-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Chętnie Was posłucham — stwierdza Lotte, unosząc do góry oba kąciki ust. Co by nie powiedzieć, miała słabość do muzyki. Pierwszy raz Cassian kupił ją właśnie tym, jak grał jej na pianinie. Ta myśl niechętnie przeszła przez jej głowę, po czym pokręciła krótko głową — nie, Will raczej specjalizuje w graniu mi na nerwach — zażartowała do Anabelle, unosząc wysoko oba kąciki ust. W ten sposób można by nazwać ich relację. Granie na nerwach. Chyba wrócili ponownie do tego, kiedy z pomieszczenia wyszli rodzice Patela.
— Możesz przestać doszukiwać się teorii spiskowych? — prycha Charlotte, unosząc do góry jedną ze swoich brwi — załatwić Ci folię, żebyś założył sobie czapkę? — pyta, przechylając głowę. Musiała mieć interes, by być miłą? To nie z rodzicami Williama miała problem, a z jego sąsiedzkim zachowaniem. O zgrozo, poza ich miejscem zamieszkania potrafili znaleźć nić porozumienia. Dogryzanie Willowi przy Franklinie uznałaby za najtańszą broń, jaką mogłaby go zaatakować. Widziała jego podejście do syna.
— Boisz się, Patel — powtarza rozbawiona Charlotte i aż kręci delikatnie głową — może to zrobię dzisiejszego wieczoru? Nie powiem Ci ani jednej zgryźliwości — będzie miłą. On w żaden sposób jej dziś nie dogryzał, oprócz nazwania jej kluseczką, ale zniszczy go dopiero w sąsiedzkim zaciszu — śmieszną masz minę, gdy doszukujesz się we mnie fałszu — parska finalnie, kręcąc głową. Tym razem miała czyste intencje, przyjechała mu jedynie do zdjęć. Już sama jej obecność powinna być dla niego odpowiednim dogryzieniem, zwłaszcza że jego rodzice wydawali się lubić Lotte.
— Twoja mama chyba myśli, że my.... — aż musiała popić chęć wypowiadanych słów winem — no wiesz... — kolejny łyk, bo dalej nie była w stanie pamiętać sylwestrowej nocy — uprawialiśmy seks i coś nas łączy. Śmieszne, prawda? — zaśmiała się nerwowo. Niemożliwe, żeby nawet pijana oraz naćpana, totalnie porobiona mogłaby do czegoś takiego dopuścić. Mogła się do niego przytulać, całować, ale były pewne granice. Chociaż buta u niej zostawił.
— Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz — mruczy Charlotte, bo w życiu nie przyznałaby się do obrony jego osoby — byłam miła tak jak przy stole. Wiem, jak to jest mieć chłodnego starego — przypomina mu Kovalski. Jeśli ktokolwiek z jej znajomych pojawiłby się w podobnej sytuacji, miała nadzieję, że zareaguje podobnie. Na całe szczęście rodzice Patela wrócili do pomieszczenia.
— Moi Drodzy, czas na deserek — rzuca cała zadowolona Anabelle, rozkładając zastawę na stole — Charlotte, lubisz tiramisu? — zagaduje dziewczynę, mając nadzieję, że ta zaraz jej przytaknie. Kto nie lubił tiramisu?
— Uwielbiam, na pewno jest pyszne — rzuca praktycznie od razu z przepięknym uśmiechem, a kiedy wszyscy zasiądą przy stole, zaczyna rozkoszować się deserem.
— Już nalewam wam kawy... Franklin kieliszki są puste, polej kochanie — zaraz dzbankiem nalewa do filiżanek, a pan Patel dolewa znowu Charlotte wina. W takim tempie powinna przestać pić. Wszyscy rozpoczynają jeść deser, gdy Anabelle nagle przerywa ciszę — może opowiecie coś więcej o waszych sprawach. Widziałam Cię ostatnio w gazecie Charlotte w sprawie związanej... z jakimś prokuratorem? Lennox chyba ma nazwisko, jak ten senator — zagaduje swobodnie Anabelle, a Charlotte mimowolnie robi się cała blada. Choć z jej twarzy znika uśmiech, krew odpływa na dół. Nie wie, co powinna ze sobą zrobić, mocno zagryza wewnętrzną część polika i czuje, jak każdy mięsień mimowolnie się jej spina. Nie uważała tego za zwycięstwo, to było najgorsze zastępstwo, w którym brała udział. Musiała upokorzyć mężczyznę, którego darzyła uczuciami i jego byłą narzeczoną. Są pewne granice, których nawet zawodowo nie chciała przekraczać. Tylko w tej sprawie nie miała nic do gadania.
— To była bardzo specyficzna sprawa, bo występowałam w zastępstwie — zaczyna finalnie Charlotte, czując delikatne spięcie. Wbija sobie paznokcie w dłoń, by nawet kącik ust jej nie drgnął — ale pewien prokurator nadużywał swojej władzy i brał byłą narzeczoną do swoich spraw — wyjaśnia spokojnym tonem — tradycyjny konflikt interesów. Trzeba było przerwać to, jeśli mogło mieć to wpływ na sprawiedliwość procesu — przełknęła nerwowo ślinę. Każda sprawa, gdzie znajdowała się ta dwójka, mogła być kwestionowana. Dalej nie mogła zrozumieć, jak on mógł sobie pozwolić na taki błąd — mój kolega wynajął prywatnego detektywa, który do tego dotarł — nie ona, kolega. Niech to jasno wybrzmi, nie chciała przez nikogo być powiązana z tą sprawą — ja byłam jedynie twarzą tego procederu z powodu niedysponowania mojego kolegi — stwierdza finalnie Kovalski, wzdychając ciężko. Kiedy działania prokuratury są kwestionowane, bardzo łatwo o unieważnienie oskarżeń przez nią kierowanych. Wtedy wygrała, ale dalej czuła się, jakby przegrała.
— Nie mam czym się chwalić, ale cieszę się, że ta lekarka nie musi patrzeć mu w twarz — dorzuca finalnie, przymykając na moment oczy — podobno zostawił ją po leczeniu nowotworu — w ciszy wraca do jedzenia deseru. Współczuła kobiecie. Naprawdę. Tylko i tak wyszłoby wszystko na jaw. Najgorsze było dla niej to, że ona musiała tego dokonać.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Już nie histeryzuj — rzuca Kovalski, wywracając teatralnie oczyma. Bywały chwile, gdy się zgadzali, chociaż częściej kłócili się ze sobą. Zgadzała się z tym w stu procentach. Momentami miała go piekielnie dosyć, gadał bzdury, a ją odrobinę to irytowało bez dwóch zdań. Czasami nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Lubiła go i brzydziła się nim jednocześnie.
— Może dlatego, że tutaj nie próbujesz mnie wkurwiać — wycedza Charlotte finalnie. Prawda była taka, że dzisiaj prócz nazwania ją Kluseczką nie zrobił niczego, co powinno wyprowadzić ją z równowagi. Ba, całkiem przyjemnie czas z jego rodziną. Widocznie jego paranoja wychodziła na światło dnia codziennego, doprowadzając ją do prawdziwych nerwów.
Potem zaczyna słuchać jego opowieści i każdy jej mięsień zaczyna się spinać wręcz mimowolnie. Czuje nieprzyjemne ciągnięcie w żołądku. Na pewno by się z nim nie przespała. Nie pamiętała tamtego wieczoru, zdawała sobie sprawę, że mogłaby popełnić ten błąd. Tamten wieczór był przepełniony jakąś niewytłumaczalną magią, której nie potrafiła zrozumieć. Jakby wszystkie ich niesnaski odeszły daleko w las, zamiast tego zaczęli nawiązywać dziwną nić porozumienia. Było dużo czułości, ale czy skończyłoby się ono w łóżku? Na pewno nie. A może tak? Jednak mogła go unikać, nie chciała tego wiedzieć. Aż dreszcze przeszły po całym jej ciele, gdy przypomniała sobie, jak stał w jej sypialni w gaciach i skarpetach i czekał, aż woda z niego odparuje. Obrzydliwe.
— Słucham? — zaczyna Kovalski, unosząc obie brwi ku górze — żartujesz sobie, prawda? — dopytuje nerwowym tonem. Nie do tego dojść nie mogło. Jeszcze trzy razy? Aż miała ochotę coś zwrócić. Ręką zakryła usta, bo nie chciała pozbyć się lasagne ze swojego żołądka, ale usilnie próbowała z niej wyjść.
— Nie William nic nas nie łączy i łączyć nie będzie — wycedza zirytowana samą wizją przespania się z Patelem Lotte — to jedynie chęć uprzykrzania Ci życia. Trzeźwa nigdy nie dotknęłabym Cię w ten sposób — widocznie alkohol zdążył już zamazać jej granicę. Nie chciała kontynuować tej rozmowy. Czuła się upokorzona. Na jej policzkach wymalowały się rumieńce i gdyby nie przyjście rodziców Patela, to zadzwoniłaby na taksówkę. Wyobraźnia chodziła jej na zbyt wysokich obrotach.
— Tak i twierdził, że to dlatego, że ona jest najlepszą profesjonalistką — już kontynuuje teraz sprawę Cynthii — nie, mam własne zasady. Wchodzenie w sprawy prywatne, a zwłaszcza tak delikatne nie powinny wychodzić na sali sądowej — stwierdza spokojnym tonem. Nawet ona, jako adwokatka, miała jasne zasady — mój kolega zrobił z tej lekarki ofiarę, a wszystko mogło zamknąć się za zamkniętymi drzwiami z sędzią i tym prokuratorem — dla niej rozwiązanie tej sprawy w ten sposób miało zdecydowanie większy sens. Wolałaby móc z niego skorzystać, wtedy ona nie musiałaby przed oczyma wielu ludzi zeznawać i opowiadać o własnym bólu.
— W pewnym sensie tak. Zerwałam jej współpracę z Lennoxem — stwierdza Charlotte, a choć ona się z nim pogodziła, to dalej miała swego rodzaju niesmak — nie wyobrażam sobie, jaki ból musiała czuć, widząc go po zerwaniu w pracy — może dlatego cieszyła się w duchu z jego zawieszenia. Oglądanie go nawet w trakcie mijania w sądzie nie należałoby to najbardziej przyjemnych kwestii.
— Nie wiem, raczej nie należę do osób, które powinny ją oto pytać — po paru chwilach kończy już jedzenie deseru. Rozmowy przy kawie przypominały bardziej te o pogodzie. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło.
— No dobrze kochani, czas na rodzinne albumy — Anabelle klaszcze w dłonie i po chwili przynosi pierwszą księgę rodzinną, a Lotte robi się blada. Nie spodziewała się tak sporych rozmiarów — proszę oto pierwszy album porodowy. Pamiętaj Charlotte, zdjęcia mogą wydawać się okrutne, ale warto mieć dzieci — rzuca jeszcze przesłodko, a wzrok kieruje na syna — to największy cud na świecie — za to oglądanie tych zdjęć było największą torturą. Chociaż wraz z kolejnymi księgami Lotte zaczynała sie faktycznie dobrze bawić. Nawet udało się jej zrobić kilka zdjęć na telefonie, bo chciała mieć pamiątkę z tego uroczego obiadu.
— No William, teraz pora na muzykę. Zagrajmy coś twojej wybrance — później faktycznie dali popis muzyczny, a Franklin z Charlotte wszystkiemu się przysłuchiwali. Do jej głowy wpadła krótka, nieznośna myśl. W takim wydaniu był.. nawet atrakcyjny, ale znów się skrzywiła na myśl, że się ze sobą przespali.
— Już ta godzina? — Charlotte spogląda na godzinę w telefonie i aż jest przerażona. Patrzy zaraz na Willa — jutro o ósmej muszę być w sądzie, a muszę jeszcze dopiąć kilka rzeczy. Musimy już wracać — zaczyna i ma nadzieję, że Patel ją poprze. Po tym winie szumiało jej w głowie, a tu wiedziała, że zaraz doleją jej kolejny kieliszek.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Tak — zgadza się, bo faktycznie jest prosta. Na co dzień w żaden sposób nie utrudnia ludziom życia, o ile ktoś nie próbuje doprowadzić jej do białej gorączki. Problem z Williamem tkwił w tym, że on to robił. Wystarczyło jedno słowo, żeby ona się zagotowała i miała go dosyć.
— Żeby zrobić mi na złość — stwierdza praktycznie od razu, spoglądając na niego badawczym wzrokiem. Poszukiwała jakiegoś znaku, w którym mógłby przyznać się kłamstwa. Tylko nie znalazła go, a przerażało ją to jeszcze bardzo. Gacie, skarpetki i odparowanie wody wracały do niej. I niby co? Ona miała z nim spać? Nie było takiej możliwości — w życiu bym tak nie powiedziała — stanowczo zaprotestowała, bo wizja tego... przerażała ją najbardziej. Najlepszy seks z Williamem? Aż czuła, jak lasagne właśnie odbija się jej bokiem i robi pierdolonego fikołka w jej żołądku.
— Zamknij się, Patel i nie wspominaj o tym — warczy finalnie na niego Kovalski, czując, jak złość ją zalewa. Nie powinna przy nim pić, ani brać niezidentyfikowanego proszku, po którym musiała się odchorować przez cały tydzień. Po dzisiejszym obiedzie też będzie musiała, zwłaszcza że wyobraźnia jej wariuje i ma wizję. Ona i Patel na kanapie. Na blacie kuchennym. Pod prysznicem. Chyba potrzebowała zatrudnić firmę do dezynfekcji, jeszcze jakiegoś syfa, by jej przyniósł do domu. Albo gołąb się jej pojawi.
— A w jakiej sprawie? — pyta Charlotte, unosząc jedną brew. Ciekawość u kobiet była naturalna. Kochała zdobywać informacje, zwłaszcza takie, które mogły się jej przydać na przyszłość. Poza tym... dalej interesowało ją, za jaką kobietę chciał wyjść Cassian. Dalszych słów w sprawie Lennoxa postanawia nie komentować. Zdecydowanie bardziej interesowały ją rodzinne albumy Williama. Tak jak te porodowe zdjęcia źle przeżyła, nie rozumiała jak coś tak wielkiego, mogło wyjść przez coś tak małego... Momentami robiła się blada, tak resztę oglądała z prawdziwymi iskierkami w oczach. Zdjęcia jako księżniczki, pierwszy płacz za dziewczyną jakoś na nowo układały w niej wizję totalnie innego człowieka. Każdą anegdotkę wręcz chłonęła.
I może wtedy kiedy patrzyła, jak gra na gitarze, to zmiękła w stu procentach. Wydawał się być innym człowiekiem, bardziej współczującym, dobrym. Jakby odnalazł prawdziwego siebie. Szkoda, że musieli już jechać, bo szczerze? Posłuchałaby go znaczenie dłużej.
— Dziękuję, spróbuję się pojawić — rzuca Charlotte, unosząc oba kąciki ust ku górze. Zaproszenie z kopertą chowa do torebki i nie wspomina o nim Willowi. Niech ma niespodziankę. Zaraz podaje mu kluczyki, wsiada do auta, od razu zapina pasy. Z głośników wybrzmiewa muzyka prawdziwych fanów f1 33 Max Verstappen. Idealna do szybkiej jazdy i wyprzedzania debili na drodze.
— Weź depnij gaz — mruczy Charlotte, po czym przymyka oczy. Szybko zasnęła ledwo wyjechali, a ona już odpłynęła. Zbyt duża ilość jedzenia oraz alkoholu ją uśpiła, a budzi się, dopiero przez mocne szarpnięcie auta. Otwiera oczy, a oni jej autem... znajdują się w rowie. Nie wiedziała, jak do tego doszło, co się stało. Za to z nieba padał śnieg wraz z deszczem. Serce biło jej szybciej, niż się mogła spodziewać. Jej ukochane autko... trafi na złom.
— Kurwa, co się stało? Dlaczego jesteśmy w rowie? Mówiłeś, że umiesz jeździć, idioto — i zaraz poleciała cała wiązanka z kurwami, chujami, kutasami i każdym możliwym określeniem, którym mogła go nazwać.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
ztx2
Charlotte Kovalski