Dobrze, że nie chciał go zwolnić. Może faktycznie będzie tak, jak mówił Galen i Seeley w pracy będzie zachowywał się jak gdyby nigdy nic i będzie można zamieść wszystko pod dywan. Najważniejszym było, żeby ta cała szopka, która zaszła w jego domu, nie dała mu jakkolwiek do myślenia, że miało to cokolwiek wspólnego z Quebec i jego szemranym biznesem na boku. Potrzebowali, by Arthur jak zawsze skontaktował się ze swoimi kontaktami i ustalił z nimi kolejną datę dostawy. A to nawet i bez komplikacji mogło nie być takie proste. Istniało przecież duże prawdopodobieństwo, że podczas rozmów mógł porozumiewać się szyfrem lub skrótami, których ustalenie zapewne zajęłoby Pilar dużo czasu. Ale cóż, takie były skutki robienia wszystkiego za plecami własnych partnerów i całej policji. Była zdana tylko i wyłącznie na siebie. No dobra, miała w tym wszystkim Galena, ale przecież po dzisiejszym wieczorze, spokojnie wróci sobie do swojego idealnego życia w luksusie i pięknych modelek. Jednak nie dało się ukryć, że swoje zrobił. Pomógł, nawet bardzo, a do tego w wielu sytuacjach wykazał się naprawdę logicznym myśleniem i sprytem. Może dlatego, kiedy rzucił o
nie byciu takim głupim, jak się ludziom wydaje, Pilar zadarła głowę do góry i spojrzała na niego ze ściągniętymi brwiami.
—
Ja tam nigdy nie uważałam cię za głupca — wzruszyła ramionami, nonszalancko, jakby była to rzecz oczywista i bez większej wagi. —
Wiele dobrego i złego myślałam o tobie na przestrzeni czasu, ale nigdy, że jesteś głupi — powiedziała to z naciskiem na tego
złego rzecz jasna, malując na twarzy cwany uśmiech. Bo przecież sam nazywał się dupkiem, bywał bezczelny i irytujący, ale oczywiściem miał też bardzo dużo zalet. I chociaż Stewart nie dostrzegła ich przy pierwszych dwóch spotkaniach, tak te ostatnie naprawdę poszerzyły jej perspektywy. Może nawet trochę bardziej, niżby tego chciała. Postrzegała go
inaczej, to na pewno, ale jak
inaczej? To już zdecydowanie postanowiła zostawić dla siebie, głęboko zakopane w czeluściach myśli.
—
Poza tym — złapała jeszcze przelotnie jego spojrzenie. —
Na kolacje chodzę tylko z tymi inteligentnymi — może trochę czerstwy żart, biorąc od uwagę okoliczności tej
kolacji, a przede wszystkim jej zakończenie, jednak to był właśnie jej prywatny sposób, by powiedzieć Galenowi, że miała go za człowieka
mądrego. Bo naprawdę tak było. Sama była tego świadkiem, jak dobrze wraz z nią analizował poczynania w śledztwie, jak wypowiadał się o sprawach ważnych i nawet ta wrażliwość, którą raczej chował przed światem zewnętrznym, a jednak Pilar była jej świadkiem — nawet to sprawiało, że był daleki od uzyskania miana
głupca. I trochę miała nadzieje, że o tym wiedział. Pewnie wiedział.
Gdy siedząc już w samochodzie wspomniał o wymyśleniu ksywki dla Pilar, już była gotowa zasugerować Harley Quinn lub inną wariatkę, bo chyba trochę tak wyglądała w oczach Wyatta, jednak wtedy on wypalił z Moneypenny. Stewart prychnęła pod nosem, przy okazji wywaliła oczami i spojrzała na niego z głową opartą o fotel. Bo problem w tym, że trafił
idealnie.
—
No tak.. niesamowicie lojalna, z nienaganną etyką zawodową, sakrastyczna, błyskotliwa i z niewyparzonym językiem. Cała ja — rzuciła nieskromnie, poruszając przy tym brwiami w niemałym rozbawieniu. A było to zabawne, bo Pilar właśnie taka była. Co to joty. Niezależna kobieta w świecie zdominowanym przez mężczyzn. A fakt, że Galen tak szybko to wyłapał, tylko podkreślało jej poprzednie słowa. —
Ale wiesz, że ona kiedyś postrzeliła Bonda? — oczywiście fabularnie stało się to przez przypadek, ale tego akurat nie trzeba było wspominać. Bo Pilar chociaż nie powiedziała tego na głos, obejrzała
wszystkie filmy o Bondzie, nie wspominając już o książkach. I to wcale nie po jednym razie. Bondziak został postrzelony, bo Eve postawiła dobro sprawy nad wszystko. A to, że źle trafiła, to już wypadek przy pracy. I w sumie z tym też trafione, bo Pilar zrobiłaby dokładnie tak samo.
—
Zapniesz w końcu ten pas? — wypaliła nagle, kiedy męczył się z tak prostą czynnością. Bezpieczeństwo przede wszystkim, szczególnie kiedy wiozła ze sobą pijaka, a więc nie było mowy, że ruszy, dopóki tyłek Galena nie będzie zabezpieczony przez wypadkiem. —
Zablokował się? — wychyliła się bardziej i chciała go siegnąć, jednak szybko okazało się, że ją zaś trzymał jej własny pas. Ten
zapięty. —
Czekaj — odblokowała zapięcie i uniosła się wyżej, by złapać taśmę za uchem Galena. Tylko im bardziej ona się wychylała, on próbując jej pomóc i się odsuwać jeszcze bardziej wprowadzał zamęt. Jak ona w lewo, to on w prawo i tak strącał jej rękę. Ona w dół, on w górę i znowu. —
Kurwa, nie ruszaj się — skarciła go poważnym tonem i posłała jeszcze jedno z tych spojrzeń tuż obok jego twarzy, które oznaczały by lepiej z nią nie zadzierać. Już praktycznie klęczała nad skrzynią biegów, łapiąc w palce materiał pasów, gdy Galen ponowie się poruszył, a Pilar kompletnie straciła równowagę. Pierwsze wydała z siebie kwiknięcie, zaraz potem jęknięcie, a w następnej sekundzie już lądowała na kolanach Wyatta. Dobrze chociaż, że w ostatniej chwili przekręciła delikatnie ciało i wylądowała na nim tykiem a nie twarzą. Bo mogło być nieciekawie.
Zamilkła na moment. Trochę z irytacji, bo nie chciała powiedzieć o dwa słowa za dużo do faceta, który nie umiał nawet zapiąć pasów bezpieczeństwa we własnym samochodzie, a trochę z faktu, że już po prostu brakowało jej słów. Ten wieczór był dziwny. A może nawet i pojebany. I jeszcze kończyła go w Porche na kolanach Wyatta.
No kurwa.
Zamiast zejść od razu, opuściła napięte mięśnie, opadła plecami na tapicerkę i przetarła twarz donią. A potem z lekkim zrezygnowaniem i rozbawieniem spojrzała na Galena.
—
Same problemy z tobą — pokręciła głową, chociaż na twarzy jednak malował się szczery uśmiech. —
No i co się tak na mnie patrzysz? Sama prawda! — miała ochotę jeszcze pstryknąć go w nos, kiedy tak wbijał w nią swoje pijaniutkie do granic możliwości spojrzenie. Ale tego nie zrobiła. Zamiast tego złapała
w końcu za końcówkę od pasa i kolokwialnie mówiąc
zapięła Galena. Z chwilą w której dźwięk zatrzasku wybrzmiał w samochodzie, Pilar już zbierała się na swoje miejsce. Bo jeśli chcieli faktycznie gdziekolwiek pojechać raczej nie powinna tego robić z kolan swojego towarzysza.
Wylądowała na fotelu, poprawiła włosy, zapięła
ponownie swój pas i odpaliła samochód. Powoli i ostrożnie wycofała się z ciemnej, polnej ścieżki na jakiej stali, a następnie wyjechała na drogę, nie szczędząc sobie nacisku na pedał gazu. Aż oczy się jej zaświeciły z prawdziwej ekscytacji.
—
To auto jest niesamowite — wyrwało jej się, kiedy tak rozpędzała się na pustej drodze do dwustu. Aż serce zabiło jej szybciej, a w brzuchu pojawiło się przyjemne mrowienie. —
Jakim cudem nigdy nie byłeś w Wendy’s? — zmieniła szybko temat, bo dopiero po chwili przypomniała sobie, o czym rozmawiali przed sytuacją z pasami. —
Nawet jako dzieciak? — dopytała no bo jednak
nigdy było silnym słowem. Rozumiała, że pochodził z bogatej rodziny, a tego typu miejsca były raczej dla plebsa, ale… sama nie wiedziała, wydawało się to takie odklejone, że aż nieprawdopodobne.
—
Gdybyś chciał — zaczęła po chwili, wciąż wpatrzona w drogę przed siebie i szybko mijane auta, które jechały z naprzeciwka. —
Jest taki jeden zestaw, Appetizer Platter, w którym dostajesz wszystkiego po trochu i możesz spróbować prawie wszystkich wariacji z menu w pomniejszonych wersjach. Można się najeść do porzygu — na ostatnie słowa aż się uśmiechnęła pod nosem, a jej brzuch aż zaburczał z ekscytacji i tego myślenia o jedzeniu. —
To było pierwsze co zamówiłam, jak.. — trochę się w zawahała czy w ogóle powinna o tym mówić, ale skoro już zaczęła, to co jej szkodziło. —
..jak wyszłam z bidula i zarobiłam pierwsze pieniądze. Kompletnie nie wiedziałam co zjeść, a chciałam zjeść wszystko, wiec babeczka poleciła mi właśnie ten Appetizer Platter. I tak się tym zajadam, że aż mi się uszy trzęsły, a potem wszystko wyrzygałam w toalecie z przejedzenia. Ale wiesz co? — przekręciła na moment głowę, by spojrzeć na niego i sprawić czy w ogóle słuchał i przypadkiem nie zasnął. —
Było warto. Niczego nie żałuje — prychnęła pod nosem i skupiła się na drodze. Pilar w życiu też ominęło dużo atrakcji, ale przynajmniej jak potem je nadrabiała, to robiła to na całego. Czasami może nawet
aż za bardzo.
Gdy wjechali do miasta, zwolniła nieco nogę na gazie, by przypadkiem nie musieć brać udział w pościgu, tym razem będąc z tej drugiej strony. Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, to perspektywa wyciągnięcia z Porche trzech stówek była naprawdę (ale to NAPRAWDĘ) kusząca. Ale jednak trochę nie na miejscu, więc zwolniła, a kiedy przy następnym zjeździe wyłoniło się wielkie czerwone logo, wykręciła w lewo i już ładnie parkowała na jednym z wolnych miejsc.
—
Zanim pójdziemy.. Pokaż ręce — rzuciła rozkazem zaraz po odpięciu pasa i przekręciła w stronę Galena. —
Trzeba ci podwinąć te zakrwawione rękawy — jak powiedziała, tak zrobiła. Przy okazji wyciągnęła jeszcze z torebki paczkę mokrych chusteczek i normalnie jak Jezus swoim uczniom mył
nogi podczas Ostatniej Wieczerzy, tak Pilar Galenowi
dłonie. Starała się być w tym delikatna i ostrożna, by nie drażnić ran, które i tak zdążyły porobić mu się na zaczerwienionych knykciach. —
Dzielny pacjent — pochwaliła go jeszcze kiedy skoczyła. A I nawet uśmiech posłała. Jeden z tych bezinteresownych i szczerych.
Galen L. Wyatt