriegi faktycznie mogła się udać.
Patrzyła mu głęboko w oczy, kiedy jego dłonie ułożyły się w serduszko. Faktycznie się zagapiła. Nie była pewna, czy sama umiałaby tak się zabawić, bo przecież do tego potrzebny był solidny multitasking, a Pilar już wyobrażała sobie siebie, jak nie trafia po omacku do szklanki i wysypuje wszystko na deskę obok. Ale przecież po to tu byli, żeby próbować.
— Jeszcze raz nazwiesz mnie słodką idiotką, to ukręcę ci jaja, cariño — odpowiedziała mu równie pieszczotliwie, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Czy żartowała? Cóż lepiej dla niego, żeby nie chciał się o tym przekonać. Ten dzień był tak pojebany, że kto wie co wyszłoby z Pilar, gdyby jeszcze raz się wkurwiła. A była tego bliska, bo jeśli nawet nie umiała zrobić dobrego Cuba Libre, to może faktycznie się do tego nie nadawała?
— Dobra, to jeszcze raz — odepchnęła się od lady i podskoczyła kilkakrotnie w miejscu, jakby chciała podnieść ciśnienie i adrenalinę w ciele, przy okazji otrzepując z siebie tryb słodkiej idiotki. Zrobiła jeszcze dwa kółeczka po kuchni i wróciła do lady z pięknym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
— Czego się napijesz, przystojniaku? — nachyliła się nad barem, przyglądając mu się uważnie. — Proponuję Cuba Libre. Mamy najlpeszy rum w całym Meksyku. Zresztą nie tylko rum — bezczelnie zmierzyła go wzrokiem i przy okazji jeszcze bardziej wypięła pierś. Nie miała pojęcia, czy to Madox czy może już Matteo spuścił wzrok na jej piersi, ale potraktowała to jako aprobatę do sposobu, w jaki zaproponowała drinka. Odchyliła się z powrotem i poszła po czystą szklankę. Wrzuciła do niej dwie kostki lodu, po czym zabrała się za wybieranie limonki, przypominając sobie jego słowa o darmowym jedzeniu i wyrywaniu dup, którym chętnie pokazałby prawdziwy Meksyk.
— Ja też ci mogę dużo pokazać — rzuciła zaczepnie, na krótką chwilę łapiąc z nim kontakt wzrokowy, jednak po chwili zabrała się za drinka. Wycisnęła pół limonki jak wcześniej, a następnie nadmiar soku, który został jej na palcach zlizała, przykładając je sobie do ust. Może niekoniecznie zrobiłaby tak na faktycznej imprezie, ale przecież tutaj miała przed sobą Madoxa, a nawet jeśli Matteo, to przecież dobrze wiedziała, że mu się to spodoba. Widziała to w jego ciemnym spojrzeniu.
Kiedy skończyła swój pokaz, zabrała się za wlanie rumu. Tym razem zrobiła to o wiele ostrożniej i zamiast zalewać pół szklanki wlała tak o połowie mniej, by wciąż był mocny, ale żeby jednak rum nie był jedynym wyczuwalnym składnikiem drinka. Dopełnia wszystko colą i przybliżyła się do niego. Spojrzenie miała intensywne. Jakby naprawdę nie pragnęła niczego innego, tylko zostać przez nią zerżnięta.
— Gdzie masz ten hotel? — spytała powoli, spoglądając na jego usta, przy okazji podpierając się na jednym łokciu. Ręką, która była w powietrzu sięgnęła do swojego ramienia i po-wo-li przeciągnęła swoje ramiączko, opuszczając je z ramienia w dół. W tym samym czasie jej druga dłoń zamieszała delikatnie drinka słomką i wrzuciła do środka limonkę. — Twój drink — podsunęła mu drinka pod samą rękę, a kiedy do niej sięgnął, to niby przypadkowo musnęła jego palce swoimi. — Mam nadzieje, że wrócisz po kolejny. I nie tylko — dodała jeszcze, zagryzając dolną delikatnie dolną wargę. A potem wypuściła mocno powietrze i się wyprostowała, odsuwając od lady. Znowu musiała się przejść. — I jak? — spytała, czując jak nie wiedzieć kiedy zrobiło się jej kurewsko gorąco.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wiesz, jakby to smakowało dobrze, to mogłaś sobie darować nawet limonkę, u mnie barmanki ozdabiają szklanki, dopiero jak się nauczą robić drinki - no bo akurat prezencja to rzecz drugorzędna, w Emptiness mieli mieć dobre drinki, a nie piękne. Chociaż Madox lubił ozdobić szklankę, ale dla niego jednak cuba libre z miętą to świętokradztwo, może po prostu Madox robił cuba libre po kolumbijsku, a Pilar chciała mu zaserwować kanadyjskie?
Wbił w nią ciemne spojrzenie, kiedy sięgnęła po jego szklankę, a kiedy się napiła spojrzał na nią tak, jakby chciał powiedzieć, a nie mówiłem? Ale się nie odezwał.
- Jakbyś chciała kogoś upić to zajebiście, ochrona by się poskładała nawet bez proszku, trzy takie by wystarczyły - uśmiechnął się i oparł łokieć na blacie - ale drink to nie jest, barmanko - rzucił, a już zaraz jej wytykał błędy, tłumaczył wszystko. Oczywiście, że nie mogła komuś na siłę wpychać cuba libre, ale mogła po prostu być... przekonująca. Musiał jej to tłumaczyć?
Chyba uznał, że nie. I tego, że jak będzie flirtowała z jednym, to dwóch pozostałych po prostu nie będzie się gapić, bo to jakoś tak nie wypada, też nie. Zresztą zaraz sam jej prezentował jak ma odwracać uwagę od tego co robi, jemu wyszło całkiem nieźle. Ale fakt Madox miał podzielną uwagę, mógł gadać, robić drinka i jeszcze zatańczyłby do tego. On po prostu umiał robić dziesięć rzeczy na raz i jeszcze zazwyczaj wszystko mu szło gładko, wiedział kiedy spuścić spojrzenie, a kiedy je przeciągnąć, ale on to wyćwiczył przez lata, za barem, albo jako podwójny agent.
- Ał, jak grubemu? - zapytał, kiedy powiedziała, żeby nie nazywał jej słodką idiotką, nie pasowało do niej, ale kusiło, żeby sprawdzić co się stanie, kiedy to powtórzy, nawet już ułożył na języku te dwa słowa, ale chyba nie mieli czasu, żeby się szarpać. Chociaż Madox nie miałby nic przeciwko temu, jakby sobie byli na tych swoich sympatycznych wakacjach, na których nie liczyliby czasu, jak szczęśliwi ludzie. Bo co to za wakacje bez szarpania się z ukochaną? Jakieś chujowe, według niego.
Wyprostował się na stołku, kiedy się odsunęła i zaczęła podskakiwać, obserwował ją, nawet przez chwilę chciał ją zagrzać jakimś dopingiem, ale stwierdził, że za to też mogłoby mu się oberwać.
- Najlepszy rum w całym Meksyku? - powtórzył po niej i się uśmiechnął - brzmi zajebiście - stwierdził, ale no nie byłby sobą, a już na pewno nie byłby Matteo, gdyby nie odpowiedział na jej zaczepkę - a co macie jeszcze... najlepszego w całym Meksyku? - prześlizgnął się spojrzeniem po jej sylwetce, na dłużej zawieszając ciemne oczy na jej dekolcie, na który opadł jego ciepły oddech, gdy mocniej nabrał powietrze w płuca i wypuścił je nosem. Powiódł za nią spojrzeniem, a potem zawiesił je na jej dłoniach, kiedy wybierała limonkę. Dopiero jej kolejne słowa sprawiły, że odszukał jej piękne, brązowe oczy, uniósł zaczepnie jedną brew.
- A co na przykład? - zapytał i nawet chciał dodać coś jeszcze, coś bezczelnego w stylu Matteo, pewnie jakiś tekst pokroju trzeba z tobą chodzić, czy od razu się ruchasz, ale wtedy Stewart oblizała z palców ten sok z limonki. A Madox się na niej zawiesił, z ciemnymi tęczówkami utkwionymi w jej pełnych, gorących ustach. Matteo też by się to spodobało, Pablo pewnie też...
Nawet na moment nie spuścił spojrzenia na jej dłonie, tylko wodził nim po jej twarzy, nawet kiedy ona patrzyła w dół na szklankę. Dopiero gdy postawiła przed nim drinka, to na niego zerknął, ale zaraz i tak podniósł wzrok na jej intensywnie czekoladowe, piękne oczy.
- Jebać hotel, możemy iść na zaplecze - to powiedział Matteo? Czy Madox? Jego ciemne tęczówki przesunęły się po jej nagim ramieniu razem z tym ramiączkiem. Nawet kurwa nie zauważył, kiedy mu zamieszała tego drinka. Dopiero gdy jej ręka musnęła jego palce to spuścił na moment wzrok, szarpnął się bo chciał ją złapać za rękę, ale barmankę? Nie wypada przecież.
Nabrał mocniej powietrze w płuca, zawieszając wzrok na jej wargach, kiedy przygryzła tę dolną. Dopiero gdy się odsunęła, to wypuścił powietrze ze świstem, odchylił się do tyłu, bo już na tej ladzie pochylał się do niej coraz bliżej, i w końcu podniósł drinka, żeby wypić kilka łyków. Zdziwił się, bo był naprawdę dobry.
- Zajebisty - powiedział najpierw i opróżnił prawie pół szklanki, ale zaraz odstawił ją na blat z hukiem - ale na barze nie możesz stać - dodał i wbił w nią spojrzenie, ale nie żartował - bo jakby ktoś się tak do ciebie odezwał, to dostałby w zęby i przykrywka spalona, moja i twoja - nie powstrzymałby się, nawet nie było co nad tym myśleć - idziesz jako moja kobieta - dodał i utkwił w niej spojrzenie. Już chuj z tym dosypywaniem prochów, ale jako jego kobieta będzie chociaż odrobinę miał wpływ na to, kto i jak się będzie do niej zwracał. Zawsze będzie mógł się unieść, czy odezwać, a tak... tak by go popierdoliło, jakby flirtowała tak jak z nim, z jakimś Pablo, czy którymś ochroniarzem.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
I w sumie była na dobrej drodze, bo ten udawany flirt, który tak naprawdę nie był udawany, chcąc nie chcąc tworzył między nimi znajome iskierki i sprawiał, że gęstniało powietrze. Może było to kwestią tego, że przed nim nawet nie musiała udawać zainteresowania, ale wychodziło jej to całkiem dobrze. Kiedy zapytał co takiego mogłaby mu pokazać, uśmiechnęła się bezczelnie i nachyliła bliżej, tak, by tylko on mógł ją słyszeć (bo przecież na imprezie byłoby więcej ludzi).
— De donde yo vengo lo llamamos głebokie gardło — Tam skąd pochodzę mówimy na to głebokie gardło, wyszeptała mu prosto w twarz, chociaż musiała się cała w sobie spiąć, żeby się nie roześmiać. Nie no kurwa nie było opcji, żeby była w stanie komukolwiek innemu tak powiedzieć. Jasne, Pilar lubiła flirtować, była w tym całkiem dobra, ale jednak ladacznicą potrafiła być tylko przy nim. Na pokaz czy nie, nie miała już przed nim wstydu.
Odwracanie sam drink chyba też wyszedł jej całkiem niezły, bo tym razem faktycznie kolorem przypominał Cuba Libre, które sama zawsze piła. Gdyby dostała coś takiego w barze na pierwszy rzut oka nawet nie zastanowiłaby się, że był robiony przez jakiegoś amatora. Została jeszcze tylko kwestia smaku.
Obserwowała go uważnie, kiedy unosił szklankę do ust. Nawet na moment zapatrzyła się w sposób, jak jego pełne wargi otulają szklankę, a potem wilgotnieją w kącikach do trunku. Napił się go o wiele więcej niż tego poprzedniego. Potraktowała to jako dobry znak, który zresztą po chwili miał swoje potwierdzenie, w krótkim zajebite, które wyszło z jego gardła.
Uśmiechnęła się szeroko, czując napływ satysfakcji. Chuj z tym, że jeszcze pewnie będzie musiała nauczyć się zrobić z dziesięć o wiele trudniejszych drinków, bo na razie wyszedł jej ten najbardziej oczywisty — Stewart doceniała małe rzeczy, a teraz to już w ogóle do tego stopnia, że aż podskoczyła sobie w miejscu w geście triumfu i nachyliła się przez blat, by zgarnąć pozostałość ze szklanki dla siebie. Drinka faktycznie był dobry. Smakował tak, jak powinien. Wyzerowała go praktycznie od razu. Może jak jej nie wyjdzie w policji, to przebranżowi się za ladę? Nawet miała to zaproponować Noriedze, rzucić, że może ją kiedyś postawić na bar w Emptiness, ale wtedy on oznajmił, że na imprezie za ladą nie mogła stać.
— Co? Przecież sam powiedziałeś, że wyszedł mi zajebisty — otworzyła szerzej oczy, przyglądając mu się i oczekując wyjaśnień, które… zaraz dostała. I chociaż przejawiały one zdecydowanie niezdrową zazdrość, tak przez twarz Pilar przemknął cień uśmiechu. Powiedzieć, że lubiła, kiedy był zazdrosny, to zdecydowanie zbyt mocne słowo, ale… no po prostu rozczulał ją fakt, że komuś zależało na niej do tego stopnia. Chociaż działo się tak już od jakiegoś czasu, dla Stewart to wciąż było nowe. Nie miała tego przez całe trzydzieści lat, dlatego nie ma co się jej dziwić, że teraz tak bardzo ją to fascynowało. Tak samo kiedy oznajmił, że pójdzie jutro jako jego kobieta. Po raz pierwszy bez udawania, bo przecież nią była.
— Ja pierdole, zajebiście — rzuciła w końcu, oddychając z ulgą, przy okazji podsuwając sobie pustą szklankę pod nos. — Bo jakbym jeszcze z pięć razy miała cię tak wyrwać przez tą wyspę, to albo bym doszła od samego gadania albo bym się na ciebie kurwa rzuciła — dodała bez najmniejszych ogródek, spoglądając mu prosto w oczy. Nie jej wina, że miała tak gorącego faceta, a chemia między nimi działała w nawet najchujowszych możliwych momentach. Z drugiej strony co się dziwić, jak oni nawet nad trupem potrafili ze sobą kręcić. A tutaj też zaglądając mu oczy, Pilar czuła fale ciepła, uderzającą w jej ciało oraz przyjemne prądy, które wędrowały gdzieś w okolicach kręgosłupa. Aż się musiała znowu napić z tego wszystkiego.
Z tego i też całego dnia, jaki przecież mieli za sobą. Jeśli w ogóle chcieli zasnąć, to musieli się czymś znieczulić, żeby wyłączyć głowę i funkcje nadmiernego myślenia o tym co było i przede wszystkim o tym co będzie.
Szklankę w której wciąż był mocny drink wyjebała do zlewu. Zamiast tego wzięła nową i postawiła obok tej już wcześniej przygotowanej. Do każdej wrzuciła po kostce lodu, trochę soku z limonki i alkohol dopełniony colą. Już nawet nie bawiła się w to całe ozdabianie, po prostu podsunęła Madoxowi jedną pod nos, a swoją od razu wyzerowała. Dobre było.
— W takim razie skoro moje barmańskie powinności są już zakończone… — odepchnęła się od lady i westchnęła głośno, czując, jak alkohol powoli ją rozluźnia, ale na dobitkę jeszcze zgarnęła do połowy pełną butelkę rumu i złapała kilka łyków z gwinta, biorąc ją ze sobą. Jedną ręką sięgnęła do tyłu po zapięcie sukienki, z którym bez problemu sobie poradziła, ciągnąc w dół zamek błyskawiczny, a po chwili i materiał osunął się w dół. — Ciekawe czy mają tu w ogóle jakieś piżamy — pokręciła głową i skierowała się do sypialni. Temperatury w Meksyku były tak wysokie, że pewnie większość ludzi spała nago, ale przecież oni nie mogli, bo wcale by nie poszli spać. A już na pewno nie Stewart. No chuj, najwyżej założy na Madoxa jakiś worek.
Madox A. Noriega