34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmarszczył brwi, kiedy powiedziała to, że weszła w róże, ale zaraz jedną brew uniósł.
- Po co? - też bardzo mądre pytanie, no bo chyba nie specjalnie? Chociaż... Nawet na moment zmrużył powieki patrząc na jej twarz. Ale przecież zaraz już się miotał, kręcił i zbierał do wyjścia. Ale jak miał wyjść? I ją znowu zostawić? Z takimi brzydkimi szramami? Właściwie nie wyglądały źle, widzieli już gorsze. Zdecydowanie. A jednak i tak nie umiał sobie od niej odejść. Nawet apteczkę znowu wziął. Może powinien się przebranżowić z właściciela klubu, na jakąś szkolną pielęgniarkę? Zawsze to bezpieczniej, a nudy też nie ma, bo dzieci to zawsze coś odwalą.
- Ale chcę - odpowiedział jej od razu, na to nie musisz, dużo rzeczy nie musiał, ale robił je i tak, bo chciał... bo on zawsze przecież robił to co chciał. Tylko na moment spojrzał w jej oczy, bo zaraz jego ciemne tęczówki błądziły po jej ręce i po tych zadrapaniach. Głowę podniósł dopiero na jej kolejne słowa, a właściwie na to pytanie. Nawet sięgnął do swojej brody, żeby przejechać po niej palcami, trochę dziwnie się czuł bez brody, ale w zasadzie on tak często ją golił, zapuszczał, albo zmieniał włosy, że już to nie było dla niego nic wielkiego. Zaraz się przyzwyczai, gorzej mieli inni, bo kiedy tylko kogoś spotykał, to wciąż słyszał takie pytania, co z twoimi włosami, albo co z brodą?
- Zgoliłem ją, a co źle? - po Medellin pomalował i obciął włosy, teraz zgolił brodę. Ale Madox to jednak lubił zmiany, nie bał się ich i też nigdy nad nimi długo nie myślał. Wystarczył mu impuls, na przykład to, że go dzisiaj ta broda wkurwiała.
Nabrał mocniej w płuca powietrze, kiedy dotknęła jego policzka, kiedy przesunęła po nim opuszkami, ale nawet się nie ruszył, bo on był zajęty jej ręką i wcale nie kroił jej na pół, tylko ją opatrzył. Dopiero kiedy nakleił ostatni plasterek z limonką, to podniósł na nią spojrzenie, ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
- Za pół jointa? - uniósł jedną brew, ale w zasadzie to była uczciwa wymiana i jakby on umiał takie obrazy malować, to też mógłby to robić za blanty. Czerwony, galaktyczny koń w zamian za pół grama fazy.
- Fajnie, będzie jej się podobał - powiedział, jakby to był taki zwykły prezent, który chcieli jej sprawić, żeby jej się podobał, a nie jakiś bilet do chaty pełnej mafii. Kiedy jej pełne, gorące wargi ułożyły się w jego imię, to na moment zawiesił na nich spojrzenie.
- Później... - mruknął tylko, bo cokolwiek mu chciała powiedzieć, to już musiało zaczekać. Bo on już się śpieszył, chociaż nie mógł się powstrzymać, żeby się jeszcze nie uśmiechnąć. No bo kurwa mógł mówić co chciał, ale jednak cieszył się, że wróciła. Tutaj, a nie do Acapulco. Do niego.
Poszedł po telefon, a kiedy wrócił, a ona stała przy drzwiach to spojrzał na nią z ukosa. No na co liczyła?
Odchylił do tyły głowę kręcąc nią.
- Ja też dużo rzeczy chcę Pilar… - rzucił i wywrócił oczami, a zaraz znalazł się przy niej. Na wyciągnięcie ręki, bo już po chwili opierał wytatuowaną dłoń o drzwi nad jej ramieniem. I może chciał je rzeczywiście otworzyć i ją wyminąć, ale ona już zaciskała palce na tej jego ładnej marynarce - będziemy się szarpać? - zjechał spojrzeniem na jej rękę, ale zaraz znowu podniósł je na jej piękną twarz, na te oczy. Już otworzył usta, bo chciał jej powiedzieć, że tak to sobie wyobraża, że pojedzie tam i będzie sobie radził na ładne oczy, ale wtedy ona powiedziała to nawet jeśli mnie w tym momencie nienawi.... I tym sprawiła, że przysunął się do niej bliżej, tak, że oparł łokieć o drzwi, a jej falująca w przyspieszonym oddechu pierś oparła się o tą jego, walecznego lwa ukrytego pod błękitną marynarką. Tego lwa, spod którego wyrywało się do niej dziko jego serce. Znowu. Jak zawsze.
- Loca - mruknął, ale zaraz odchylił do tyłu głowę - ale ty we mnie kurwa nie wierzysz - znowu pokręcił głową, ale zaraz ciemne tęczówki odszukały jej obłędne, brązowe oczy - te amo, tonta - i on też na nią spojrzał z tym ogniem, takim dla nich typowym, ale zaraz znowu spojrzał na zegarek - ale kurwa muszę iść - już nawet miał się odepchnąć od tych drzwi i ją przesunąć, ale ona wspinała się na palce, tak, że na tych nagich policzkach mógł poczuć jej ciepły oddech. Spojrzał jej prosto w oczy, ale zaraz tymi swoimi strzelił w sufit.
- Chcę cię mieć u swojego boku, oświadczyłem ci się loco - rzucił. Czy będzie jej to teraz zawsze wypominał? Oczywiście, że będzie - ale tam akurat nie możesz ze mną iść, bo wprosiłem się tam dzwoniąc do Pablo i mówiąc, że wkurwiła mnie Rosa, a on jako dobry kumpel umówił mnie na sesję masażu odprężającego z Sofią - tak się właśnie tam wprosił, i co teraz miał powiedzieć, że nagle zmienił zdanie i może Rosa się do nich dołączy? A może jeszcze Pablo?
Nabrał powietrze mocno w płuca i wypuścił je nosem, tak, że teraz to ona poczuła jego oddech na policzkach, i na dekolcie.
- Więc łącząc przyjemne z pożytecznym sprawdzę co z Lopezem, bo na pewno ma go tam na tej strzelnicy - wzruszył ramionami. Wiadomo, że nie zamierzał tam się z Sofią bawić w żadne masaże, ale chciał się z nią po prostu podrażnić. Odepchnął się od drzwi i sięgnął do kieszeni marynarki, żeby zaraz założyć na nos lustrzane okulary. Koniec patrzenia sobie głęboko w oczy, a na pewno ona już w te jego nie popatrzy.
- Więc wybacz cariño, ale na mnie już pora - skrzyżował ręce na piersi i czekał, aż mu się odsunie. Chociaż nie miał zamiaru czekać długo, bo czas jednak go naglił.

cariño <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała zamiaru go puścić samego.
Nie i chuj.
Za punkt honoru postawiła sobie chociaż spróbować go jakoś przekonać, żeby wziął ją ze sobą dobrowolnie, żeby mogła mu pomóc. Pilar w przeciwieństwie do niego nie lubiła odpuszczać. Dla niej jakieś pierdolone nie to nie, idzie się dalej, było po prostu szczytem głupoty. Nie tak zachowuje się człowiek, któremu na czymś zależy, nie odpuszcza przy pierwszej lepszej okazji i nie wypierdala rzeczy daleko w piach. A już na pewno nie, kiedy druga osoba ładuje się prawdziwe bagno. Pojechanie samemu na pole golfowe, gdzie robiło się od goryli Pablo w pojedynkę, żeby odbić kogoś, kogo przetrzymywali, było szczytem głupoty. Naiwnym przekonaniem, że zda się na farta i jakoś to będzie. A co jak nie będzie? Co jak coś się wypierdoli? Cokolwiek? Przecież byli tam dzisiaj. Widzieli dokładnie i na własne oczy, jak szybko ci ochroniarze reagowali, jak nawet raz się nie zawahali, żeby sprowadzić ich na ziemię i pewnie równie szybko odstrzelili by jego gładką już teraz buzię na jednej z czerwonych, pokrytą krwią wrogów ścian.
Dlatego właśnie zależało jej na tym, żeby pojechali tam razem i również dlatego, kiedy chciał ją wyminąć, szarpnęła go za fraki. Będziemy się szarpać?
To zależy od tego, czy będziesz współpracować — rzuciła spokojnie, chociaż wszystko w środku aż w niej wrzało. Wiedziała, że akurat na to są nikłe szanse. Dzisiaj Madox wcale nie chciał z nią współpracować, traktował ją bardziej jako kulę u nogi niż faktyczną rękę do pomocy. Tylko ona wcale nie chciała opuszczać. Nie w momencie, kiedy wciąż i na okrągło obwiniała się o to, że prawie przez nią zginął.
Obserwowała go uważnie, kiedy przysunął się do niej bliżej. Kiedy jego klatka piersiowa bezczelnie zderzyła się z tą jej, nierówno unoszącej w chaotycznych biciach serca. Chciała się cofnąć, ale czuła już za plecami chłodne drzwi. Może dlatego to te amo tak ją przygniotło, kiedy je powiedział? A może to dziwne uczucie ulgi po prostu przeleciało wzdłuż jej ciało, że jeszcze nie wszystko stracone? Jedno było pewne: ani na moment nie ściągnęła z niego spojrzenia.
A nie możesz mnie też kochać w samochodzie? — bo skoro kochał ją przed drzwiami, to równie dobrze mógł praktykować tą miłość, kiedy już ramię w ramię będą kierować się, żeby odbić Lopeza — W drodze na pole golfowe na przykład? — próbowała. Próbowała, jak tylko mogła. Tylko zaraz okazało się, że Madox nie tylko oznajmił Pablo, że będzie sam, bo pokłócił się z Rosą, ale jeszcze załatwił sobie dziwkę, żeby zrobiła mu masaż i go nieco odstresowała. Świetnie. Zajebiście nawet.
Nie miała pojęcia, w którym momencie wstrzymała powietrze, ale jeszcze kilka uderzeń serca i autentycznie by się udusiła. Przez moment patrzyła na niego z niedowierzaniem, ba, nawet pozwoliła sobie na prychnięcie i pokręcenie głową.
W sumie po co ona mu była? Po co, jak on tak świetnie radził sobie bez niej, jak najłatwiej było po prostu połączyć przyjemne z pożytecznym? Kiedy podczas gdy ona próbowałą z nim rozmawiać, on bezczelnie zakładał okulary i był gotowy do wyjścia. Może faktycznie powinna odpuścić? Przecież spróbowała. Spróbowała bardziej niż próbowałaby dla kogokolwiek innego. Nie będzie go przecież kurwa błagać, żeby jej pozwolił jechać, robić z tego wielkiej łaski. Jeśli on sukcesywnie ją od siebie odpychał, a teraz jeszcze wolał zabawiać się z pieprzoną Sofią to…
Está bien — rzuciła w końcu, wbijając spojrzenie gdzieś w eter, skoro i tak w jego oczy już nie mogła. Westchnęła głośno i odsunęła się od drzwi. — Ty jedź się bawić z Sofią i sprawdzić co z Lopezem, a ja pojadę bezpośrednio do Pablo — oznajmiła tonem równie na wyjebce, co jego przed chwilą i podniosła na niego spojrzenie. A raczej na okulary, które zasłaniały jej jego twarz. Ale może to i lepiej? Przynajmniej łatwiej było jej się skupić.
No, to leć. Czemu jeszcze tu stoisz? — wskazała mu dłonią klamkę. Przecież mógł już spokojnie wychodzić. Tak bardzo mu się śpieszyło. — Widzimy się później cariño. Jak coś to dawaj znać — poprosiła grzecznie, bo przecież nie wiadomo, co go tam czekało na polu golfowym. — Ja też będę pisać, gdyby coś się wyjebało. Powodzenia — machnęła na niego ręką i drgnęła z miejsca z zamiarem pójścia do łazienki.
Skoro on nie chciał jej w swoim planie, Pilar miała zamiar zająć się swoją częścią. Osobiście wolałaby, żeby zrobili to w dwójkę, ale co ona mogła, kiedy on tak ja traktował? Na pewno nie miała zamiaru siedzieć w domu, więc jeśli nie jedzie na pole golfowe, chociażby żeby siedzieć w aucie i być gotowa do ewentualnej ucieczki za kierownicą, pojedzie od razu do Gonzalesa. Proste. Może pozna wcześniej Aurę? Może zdążą się zakumplować zanim trzeba ją będzie wyprowadzić? Cokolwiek. Musiała zrobić cokolwiek.

cariño descarado :pilar2:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że nie będzie współpracował, bo kiedy Madox z kimkolwiek współpracował? No dobrze, zdarzało mu się, z policją, czy z półświatkiem, ale przecież on i tak finalnie zawsze robił to co chce, tylko po różnych stronach. Ale zawsze po swojemu. Ta akcja z Pablem też miała być po jego, chociaż przecież i tak radził się jej w pewnych aspektach, dzielił myślami. Ale teraz...
Teraz wciąż się z nimi bił, czy ją z tego wyłączyć, czy ją w to ciągnąć. Ale przede wszystkim to w głowie cały czas miał to, że, no oczywiście, nie szanuje jej bezpieczeństwa. A teraz jeszcze dodatkowo to, że ona go miała za takiego dupka, który zaraz w jednej chwili przestanie ją kochać i znienawidzi, bo mu odmówiła zaręczyn. Madox był dupkiem, ze swoimi dupkowatymi tekstami, z tym swoim egoizmem i tym, że nie patrzył na nic w tym swoim parciu na przód. Ale kurwa... Na nią zawsze patrzył, o niej zawsze myślał i dla niej... starał się nie być dupkiem. Ale najwidoczniej za słabo. Co poradzić, on już taki był, dawał się ponieść emocjom, które nim targały, rozsadzały od środka. Bo on nigdy nie umiał dusić wszystkiego w sobie. Teraz też nie umiał. Zamknąć się i po prostu odejść.
- Na samochodzie... Ale jutro - i on też próbował. Odsunąć ją od tego. Ale czy tego chciał? Chyba nie do końca, bo kiedy patrzył w te jej piękne, brązowe oczy...
Ale tak powinien zrobić. Od początku powinien to właśnie tak rozgrywać. Bez niej. I byłoby jakoś łatwiej. Na pewno by było? A może kurwa Pablo już dawno by go rozstrzelał, bo by się na niego rzucił w tym magazynie?
Starał się o tym nie myśleć, dlatego zaraz założył na nos te lustrzane okulary, dlatego też zaraz krzyżował ręce na piersi, zamykając się kompletnie na jej prośby. A kiedy się zgodziła, to nawet jeden kącik jego ust drgnął do góry. Miał to, to co chciał przecież. Tylko, że na jej kolejne słowa aż strzelił oczami, nie mogła tego widzieć pod okularami, ale za to mogła wiedzieć jak odchylił do tyłu głowę. Pokręcił nią z niedowierzaniem. No bo co on takiego zrobił, że ona w jednej chwili go traktowała, jakby go nie znała? Zupełnie. Jakby był jakimś innym człowiekiem? Bo się ogolił? I to robiło z niego kogoś innego? Innego Madoxa niż tego, którego poznała w Medellin, którego poznawała cały czas w Toronto, odkrywając w nim jakieś te pozytywne cechy. Już ich nie miał? Bo wyjebał pierścionek?
Aż przesunął wytatuowanymi dłońmi po tych gładkich policzkach i znowu wbił w nią spojrzenie, ukryte pod lustrzanymi okularami. Najpierw miał skomentować tą Sofię, bo przecież on by jej nigdy nie zdradził, ale zwątpił. Bo ona najwyraźniej uważała, że nowy Madox, bez brody, już by był zdolny. Z jednej strony... dobrze wiedzieć, że kobieta, którą kochasz uważa, że zabawiasz się z jakimiś innymi dupami...
Nie, wcale nie dobrze, wkurwiło go to. Znowu. Znowu go denerwowała i zaczynało go nosić. Rozpierdalać od środka.
A już to, kiedy powiedziała, że jedzie bezpośrednio do Pablo, sprawiło, że się do niej szarpnął, zatrzymał ją w pół drogi do łazienki, szarpiąc znowu za rękę. Lekko, jakby podchodził do kogoś obcego, tak jak ona do niego.
- Nigdzie nie jedziesz, zostajesz tutaj - czy będą się teraz o to kłócić? A przecież się spieszył. Ale co z tego? Na pewno nie będzie tak, że ona sama pojedzie do Gonzalesa, nawet nie ma takie opcji. Zacisnął mocniej palce na jej nadgarstku. Tak, żeby poczuła.
Wiedział, że i tak ona tutaj nie zostanie, a na końcu języka miał ten ich wygrany zakład i to, że musiała zrobić dla niego... wszystko. Ale czy on znowu chciał to tracić, na to, żeby ją od siebie odsunąć? Czy w ogóle powinien ją odsuwać, skoro ona tak nagle w niego zwątpiła.
Wysłać do Toronto i byłby spokój.
Nie no kurwa.
Zabrał rękę, chociaż już czuł pod opuszkami palców gorącą krew, która pulsowała w jej żyłach. Ta jego była równie ognista, uderzała do głowy, sprawiała, że serce rwało się w dzikim galopie. Do niej? A może dlatego, że Madox kompletnie nie wiedział co ma robić. I jak z Pablo działał na wyczucie, na jakoś to będzie. To jak miał się zachowywać w stosunku do niej? Kiedy ona wszystko chciała brać na logikę, bo jego czucie to była dla niej zła opcja. Cofnął się i naprawdę przez dłuższą chwilę widać było, że walczy z myślami. Ze sobą. Jakby na szali ważyło się to, że jak ją teraz tutaj zostawi, każe jej zostać, to ją straci. A może już ją stracił, kiedy nie przyjęła tego pierścionka? A on się uniósł...
Ale przecież zawsze się unosił, Madox taki był, a ona o tym wiedziała najlepiej. Najlepiej go znała. A jakby nie znała wcale.
- Dobra kurwa... - znowu się odwrócił, znowu szarpnął, a zaraz znowu patrzył na nią - dziesięć minut, więcej czasu nie mam - wycedził przez zęby. Złamał się. Zawsze się przy niej łamał. Bo on też kurewsko się bał, że ją straci. Nie chciał jej stracić.
- Te odio - nienawidzę cię, rzucił, ale zaraz zrobił krok w jej kierunku - Te quiero - budziła w nim tak skrajne emocje, że nikt inny tego nie potrafił. Tak różne, że to był jakiś kosmos - dziesięć minut - powtórzył jeszcze raz. I znowu zdjął okulary, złożył je pakując do kieszeni. A kiedy zniknęła w łazience, to wyszedł na ogród, żeby dopalić kawałek blanta, którego tam zostawił. Bo miał wrażenie, że zaraz go po prostu rozpierdoli. Kochał ją i nienawidził jednocześnie, a jeszcze do tego nie chciał jej narażać i nie chciał jej zostawiać, bo się bał, że ją straci, ale czuł, jakby ją stracił już. I chuj.
Chaos w czystej postaci, kiedy usiadł u dołu schodków to aż głowa mu opadła miedzy kolana, kiedy próbował zebrać te myśli, jakoś je uporządkować. Zaciągając się dymem o smaku zielska.

te amo y te odio
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wcale w niego nie zwątpiła.
Nigdy. Ani na sekundę. Wierzyła w niego równie mocno, jak robiła to w Medellin, przed i po Daltonie. Ciągle tak samo. Jasne, bała się, że przez swoje zachowanie i logikę, którą próbowała wprowadzić do jego chaosu, on w końcu stwierdzi, że Stewart była dla niego zbyt nachalna, natarczywa, upierdliwa, niewłaściwa, że może jednak przydałby mu się ktoś bardziej spokojny, ktoś kto przytakiwałby na jego rozkazy i nigdy się z nim nie sprzeczał. Miała z tyłu głowy, że mógł jej mieć chwilami dojść. Że była zbyt intensywna. Że irytowała. A jednak — w tym wszystkim wierzyła przecież, że on zostanie, że będzie wierny. Że chociaż teraz wyjebali się na rowerku, to pomimo tych podartych kolan znowu na niego wskoczą i przejadą kilka dobrych kilometrów, podziwiając widoczki, zanim znowu polegną. Tak dobrze im przecież szło wspólne wstawanie.
Tylko dzisiaj wszystko działo się na opak. Nic nie szło po ich myśli — ani po jego, ani po jej. Każde z nich z czymś się wyjebało, czymś uraziło i to doprowadziło ich do momentu, w którym znowu darli koty i nie potrafili się dogadać. On chciał jej dopierdolić pieprzoną Sofią, a ona to podłapała i wytknęła mu, żeby szedł sobie łączyć przyjemne z pożytecznym. Na dobrą sprawę, to przecież były jego słowa, chciał jej dopierdolić, a potem oburzał się, że odbiła piłeczkę. Wiedziała, że tylko tak gada, że tak naprawdę nic nie zrobi, a jednak to wcale nie powstrzymało jej przed tym, że mimowolnie się wkurwiła. Nie dość, że jej tam nie chciał, mogło zrobić się niebezpiecznie, to jeszcze dochodziła do tego jakaś dupa, której też wcale nie wiadomo, czy można było ufać. Bo co jak zaraz laska okazałaby się kolejną Ruby? W tego typu towarzystwie nie można było nikogo lekceważyć. Ale czy on się tym przejmował? Wiedziała, że nie. I wiedziała też, że mógł już nie mieć tyle szczęścia, co wtedy.
Dlatego użyła argumentu Pablo. Wiedziała, że nie powinna, ale wiedziała też, że nie puści jej samej. Nie puści jej, bo ona też nie chciała go puścić samego. Bo tak naprawdę oni kurwa wychodzili z dokładnie tego samego miejsca, tylko nie potrafili się dojść. I może jej zagranie można nazwać mianem nieczystego, ale przynajmniej było skuteczne. Odwróciła się z impetem, kiedy złapał ją za rękę, a trochę piachu z włosów posypało się na podłogę.
Nigdzie kurwa nie zostaje — warknęła w odpowiedzi na jego słowa. — Albo jadę z tobą na pole golfowe albo jadę prosto do Pablo. Nie będę tu siedzieć bezczynnie i się zamartwiać — co do tego nawet nie było wątpliwości i pola do jakiejkolwiek dyskusji. Ona już postanowiła i w tym momencie to jemu dawał wybór, czy chciał zabrać ją ze sobą, czy puścić w paszczę lwa.
Widziała, że walczył.
Nawet przez te pieprzone okulary przeciwsłoneczne dało się zobaczysz, że toczył właśnie w głowę prawdziwą batalię. A ona stała. Stała i czekała, wwiercajac w niego spojrzenie. Wierzyła, że w końcu się dojdą. Że mogli się kurwa nienawidzić, ale prawda była taka, że najlepiej działali w duecie. Wystarczyło popatrzeć jak skończyła się wizyta w domu Esme, kiedy każde z nich weszło osobno, a jak potem szło im o wiele lepiej już w dwójkę. Dopełniali się i tu też mogli.
Dobra kurwa.
Tylko tyle i aż tyle sprawiło, że z jej ust wyrwało się głośne westchnienie, a w sercu pojawiła się nowa nadzieja, że może jeszcze nie wszystko stracone. Że jakoś to będzie. Że jeszcze potrafili.
Wystarczy mi dziewięć — kiepski czas na żarty? Pewnie tak i pewnie powinna już iść się ogarnąć, a jednak nim zdążyła ruszyć się z miejsca, z jego ust padły kolejne słowa. Tym razem wyznania prosto z serca. I chociaż na pierwsze z nich wstrzymała powietrze, tak na drugie na jej twarzy wymalował się delikatny uśmiech. Wyszła mu naprzeciw, lustrując krok, który wykonał w przód, tym samym znajdując się tuż przed jego twarzą. Dłonią złapała jego okulary i podniosła je w górę, nie mogąc znieść, że nie widziała jego czekoladowych, obłędnych oczu.
Y solo te amo a ti A ja cię tylko kocham, wycedziła spokojnie, zaglądając mu głęboko w oczy. Niby to wiedział, a jednak tyle rzeczy wyjebało się po drodze, że ona naprawdę chciała, żeby to wiedział. Żeby zobaczył w niej szczerość i stuprocentową prawdę, gdy dzieliła się z nim tym wyznaniem. Na moment jeszcze spuściła wzrok na jego pełne usta i złapała w płuca więcej powietrza, jednak finalnie po prostu opuściła mu okulary na nos. — Chociaż czasami mam ochotę cię kurwa rozszarpać — dodała już szybciej, przy okazji odwracając się na pięcie i biegnąc do łazienki.
Pilar była dość sprawna jeśli chodziło o przywoływanie się do porządku, a jednak kiedy uświadomiła sobie, jak wiele piachu miała wszędzie, a szczególnie we włosach, okazało się, że to wcale nie było takie proste, żeby wyrobić się w te dziewięć minut. Finalnie z makijażem zajęło jej to może czternaście. Istniało przecież duże prawdopodobieństwo, że zaraz po wizycie w magazynie, będą musieli jechać na imprezę, musiała się przecież jakoś prezentować. W szafie wygrzebała sukienkę. Z początku miała wziąć tą czerwoną, którą proponowała jej Esme, ale przecież w całym tym amoku zdążyła zakodować, że Noriega miał na sobie błękitny garnitur. W końcu nie byli dzisiaj Pilar i Madoxem, byli Matteo i Rosą. Może ich kolor to właśnie błękit? Najprawdopodobniej, bo w szafie znajdowała się piękna, zwiewna pastelowo błękitna sukienka. Leżała idealnie. Jak na miarę. Przyodziała ją szybko na siebie, włosy spinając w górze i już po chwili stała w salonie przed Noriegą.
Możemy iść — oznajmiła spokojnie i od razu skierowała się do drzwi. Chociaż kiedy mijała Madoxa, nie omieszkała zajrzeć mu przelotnie w oczy i to właśnie wtedy sobie przypomniała. — Ah kurwa — stuknęła się w czoło i czym prędzej pobiegła do kuchni po obraz, który mieli dla Aury, oraz władowała do torebki jeden z pistoletów. — Dobra, teraz już serio możemy — machnęła na niego ręką i jako pierwsza wyszła z domu, ładując się na miejsce pasażera w czarnym Bentleyu.
Jaki masz plan? Chcesz tam wejść sam? Mam jakoś odciągnąć ich uwagę? — spytała, kiedy i on znalazł się w samochodzie. Nie chciała mu narzucać swoich racji, pierwsze dając mu przestrzeń, żeby wyjaśnił jej, jak właściwie planował wyciągnąć stamtąd Lopeza. — Wiadomo czemu go w ogóle schwytali?

Y solo te amo a ti
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiecznie jej przecież powtarzał, że kocha w niej to jaka jest dzika, narwana, intensywna, bo prawda jest taka, że Madox z kimś kto wiecznie by mu ulegał, by się po prostu zanudził. A ktoś spokojny pewnie prędzej by sobie strzelił w łeb, niż z nim wytrzymał. Był w takim związku przez chwilę, z nudną Lynne i jak to się skończyło? No tak, że ona się na niego wściekła, kiedy stwierdził, że to nie jest dla niego. W jego przypadku nie działała zasada przyciągających się przeciwieństw, bo Madox sam był zbyt... intensywny, narwany i dziki. Nie do wytrzymania, czasem.
Zawsze. Właściwie.
Bo to co Ricardo mu wytykał ostatnio, to była cała prawda, związki Noriegi rozpierdalały się po jakiś dwóch tygodniach, bo on chyba inaczej nie umiał. Zaraz się rządził, musiało być tak jak on chce, a jak było inaczej, to on się obrażał i odchodził. I tylko z Debbie chyba potrafili się pogodzić, wracać do siebie kilka razy na przestrzeni lat, ale to raczej za sprawą bajecznego seksu, niż jakiegoś głębszego uczucia.
A z Pilar te uczucia niezaprzeczalnie były i trwały chyba trochę dłużej niż dwa tygodnie. Chociaż bywały takie momenty, że miał jej dosyć, że irytowała go do tego stopnia, że pierdolnąłby drzwiami i sobie poszedł. Ale... i tak by wrócił. Mógł się na nią wściekać, mógł się miotać i mówić jej, że ją nienawidzi, a i tak by wrócił, bo ją kochał. Tak naprawdę, jak nikogo jeszcze w życiu. Nawet swojej matki tak nie kochał, chyba, że jak miał pięć lat i bawił się z nią w ogrodzie w teatr. A później z roku na rok, to tylko z nią walczył coraz bardziej. I jak na tym wyszli? Wiele rzeczy mieli sobie za złe. A Przede wszystkim on jej. Z Pilar nie chciał walczyć, a jednak to robił. Bo to siedziało gdzieś w nim głęboko. A może miał to po ojcu? Tą nieustępliwość? Może.
Tylko, że Pilar też była nieugięta.
Uwielbiał to w niej, ale jednocześnie tak go tym wkurwiała. Chciał jej zrobić na złość i przez chwilę ją odesłać do Toronto, ale chciał też się w nią wtulić i zaciągnąć znajomym zapachem, który potrafił go uspokoić jak nic innego na świecie. I to też jednocześnie. Kochał i nienawidził, co zaraz jej powiedział.
A kiedy znalazła się przed nim, kiedy zacisnęła palce na jego okularach, to się spiął i w pierwszej chwili chciał po prostu jej wyszarpnąć, ale zaraz oparł palce na tych jej, przesunął nimi po jej wciąż ciepłej skórze, na której pod palcami czuł jeszcze te pojedyncze ziarenka piasku. A ja cię tylko kocham, niby to wiedział, bo przecież czemu to by się nagle miało zmienić? Przecież ich uczucia nie zmienią się w jednej chwili, bo nie przyjęła jego zaręczyn. A jednak coś się zmieniło... I widział to patrząc w jej piękne, brązowe oczy. Na jej kolejne słowa on tymi swoimi strzelił w sufit, kiedy już opuściła mu okulary. To akurat było niezmienne. Często to słyszał.
Odprowadził ją spojrzeniem, zanim wyszedł na ogródek, zanim usiadł na schodku z blantem, który odrobinę znowu uspokoił serce, które nieznośnie obijało się w piersi. Chciał poukładać myśli, ten swój chaos, ale nie umiał. Bo teraz musiał się zastanowić co on chce zrobić u Pablo, jak to rozegrać z Lopezem. A on zamiast tego, to cały czas myślał o Stewart. I co nie lepiej było ją odesłać?
Znowu zerknął na zegarek, pstryknął niedopałkiem gdzieś pod róże i wszedł do środka w momencie, w którym Pilar też wychodziła do salonu. Czarne tęczówki odruchowo przesunęły się po jej sylwetce, zatrzymał je na moment na jej oczach.
- Ładnie - mruknął, chociaż i tak bardziej mu się podobała w czerwieni, bo to był ich kolor. A błękit... symbol trwania, stałości i wierności. Może dzisiaj była im potrzebna taka symbolika?
Ruszył do drzwi, ale zatrzymał się przy wyjściu, kiedy się wróciła, obejrzał za nią, finalnie przepuszczając ją przodem. Usiadł za kierownicą i od razu włożył kluczyki do stacyjki. Od razu miał wyjechać z podjazdu, ale kiedy zapytała go o plan, to jeszcze obejrzał się w jej kierunku. Chociaż już zaraz patrzył do tyłu przez ramię wyjeżdżając na drogę. Akurat Madox miał podzielną uwagę, a już prowadzić mógł nawet z zamkniętymi oczami. Czasem tak to w zasadzie wyglądało, jakby miał zamknięte oczy.
- Właściwie to najpierw musze tam wejść i zobaczyć, czy rzeczywiście trzyma tam Lopeza - stwierdził, bo tego przecież nie wiedzieli na pewno - a potem myślałem o tym, żeby im tam wyjebać jakiś alarm, no wiesz przeciw pożarowy, zrobić trochę zamieszania, zgadałbym Sofię i może... - urwał zerkając na nią kątem oka. No tak, bo Madox zawsze liczył na tych obcych ludzi, że jakoś ich zagada, ale ile razy się na tym już przejechał, to by nie zliczył. A dzisiaj może zamiast liczyć na farta i randomów, to jednak powinien na Pilar?
- Nie wiem dlaczego, bo Pablo powiedział mi tylko, że też miał jazdę i złapali jednego z jego ludzi na kradzieży, nie wiem co on kradł, nie wnikałem, bo w zasadzie Matteo miałby to gdzieś - taka była prawda, Matteo nie był jakimś dociekliwym gościem, nigdy nie zadawał za wielu pytań. Nieszkodliwy. A to, że Madox zbierał dużo informacji na podstawie obserwacji, to już inna sprawa, inna bajka.
- Nie ma tam Pablo, ma być tylko Sofia, no i wiadomo ci wszyscy ochroniarze, ale tak się dogadaliśmy, że ona mi obciągnie na tym magazynie, bo mnie to kręci... - Matteo to był chyba jeszcze gorszy pojeb niż Madox - czyli ja tam wchodzę na luzie - zamyślił się na moment i nie skręcił tam gdzie powinien, bo już jechał bez nawigacji, na pamięć, ale wiedział gdzie. Akurat Madox miał do takich rzeczy dobrą pamięć. Zakręcił na środku drogi.
- Napiszę ci czy on tam jest i jeśli tak, to... - zawiesił się, bo z jednej strony mogła tam wejść jako Rosa, ochroniarze ją już widzieli, mogła mu zrobić awanturę, ale wtedy byliby na celowniku, no chyba że... - wejdziesz i się wkurwisz, ale potem musisz uderzyć do Sofii, poudajemy, że się chcemy zabawić we trójkę, no przecież nikt nie będzie tam stał i patrzył jak się jebiemy - to mu się wydało najprostsze. A jak zostaną sami, z niegroźną Sofią, to będzie można się zastanowić co dalej. Ale to już da im jakieś tam pole do dalszego działania, a przynajmniej Madox tak zakładał.

vestido azul 🩵
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Też wolała się w czerwonym. Zdecydowanie bardziej pasował do jej ognistego charakteru. Do tego, jak narwana była, impulsywna, jak wszystko, co robiła, robiła na sto procent, nigdy na pół gwizdka. I do jej serca, które od kilku miesięcy biło dziko do jednego wariata, dla którego kompletnie straciła głowę.
Dzisiaj jednak trzeba było postawić na niebieski. Bardziej opanowany, stabilny… i może to i dobrze? Może dzisiaj właśnie spokój i opanowanie przyda im się bardziej niż ogień? Prawda była taka, że do tej sprawy trzeba było podejść na chłodno. Z planem. Wystarczył jeden niewłaściwy krok, zły ruch, który wzbudziłby ostrożność goryli Pablo, a wszystko mogło się wyjebać w ułamku sekundy.
Esme jasno dała im do zrozumienia, że oni w przeciwieństwie do jej ochrony wcale się nie pierdolili. Oni działali. Od razu. Żaden z nich nawet na moment by się nie zawahał, żeby sprowadzić ich do parkietu i połamać kości, jeśli tylko mieliby podstawy sądzić, że Madox albo Pilar byli zagrożeniem. A byli. Nie dość, że chcieli ujawnić cały pieprzony handel bronią, który dział się pod polem golfowym, to jeszcze uwolnić zdrajcę, nad którym Pablo z pewnością wydał już wyrok.
I właśnie — pozostawało więc pytanie, czy Lopez w ogóle był tam żywy. Czy tacy ludzie jak Gonzales w ogóle cackali się ze swoimi wrogami, czy po prostu stawiali ich pod ścianą i robili egzekucję na miejscu, nie bawiąc się w przetrzymywanie, jak zrobili to ludzie Esme z Noriegą, kiedy wbił na posiadłość. Trzeba było to sprawdzić w pierwszej kolejności, dlatego od razu skinęła głową, kiedy Madox powiedział, że na początku sam wejdzie i sprawdzi. Zgadzała się z nim w tym w stu procentach. Skoro zapowiedział się w pojedynkę, rozważnym było trzymać się tej narracji i nie wzbudzać nadmiernych podejrzeń. Dopiero kiedy dodał do tego planu Sofię, Stewart złapała więcej powietrza w płuca.
Mam ci przypominać co się stało, jak włączyłeś Ruby w plan z Tonym Lainem? — spytała spokojnie, chociaż w pierwszej chwili miała ochotę podnieść głos. Ale przecież tu nie było teraz miejsca na krzyki. Dostanie przekonali się dzisiaj, że one akurat nic nie dawały, kiedy nie nie mieli czasu. Bo może gdyby mieli go więcej i trochę się na siebie powydzierali, to rozmowa skończyłaby się nawet ze skutkiem pozytywnym. Ale nie tutaj.
A rozmawiałeś z Esme? Ona też nic nie wie? — zmarszczył brwi, gdy mówił o Lopezie. — Nie podejrzewa, co Lopez mógł mu zajebać? Zrobiłyby to za jej plecami? Wyglądali na takich, co wszystko sobie mówią — rzuciła, chociaż z drugiej strony, ona też myślała, że Madox mówił jej wszystko, że byli ze sobą szczerzy, a jednak ostatnie wydarzenia na komisariacie pokazały jej dobitnie, że wcale tak nie było. Że każdy miał tajemnice, robił coś za plecami drugiej osoby, to może i Lopez miał swoje sekrety? Może też na własną rękę chciał wyrównać jakieś porachunki z Pablo. Chciała wiedzieć, jaki miał plan, a jednak kiedy zaczął jej go prezentować, momentalnie się spięła. Ufała mu, a jednak kiedy tak luźno opowiadał o tym, jak Sofia obciągnie mu w magazynie, przez jej ciało przeszedł chłodny dreszcz. Gryzło ją to gdzieś pod skórą, sama ta myśl i nawet chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Powstrzymała się. Dla niego i dla ich świętego spokoju. W końcu chciała go wspierać, a żeby to zrobić musiała mu zaufać. Oboje musieli sobie zaufać. Dlatego wysłuchała go do końca, ani razu mu nie przerywając i…
Okej — zgodziła się. Tak po prostu. Przystała na jego plan bez żadnego ale. Czy uważała, że miał on wady i dziury? Oczywiście, że tak. Czy wymyśliłaby coś lepszego? Może tak, a może nie. Ale tutaj chodziło o kompromisy — on odpuścił i wziął ją ze sobą, więc ona miała zamiar chociaż raz również odpuścić własne racje i spróbować to załatwić jego sposobem. Poczuła na sobie jego przelotne spojrzenie. Nie dowierzał, że poszło tak łatwo? — Będzie jak chcesz — dodała dla zapewnienia i skinęła głową. Nie miała jedynie pojęcia, nawet jeśli znajdą Lopeza, jak go stamtąd wyciągną przy tych wszystkich gorylach, ale z drugiej strony nie mogli tego wiedzieć. Akurat w tym Madox miał rację — musieli pierwsze sprawdzić, jak wyglądała sytuacja, a potem całą resztę szyć na bieżąco.
Westchnęła głośno i kilkakrotnie postukała dłonią po odkrytym kolanie, przy okazji próbując nieco uspokoić szalejące w głowie myśli. A potem… przeniosła ją na dłoń Madoxa, którą trzymał na skrzyni biegów. Na chwilę. Na kilka dzikich uderzeń serca, czując pod opuszkami jego rozgrzaną skórę. Muskała ją delikatnie, czując jakąś dziwną tęsknotę. A dziwną, bo jak przecież można było tęsknić za kimś, kto siedział dokładnie obok? Cóż, jak widać można. Tylko zaraz musiała ją zabrać, bo parkowali na tylnym parkingu pola golfowego. Uliczkę od miejsca, w którym znajdował się magazyn z bronią.
Jak mi dasz znać? Puścisz strzałkę? — odwróciła się w jego stronę, zaglądając w piękne, tak dobrze znajome ciemne oczy. — Błagam cię, kurwa, uważaj na siebie — starała się zachować spokój, a jednak ton głos chyba nieco ją zdradził. O to, że ona autentycznie się o niego bała.

Yo extraño
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie musiała mu przypominać, bo miał po tym wciąż ładną bliznę na boku, po jej wyjmowaniu kuli i szyciu go. Ale jego pierwotny plan zakładał, że wchodzi tam sam. A Jak Madox gdzieś szedł sam, to korzystał z tego co miał... Sofie też by mógł trochę wykorzystać. Była głupia, tym bardziej by ją zagadał. Dopiero na jej kolejne słowa, zerknął na Pilar z ukosa, akurat wjeżdżając w jakąś ulicę, wiec to na tym jednak skupił się bardziej, niż na niej, na tym skupił wzrok, bo cały czas jej słuchał.
- Nie wie, nie pozwoliłem jej się wypytywać o to Pablo, bo wzbudzi podejrzenia. Może Lopez nie wszystko jej mówił? A może to coś miedzy nimi tylko - wzruszył ramionami, nie miał pojęcia o co chodzi, a od Esme też nie mógł się niczego dowiedzieć, bo ona... po prostu panikowała, co było niepodobne do tego jak wczoraj podchodziła do nich, do wszystkiego, na chłodno. Madox wiedział, że zależy jej na Lopezie. A może jemu też zależało na niej... do tego stopnia, że odjebał coś z Pablo? Noriega by się nie zdziwił, rozumiał to nawet. Bo sam taki był i jak mu zależało, to czasem odpierdalał, po prostu.
Zjechał na jakąś mniej uczęszczaną drogę w kierunku klubu, no i dobrze, bo kiedy Pilar tak po prostu zgodziła się na jego plan, kiedy powiedziała to okej, to przyhamował jakoś mocniej, aż nimi szarpnęło. A Madox odwrócił się w jej kierunku, uniósł brew. Będzie jak chcesz. Teraz to będzie jak chcesz...
Znowu wywrócił oczami, przez chwilę patrzył w przednią szybę i lusterka, bo akurat wymijał jakiś samochód, ale zaraz zerknął na Pilar z ukosa. Już nawet miał się odezwać, powiedzieć, że wcześniej nic nie mogło być tak jak on chce, a teraz mogło? Ale nabrał tylko powietrze w płuca i wypuścił je mocno nosem. Ugryzł się w język.
Kiedy go dotknęła, to nawet się nie ruszył, chociaż drgnął delikatnie, ale nie zabrał ręki, zerknął nawet na nią w dół, ale już po chwili patrzył na drogę bo ustawiał się na miejscu parkingowym równiutko wzdłuż linii. Nabrał w płuca powietrze i dopiero się do niej odwrócił, wyciągając kluczyki ze stacyjki, ale zaraz włożył je z powrotem.
- Zostawiam je tutaj, gdyby coś się wyjebało i musiałabyś odjechać - rzucił. Zerknął jeszcze na siebie w lusterku i przesunął palcami po gładkiej twarzy, poprawił włosy i oparł na nich lustrzane okulary.
- Tak, albo... napiszę ci. Jakby się coś odjebało to wtedy puszczę strzałkę i wtedy jedziesz stąd i czekasz, aż się odezwę - odwrócił się do niej na siedzeniu i wbił w nią ciemne tęczówki - i to też nie podlega dyskusji, to jest... To za ten mój wygrany zakład, za który miałaś zrobić wszystko, co chcę - nie wiedział, czy będzie to reflektowała, ale z drugiej strony. Skoro to miało być wszystko, to on mógł żądać właśnie tego. Już miał wysiadać, oparł rękę na klamce, ale jeszcze raz na nią spojrzał.
- Zawsze uważam - uśmiechnął się nawet i mrugnął do niej jednym okiem. Bujda na resorach, bo on nigdy nie uważał. Wysiadł i zaraz ruszył w kierunku magazynu, po drodze poprawiając marynarkę i okulary. Jeszcze dobrze nie podszedł do budynku, a już z daleka widział, że stoi przed nim nie Sofia, tylko... meksykańska Pilar. Czyli już pierwsza rzecz, która się wyjebała, można odhaczyć. Sofia była tępa, a Pilar… nie do końca.
- Cześć Pilar, umówiłem się tutaj z Sofią - spalił głupa i przejechała palcami po brodzie. Od razu zauważyła różnicę.
- Nie masz brody... Tak też jest ładnie - uśmiechnęła się, a zaraz nawet zbliżyła do niego - Sofia chyba się czymś struła i nie mogła przyjść, ale ja jestem - podeszła jeszcze bliżej i przygryzła dolną wargę chcąc mu zajrzeć w oczy. Ale Madox je chował pod ciemnymi okularami. Skinął głową.
- Dobra, nawet lepiej, ale w środku... - skinął jej głową na magazyn, a Pilar z Meksyku pokiwała swoją wprowadzając w ruch tę burzę ciemnych loków.
- Lubię w środku - stwierdziła i ruszyła przodem. A Madox za nią. Niewiele się właściwie zmieniło, przy drzwiach wciąż stał jeden z ochroniarzy, w środku dwóch. To już trzech. Na magazynie Madox starał się ich doliczyć, ale widział trzech kolejnych, ich mijali. Pilar prowadziła go na strzelnice, doskonale.
- A co z Rosą? - zapytała kiedy mijali kolejne regały.
- Wkurwiła mnie - rzucił, ale właściwie szybko urwał temat, nie kontynuował, nawet kiedy się do niego odwróciła przez ramię, uznała, że chyba nie chce o tym gadać. A może powinien? Zrównał z nią krok, ramię w ramię - nie przyjęła ode mnie pierścionka - wypalił, a Pilar aż się odwróciła i zatrzymała.
- Co ty mówisz Matteo? - nabrała powietrze w płuca i spojrzała na niego dużymi oczami. A Madox tylko pokiwał głową, smutno. Ale zaraz wzruszył ramionami.
- Wyjebane - no tak do końca, to nie miał na to wyjebane, ale Matteo by pewnie miał. Ruszył dalej w kierunku strzelnicy, a Pilar tym razem zawiesiła mu się na ramieniu, a rękę już wsuwała pod błękitną marynarkę.
- Ja bym przyjęła... - rzuciła, ale już stali przed wejściem do strzelnicy, Madox już sięgał klamki - nie tam! - pisnęła brunetka i zaraz złapała go za fraki ciągnąc w jakieś drzwi obok - tutaj jest taki pokój... - zaczęła, ale Madox stanął w miejscu. Spojrzała na niego dziwnie.
- A mogę wziąć broń? Bo to mnie kurewsko nakręca - rzucił i spojrzał na nią. Ale Pilar znowu uśmiechnęła się wyzywająco i pokiwała głową.
- Ja wybiorę! - aż klasnęła w dłonie i weszła tam przed nim. Z jednej strony dobrze, że się zgodziła, z drugiej nie była mu wcale potrzebna. Kiedy weszli do środka okazało się, że Lopez wciąż tam był, żywy. Z czarnym workiem na głowie, czekał na egzekucję, ale klatka piersiowa unosiła mu się w nierównym oddechu. Pilar zdawała się go nie zauważyć, bo poszła od razu przekładać pistolety. Dopiero kiedy Madox stanął obok niej i wskazała go głową, to się obejrzała.
- Kto to? - zapytał, a Pilar wycelowała w Lopeza jakimś pistoletem, jakby to była zabawka.
- Nie wiem, ale Pablo i tak go zabije, skoro tu siedzi - powiedziała spokojnie, a Madox przesunął się bliżej niej.
- Jakiś skurwysyn, który zadarł z Pablo... - rzucił a w palcach przełożył swój złoty kastet, tak, żeby oczywiście nie umknęło to uwadze Pilar.
- Chcesz go uderzyć...? - zapytała jakoś tak powoli przygryzając dolną wargę, ale w jej ciemnych oczach coś błysnęło - ale ubrudzisz marynarkę - znowu przesunęła palcami po błękitnym materiale.
- Zdejmę ją - odpowiedział Madox i od razu rozpiął guziki.
- A koszula? - zapytała Pilar sięgając tym razem do jasnego materiału koszuli.
- Ją też - już sięgała do jego guzików, odpięła mu koszulę do połowy, ale wtedy w kieszeni zadzwonił mu telefon. I całe kurwa szczęście. Madox po niego sięgnął, to była Maddie.
- Muszę odebrać, to z roboty, z Kanady - zrobił dwa kroki w kierunku Lopeza i odebrał, mógł mu się lepiej przyjrzeć, biała koszula poznaczona była szkarłatem, zlali go, Madox nie wiedział jego twarzy, ale miał zakrwawione ręce, potarganą i brudną koszulę. Nacisnął na zieloną słuchawkę.
- Maddie słuchaj mnie uważnie - rzucił po rusku, a Maddie najpierw przeklęła i powiedziała, że go nie rozumie - nie okłamuj mnie, od tego zależy czyjeś życie, musisz... Napisać do Pilar smsa, że jest tutaj, ona będzie wiedziała kto, jeden przed, przy drzwiach dwóch, kręci się jeszcze trzech, tylu widziałem. Jestem z meksykańską nią tam. Tyle jej napisz dokładnie, za pięć minut - wyjaśnił jej po rosyjsku, a zaraz się rozłączył. Lopez drgnął na krześle, poznał jego głos? Możliwe. Zrozumiał co mówił? Nie wiedział. Na pewno nie zrozumiała Pilar, bo zaraz się zaśmiała.
- Co to za język, bardzo dziwnie brzmi - stała oparta o stół z bronią. Tym razem Madox do niej podszedł.
- Ruski, jest śmieszny, ale musiałem się go nauczyć... - wzruszył ramionami opierając rękę na stoliku obok niej.
- A jakie języki jeszcze umiesz? - zapytała znowu sięgając do guzików jego koszuli.
- Pokażę ci - puścił do niej oczko.

Pięć minut później Pilar dostała od Maddie wiadomość.
Jest tutaj. Jeden przed, dwóch przy drzwiach, kręci się trzech, więcej nie widział. Jest z meksykańską tobą, tam. M. kazał ci przekazać.
Maddie

Czyli jednak Maddie mówiła po rusku, a udawała, że nie. Ale Madox ją rozgryzł.

codelincuente <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patrzyła na kluczyki, które ponownie wsadził do stacyjki.
Gdyby coś się wyjebało i musiałabyś odjechać.
Nie chciała nawet o tym myśleć, że cokolwiek mogłoby się wyjebać, a tym bardziej nie chciała dopuścić myśli, że odjechałaby bez niego. Nie było nawet takiej opcji i już zaczęła kiwać przecząco głową, by się z nim nie zgodzić, tylko wtedy on postanowił wytoczyć prawdziwe działa. Pierdolony zakład, który przecież miał służyć czemuś przyjemnemu, a nie być wykorzystany w sytuacji zagrożenia życia.
Chyba cię kurwa pojebało — warknęła praktycznie od razu. I tyle było z miłej, grzecznej Pilar, która przystawała na jego plany. Ale to może nawet i lepiej? Tamta i tak im ewidentnie nie pasowała, biorąc pod uwagę, że nawet słowem jej z tego przypadku nie uraczył. — Dobrze wiesz, że to nie było po t… — przerwała, widząc jego minę. Nie żartował. Widziała ten jego stanowczy wzrok i doskonale wiedziała, że jeśli teraz mu nie przytaknie, to znowu się tu pokłócą, a przecież już naprawdę nie mieli czasu. — Okej — przytaknęła. Oczywiście kłamiąc. W życiu by nie odjechała. Wolała złamać daną obietnicę, niż potem wyrzucać sobie, że mogła coś zrobić. Poza tym, gdyby coś się wyjebało do tego stopnia, on i tak nie miałby jak do niej zadzwonić.
Przewróciła oczami na to jego zawsze uważam, a potem już tylko obserwowała, jak opuszcza pojazd i kieruje się w stronę magazynu. Serce waliło jej mocno, kiedy odprowadzała wzrokiem znajomą sylwetkę.
Kurwa.
Zaczynała się stresować.
Z chwilą, kiedy zniknął za budynkiem z sekundy na sekundę chuj ją strzelał. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Wyszła z pojazdu. Przeszła się dookoła. Odkopała w torebce paczkę fajek i odpaliła jednego, opadając na karoserię, ale zaraz odskoczyła jak oparzona, zapominając jak bardzo czarny się nagrzewał. Przykucnęła tuż obok, w wolnej ręce zaciskając telefon.
No dalej. Pisz.
Nie pisał.
Nic nie pisał.
Nie miała pojęcia, ile czasu dokładnie minęło, ale miałą wrażenie, że całe wieki. Zdążyła obejść Bentleya dziesięć razy, pogrzebać w bagażniku… ba, nawet odpaliła widok satelitarny na magazyn, żeby sprawdzić, czy gdziekolwiek było jakieś tylne wyjście, ale bez skutku. Nie dość, że jakość była praktycznie zerowa i nic nie było widać, to i tak z lotu ptaka nie było widać wejść. Wariowała. Autentycznie wariowała.
I wtedy przyszedł sms. Od Maddie. Nawet nie miała czasu zastanawiać się, dlaczego i jakim kurwa cudem od Maddie, bo ona już zachodziła w głowę, jak oni niby mieli wyciągnąć Lopeza, kiedy w środku było tylu ochroniarzy. Jak? Przecież kurwa ich wszystkich nie zabiją. Po pierwsze nie było opcji, żeby zrobić to w pojedynkę, nawet przy jej nienagannym celowaniu, a po drugie, żeby tym nie zwołać ich jeszcze więcej. A skoro nie mogli ich unicestwić, to jak oni mogli go wynieść? Jak?
Myśl, Stewart.
W pierwszej kolejności pomyślała, żeby zadzwonić na policję. Uruchomić odpowiednie kontakty, może przyspieszyć całą akcję przejęcia magazynu, tylko wtedy istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Pablo spakowałby Esme z Aurą i uciekła z kraju.
Odpadało.
Najlepiej byłoby ich jakoś wyciągnąć na zewnątrz. Tylko jak? Co sprawiłoby, że wylecieliby dosłownie wszyscy? Głowa jej parowała. Do tego stopnia, że przyjebała nogą w przednią oponę. Mocno. I wtedy do głowy wpadł jej pomysł. Durny. Kurwa tak durny i ryzykowny, że aż zaczęła się szczerze zastanawiać, czy Lopez był tego warty.
Chuj.
Szyjemy na bieżąco tak?
No to skoro tak, Pilar miała zamiar odjebać. Grubo. Ruszyła się z miejsca i wsiadła za kółko. W środku przygotowała jeszcze kilka rzeczy na siedzeniu pasażera, po czym ruszyła, w międzyczasie odpalając jeszcze jednego papierosa.
Kilka sekund później z piskiem opon zaparkowała tuż przy magazynie. Dzieliło ją może kilka marnych metrów od budynku, w którym przechowywana były tony broni. Cisnęła prawie całym petem na siedzenie obok i wyleciała z auta.
Wiem, że on tu jest! Otwieraj!!! — warknęła na faceta, jeszcze zanim zdążyła dobrze podejść do drzwi. Zrobiła go wzrokiem tak mocno, że łysy gość aż się wyprostował. — No już! — krzyknęła, a on o dziwo od razu otworzył przed nią drzwi.
W środku pozostała dwójka spojrzała na nią zaskoczeni, ale Pilar nawet nie poświęciła im uwagi. Dopiero przy kolejnej trójce przystanęła na moment. Wśród nich był facet, który strzelił całe marne trzy punkty, kiedy byli tu wcześniej.
Nie chcesz tam do nich iść, lala, uwierz mi — zaśmiał się głośno, kręcąc głową i przy okazji opierając się o stolik, przy którym… co oni kurwa grali w karty? Z drugiej strony, co tu robić całymi dniami? Pilar podeszła bliżej i walnęła pięścią w stół.
Posłuchaj mnie uważnie — nachyliłą się w jego stronę. — Ten facet tam ma być moim mężem, ojcem moich pierdolonych dzieci, więc jeśli jest tam teraz i posuwa jakąś inną laskę, to mam zamiar ukręcić mu jaja i nikt mnie przed tym nie powstrzyma.
O kurwa, jaka ostra — odezwał się jakiś inny. — A nie wolisz zostać z nami? Lubię takie ogniste kobiety — dodał zadowolony i chciał do niej sięgnąć, ale spojrzenie, które mu posłała, sprawiło, że od razu się zamknął. A potem wróciła nim do gościa, który był z nimi wcześniej.
G d z i e — wycedziła, przysuwając się do jego twarzy, jakby to jemu chciała ukręcić jaja. Widziała zmieszanie w jego oczach, a uśmiech szedł mu z twarzy. Może uświadomił sobie, że jeśli Stewart chociaż w połowie kręci jaja tak dobrze, jak strzela, to może jednak wypadałoby jej posłuchać?
Korytarzem do końca i drzwi na prawo od strzelnicy — wyjaśnił, a ona nawet nie czekała na cokolwiek więcej, tylko skierowała się we wskazanym kierunku. Nie było czasu na dyskusje. Szczególnie, że nie była w stanie kontrolować czasu kiedy… się odpierdoli.
Goryle Pablo jeszcze ryknęli śmiechem i zaczeli rozprawiać coś o tym, jak to Matteo miał przejebane. Słyszała ich będąc już w korytarzu, ale ani razu się nie odwróciła. Dobrze, niech zajmą się podśmiechujkami. Przeszła całą długość i z początku faktycznie zajrzała do pokoju na prawo od strzelnicy, który wskazał jej łysy, ale był pusty. Dopiero wtedy usłyszała dźwięki dochodzące z pokoju obok.
Weszła z impetem do środka i niezależnie od tego co tam zastałą, krzyknęła jeszcze zanim zamknęła za sobą drzwi:
Matteo ty gnoju!!! — dopiero wtedy zatrzasnęła je za sobą i odnalazła spojrzenie Madoxa. — Mamy jakieś dwie minuty — to rzuciła już ciszej. Chociaż nawet tych dwóch minut nie była pewna, bo tego przecież nie dało się wyliczyć. To wszystko było na oko. W końcu nie często bawiła się piromankę. Właściwie to robiła to pierwszy raz i nie była dokładnie pewna, za jaki dokładnie czas bentley, który stał tuż przy magazynie zajmie się ogniem.

loco loco :pilar2:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox tylko zaciągnął się perfumami meksykańskiej Pilar, ładnymi swoja droga, pochylając nad jej szyją, ona w międzyczasie uporała się z guzikami jego koszuli, a kiedy wyciągała mu ją ze spodni zrobił krok do tyłu odchylił głowę.
- Kurwa... Nie mogę przestać o niej myśleć... - jebnął ręką w stół, aż wszystkie pistolety na nim zadrgały.
- Ja ci zaraz pomogę... - powiedziała Pilar i doskoczyła do niego, już zsuwała z niego marynarkę, która wylądowała na stole. Madox znowu się cofnął, a ona przesunęła tylko dłonią po jego wytatuowanym torsie.
- To nie jest takie proste, jesteś... ale kurwa jesteś piękna - przysunął się do niej, a ona sięgnęła do jego karku. Znowu się cofnął...
Bo Madox właśnie robił to co umiał najlepiej, miotał się, kręcił, a przy okazji mącił jej w głowie.
- Wiesz co by pomogło bebe? Jakiś alkohol, jeden kurwa drink na zapomnienie - znowu się nad nią pochylał, tak, że jego ciepły oddech omiótł jej szyję i dekolt. Brunetka przesunęła dłońmi po tych jego tatuażach oparła je na zapięciu jego paska.
- Są tutaj... - powiedziała i odwróciła się do jakiejś szafki, a jak ją otworzyła to okazało się, że rzeczywiście znajduje się tam barek, a Pablo ich wcześniej trzymał o suchym pysku, nieładnie. Pilar do niego podeszła i wzięła butelkę, machnęła nią, a Madox się uśmiechnął, ale liczył na szklanki, on kurwa potrzebował szklanek. Ruszył do niej i naparł na nią, tak, że się cofnęła, plecami opadła na drugą część barku. Przyszpilił ją do ściany, ale zobaczył szklanki. Zajebiście. Sięgnął po jedną i podstawił ją Pilar, a później drugą dla niej. Nic nie powiedziała, może stwierdziła, że Matteo nie pije z gwinta. Polała do obu, a Madox je odstawił i znowu znalazł się przy niej i znowu pochylił do jej szyi, a ona już stanęła na palcach, już chciała złączyć ich usta w pocałunku, ale Noriega się odsunął, pokazał jej język, a miał na nim małą, białą tabletkę.
- Chcesz ecstasy? Będzie przyjemniej... - zmarszczyła brwi i chwilę myślała, a Madox przysunął się do niej jeszcze bardziej, ciaśniej. W końcu skinęła głową. Wygrzebał z kieszeni tabletkę i ją jej dał, położyła ją na języku i mu pokazała, a Madox tym swoim przejechał po wargach. Niepotrzebnie, bo znowu stała już na palcach.
- Poczekaj niech się kurwa rozpuści - mruknął przesuwając palcami po jej policzku, z ciemnymi tęczówkami utkwionymi w jej oczach.
- Gorzkie... - mruknęła.
- Bo to dobry towar - odpowiedział jej od razu Madox - wybrałaś już broń? - zapytał zerkając w kierunku stolika. Pilar pokręciła głową.
- No to wybierz coś hermosa - znowu spojrzał jej w oczy, a zaraz odsunął się - gdzie te kurwa drinki - sięgnął do szklanek, a Pilar rzeczywiście poszła wybierać broń. Dorzucił jej do szklanki jeszcze dwie tabletki, rozgniótł je w pył o grube szkło i zamieszał palcem, oblizał go, a przy okazji wygrzebał z pod języka tą swoją tabletkę. Pilar nie zauważyła bo właśnie się zastanawiała co wziąć, wybierała między dwoma gnatami. Ale Madox już stał przy niej ze szklanką. Podał jej ją, stuknęli się.
- No to... za zapomnienie - rzucił i wychylił swoją do dna. I chociaż brunetka chwilę się zastanawiała, to zaraz też to zrobiła, wypiła wszystko, razem z tym proszkiem z dna szklanki. Smaku nie wyczuła bo pod językiem przecież miała gorzkie ecstasy, chuja a nie ecstasy.
Chociaż zaraz chciała mieć chuja, ale chyba tego Madoxa, bo znowu się szarpnęła do niego, przesunęła zimnym pistoletem po jego torsie, aż po plecach przeszedł mu dreszcz, zsunęła z niego koszulę, tym razem nawet się nie kłopotała, żeby ją podnieść, spadła na brudną podłogę. A ona już sięgała do jego paska...
Zdążyła tylko wyciągnąć skórzany pasek z klamry, ale nawet go nie odpięła, bo w jej oczach widać było, że... odpływała. Madoxa składało po trzech Xanaxach wymieszanych z alkoholem, a on był jednak gorszym ćpunem. Zdążył ją jeszcze złapać zanim osunęła się na ziemię. A wtedy do pomieszczenia wpadła Pilar. Ale ta prawdziwa, najprawdziwsza.
Zastała go jak trzymał w ramionach meksykańską Pilar, ale ona wyzgonowała, po prostu ją odcięło. I na to liczył Noriega. Co prawda był do połowy rozebrany i sterczał mu pasek od spodni, ale, przecież on nic takiego nie zrobił. Nic nie zrobił właściwie.
- Do czego dwie minuty? - zapytał Stewart i posadził brunetkę na podłodze, oparł ją o stolik. W pierwszym odruchu poprawił sobie pasek, ale dwie minuty...
Mieli dwie minuty. Więc Madox rzucił się do tego stolika, złapał z niego nóż sprężynowy, rozłożył go i już po chwili rozcinał więzy krępujące Lopeza, ściągnął mu worek z głowy. Twarz miał poobijaną, podobnie w zasadzie jak Madox, kiedy go sprali policjanci. W niektórych miejscach już puchł, w innych wciąż sączyła się krew. Wypluł ją na podłogę.
- Wiedziałem kurwa, że to ty, twój ruski jest chujowy - rzucił zerkając do tyłu na Noriegę, który już rozcinał mu ręce.
- Ale zadziałał - Madox spojrzał na Pilar. Uwolnił Lopeza, który zaraz zerwał się z krzesła.
- Jak chcecie... - zaczął, ale nawet nie dokończył, bo na korytarzu już zrobiło się jakieś zamieszanie, było słychać szum i podniesione głosy. Madox załapał swoją koszulę i zarzucił ją na siebie.
- Co zrobiłaś? - znowu patrzył na Stewart, w jej piękne, czekoladowe oczy.

caliente y loco <3
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
29 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sama nie wiedziała, czego się spodziewać, wchodząc do pokoju, w którym był z inną kobietą. Z którą jak przecież sam mówił Pablo umówił go na jebanie. Wierzyła w jego intencje i uczucia, a jednak miała też świadomość, że byli teraz w przypisanych sobie rolach, że on wszedł tutaj, żeby uratować Lopeza ale jednak pod przykrywką faceta, który potrzebował dziwki na zapomnienie, więc naturalnym było, że gdyby ktoś ich pilnował, musiałby w to iść. Chociaż połowicznie. Miała tego świadomość i była gotowa nawet na to, żeby zastać meksykańską Pilar na kolanach, chociaż wtedy to chyba wyszarpała by ją stąd za włosy.
Jak się okazało wcale nie było takiej potrzeby, bo Madox nie miał na sobie jedynie koszuli, a większa część jego garderoby, szczególnie ta dolna wciąż była na miejscu. I chociaż niby to nie było istotne, Pilar westchnęła głośno. A zaraz potem jej spojrzenie zjechało niżej, na meksykańską Pilar, która wydawała się… nieprzytomna.
Co ty jej zrobiłeś? — spytała chyba bardziej z ciekawości niż tego, że przejęła się tym faktem. Chociaż trzeba przyznać, wyśmienicie się złożyło, że Madox już załatwił problem w postaci dziewczyny. W końcu gdyby widziała, że uwalniają Lopeza jeszcze musieliby ją zabić, brać ze sobą albo kombinować nie wiadomo co, żeby ich nie wydała przed Pablo. Bo akurat jeśli wszystko pójdzie jak Stewart zaplanowała, to może nawet nikt nie będzie ich podejrzewać.
Podeszła do Lopeza w momencie, w którym Madox przecinał liny i ściągał mu worek z głowy. Wyglądał źle. Twarz miał całą poobijaną, jedna powieka była tak spuchnięta, że praktycznie nie było mu widać oka, a z ust ciągle sączyła się krew, którą on swoją drogą zaraz wypluł na ziemię. Nachyliła się, żeby pomóc rozwiązać supeł na nogach, kiedy oni już we dwójkę się na nią patrzyli, czekając aż w końcu powie co takiego zrobiła.
Podpaliłam samochód — rzuciła krótko, szarpiąc linę, w międzyczasie podnosząc spojrzenie na Madoxa.
Co kurwa zrobiłaś? — Lopez aż się zakrztusił krwią i spojrzał na nią jak na wariatkę. Ale ona jakoś się nie przejęła.
Podpaliłam samochód — powtórzyła spokojnie, jakby to było nic. — To znaczy zrobiłam tak, żeby się podpalił, więc nie wiem, czy się uda, ale zostawiłam zapalonego peta i podprowadziłam benzynę… no nie ważne. W każdym razie on jest zaraz przy magazynie, więc jak tylko jebnie i zacznie się fajczyć, to będą musieli to ugasić, żeby cała broń nie wyleciała w powietrze i jeszcze zrobić to, zanim ktokolwiek zadzwoni na psy i straż — wyjaśniła, rozplątując go do końca.
Jesteś pierdolnięta — rzucił Lopez, chociaż w jego głosie wcale nie było słychać wyrzutu. Ba, może nawet jego ton ocierał o aprobatę. Podniósł wzrok na Madoxa. — Ona jest pierdolnięta — powtórzył swoje słowa, jakby to miało cokolwiek dodać do rozmowy. Chociaż im dłużej kręcił głową, im dłużej przyglądał się Pilar i myślał, tym prędzej dochodził do wniosków, że to było jedyne słuszne wyjście. — Ale też w sumie mądra. Bo inaczej nie mielibyście szans przeciwko tylu ochroniarzom, nie mówiąc już o tym, że Pablo by się o wszystkim dowiedział, więc to sie faktycznie może udać. O ile nie zjebałaś z podpałką.
Zaraz sie okażę — wzruszyła ramionami, bo przecież nie było teraz czasu na gdybanie. Z pewnością będą wiedzieć, jak coś się zadzieje. A w międzyczasie Lopez próbował wstać z ziemi, stękając jak stary dziad, więc Stewart momentalnie podeszła, żeby mu pomóc. — Słuchaj, nawet jak oni wszyscy wybiegają na zewnątrz, to przecież nie możemy wyjść z tobą. Mamy jeszcze Aurę i Esme do odbicia, więc Gonzales nie może nic podejrzewać, że to my pomogliśmy ci uciec. Jest tu jakieś boczne wyjście, cokolwiek? I ty w ogóle jesteś w stanie wyjść o własnych siłach? — dopytała, przyglądając się, jak Lopez z początku nie był w stanie w ogóle ustać w miejscu, ale równie dobrze mogła być to kwestia zastałych nóg i zaraz wszystko wróci do normy.
Drugiego wyjścia nie ma, ale jest okno w kiblu — wyjaśnił, niezdarnie próbując poprawić sobie całą ufajdaną od krwi i brudu koszulę. — Użyje go i wyjdę bokiem. Nawet zostawię trochę krwi na podłodze, żeby myśleli, że sam spierdoliłem.
A jak ty w takim stanie…
Mam auto zaparkowane dwie ulice dalej — przerwał jej w pół słowa. — Zabrali mi telefon, ale kluczyków z tylnej kieszeni już nie — podniósł spojrzenie na Madoxa. — Wiem, bo kurwa cały ten czas, co tu siedziałem, wbijały mi się w dupę — skrzywił się cały na twarzy i zaraz sięgnął dłonią do tylnej kieszeni, faktycznie wyjmując pilot z przyciskami i pojedynczy kluczyk do auta. Świetnie w takim razie Lopeza mieli już z głowy. Odwróciła się w stronę meksykańskiej Pilar, a zaraz potem Madoxa.
Ktoś widział, że tu wchodziliście? — spytała, zaglądając w jego piękne oczy. — Bo mi łysy powiedział, że jesteście w pokoju obok — wyjaśniła pokrótce. — Jeśli tak, to trzeba ją tam dać. W środku jest nawet łóżko i… — nie dokonczyła, bo do ich uszu, jak i całej tej części magazynu doszedł donośny dźwięk wybuchu. A dokładniej pękanego szkła. Za drzwiami było słychać uniesione rozmowy i poruszenie.
Chyba jednak zadziałało — rzuciła, przenosząc spojrzenie na zmianę z Lopeza na Noriegę. No to czas był zacząć zabawę.

compañero fiel
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”