34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox doskonale wiedział po co go zajebał, no bo kiedy go tylko zobaczył, to od razu pomyślał o Pilar. I może to nie był pierścionek, który jego matce przyniósł szczęście, ale zdecydowanie towarzyszyły mu różne emocje, a im też przecież towarzyszyły zawsze. Nie zawsze dobre, bo często skrajne, ale silne. Tak silne jak to co trzymało jego matkę przez dwadzieścia lat w Medellin. Miłość, tylko nie księżniczki do smoka, a matki do dziecka. I teraz Madox jako to dziecko chciał ten pierścionek dać Stewart.
- Bo to... - zaczął i spuścił spojrzenie na ten pierścionek - to był początek jakiejś tam historii, mojej może właśnie - na moment podniósł na nią spojrzenie, ale zaraz przesunął palcem po tym rubinie. Bo taka była prawda, gdyby smok z Medellin nie ukradł księżniczki z Meksyku to jego by nie było. I może Madox nie wierzył w jakieś przeznaczenie, w los i takie rzeczy, ale czasem niektóre rzeczy działy się po coś. A to, że jego ojciec trafił do Meksyku i zakochał się w pięknej Esmeraldzie, no to przecież dzięki temu on pojawił się na świecie.
Spojrzał na nią, kiedy zapytała co robi z tym pierścionkiem, nawet przez chwilę miał jej zapytać, a co się robi z pierścionkami zaręczynowymi, ale ugryzł się z język. Jego ciemne oczy odszukały jej przenikliwe spojrzenie, zmarszczył nawet brwi, kiedy powiedziała to ty chyba nie..., bo on właśnie tak. Zamierzał się jej oświadczyć, mimo, że się znali dwa tygodnie, a może dwa miesiące, bo tyle przecież się wydarzyło, po Medellin przez cały tydzień się unikali, potem tydzień w szpitalu, jeszcze te dni pomiędzy i te ich spotkania, każde intensywne bardziej od poprzedniego. A zresztą co to za różnica, jak on jej po trzech dniach potrafił powiedzieć, że ją kocha. Madox nigdy z takimi rzeczami nie czekał, nie myślał nad tym tygodniami, a zresztą nad czymś on myślał? Zawsze działał impulsywnie, kierowany emocjami. A dzisiaj i tak myślał o tym od rana, jemu wystarczyło.
- A pół roku temu, że nigdy się nie zakocham, a dwa tygodnie temu, że nigdy nie będę szukał mojej matki - wzruszył ramionami, no bo taka była prawda, że on takich rzeczy nigdy nie zakładał, to się działo i trzeba było w to iść. Madox szedł zawsze. Nawet jakby mu powiedziała, że jutro za ten pierścionek zginie, to on by powiedział, że co z tego. Nawet by się nie zastanawiał. Ale liczył się z tym, że ona będzie. Chociaż pytania dlaczego może się nie spodziewał. A może powinien?
Ale przecież on nigdy nie zastanawiał się nad takimi rzeczami, chociaż, chyba wiedział dlaczego.
- Bueno, porque te amo - no bo cię kocham, to akurat była niezaprzeczalne i już jej to powiedział wiele razy. I to się wcale nie zmieniało, nawet kiedy czasem doprowadzała go na sraj, do szewskiej passy, kiedy mówił jej, że ją nienawidzi... to i tak ją kochał - porque me gustaría que fueras mi esposa - bo chciałbym, żebyś została moją żoną, powiedział to pewnie, może nawet bardziej niż wczoraj to, że nigdy się nie ożeni? Może jutro z taką samą pewnością siebie zmieniłby zdanie? Akurat z Madoxem to nigdy nie wiadomo - porque si alguna vez tuviera que formar una familia con alguien, sería contigo - bo jakbym miał kiedykolwiek, z kimkolwiek zakładać rodzinę to tylko z tobą, spłodzić jakiegoś Pablo, czy Pablitę… Lepiej nie, bo to paskudne imiona. Ale przy ich okazji o tym pomyślał, tej całej szopki, którą musieli odstawić - y cuando pienso que no estás cerca, es una mierda - i jak sobie myślę, że ciebie nie ma obok, to jest chujowo, znowu się zrobiło romantycznie, ale Madox to jednak nie umiał w zbyt romantyczne gesty, czy słowa. Czasem tylko jak grał, jakiegoś natchnionego Matteo, która swoją narzeczoną całował po rękach. Albo jak udawał, bo chciał wyrwać jakąś panienkę, to wtedy był bardzo romantyczny. Ale dzisiaj nie udawał wcale, a zresztą on przy niej nigdy nie udawał...
- Porque contigo puedo ser yo mismo - bo przy tobie mogę być sobą, to też jej musiał powiedzieć, bo to był fakt, że przy niej mógł być ćpunem, gangusem, paranoikiem, mógł być popierdolony, a ona go nie oceniała. Nie odpychała.
- Ale okej, rozumiem, że nie chcesz - znowu wzruszył ramionami i ten pierścionek schował w dłoni, bo może sobie go zatrzyma i przerobi, żeby mógł go nosić na przykład? Chociaż z drugiej strony...
- Jakiś stary pierścionek po mojej matce i chujowe oświadczyny przy osranych spodniach - jeszcze raz spojrzał na ten pierścionek na swojej ręce, a później... Zamachnął się i go wyrzucił, nie doleciał do wody, ale spadł gdzieś a piasek, może ktoś go sobie znajdzie, a może nigdy nikt? W zasadzie to nawet lepiej, skoro przynosił takiego pecha - dobra, idziemy? Bo jeszcze ten czerwony konik - znowu spojrzał na Stewart, a zaraz wyciągnął do niej rękę, a jeszcze przy okazji wygrzebał z piachu swój telefon, zerknął na wyświetlacz - o kurwa... - dwanaście nieodebranych połączeń od jakiegoś meksykańskiego numeru. Esme? Bo numer Pablo przecież miał.

cariño <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może i faktycznie pierścionek z pięknym, czerwonym rubinem był początkiem jego historii. Zapieczętowaniem wymuszonej miłości, nieodwzajemnionej, która zaowocowała darem w postaci dziecka. Chcianego, czy nie chcianego, to już nie miało najmniejszego znaczenia. Był. Przyszedł na świat i stał się oczkiem w głowie Esme. Tej pięknej księżniczki, którą zły smok zamknął w wieży. Której zabrał możliwość na wolność i bycie z Lopezem, a która jednak dwadzieścia lat swojego życia poświęciła, by wychować mądrego i kochającego człowieka. Jeśli popatrzyło się na to z tej perspektywy, to może faktycznie pierścionek miał w sobie o wiele głębsze znaczenie niż tylko przymusową miłość i odebranie wolności.
Ale to wcale nie zmieniało faktu, że nie powinien trafić na palec Pilar.
Nie teraz.
Nie w tym momencie relacji, w jakiej się znajdowali.
Pytając go dlaczego, nie wiedzieć czemu łudziła się, że da jej faktycznie argumenty. Że chociaż raz podejdzie do czegoś z logiką i rozbiciem na czynniki pierwsze niż po prostu na czutkę. Że wcale nie wyciągnie znowu tego argumentu, że nigdy nie planował się zakochać, a jednak to zrobił, bo akurat o tym Pilar wiedziała aż za dobrze, jako osoba, która całe życie trwała we własnych postanowieniach, a dla niego nagięła wszystko, co budowała przez całe dorosłe życie.
I chociaż rozczulało ją do granic możliwości, kiedy spoglądał jej głęboko w oczy i mówił, że ją kocha, że nie potrafi tak bez niej i przy niej mógł być sobą, to czuła pod skórą, że nie mogła im tego zrobić. Nie mogła tego przyjąć.
Madox był najlepszym co ją w życiu spotkało. Był gamą emocji — tych najbardziej skrajnych ale też i najpiękniejszych, jakie przyszło jej kiedykolwiek czuć. Wiedziała, że są sobie pisani, że może to wszystko, co wcześniej było po coś, żeby wycierpieli się zawczasu, żeby teraz móc dzielić to wszystko na pół. Rozumiał ją jak nikt inny. Kochał ją jak nikt inny. Ale dlaczego dla niego to nagle zaczęło być za mało?
Pozwoliła mu mówić. Wysłuchała go w spokoju, nawet na moment nie spuszczając wzroku z pięknych, obłędnych ciemnych oczu. Jej serce biło w zastraszającym tempie. Autentycznie nie pamiętała, kiedy ostatnio się tak zestresowała, a jednak z całych sił starała się nie dać nic po sobie poznać.
Yo también te amo Ja też cię kocham, odezwała się w końcu, unosząc dłoń do jego policzka. Muskała jego szorstką brodę opuszkami, przyglądając się uważnie jego twarzy, jakby nie chciała, żeby cokolwiek im teraz umknęło. — Muchísimo. Más que a nada en el mundoBardzo. Kurwa, najbardziej na świecie, dodała pewnie, takim tonem, że on również musiał to poczuć. Że jej reakcja wcale nie wywodziła się z tego, że Pilar nie była pewna swoich uczuć, bo co do tego akurat nie miała żadnych wątpliwości. Jej problem leżał w logice. Dlatego przysunęła się do niego na kolanach i tym razem dołożyła drugą rękę do policzka, przysuwając twarz do tej jego. — Ale czemu nie możemy się po prostu kochać? — i to było bardzo ważne pytanie, na które Madox również powinien poszukać w swoim sercu odpowiedzi. Na ten moment mieli wszystko, co tylko mogło być im potrzebne: mieli siebie i wzajemne uczucia. Nie musieli przecież brać kredytu, czy chrzcić dzieka. Mogli po prostu być razem. — Czemu potrzebny jest do tego pierścionek? — dopytała spokojnie. To wszystko przecież wciąż było takie świeże. Powinni naprawdę dać temu czas, rozkwitnąć, przekonać się, że to wszystko, co robili wbrew całemu światu było przede wszystkim wystarczająco bezpieczne.
To nie tak, że nie chce. Że mówię nie… — znowu zaczęła, chcąc mu to jakoś wytłumaczyć. Pokazać własną perspektywę. — Ale to jeszcze nie jest ten czas, Madox. Zobacz jak wiele rzeczy musimy jeszcze stawić czoła, pomyśl o tym, co czeka na nas po powrocie do Toronto. Już i tak to, że jesteśmy razem jest kurewsko nieszczepienie. Przecież ty nie możesz ożenić się z psem. I wiem co powiesz, że masz to w dupie, ale moje bezpieczeństwo też masz? Chociaż raz spójrzmy na to logicznie, a nie tylko przez pryzmat uczuć. Bo akurat one w żaden sposób się nie zmienią. To czy mam to na palcu czy nie — wskazała na pierścionek w jego dłoni, po czym wróciła do jego ciemnych oczu. — Nie sprawi, że będę cię kochać bardziej. Bo bardziej i tak się nie da. Więc może po prostu bądźmy. Razem. A jak któregoś dnia się obudzimy i razem postanowimy, że to czas, to możemy nawet to zrobić następnego dnia. Ale jeszcze nie teraz — jej głos był spokojny, zrównoważony, jakoś dziwnie do niej niepodobny, ale to dlatego, że Pilar chyba po raz pierwszy w życiu tak na czymś zależało. Na kimś. Dokładniej to na nim. Nie chciała go stracić przez to, że teraz powiedziała nie na oświadczyny. Chciała, żeby zrozumiał jej punkt widzenia. Że przecież to i tak nic by nie zmieniło na lepsze, a mogło sprowadzić jeszcze więcej problemów.
Naprawdę liczyła, że zrozumie. Że chociaż spróbuje zrozumieć…
A on zamiast tego rzucił tekstem o gównie, nazwał go starym i wypierdolił.
Dosłownie wypierdolił gdzieś w eter na piach.
Pojebało cię?! — ryknęła, tym razem już wcale nie pilnując się, by nie podnieść głosu. Popatrzyła na niego z wyrzutem. Czy z taką właśnie łatwością i ją potrafiłby wyrzucić ze swojego życia? Jak ten pierścionek na którym zależało mu jeszcze minutę temu, a teraz leżał gdzieś w piachu? Aż ją coś ugodziło w brzuch. Zerwała się z miejsca, chociaż on już sobie grzebał w telefonie, ona poszła w miejsce, w którym poleciał pierścień i zaczęła go szukać.
To kurwa idź — mruknęła wkuriona, ostrożnie przebierając w piasku. — Co się tak patrzysz? Daj mi spokój i idź oddzwonić. Ja zaraz cię dogonię — warknęła i już potem nawet na niego nie spojrzała. Szukała tego pieprzonego pierścionka. Nie miała zamiaru go tu zostawiać. Po jej cholernym trupie. Znała Madoxa aż za dobrze, wiedziała, że potem by tego żałował. Dlatego na kolanach grzebała w piachu jak ostatnia wariatka, aż ludzie przechodzący obok spoglądali na nią jak na trędowatą.
Nawet kiedy on odszedł już kawałek dalej, żeby oddzwonić, ona wciąż szukała, klnąc pod nosem. Była zła. Na całą sytuację, na siebie, na niego i kurwa wszystko. Chociaż kiedy w końcu go znalazła, z jej płuc wyrwało się głośne westchnienie ulgi. Przymknęła na moment oczy i zacisnęła go w dłoni.
Wstała z piachu i poszła po swoje rzeczy. Niezdarnie naciągnęła na siebie spódniczkę, pierścionek wrzuciła do torebki, a koszulkę tylko przewiesiła o pasek. Podeszła do Noriegi, który czekał przy wyjściu z plaży.
I co? Kto dzwonił?

el que amo :pilar2:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A czy on cokolwiek robił z logiką, z rozbiciem na czynniki pierwsze? Czy w ogóle kierował się w życiu jakimiś powinnościami? Nie, nigdy. Bo on wszystko robił na wyczucie, nawet drinki. Tak prowadził samochód, tak podchodził do ludzi, tym też kierował się w uczuciach. W życiu ogólnie. Nie rozpamiętywał, nie analizował, nie czekał. Brał wszystko takie, jakie było, jakie mu dawali. Z siebie też przy tym dając wszystko. I z tym pierścionkiem też jej chciał dać wszystko, albo nic...
Albo... to co mieli?
Bo jak się zaraz okazało to musiało mu wystarczyć.
Przecież wiedział, że ona go kocha, jakby tak nie było, to nie byłaby z nim tutaj, w Meksyku, gdzie wcale nie opalali się na plaży, a mieli... Tylko gdzie cały czas walczyli z jakimiś przeciwnościami losu. Z mafią. Wiedział to. Czuł to. A i tak kiedy dotknęła jego policzka to drgnął.
- Możemy... - rzucił, ale bez przekonania, ale może miała rację i mogli. Tak po prostu się kochać.
To nie było mało, kurewsko dużo, a ten pierścionek...
- Nie jest potrzebny - stwierdził. Ale chyba powiedziałby jej teraz wszystko, co chciałaby usłyszeć. Nie do końca szczerze. Ale kiedy postawił na szczerość, to dostał... kosza. To nie tak, że nie chcę, że mówię nie, a jak? Ciemne tęczówki przesunęły się na jej piękne, czekoladowe oczy, ale nic nie powiedział. Słuchał jej słów, uważnie. Od razu miał się jej zapytać, kiedy według niej będzie ten czas. Miał jej powiedzieć, że nie wie co ich czeka po powrocie do Toronto, bo nawet do końca nie wie czy tam wrócą, kiedy znowu pójdą do Pablo. Powiedzieć, że ma w dupie to czy on może się ożenić z psem, bo może z kim chce przecież. A chciał z nią.
Ale milczał. Zacisnął tylko zęby i jej słuchał.
Dopiero kiedy zapytała czy jej bezpieczeństwo też ma w dupie to wywrócił oczami. Bo nie miał. Cały czas starał się działać tak, żeby była bezpieczna, z różnym skutkiem niestety... Ale czy to zawsze była jego wina? Może.
- Okej - tyle jej kurwa powiedział, na ten cały wywód, który przecież wziął sobie gdzieś do serca, tylko go kompletnie nie rozumiał. Bo dla niego takie logiczne myślenie, rozważanie czegoś na tylu płaszczyznach było... no to się kompletnie z nim gryzło.
Ale czego się spodziewał?
Na pewno nie tego, że wywali ten pierścionek, ale to zrobił. Cisnął go gdzieś, bo po co on mu był, skoro go nie chciała... Pierścionka. Niepotrzebny, ukradł go dla niej i tylko jej go chciał dać.
Uniósł obie brwi, kiedy tak na niego ryknęła.
- O co ci chodzi Pilar? - bo teraz to jej kompletnie nie rozumiał, nie chciała go przecież. To on też już go nie chciał. Miał go kurwa wziąć i się na niego patrzeć? Jutro sobie przypominać, jak go nie chciała? Roztrząsać? Czy co kurwa?
Przecież Madox nie robił takich rzeczy, nie roztrząsał, nie rozdrapywał ran, parł na przód. Nie oglądał się za siebie, bo po co?
- Pilar, chodź bo się spóźnimy, a jeszcze ten pierdolony prezent - rzucił grzebiąc w telefonie, a kiedy kazała mu iść, to zawahał się przez moment, spojrzał na nią jeszcze raz, ale wtedy zadzwonił mu telefon. Rzeczywiście odszedł na kilka kroków i odebrał, bo teraz to akurat nie była Esme. Przeszedł się wzdłuż wejścia na plażę, a później usiadł nawet na jakimś kamieniu. Założył tylko buty, bo spodenki miał obsrane, nawet nie było opcji, żeby je ubrał, zajebiście wyglądał w białych bokserkach i adidasach, jakby się urwał z jakiegoś klubu dla pań, gdzie przed chwilą robił striptiz.
Wstał kiedy do niego podeszła.
- Idę prosto do samochodu, musisz sama się rozejrzeć za tym konikiem, bo zobacz jak ja wyglądam... - zaczął od tego i spojrzał w dół, nawet nie miał gdzie schować telefonu, więc trzymał go w ręce. Liczył, że Pilar zabrała jego portfel i te skręty.
- A właśnie, daj mi jednego jointa... - kolejny świetny pomysł - bo jeszcze będę musiał zadzwonić - no tak, powinien jej chyba powiedzieć w końcu kto dzwonił, bo na to czekała. A on w międzyczasie rozmawiał już z Esme, której kazał się rozejrzeć, bo ona zaczęła panikować, że Lopez zniknął, ale Madox nie chciał od razu jej mówić, że ma go Pablo, kazał się rozejrzeć...
Zwłaszcza, że on potem rozmawiał z Pablo i już wiedział o co im poszło. Lopez go okradł. To znaczy Pablo nie powiedział, że to Lopez konkretnie, ale powiedział, że miał taką akcję, że jeden z jego ludzi okazał się złodziejem. Madox też czasem umiał łączyć kropki.
- Dzwonił Pablo, powiedziałem mu, że przyjdę sam, bo się źle czujesz... - dlaczego to zrobił? Nie na złość. Po prostu, żeby mu już nie zarzucała, że on się nie przejmuje jej bezpieczeństwem, bo przecież się przejmował. Przecież kurwa była dla niego najważniejsza. Na tego golfa też wcale nie powinien jej zabierać, posłuchać Esme i Lopeza. Sam jakoś by to załatwił.
- Daj mi klucze - wyciągnął rękę po kluczyki, i po tego blanta, którego zamierzał spalić na rozjaśnienie umysłu, uspokojenie myśli. Których teraz miał pod czaszką jeszcze więcej. Za dużo.

hermosa <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pilar wcale nie dała mu kosza.
Kosza mógłby dostać, gdyby zaprosił ją na randkę, a ona by odmówiła; gdyby zapytał się, czy coś do niego czuje, czy z nim będzie, a ona powiedziałaby, że nie. Gdyby jebła którymś z tekstów pokroju to nie ty to ja. A przecież nic z tego nie miało miejsca.
Patrzył na to wszystko, jako na coś złego. Miał jej to za złe. Widziała to po nim. Po sposobie, w jaki po prostu przytaknął na jej słowa. A jej wcale nie o to chodziło. Nie chciała, żeby od biedy i kompletnie przeciwko sobie przyznał jej rację. Ona chciała to przegadać. Chciała, żeby chociaż spróbował z r o z u m i e ć jej punkt widzenia.
Tylko on już postanowił.
Postanowił zrobić z niej tą co dała mu kosza. Tą która nie przyjęła nagłych zaręczyn po kilku tygodniach spotykania się ze sobą. A potem jeszcze wyjebał pierścionek. I szczerze? Zabolało ją to. Zabolało ją z jak wielką łatwością on się po prostu poddał. Nie? To kurwa nie — dokładnie tak się zachował i tylko utwierdził ją tym w przekonaniu, że oni wcale nie byli gotowi na kolejny krok. Po prostu nie byli, skoro jemu wystarczyło jedno jeszcze nie, a on już nie chciał. Nie wyszedł z założenia okej, skoro nie teraz, to może za jakiś czas, tylko po prostu wyjebał cały ten pomysł daleko w piach.
Była zawiedziona.
Ale co z tego? Jak to i tak niczego nie zmieniało: on poszedł sobie zadzwonić, a ona w tym czasie jak ostatnia idiotka grzebała w piachu, próbując jakoś odnaleźć pierścionek, który może kiedyś będzie gotowa założyć na palec. A może nie będzie. Bo może nią też Madox w końcu pierdolnie w piach i pójdzie dalej. Byłaby wielka szkoda. A jej serce to chyba złamałoby się na pół i już nigdy nie podniosło.
Bo przecież chociaż Pilar była twardą kobietą na zewnątrz, w środku była kurewsko krucha. Po raz pierwszy w życiu oddała komuś swoje serce, zaufała i chociaż była pewna swoich uczuć, to przecież wciąż się bała. Bała się tego, jak mocno się w nim zakochiwała, każdego dnia jeszcze mocniej. Jak wariowała na jego punkcie. Jak autentycznie nie potrafiła już bez niego żyć. Przerażało ją to. Ona wciąż uczyła się z tym funkcjonować i teraz kiedy zbierała swoje rzeczy z piachu, kiedy w końcu odnalazła go na kamieniu przy wyjściu z plaży, czuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Gryzło ją to. Przejmowało. A on jeszcze postanowił zostawić ją samą i iść sobie do auta. Podniosła na niego jakieś takie zgaszone, smutniejsze spojrzenie, gdzie żal przygryzała gdzieś między zębami.
Okej — rzuciła krótko i przestąpiła z nogi na nogę. Nie chciała iść bez niego, ale co miała do gadania? Gówno jak widać. Przyłożyła dłoń do torebki, jednak wtedy on wspomniał o skręcie, więc zamiast kluczyków wyciągnęła jednego jointa z bocznej kieszonki i podała mu patrząc na niego przelotnie. A zaraz potem podała mu też zapalniczkę, bo przecież nie miałby czym sobie spalić tego pieprzonego zielska.
A dowiem się chociaż kto dzwo… — nie zdążyła nawet w pełni zadać pytania, bo to właśnie wtedy Noriega postanowił jej w końcu odpowiedzieć. A może raczej zażartować? Bo przecież chyba właśnie stroił sobie z niej żarty. — Słucham? — zamrugała kilkakrotnie, wbijając w niego pełne niedowierzania spojrzenie i czekała. Czekała, aż się zaraz uśmiechnie i powie jej, że tylko sobie stroił z niej żarty. Że wcale nie powiedział Pablo, że źle się czuła i wcale nie pojedzie zaraz sam do Gonzalesa. Tylko po jego spojrzeniu już widziała, że mówił serio. Dokładnie to miał zamiar zrobić.
Pierścionek wyjebany, to teraz i na mnie kolej? — warknęła ostro, już wcale nie gryząc się w język. Zrobiła krok w jego kierunku, czując, jak serce momentalnie przyspiesza. — Mieliśmy działać jako zespół — miała do niego pretensje, to fakt, ale były one jak najbardziej podstawne. Przecież obiecali sobie, że będą w tym razem. Że po równo ubrudzili się w całej sprawie i po równo jakoś z tego wyjdą. A on co zrobił? On stwierdził, że woli to załatwić bez niej.
Stała przez chwilę w bezruchu i po prostu mu się przyglądała. W te piękne, ciemne oczy, które choć zawsze doprowadzały ją do szału, teraz robiły to w ten najgorszy możliwy sposób. Tak bardzo odmienny od tego jeszcze na łódce, kiedy łapali beztroskie chwile wakacji. Nie złapała momentu, kiedy to wszystko się wykoleiło, a on zachciał bawić się solo.
Zajebiście — prychnęła w końcu pogardliwie i sięgnęła do torebki, by odszukać w niej kluczyki do samochodu. — Masz kurwa, bierz i jedź do niego, najlepiej już teraz — zamiast mu jego podać, po prostu sinęła nimi w jego i nagą, wytatuowaną klatkę piersiową. — Nawet nie czekaj na mnie, jak wrócę. Jakoś sobie poradze. Może wezmę taksówkę. Po prostu kurwa jedź i rób sobie, co chcesz, skoro i tak mnie z tego wyjebałeś — mógł słyszeć żal w jej głosie. Było go tam może i za dużo, ale Pilar taka już była — zresztą tak samo jak on — intensywna, narwana i jak już czuła pewne emocje, to czuła je na maksa. Nie było u nich półśrodków. I skoro on nie chciał jej u swojego boku, ona nie miała zamiaru po raz setny się o to kłócić. Może już w ogóle jej nie chciał, bo śmiała powiedzieć mu że jeszcze nie teraz. Może. Cóż, i tak stało się to później, niż obstawiała. Myślała, że sprawa z Daltonem była już przelaniem szali.
Ostatni raz rzuciła spojrzenie w jego piękne oczy i po prostu odeszła. Ruszyła szybkim krokiem, wkurwiona w stronę deptaka, gdzie ciągnęły się liczne sklepiki z zabawkami i pamiątkami. Chociaż na dobrą sprawę po chuj ona właśnie szła się rozejrzeć za zabawką dla Aury, jak zaraz się okaże, że i tam nie będzie wcale potrzebna.

Madox A. Noriega
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A może właśnie rozumiał ją za dobrze?
Miała prawo się zawahać, odmówić mu, bo przecież on jej tak naprawdę nigdy do niczego nie zmuszał, zawsze dawał jej wybór. Kurwa, ona była jedyną kobietą w jego życiu, z którą on tak postępował, bo przecież... był jak jego ojciec, jak ten smok z Medellin, który nie pyta o zgodę, który robi co chce. A jej zawsze pytał...
Wszystko by dla niej zrobił, trzy razy prawie oddał za nią życie, a zrobił by to jeszcze sto następnych, a ona i tak poddawała go w wątpliwość, bo co? Bo nie powiedział, dobrze, jak chcesz, będzie tak jak ty tylko chcesz. A czemu zawsze miało być jak ona chce? I tak dużo rzeczy w swoim życiu jej podporządkowywał. Zaniedbywał klub, półświatek zepchnął na jakiś dalszy plan. Od razu jej zaproponował, żeby się do niego wprowadziła, kiedy tylko wyszła akcja z Daltonem. Później przymykał oko na jej walkę z demonami, która przecież jego też męczyła, chciał jej pomóc jakoś przez to przebrnąć, bo ją kochał, szczerze, bo był przy niej i dla niej, tak jak jej powiedział na tym brudnym zapleczu Emptiness.
A ona w niego zwątpiła, bo nie błagał jej, bo nie prosił, bo nie przyznał jej racji, tylko chciał nad tym nie koszem przejść do porządku dziennego. Kompletnie nie wiedział czego ona od niego oczekuje. Bo w tym momencie wszystko co robił było nie tak. Była zawiedziona, widział to w jej oczach. Ale w takim razie czego ona chciała. Nie, to nie. Dla niego - koniec tematu.
Mogli po prostu mieć to w dupie. On by mógł, ale ona nie. Ona musiała grzebać za tym pierdolonym pierścionkiem w piasku, tylko po co? Żeby do tego wracać? Ale po chuj mieli do tego wracać, skoro już chyba powiedziała mu wszystko. A przynajmniej dla niego to było wszystko. Jeszcze układał w głowie jej słowa. Ale i tak najbardziej dotknęło go to, że zarzuciła mu, że w dupie ma jej bezpieczeństwo, bo on się starał. Nigdy się tak nie starał. Ryzykował własnym życiem, dla niej, a ona i tak uważała, że ma ją w dupie.
Wziął od niej skręta i zapalniczkę, bez słowa. Bo co jej miał powiedzieć? Że teraz już się postara, żeby była bardziej bezpieczna. Ale żeby tak było to musi się wycofać? Nie chciał. Ale może kurwa powinien? Skoro to jej tak leżało na sercu, że nie pierwszy raz mu to wypominała. On nie wypomniał jej ani jednego pierdolonego razu, ani wtedy kiedy postrzeliła go Ruby, nie miał jej tego za złe, on wtedy jej mówił, że przyjąłby takich postrzałów sto, za nią. Umarłby za nią. A potem prawie umarł, kiedy Nick Dalton celował mu w głowę w motelu, czy on się wtedy zawahał? Czy powiedział, a co z moim jebanym bezpieczeństwem, wypisuje się z tego. Nie. A potem pod lodem, kiedy już naprawdę myślał, że umrze, bo dziko bijące do niej serce, zwolniło, on też niczego nie żałował. Rozciętej ręki, tacy rozbitej na głowie, godzin poświęconych, żeby nauczyć się smażyć jajko i kolejnych, które spędził na zakupach szykując mieszkanie, żeby mogła się do niego wprowadzić.
Pierścionek wyjebany, to teraz i na mnie kolej? - za-bo-la-ło. Kurewsko. Że w niego nie wierzyła. Że kurwa myślała, że mógłby ją sobie tak po prostu darować.
Dopiero jej kolejne słowa sprawiły, że zrobił krok w jej kierunku, ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
- Pilar kurwa - syknął przez zaciśnięte zęby - sama nie wiesz czego chcesz! - warknął i nawet miał się odwrócić i ją z tym zostawić... Ale to był Madox, a on nie lubił niedomówień.
- Najpierw chcesz być w tym ze mną, a ja kurwa odmawiam Lopezowi i Esme, bo nie umiem sobie wyobrazić, że ciebie nie ma obok mnie. Potem zarzucasz mi, że mam w dupie twoje bezpieczeństwo, po raz któryś... A teraz mieliśmy działać jako zespół. To się kurwa zdecyduj, bo te rzeczy się nie łączą. Bo ze mną nigdy nie będziesz bezpieczna. A jeśli chcesz być, to ja o to zadbam i dzisiaj kupię ci bilet do Toronto - rzucił praktycznie na jednym wydechu - nie powinienem cię mieszać w moje sprawy, okej, i ja to rozumiem - dodał jeszcze. Teraz to zrozumiał. Na tej plaży, że jednak ona nie była gotowa na kolejny krok... Że nie szła w to równo z nim. Nie miał jej nawet tego za złe. Bo czego on od niej oczekiwał, że przyjmie od niego pierścionek, żeby się wżenić w taką popierdoloną, gangsterską rodzinę? Głupota. A Pilar nie była głupia.
Złapał te kluczyki, które mu cisnęła, ale aż się musiał odwrócić na pięcie, a zaraz znowu do niej, zaraz zrobić krok w jej kierunku, tak, żeby palce zacisnąć na jej nadgarstku.
- Ja pierdole Stewart, ale ty mnie wkurwiasz - warknął prosto w jej twarz - sama się z tego wyjebałaś. I nie, nie tym, że nie przyjęłaś tego pierdolonego pierścionka. A tym, że ja już nie będę miał w dupie twojego bezpieczeństwa, bo jesteś dla mnie kurewsko ważna. Chociaż kurwa... to jak stwierdziłaś, że mógłbym cię wyjebać jak ten pierścionek - aż pokręcił głowa z niedowierzaniem - ale dobrze wiedzieć, że tak we mnie wątpisz. I w dupie masz to, co ja dla ciebie robię cały czas - puścił ją i teraz to już się odwrócił, żeby odejść. Chociaż zatrzymał się jeszcze dwa kroki od niej.
- Dobrze. Jesteś na wakacjach, wracaj do Acapulco, odezwę się jak będzie po... wszystkim. Poradzisz sobie - ona w jego głosie mogła słyszeć... Zawód. Po prostu zawód. Bo zawiodła go na całej płaszczyźnie, tym zwątpieniem, w niego. W jednej pierdolonej chwili. Jakby kiedykolwiek dawał jej jakieś powody, żeby miała... wątpić.
Ruszył do samochodu, w bagażniku znalazł jakieś ciuchy Lopeza, ubrał się w niej, a później po prostu odjechał. Nawet tego blanta już nie palił, nie szukał czerwonego konika. Jeszcze po drodze rozmawiał ze spanikowaną Esme, która już wiedziała co się stało z Lopezem. Próbował ją jakaś uspokoić, chociaż szło mu chujowo, bo sam czuł jak wzbiera w nim złość. Emocje, które dzisiaj wcale nie miały się tutaj pojawić.

y se suponía que sería tan hermoso
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystko przekręcił.
Dosłownie.
Przekręcił w s z y s t k o, co tylko się dało. Jak pięcioletnie, urażone dziecko — wziął sobie pół zdania wyjęte z kontekstu i to na jego punkcie się zafiksował. Dopowiedział własną narrację, która pod żadnym pozorem nie była nawet blisko tej, którą próbowała przekazać Pilar.
Wątpliwości Stewart nigdy nie dotyczyły bezpośrednio jego i uczuć, które dzielili. Nigdy w niego nie zwątpiła, chociaż on ciągle sobie wmawiał, że tak właśnie było. A bezpieczeństwo, które było częścią jej całej wypowiedzi? Użyła, bo przecież był to jeden z niewielu argumentów, który do niego trafiał. Właśnie dlatego, że na wszystko inne zawsze odpowiadał, że miał to w dupie. Ona nie miała. A przede wszystkim to j e g o bezpieczeństwa nie miała.
Nie chciała, żeby po raz kolejny się pod nią podkładał. Już i tak wystarczyły jej wyrzuty sumienia za wszystkie poprzednie razy. Katowała się z nimi każdego dnia, zadręczała i desperacko próbowała dążyć do tego, żeby już więcej do nich nie dopuścić. Może Madox i zapomniał gdzie pracował — i przede wszystkim dla kogo — ale ona nie. Balansując pomiędzy półświatkiem, a byciem informatorem policji, wiązanie się z psem było wręcz wystawieniem się na ostrzał, nie wspominając już o ślubie. Przecież na logikę — kto kurwa rozumny robiłby z nim interesy, jeśli jego żoną byłaby policjantka? Jaki mafiozo z Toronto miałby do niego jakikolwiek szacunek? Kto powiedziałby mu jakiekolwiek informacje, które on potem mógłby przekazać policji? Co stałoby na przeszkodzie, żeby go po prostu odstrzelić za to, co już widział? Pilar myślała o takich rzeczach i to właśnie to stało na przeszkodzie, żeby powiedziała tak. Nie uczucia, bo tych akurat była pewna, a już na pewno nie to, że w niego nie wierzyła.
Wcale nie chciała, żeby ją błagał, prosił i przyznawał rację, zawsze szanowała jego opinie. Nigdy nie oczekiwała, że zmieni dla niej swój punkt widzenia, ale była w tym samym czasie przekonana, że oni jak d o r o ś l i potrafiliby to przegadać. Madox nie potrafił. Madox potrafił jedynie pierdolnąć pierścionkiem w piach, obrazić się i po prostu opuścić. Dokładnie tak, jak odpuścił w tamtej chwili, kiedy postanowił nie zabrać jej do Pablo. A zmysły postradał, kiedy zaś oznajmił, że to ona nie wiedziała, czego chce.
Ja nie wiem?! — krzyknęła głośno, aż kilka osób dookoła się za nimi przejrzało. — Ja chcę być z tobą, Noriega. Tylko tyle i aż tyle. Chce, żebyśmy działali jako zespół. A ty odpychasz mnie przy pierwszej, lepszej okazji. Nie może być po twojemu, to tupiesz nogą i chcesz mnie wysyłać do domu?! — spojrzała na niego z niedowierzaniem, jakby dalej nie dochodziły do niej jego słowa. Jakby to, co mówił, było dla niej tak wielką abstrakcją, że gdyby nie słońce, które paliło jej odsłonięte plecy, śmiałaby myśleć, że właśnie śniła. Że to nie działo się naprawdę. Że on nie stał właśnie przed nią i nie wytykał jej tych wszystkich rzeczy, mówiąc znowu, że w niego zwątpiła, robiąc z niej tą złą, jakby kurwa nie mogli rozdzielić winy i racji na pół. Tak jak robili to przez cały czas. Nie. Tutaj ona była katem i teraz on postanowił ją ukarać.
Nigdy w ciebie nie zwątpiłam — miała odejść. Przetrawić to jakoś, ale przecież nie mogła słuchać tych bredni, które opuszczały jego usta. — I jak w ogóle możesz mówić, że mam w dupie to, co dla mnie robisz? — spytała z zawodem i aż wykonała krok w tył, jakby teraz to on sprzedał jej policzek prosto w twarz. — Madox, kurwa, ja się codziennie zadręczam tym, że mogłeś przeze mnie zginąć! Rozpierdala mnie to od środka, a ty mówisz, że mam to gdzieś? — nie wiedziała nawet kiedy, jej ciemne oczy całe się zaszkliły. A przecież Pilar nie płakała. Nigdy. I teraz też nie miała zamiaru, chociaż ilość skrajnych emocji, jakie właśnie czuła, sprawiały, że kurewsko ciężko jej było się powstrzymać. Wszystko ją bolało, ale chyba najbardziej jednak serce. Dokładnie to serce, o które on zapewniał, że będzie przecież dbał. Wiedział, przecież dobrze, jak bardzo Pilar się tego wszystkiego bała, jak ostatnie wydarzenia nadszarpnęły jej psychikę. Nie spodziewała się po nim takiej reakcji. Była święcie przekonana, że po prostu to przegadają, spróbują się dojść, będą się na siebie wydzierać, cokolwiek, ale nie, że on odpuści tak po prostu. A już tym bardziej, że faktycznie sobie pójdzie i odjedzie.
Ona w przeciwieństwie do niego nie miała zamiaru. Był dla niej zbyt ważny, żeby po prostu to sobie odpuścić, dlatego ruszyła wzdłuż licznych stoisk z pamiątkami i zaczęła szukać czegoś czerwonego dla Aury. Z nerwowo unoszącą się klatką piersiową i raz po raz pociągając nosem, chodziła i szukała. Powiedzieć, że ciężko było cokolwiek znaleźć, to jak nic nie powiedzieć — wszędzie były tylko magnesy albo plastikowy chłam, który pewnie rozleciałby się w kilka minut. A przecież Matteo był przy kasie. Nie mógł sobie pozwolić na pierwszą lepszą zabawkę, którą córka Pablo mogła mieć na jedno skinienie głowy. Problem w tym, że tutaj było tylko to.
Już miała się poddać. Wrócić do domu i liczyć na to, że jednak na imprezie nikt nie będzie oczekiwał od nich prezentu. Przysiadła na drewnianych schodkach tuż przy plaży, chowając twarz w dłoniach, przy okazji zastanawiając się, co ona miała z tym wszystkim zrobić. Jej myśli ciągle wirowały wokół Noriegi i tego, co jej powiedział, jak złośliwie karał ją za to, że odważyła się mieć inne podejście od niego. Pociągnęła nosem i wtedy przypomniała sobie, że przecież miała w torebce jeszcze kilka skrętów. Mieli palić je razem, ale po tym, co odjebał Madox, to nawet nie było wiadomo, czy jeszcze było jakiekolwiek razem. Chciał załatwiać sprawy z Pablo sam, to i ona mogła w samotności spalić blanta. Nie miała jednak zapalniczki, dlatego zaraz zaczęła rozglądać się za kimś, kto mógłby ją uraczyć ogniem.
Długo nie trzeba było szukać. Zaraz przy wejściu na plażę pod kolorowym parasolem rozłożony był mężczyzna w podeszłym wieku, palący papierosa. Na pierwszy rzut oka Pilar nie miała pojęcia, co właściwie robił pod tym parasolem, dopiero kiedy podeszła bliżej, zobaczyła liczne płótna pięknie zamalowane obrazami, a dookoła różnego rodzaju spraye.
W pierwszej kolejności spytała faceta o ogień, ale wtedy w jej głowie pojawiła się myśl, że może właśnie on mógłby pomóc jej w stworzeniu prezentu dla Aury.

Madox A. Noriega
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

No i tutaj się różnili, bardzo. Bo Madox nigdy nie myślał o takich rzeczach jak jego robota, jak półświatek, klub, policja, i to, że ktoś może chcieć go odstrzelić, bo się zbratał w psami. On od samego początku nie myślał o takich rzeczach, bo on zawsze się w tym wszystkim, co do niej czuł, kierował tylko i wyłącznie sercem.
Może nie powinien, ale przecież on zawsze to robił. Nie rozwiązywał spraw na logikę, tylko na wyczucie, na to, że trzeba było łapać okazję i ją wykorzystywać, jak dzisiaj z Pablo. Nie było czasu na myślenie, trzeba było po prostu korzystać z tego co im dawał Gonzales, i ładnie skorzystali. A potem Madox skorzystał też w kolejnej okazji, no i widać jak to się skończyło. Tupnął nogą? Oczywiście, nawet się szarpnął, kiedy mu to wypomniała, że musi być po jego. Bo właściwie zazwyczaj musiało. Ale czy nie uginał już przed nią karku? Czy już nie starał się z nią prowadzić tych trudnych rozmów, na różne tematy, ich związku na przykład, zazdrości. Starał się, dla niej się starał. Spojrzeć też na jej punkt widzenia. Ale dzisiaj nie umiał. Dzisiaj tego było trochę za dużo i wciąż ta myśl, że on nie dba o jej bezpieczeństwo, na której rzeczywiście się fiksował. Bo on potrafił się zakręcić na jednej rzeczy. Na niej się tak umiał zafiksować, a teraz na tym, że to co on robił to przecież było tak kurewsko nieodpowiedzialne.
- Bo nie powinienem cię w ogóle w to wpierdalać, to nie jest twoja sprawa Pilar - i teraz naprawdę pożałował, że nie poleciał jednak sam. Załatwiłby to i wrócił i mogliby sobie być razem. A może nie mogli, bo by się okazało, że tam w Toronto to też nie ma w ogóle prawa bytu. Bo przecież tam jeszcze wciąż była sprawa z Eliotem. I chociaż Madox powiedział mu, że ma spierdalać, bo on i tak tego nie zrobi, to może powinien... ze względu na jej bezpieczeństwo?
Za dużo było tych myśli, co powinien, co chciał, co musiał zrobić. Co by było najlepsze?
No ona była dla niego najlepsza. A dzisiaj tak ze sobą walczyli, a było tak miło, wcześniej...
- No i chuj, i mógłbym przez ciebie, i dla ciebie, ginąć codziennie, i kurwa nie żałowałem nawet jednej pierdolonej chwili, żadnej decyzji, którą podjąłem - warknął i znowu się zamachnął w jej kierunku, może znowu chciał do niej sięgnąć, ale widział te jej oczy, błyszczące bardziej niż zwykle. Cofnął się. Bo doskonale wiedział, że jak teraz jej dotknie, jak ona się kurwa rozklei, to on się złamie. To już jej na wszystko pozwoli. Żeby jechała z nim do Pablo. No na wszystko. Spojrzał na nią jeszcze raz, a później odwrócił się na pięcie i odszedł. I zostawił ją.
Kurwa.
- Uspokój się... Esme - nadawał do telefonu, kiedy już parkował przed domkiem do pieprzenia jego matki - tak wiem... - ona też już wiedziała, że Pablo ma Lopeza. Płakała do słuchawki, a Madox próbował ja uspokoić, chociaż jemu też serce waliło w piersi jak szalone. Trzepnął drzwiami od samochodu tak, że szyba zadrżała, a zaraz i tak sięgał do środka przez okno i szukał blanta, którego gdzieś tam rzucił.
- Załatwię to, spokojnie - ciekawe kurwa jak? Jakoś, jak zwykle? Znalazł skręta i odpalił go jeszcze opierając się o auto, ale parzyło, nagrzało się kurewsko na słońcu i nawet to, że nim jechał nie sprawiło, że trochę ochłonęło. Madox też nie ochłonął wcale, z jednej strony starał się rozmawiać z matką spokojnie, z drugiej po drodze do drzwi kopnął jakiś wazon i wywalił te misternie obsadzone w nim róże. Wszedł do środka, ale tam wcale nie było lepiej, bo na stole jeszcze stały jakieś pozostałości po ich śniadaniu. Które też przecież było całkiem przyjemne. I czemu się tak spierdoliło? Bo wyjął jakiś stary pierścionek jego matki?
- Porozmawiam z Pablo - zapewnił ją, ale co on mógł? Co mógł powiedzieć Pablo? Wyszedł na ogród, żeby znowu się przejść pomiędzy osadzonymi na tyle domu różami - ty nie rozmawiaj, jeszcze się czegoś domyśli, to niebezpieczne - jak cała ta akcja, była po prostu niebezpieczna. A on w to szedł jak w zaparte. Jeszcze wciągnął w to Pilar. Zaciągnął się dymem z jointa i wypuścił go w eter. Odrobinę może się uspokoił, odrobinę przewietrzył głowę, ale to wciąż było mało. Usiadł na schodku na samym dole.
- Wiem co zrobię - powiedział w końcu, a zaraz się rozłączył. Nie wiedział. Zupełnie nie wiedział co ma z tym zrobić, bo teraz nie dość, że trzeba było wyprowadzić Aurę, to jeszcze odbić Lopeza. Zamyślił się i chociaż starał się w głowie ułożyć jakikolwiek plan, to jego myśli wciąż i wciąż i tak wracały do Pilar, do tego, że zostawił ją na tej plaży. I do tego, że jakby była obok, to mogłaby mu coś podpowiedzieć, na pewno by to zrobiła.
Spojrzał na telefon i odszukał numer Pablo. Wstał i znowu się przeszedł po ogrodzie. Innej opcji nie widział, nic mu nie przychodziło do głowy. Nacisnął na zieloną słuchawkę.
- Pablo kurwa... amigo, spóźnię się, bo mam... akcję z Rosą, zaraz mnie pojebie - rzucił szybko do słuchawki, a potem znowu kopnął jakąś doniczkę, tak, że do Pablo mógł dojść dźwięk tej tłuczonej ceramiki - nie, to jest... nie o to chodzi, a zresztą... Pablo amigo, może po prostu któraś z twoich lasek z pola golfowego, pomogła by mi trochę odreagować... - oczywiście, że Pablo od razu zaproponował Sofię - Sofia jest zajebista... Nie, podjadę tam, tylko nie na tym polu kurwa, bo aż mi się rzygać chce. Świetnie na magazynie. Nie powiem, że mnie to nie kręci - gdzieś po drodze zaciągnął się blantem. Znowu poszło mu łatwo... Za łatwo?
- Dobra, podjadę, do godziny, a potem od razu do was - rozłączył się i spojrzał na zegarek. Dobra, to teraz pora się ogarnąć, bo on wciąż łaził w tych ciuchach Lopeza, a do tego był cały w piachu. Co prawda i tak się ubierze pewnie w coś jego, ale może innego niż biała koszula i czarna spodnie, które miał na sobie, a które Lopez nosił... no chyba zawsze. Ruszył pod prysznic, jeszcze po drodze odbierając telefon od Maddie.

una musaraña enamorada
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Różnili się. To fakt. Ale może to i dobrze? Bo gdyby byli zupełnie tacy sami, to przecież po pierwsze w życiu by się nie dogadali, a po drugie już pewnie dawno by zginęli. W Życiu nie dało się kierować tylko i wyłącznie sercem albo logiką. Najlepszym rozwiązaniem była mieszanka tych dwóch światów — zrównoważona, taka, która w odpowiednich proporcjach dawałaby najlepszy możliwy efekt.
Madox wiecznie wszystko robił na czuja, improwizował, zmyślał i szedł na żywioł i okej, czasami to miało swoje zastosowanie, ale przecież gdyby niekiedy nie logika Pilar i jakiś plan do całego tego szaleństwa, już nie raz mogli źle skończyć. Zaś odwrotnie: jeśli chodziło o uczucia, to właśnie on pokazał jej, że czasami warto było odpuścić i pozwolić sobie czuć. Zazwyczaj dobrze wychodziło im to dopełnianie siebie nawzajem. Ale nie dzisiaj. Nie w tamtej chwili, kiedy nie potrafili się dojść i w końcu każde poszło w swoją stronę. On pojechał do Pablo, a ona została na pieprzonej plaży, paląc blanta i zagadując faceta, który malował obrazy sprejami o ogień.
Jak mi księżniczko odpalisz połowę tego joincika, to ci namaluje zajebisty portrecik — rzucił zawodolony, szczerząc krzywe zęby do Stewart. Facet był około sześćdziesiątki, miał dłuższe włosy, związane w kitkę i był cały ubabrany w farbie. Wyglądał na lekko przytrzymanego, lekko styranego przez życie, ale w miare dobrze patrzyło mu z oczu. — To jak będzie? — nie dawał za wygraną.
Pilar po raz kolejny zaciągnęła się dymem, przytrzymując go nieco dłużej w płucach, by podsycić działanie używki. W sumie nawet nie planowała palić go całego, biorąc pod uwagę, że jej organizm wcale nie był przyzwyczajony do tego typu zabaw.
A zamiast portretu może być czerwony koń na jakimś zajebistym tle? — spytała spokojnie, przyglądając się uważnie mężczyźnie.
Czerwony koń?
No czerwony koń.
A czemu czerwony?
Nie wiem, bo nie zielony — durna odpowiedź na durne pytanie. A skąd ona miała wiedzieć, dlaczego Aura akurat lubiła kolor czerwony? Może bo był symbolem miłości? Przecież nie dlatego, że kojarzył się z krwią i namiętnością, jak to miało miejsce w przypadku jej i Madoxa. Madoxa, do którego zaraz na nowo odpłynęły jej myśli. Na krótką chwilę znowu się spięła, przypominając sobie to wszystko, co miało miejsce chwilę temu i to, że był teraz u tego pieprzonego psychopaty. Kurwa. Czemu ona go tam puściła? Dlaczego nie postawiła na swoim, żeby tam z nim jechać i po prostu dała mu odejść?
Dobra, zrobię ci tego konia — głos mężczyzny wyrwał ją z zamysłu.
Serio? Z pół jointa? — dopytała, jakby nie mogła uwierzyć, że poszło tak łatwo. Miała przecież przy sobie pieniądze, mogła mu zapłacić, ale facet ewidentnie bardziej cenił sobie zielsko niż gotówkę. — Tylko zajebisty musi być, bo to dla dzianej siedmiolatki — dodała po chwili, tak dla jasności, żeby przypadkiem nie zrobił jej jakiegoś chłamu z patykami zamiast nóg. Chociaż patrząc po pracach mężczyzny raczej tworzył piękne dzieła.
Przysiadła na niewielkim murku tuż obok i dopaliła swoją połowę skręta, przy okazji przyglądając się jak facet przygotowuje czyste płótno i zaczyna na nim pracować. Zdążył zrobić zajebiste, galaktyczne tło nim Pilar podeszła i dała mu resztkę jointa. Przyjął ją ochoczo, a po piętnastu minutach podarował jej pięknego, dumnie stojącego konia na jakieś zajebiście błyszczącej planecie wśród gwiazd. Wyglądało za-je-bi-ście. Aż w pierwszym odruchu miała ochotę zrobić fotę i wysłać to Madoxowi, ale… no właśnie ale wtedy przypomniała sobie, że przecież nie mogła, bo byli pokłóceni.
Zamówiła taksówkę na jedną z uliczek i jak ta część wcale nie była trudna, tak kiedy wsiadła do środka uświadomiła sobie, że za nic nie pamięta, jaki tam był adres. Musiała więc tłumaczyć facetowi na bieżąco drogę, oczywiście trzy razy się zgubili, ale w końcu przejechali obok stacji, na której Stewart była dzień wcześniej, więc już stamtąd jakoś była w stanie odpowiednio poprowadzić kierowcę.
Przed domem nie tylko stał czerwony jeep, który wynajęli w Acapulco ale i czarny Bentley, co znaczyło, że Noriega albo był w domu albo znalazł sobie już jakiś inny środek transportu. Przez to również, że przed domem było najebane tyle aut, taksówkarz musiał zjechać z drogi i wysadzić ją przy jakiś krzakach. Tak ostrożnie wysiadała, żeby nie zepsuć obrazu, że drugą ręką wpadła w krzewy róż i poharatała sobie pół ręki. Nie były to duże rany, ale z kilku czerwonych szram polała się niewielka ilość krwi. Podziękowała facetowi za przejazd i ruszyła do domu.
Odstawiła obraz na kuchenny blat i kiedy miała już podchodzić do zlewu, żeby jakoś zmyć z siebie te czerwone plamy, w progu zobaczyła aż za dobrze znajomą sylwetkę. Serce zabiło jej mocniej, momentalnie wyrywając się do przodu, a w brzuchu coś się zacisnęło. No przecież miało go nie być.
Co tu robisz? — pierwsze pytanie wyrwało się jej wręcz automatycznie. Ciekawość jak zawsze przejmowała kontrolę, chociaż ton miała dziwnie spokojny. Może to przez to zielsko? — Nie pojechałeś do Pablo? — kolejne zapytanie i tym razem nawet podniosła spojrzenie do jego ciemnych oczu nim ruszyła do zlewu zmyć z siebie krew.

El que te vuelve loco
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy przez cały ten czas jak brał prysznic, to rozmawiał z Maddie na głośniku? Oczywiście, że tak, bo ona mu nawijała non stop, co w klubie i że dała Frankiemu takiego drinka, że zaliczył zgona stulecia, a on jej opowiadał co w Meksyku i jak się pożarli z Pilar na plaży, bo się chciał jej oświadczyć. Czyją stronę wzięła Maddie? Pilar. Trzy razy powtarzając Madoxowi, że go pojebało, a na koniec jeszcze powiedziała, że za tego Frankiego to powinien się oświadczyć jej. No może, ale Maddie miała męża.
Kiedy w końcu się rozłączył i stanął przed lustrem w łazience, to przez moment układał swoją brodę, ale jakoś go dzisiaj irytowała... Niewiele w sumie myśląc sięgnął po maszynkę, która stała na lustrze i co zrobił? Zgolił brodę, zaciął się w jednym miejscu, ale nawet nakleił sobie tam jakiś mały plasterek, gdzieś na policzku. Przesunął palcami po gładkich policzkach, dziesięć lat młodziej. Pasowało do... Matteo. Wyszedł z łazienki i w końcu poszedł przejrzeć te ubrania Lopeza, nic ciekawego nie wpadło mu w oczy, ale w końcu wybrał jakiś błękitny garnitur, no bo reszta to były prawie same białe koszule, a jednak Matteo lubił się wyróżniać. Dopełnił swoimi błyskotkami i było w porządku. Zapinał na nadgarstku złoty zegarek wchodząc do salonu, kiedy w drzwiach zobaczył Pilar.
Liczył, że się zbierze zanim ona tu wróci? A może specjalnie to przeciągał? Aż wróci?
Znowu miał mieszane uczucia, bo z jednej strony on nienawidził się z nią kłócić, ciążyło mu to, kiedy się do siebie nie odzywali. Z drugiej nie chciał znowu tak łatwo odpuszczać. Zwłaszcza, że postanowił sobie, że odrobinę zmieni priorytety. Czyli nie to, co on chce, tylko co powinien?
Bo chciał...
Ale powinien już iść, zdecydowanie.
Najpierw stanął nad tym obrazem, który położyła na stole, podwinął papier, żeby zajrzeć, do środka, bo przecież wiadomo, że był ciekawy, przesunął po nim spojrzeniem. Był zajebisty, Madox sam by coś takiego powiesił w salonie nad kanapą, bo na razie miał tam jakiś chłam, ale już kiedyś chciał wieszać podobiznę Pablo Escobara, tylko Debbie go zgadała, że nie pasuje. Do niego nie pasowało...
Już nawet miał coś powiedzieć na ten obraz, ale Pilar odezwała się pierwsza.
- Jadę, najpierw na pole golfowe, sprawdzę co z Lopezem - po co jej to mówił? Właściwie nie wiedział, a przede wszystkim to nie powinien, prawda? Skoro zamierzał działać w pojedynkę. Nie powinien też do niej podchodzić, ale zaraz stał przy zlewie, a jego ciemne oczy oczywiście zatrzymały się na tych szramach na jej ręce.
- Co zrobiłaś? - zapytał od razu. Chwilę stał wpatrując się w nią, ale zaraz sięgnął do jej ręki, żeby oprzeć palce na jej nadgarstku, lekko. Przesunął nimi wyżej obok tych zadrapań, ale zaraz odwrócił do siebie zegarek i znowu na niego spojrzał.
- Dobra, muszę już iść - rzucił w końcu i zabrał rękę i już się zakręcił w tym swoim błękitnym garniturku, bo nie miał telefonu, tylko gdzie go znowu zostawił? - To jest ten prezent dla Aury? - zapytał, chociaż przecież wiedział doskonale, że tak. Już miał go chwycić w rękę i iść, bo przecież musiał...
Tylko bardziej to musiał stanąć koło Stewart, z apteczką i już zaraz znowu sięgać do jej ręki, chociaż ona już spłukała krew wodą. Ale zaraz wytarł ją do sucha czystą ścierką, a później to już miał w ręce płyn do dezynfekcji. Może nie powinien jej nawet ostrzegać, ale tym razem to zrobił. Chyba tylko po to, żeby się do niej odezwać.
- Zapiecze - rzucił trochę beznamiętnie, gdy psiknął płynem na te zadrapania, a potem przesunął po nich delikatnie gazikiem - czym przyjechałaś? - no przecież musiał wiedzieć. Sięgnął po jakieś plastry, dziecinne, w kolorowe owocki - i skąd masz ten obraz? - to też musiał wiedzieć. A może po prostu chciał ją jakoś zagadać? Kiedy emocje już trochę opadły. Chociaż z tyłu głowy wciąż miał jej słowa, i to, że dała mu kosza. Bo może dla niej to tak nie wyglądało, tłumaczyła mu to ze swojej perspektywy. Ale jednak, z tej jego... no inaczej nie umiał tego w tym momencie nazwać. Chociaż może nawet by chciał. Nakleił jej kilka tych plasterków, i nawet przesunął po nich palcami, żeby lepiej trzymały się skóry. Chociaż pewnie i tak je zaraz pościąga, kiedy pójdzie pod prysznic, chyba, że będzie to robiła jak on rano z tym opatrunkiem, który zrobił mu Lopez, z ręką wystawioną do góry, ale Madox to coś miał z tymi plasterkami. Jakby tak się dało plasterek na załamane serce nakleić...
Jeszcze raz zerknął na zegarek.
- Dobra - teraz to już naprawdę zamierzał się ulotnić, ale musiał jeszcze raz zawiesić ciemne tęczówki na jej pięknych, brązowych oczach. Na usta mu się cisnęło te amo Pilar, ale stwierdził, że znowu by było dramatycznie, jakby się z nią żegnał, a jednak... nie chciał się żegnać. Więc tylko uśmiechnął się delikatnie.
- Odezwę się później - i tyle, i już zamierzał iść do samochodu, ale przecież jeszcze telefon, który zostawił w łazience, akurat telefon mu się może przydać. Broni nie miał, chociaż przez chwilę zastanawiał się czy nie ukryć jej gdzieś pod marynarką, ale i tak chujowo strzelał, no i chyba liczył jednak wciąż na... farta?

loca chica <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W pierwszej chwili wcale nie zauważyła żadnej zmiany w jego wyglądzie. Po pierwsze bardziej skupiona była na reakcjach własnego ciała, które na nowo zaczynało wariować, a kiedy już podniosła na niego spojrzenie, kiedy w końcu się odważyła, to w pierwszej kolejności osadziła je na jego pięknych, ciemnych oczach. Już o wiele spokojniejszych niż pół godziny temu na plaży. Jej również były uspokojone dzięki połowie jointa, którego spaliła czekając na obraz.
Dopiero potem jej spojrzenie zjechało niżej, na usta i policzki, które… już wcale nie były otoczone ciemną brodą. Zamiast niej widoczna była jasna, gładka skóra. Jego twarz wyglądała inaczej, młodziej. Jakby cofnął się w czasie o kilka lat. Jakby ona sama nie widziała go długi czas. Rozchyliła lekko usta, by jakoś to skomentować, ale nim zdążyła z siebie cokolwiek wyrzucić, to on już stał przy niej, już łapał ją za nadgarstek i oglądał rany.
Co? — spytała głupio, bo przecież ostatnie o czym ona myślała, to jakieś marne szramy na przedramieniu. Dopiero kiedy na moment spuściła spojrzenie w dół, uświadomiła sobie, o co pytał. — A, to nic. Weszłam w róże — rzuciła krótko, kompletnie ignorując tą część, w której musiałaby wytłumaczyć, że to dlatego, że ich aż dwa samochody zastawiły cały podjazd i facet musiał ją wysadzić przy krzakach, a sama Stewart próbowała ochronić obraz swoim ciałem i jakoś tak się stało. Poza tym, on i tak nie miał czasu, by ją słuchać.
A ona żeby zebrać myśli, tak dla odmiany. Bo znowu nim zdążyła cokolwiek powiedzieć albo chociaż ruszyć się od pieprzonego zlewu, Madox już stał przy niej, tym razem kładąc apteczkę tuż obok.
Nie musisz… — rzuciła cicho i w pierwszym odruchu chciała zabrać mu swoją rękę, odsunąć się od niego i nabrać dystansu, tylko… tylko kurwa nie potrafiła. Nie potrafiła go od siebie odepchnąć, bo jej serce już waliło jak szalone w piersi, kiedy tylko był obok, wyrywało się do niego z jakiejś chorej tęsknoty, a jej oczy wciąż błądziły po twarzy. Nawet nie zauważyła momentu, w którym polał jej rany płynem do dezynfekcji, bo była zbyt zaabsorbowana jego policzkiem. Czym przyjechałaś? Taksówką. Gdzie twoja broda? — odpowiedziała mu połowicznie i zaraz rzuciła własnym pytaniem, nie potrafiąc się oprzeć, by go nie dotknąć. No kurwa nie potrafiła. Jej dłoń osadziła się miękko na gładziutkim policzku, a kciuk zatoczył kilka pojedynczych kółek. Kurwa. Nie mogła zdjąć z niego spojrzenia. Nawet na moment nie spojrzała, co robił z jej ręką. Mógł ją aktualnie przecinać na pół, a ona chyba by nie zauważyła. Dopiero kiedy spytał o prezent, Pilar na moment spojrzania w stronę wyspy.
Załatwiłam — rzuciła spokojnie i dopiero kiedy jego ciemne oczy w końcu dały jej uwagę, kontynuuowała. — W budkach był straszny chłam. Znalazłam ziomka przy plaży, który robił obrazy sprejami… Ja dałam mu pół jointa, a on w zamian zrobił mi ten malunek — wyjaśniła, omijając kilka szczegółów, jak to, że drugie pół sama wypaliła, ale przecież akurat co do tego, to można było się domyślić. W końcu nie przeciałaby skręta na pół. Ale już chuj z tym.
Madox… — odezwała się w końcu, kiedy zaczął się od niej odsuwać. Sama nie wiedziała, co właściwie chciała mu powiedzieć, ale nie chciała, żeby znowu sobie poszedł.
Przecież oni tacy nie byli.
Nie ignorowali się, nie zostawiali w tyle.
Walczyli ze wszystkimi przeciwnościami ramię w ramię, a kiedy raz pozwoliła mu odejść, autentycznie myślała, że ją popierdoli. Nie miała zamiaru tym razem odpuszczać. Nie chciała opuszczać. Szczególnie kiedy stanął przed nią i jeszcze się uśmiechnął.
Dlatego kiedy on wrócił się po telefon do łazienki, Pilar za ten czas ulokowała się pod drzwiami. Może i słaby kurwa pomysł, ale na tamten moment to był jedyny jaki miała. Tylko co ona właściwie miała zamiar zrobić. Pobić go? Zamknąć tutaj? Przecież jak będzie chciał wyjść, to i tak wyjdzie.
Chce jechać z tobą — rzuciła stanowczo, łapiąc jego spojrzenie, kiedy tylko wyszedł do przedsionka. — W dupie mam to, co powiedziałeś wcześniej Pablo. Chce jechać z tobą — przecież gdyby cokolwiek się wypierdoliło, ona za nic nie wybaczyłaby sobie, że za ten czas siedziała w domu. Szczególnie, że on miał zamiar w pierwszej kolejności jechać na pole golfowe. Do miejsca gdzie była tona broni i… i jego chujowe umiejętności strzelania. Kiedy podszedł do niej bliżej i chciał ją wyminąć, od razu złapała go za materiał marynarki. — Co ty sobie kurwa wyobrażasz, że pojedziesz tam sam i co? I poradzisz sobie na ładne oczy? Daj sobie kurwa chociaż pomóc, nawet jeśli mnie w tym momencie nienawi… — nie przeszło jej to przez gardło. Nie była w stanie przyjąć do wiadomości, że jedna decyzja podjęta spontanicznie i w chwili paniki na plaży miałaby sprawić, że nagle by ją znienawidził. Bo gdyby tak było, to już by się chyba nie pozbierała. Wbiła w niego stanowcze, pełne ognia spojrzenia. — Spójrz mi prosto w oczy i powiedz mi, że mnie tam nie chcesz. Że nie chcesz mnie mieć u swojego boku — warknęła na niego, unosząc się na palcach i lokując tuż przed twarzą, którą chociaż znała na pamięć, tak która teraz wyglądała zupełnie inaczej. Chociaż oczy i tak miał te same. A Pilar to właśnie w nie była głęboko wpatrzona, podczas gdy jej klatka piersiowa nerwowo uderzała o materiał jego błękitnej marynarki.

:pilar2:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”