- Po co? - też bardzo mądre pytanie, no bo chyba nie specjalnie? Chociaż... Nawet na moment zmrużył powieki patrząc na jej twarz. Ale przecież zaraz już się miotał, kręcił i zbierał do wyjścia. Ale jak miał wyjść? I ją znowu zostawić? Z takimi brzydkimi szramami? Właściwie nie wyglądały źle, widzieli już gorsze. Zdecydowanie. A jednak i tak nie umiał sobie od niej odejść. Nawet apteczkę znowu wziął. Może powinien się przebranżowić z właściciela klubu, na jakąś szkolną pielęgniarkę? Zawsze to bezpieczniej, a nudy też nie ma, bo dzieci to zawsze coś odwalą.
- Ale chcę - odpowiedział jej od razu, na to nie musisz, dużo rzeczy nie musiał, ale robił je i tak, bo chciał... bo on zawsze przecież robił to co chciał. Tylko na moment spojrzał w jej oczy, bo zaraz jego ciemne tęczówki błądziły po jej ręce i po tych zadrapaniach. Głowę podniósł dopiero na jej kolejne słowa, a właściwie na to pytanie. Nawet sięgnął do swojej brody, żeby przejechać po niej palcami, trochę dziwnie się czuł bez brody, ale w zasadzie on tak często ją golił, zapuszczał, albo zmieniał włosy, że już to nie było dla niego nic wielkiego. Zaraz się przyzwyczai, gorzej mieli inni, bo kiedy tylko kogoś spotykał, to wciąż słyszał takie pytania, co z twoimi włosami, albo co z brodą?
- Zgoliłem ją, a co źle? - po Medellin pomalował i obciął włosy, teraz zgolił brodę. Ale Madox to jednak lubił zmiany, nie bał się ich i też nigdy nad nimi długo nie myślał. Wystarczył mu impuls, na przykład to, że go dzisiaj ta broda wkurwiała.
Nabrał mocniej w płuca powietrze, kiedy dotknęła jego policzka, kiedy przesunęła po nim opuszkami, ale nawet się nie ruszył, bo on był zajęty jej ręką i wcale nie kroił jej na pół, tylko ją opatrzył. Dopiero kiedy nakleił ostatni plasterek z limonką, to podniósł na nią spojrzenie, ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
- Za pół jointa? - uniósł jedną brew, ale w zasadzie to była uczciwa wymiana i jakby on umiał takie obrazy malować, to też mógłby to robić za blanty. Czerwony, galaktyczny koń w zamian za pół grama fazy.
- Fajnie, będzie jej się podobał - powiedział, jakby to był taki zwykły prezent, który chcieli jej sprawić, żeby jej się podobał, a nie jakiś bilet do chaty pełnej mafii. Kiedy jej pełne, gorące wargi ułożyły się w jego imię, to na moment zawiesił na nich spojrzenie.
- Później... - mruknął tylko, bo cokolwiek mu chciała powiedzieć, to już musiało zaczekać. Bo on już się śpieszył, chociaż nie mógł się powstrzymać, żeby się jeszcze nie uśmiechnąć. No bo kurwa mógł mówić co chciał, ale jednak cieszył się, że wróciła. Tutaj, a nie do Acapulco. Do niego.
Poszedł po telefon, a kiedy wrócił, a ona stała przy drzwiach to spojrzał na nią z ukosa. No na co liczyła?
Odchylił do tyły głowę kręcąc nią.
- Ja też dużo rzeczy chcę Pilar… - rzucił i wywrócił oczami, a zaraz znalazł się przy niej. Na wyciągnięcie ręki, bo już po chwili opierał wytatuowaną dłoń o drzwi nad jej ramieniem. I może chciał je rzeczywiście otworzyć i ją wyminąć, ale ona już zaciskała palce na tej jego ładnej marynarce - będziemy się szarpać? - zjechał spojrzeniem na jej rękę, ale zaraz znowu podniósł je na jej piękną twarz, na te oczy. Już otworzył usta, bo chciał jej powiedzieć, że tak to sobie wyobraża, że pojedzie tam i będzie sobie radził na ładne oczy, ale wtedy ona powiedziała to nawet jeśli mnie w tym momencie nienawi.... I tym sprawiła, że przysunął się do niej bliżej, tak, że oparł łokieć o drzwi, a jej falująca w przyspieszonym oddechu pierś oparła się o tą jego, walecznego lwa ukrytego pod błękitną marynarką. Tego lwa, spod którego wyrywało się do niej dziko jego serce. Znowu. Jak zawsze.
- Loca - mruknął, ale zaraz odchylił do tyłu głowę - ale ty we mnie kurwa nie wierzysz - znowu pokręcił głową, ale zaraz ciemne tęczówki odszukały jej obłędne, brązowe oczy - te amo, tonta - i on też na nią spojrzał z tym ogniem, takim dla nich typowym, ale zaraz znowu spojrzał na zegarek - ale kurwa muszę iść - już nawet miał się odepchnąć od tych drzwi i ją przesunąć, ale ona wspinała się na palce, tak, że na tych nagich policzkach mógł poczuć jej ciepły oddech. Spojrzał jej prosto w oczy, ale zaraz tymi swoimi strzelił w sufit.
- Chcę cię mieć u swojego boku, oświadczyłem ci się loco - rzucił. Czy będzie jej to teraz zawsze wypominał? Oczywiście, że będzie - ale tam akurat nie możesz ze mną iść, bo wprosiłem się tam dzwoniąc do Pablo i mówiąc, że wkurwiła mnie Rosa, a on jako dobry kumpel umówił mnie na sesję masażu odprężającego z Sofią - tak się właśnie tam wprosił, i co teraz miał powiedzieć, że nagle zmienił zdanie i może Rosa się do nich dołączy? A może jeszcze Pablo?
Nabrał powietrze mocno w płuca i wypuścił je nosem, tak, że teraz to ona poczuła jego oddech na policzkach, i na dekolcie.
- Więc łącząc przyjemne z pożytecznym sprawdzę co z Lopezem, bo na pewno ma go tam na tej strzelnicy - wzruszył ramionami. Wiadomo, że nie zamierzał tam się z Sofią bawić w żadne masaże, ale chciał się z nią po prostu podrażnić. Odepchnął się od drzwi i sięgnął do kieszeni marynarki, żeby zaraz założyć na nos lustrzane okulary. Koniec patrzenia sobie głęboko w oczy, a na pewno ona już w te jego nie popatrzy.
- Więc wybacz cariño, ale na mnie już pora - skrzyżował ręce na piersi i czekał, aż mu się odsunie. Chociaż nie miał zamiaru czekać długo, bo czas jednak go naglił.
cariño