- Bo to... - zaczął i spuścił spojrzenie na ten pierścionek - to był początek jakiejś tam historii, mojej może właśnie - na moment podniósł na nią spojrzenie, ale zaraz przesunął palcem po tym rubinie. Bo taka była prawda, gdyby smok z Medellin nie ukradł księżniczki z Meksyku to jego by nie było. I może Madox nie wierzył w jakieś przeznaczenie, w los i takie rzeczy, ale czasem niektóre rzeczy działy się po coś. A to, że jego ojciec trafił do Meksyku i zakochał się w pięknej Esmeraldzie, no to przecież dzięki temu on pojawił się na świecie.
Spojrzał na nią, kiedy zapytała co robi z tym pierścionkiem, nawet przez chwilę miał jej zapytać, a co się robi z pierścionkami zaręczynowymi, ale ugryzł się z język. Jego ciemne oczy odszukały jej przenikliwe spojrzenie, zmarszczył nawet brwi, kiedy powiedziała to ty chyba nie..., bo on właśnie tak. Zamierzał się jej oświadczyć, mimo, że się znali dwa tygodnie, a może dwa miesiące, bo tyle przecież się wydarzyło, po Medellin przez cały tydzień się unikali, potem tydzień w szpitalu, jeszcze te dni pomiędzy i te ich spotkania, każde intensywne bardziej od poprzedniego. A zresztą co to za różnica, jak on jej po trzech dniach potrafił powiedzieć, że ją kocha. Madox nigdy z takimi rzeczami nie czekał, nie myślał nad tym tygodniami, a zresztą nad czymś on myślał? Zawsze działał impulsywnie, kierowany emocjami. A dzisiaj i tak myślał o tym od rana, jemu wystarczyło.
- A pół roku temu, że nigdy się nie zakocham, a dwa tygodnie temu, że nigdy nie będę szukał mojej matki - wzruszył ramionami, no bo taka była prawda, że on takich rzeczy nigdy nie zakładał, to się działo i trzeba było w to iść. Madox szedł zawsze. Nawet jakby mu powiedziała, że jutro za ten pierścionek zginie, to on by powiedział, że co z tego. Nawet by się nie zastanawiał. Ale liczył się z tym, że ona będzie. Chociaż pytania dlaczego może się nie spodziewał. A może powinien?
Ale przecież on nigdy nie zastanawiał się nad takimi rzeczami, chociaż, chyba wiedział dlaczego.
- Bueno, porque te amo - no bo cię kocham, to akurat była niezaprzeczalne i już jej to powiedział wiele razy. I to się wcale nie zmieniało, nawet kiedy czasem doprowadzała go na sraj, do szewskiej passy, kiedy mówił jej, że ją nienawidzi... to i tak ją kochał - porque me gustaría que fueras mi esposa - bo chciałbym, żebyś została moją żoną, powiedział to pewnie, może nawet bardziej niż wczoraj to, że nigdy się nie ożeni? Może jutro z taką samą pewnością siebie zmieniłby zdanie? Akurat z Madoxem to nigdy nie wiadomo - porque si alguna vez tuviera que formar una familia con alguien, sería contigo - bo jakbym miał kiedykolwiek, z kimkolwiek zakładać rodzinę to tylko z tobą, spłodzić jakiegoś Pablo, czy Pablitę… Lepiej nie, bo to paskudne imiona. Ale przy ich okazji o tym pomyślał, tej całej szopki, którą musieli odstawić - y cuando pienso que no estás cerca, es una mierda - i jak sobie myślę, że ciebie nie ma obok, to jest chujowo, znowu się zrobiło romantycznie, ale Madox to jednak nie umiał w zbyt romantyczne gesty, czy słowa. Czasem tylko jak grał, jakiegoś natchnionego Matteo, która swoją narzeczoną całował po rękach. Albo jak udawał, bo chciał wyrwać jakąś panienkę, to wtedy był bardzo romantyczny. Ale dzisiaj nie udawał wcale, a zresztą on przy niej nigdy nie udawał...
- Porque contigo puedo ser yo mismo - bo przy tobie mogę być sobą, to też jej musiał powiedzieć, bo to był fakt, że przy niej mógł być ćpunem, gangusem, paranoikiem, mógł być popierdolony, a ona go nie oceniała. Nie odpychała.
- Ale okej, rozumiem, że nie chcesz - znowu wzruszył ramionami i ten pierścionek schował w dłoni, bo może sobie go zatrzyma i przerobi, żeby mógł go nosić na przykład? Chociaż z drugiej strony...
- Jakiś stary pierścionek po mojej matce i chujowe oświadczyny przy osranych spodniach - jeszcze raz spojrzał na ten pierścionek na swojej ręce, a później... Zamachnął się i go wyrzucił, nie doleciał do wody, ale spadł gdzieś a piasek, może ktoś go sobie znajdzie, a może nigdy nikt? W zasadzie to nawet lepiej, skoro przynosił takiego pecha - dobra, idziemy? Bo jeszcze ten czerwony konik - znowu spojrzał na Stewart, a zaraz wyciągnął do niej rękę, a jeszcze przy okazji wygrzebał z piachu swój telefon, zerknął na wyświetlacz - o kurwa... - dwanaście nieodebranych połączeń od jakiegoś meksykańskiego numeru. Esme? Bo numer Pablo przecież miał.
cariño