Atmosferę dałoby się kroić nożem, taka była gęsta, jakby powietrze w klubie nagle stanęło, a te hiszpańskie przekleństwa sypiące się na prawo i lewo i muzyka latynoska w tle, tylko dokładały do pieca. Mogło się tutaj polać zdecydowanie więcej krwi, zwłaszcza, że ten pieprzony Alvaro wciąż się szarpał i próbował wyrwać, jak jakieś wściekłe zwierzę, ale już po chwili wkroczyła ta jego błyszcząca dziunia, którą zaczęła oglądać mu ten krwawiący nos i stwierdziła, że muszą iść z tym do łazienki i bardzo dobrze, bo może i Madox nie za bardzo zwracał na niego uwagę, ale teraz gotowy był zareagować szybciej, gdyby ten jednak się wyrwał i znowu próbował go powalić. Alvaro coś tam mruknął pod nosem, ale nie odszedł, przycisnął tylko ten nos jakąś szmatą, którą dała mu barmanka. Latynoska krew buzowała w żyłach i to nie jest jakieś przesadzone, oni po prostu wszyscy tutaj mogliby się pobić, a później pewnie przeprosić i jeszcze wypić razem drinka, wciągając do rana kokainę.
Dopiero to
spokój, kurwa Pilar sprawiło, że spojrzenia tych najbardziej zainteresowanych padły prosto na nią. Madoxa również, w międzyczasie poprawił tą poszarpaną przez Alvaro koszulę, ale policzek zaczął mu trochę puchnąć i sinieć, może to nie był jakiś dobrze wymierzony cios, ale silny.
Powiódł spojrzeniem za Stewart, kiedy go mijała i przez moment nawet przez głowę przeszła mu taka myśl, żeby chwycić jej rękę, bo Pilar może i była najczęściej jakimś jego głosem rozsądku, to jednak... temperament też miała gorący. Może dlatego tak mu się podobała?
Podobało mu się też, kiedy tak stanęła w jego obronie przed Ticiano. I nawet to kiedy nazwała go
swoim facetem, chociaż to akurat było mocno koloryzowane. Szkoda.
Nie no, nie powinno być mu wcale tego szkoda.
Kiedy Alvaro znowu się odezwał, do Pilar tym razem, to Madox drgnął, tylko od razu zareagował Ticiano, który zatrzymał go ramieniem. Jakby dobrze go znał, bo może tak było? Może jako te dzieciaki, które ledwo co wkraczały w dorosłość, to oni się znali, to szli ramię w ramię i czasem rzeczywiście wystarczył taki gest, ramię brata, żeby ostudzić niepotrzebny zapał, a później pojawiła się Rosalinda.
Madox naprawdę gdyby mógł, to powiedziałby jak kurewsko się cieszy, że ona wreszcie zniknęła, ale nie mógł.
-
Od kolorowych plakacików to jest Rosa, moim zdaniem to... - zaczął, ale wtedy znowu Ticiano go szturchnął. Może jednak nie powinien dolewać oliwy do ognia? Powinien być pierdoloną oazą spokoju i nie dać się sprowokować, a on dawał cały czas.
Chociaż jak spojrzał na Pilar to odrobinę się uspokoił, bo ona miała w sobie coś takiego, co działało na niego łagodząco. Stanął obok nich, bo Alvaro w końcu jednak uległ swojej dziewczynie i poszedł z nią w kierunku kibli, żeby pewnie zmyć z siebie tą krew. Właściwie z tych głównych zainteresowanych to została Maria, Ticiano, Madox i Pilar.
Wtedy Ticiano, który do tej pory kręcił głową, a wzrok miał zbity w podłogę odezwał się ciszej.
-
Ja z nią rozmawiałem - Madox od razu strzelił oczami, bo już sobie wyobrażał te ich rozmowy. Zerknął na zapłakaną Marie, a potem oparł jej dłoń na ramieniu, miękko.
-
Marie skarbie... bardzo się rozmazałaś, może powinnaś się poprawić? - powiedział z jakąś taką troską i rozejrzał się dookoła, zaraz kiwnął na Sorę i jakąś swoją kuzynkę -
dziewczyny pomożecie Marie się ogarnąć? To jest Twój dzień bebé, nie płacz - jeszcze oparł dłoń na jej mokrym policzku, pogłaskał go kciukiem. Marie pociągnęła nosem, ale później skinęła głową i rzeczywiście poszła z dziewczynami do łazienki. Madox za to ciemne tęczówki zawiesił na Ticiano, a potem przelotnie na Pilar.
-
Do biura - warknął do Tio, a potem jeszcze jakieś takie dłuższe spojrzenie posłał Pilar, dajac jej znać, że chciał, żeby poszła z nimi. Odwrócił się do gości, którzy patrzyli na nich dziwnie.
-
Bawimy się, próbowaliście już Santa Muerte? Zapraszam do baru - rzucił jakby nic się właściwie nie stało, a później zerknął jeszcze na kogoś z obsługi -
i niech to ktoś kurwa posprząta! - krzyknął, wskazując na tę krew Alvaro na podłodze, a później ruszył do tego biura, jakby był u siebie. Właściciela nie było, a zresztą był przyjacielem Ticiano, więc po prostu udostępnił mu lokal, Madox też jakby doskonale go znał, bo może i wystrój się zmieniał przez te dziesięć lat, ale układ pomieszczeń został ten sam. Dlatego bez jakiegoś zawahania skierował swoje kroki do tego gabinetu właściciela. Chociaż nie, tym razem nie szedł z przodu, tylko zaczekał na Pilar, żeby znowu złapać ją za rękę.
Z tyłu szedł Ticiano, po którego minie widać było, że może wie coś więcej o zniknięciu tej Rosy. Zdecydowanie.
-
Jeśli będę chciał go walnąć to mnie powstrzymaj... - Madox mruknął te słowa do ucha Pilar, kiedy już otwierał przed nią drzwi do tego gabinetu. Nie był tak ładny jak ten Madoxa, ale też całkiem... przytulny. Duże biurko, jakiś stolik, fotele i przede wszystkim barek. Tego właśnie szukał spojrzeniem Madox, gdy tylko tutaj weszli. Od razu do niego podszedł i otworzył, tak, rum, liczył na niego. Ticiano w tym czasie znalazł jakąś tackę, na której położył spory kryształek kokainy i skruszył go złotą kartą, oparł się o biurko zwijając banknot w ładny rulonik.
Noriega tylko na niego zerknął, ale nalał rumu do trzech ciężkich szklanek, wziął jedną, żeby podejść z nią do Pilar, kiedy podawał jej to szkło, to musnął palcami jej dłoń, oparł je na niej dłużej niż powinien i znowu spojrzał jej w oczy. Sam nie wiedział czego się teraz może spodziewać, ale czuł w kościach, że to też będzie swojego rodzaju przedstawienie, a może... jakieś pierdolone katharsis, bo mina Ticiano wyglądała na skruszoną. Odsunął jeszcze ten jeden fotel specjalnie dla Pilar, skoro był jej facetem, to trochę chciał o nią zadbać... Chociaż z premedytacją ustawił ten fotel tak blisko biurka, o które opierał się Ticiano, że gdyby doszło między nimi znowu do jakiejś szarpaniny, to mogła szybko zareagować. Mogłaby i wiedział, że by to zrobiła, skoro już ją o to poprosił.
Wziął dwie pozostałe szklanki i sam też podszedł do tego biurka, podał Ticiano drinka, z tego swojego od razu upił prawie połowę. Tio skinął głową na posypane kreski, ale Madox tylko zmarszczył nos.
-
Nie teraz, ktoś tu musi być kurwa trzeźwy - mruknął, a Ticiano wzruszył ramionami.
-
A ona? - chodziło o Pilar chociaż nawet na nią nie spojrzał, typowo. Jakby Madox miał za nią decydować, bo pewnie Tio decydował z Marię, nad tym nawet nie trzeba było się długo zastanawiać.
-
Zapytaj ją - odpowiedział od razu Noriega i oparł się tyłkiem o podłokietnik fotela, na którym siedziała Pilar. Ticiano dopiero teraz spuścił na nią spojrzenie, ale zanim Stewart zdążyła się zgodzić, chociaż Madox szczerze w to wątpił, żeby wciągała tutaj kokainę z Ticiano, chociaż... może nawet chciałby to zobaczyć? Odezwał się.
-
No to co tam się wydarzyło? Nie wystarczyło Ci, że nas poróżniła Tio? - zapytał jakoś tak spokojnie, ale Ticiano się skrzywił, a później pochylił nad biurkiem, żeby sobie wciągnąć jedną z tych usypanych, równych kresek. Nie pierwszą na pewno, dorzucał, więc jakoś nie było tego po nim za bardzo widać, może oprócz tego, że mięśnie się spięły, a on się wyprostował, a później to on ruszył do Madoxa, żeby go objąć za szyję ramieniem.
-
Ale mówiłeś, że mi to wybaczyłeś bracie, wiesz jaka jest Rosa, to szmata, powinieneś się cieszyć, że nie wziąłeś takiej szmaty za żonę - powiedział bez ogródek, bo kokaina już chyba wjechała, więc teraz Tio mógł się czuć, jak pierdolony król tego świata. Madox się wcale tak nie czuł, chociaż może Ticiano miał rację? Ale może nie powinien tego mówić przy Pilar? A zresztą i tak już była w samym centrum tych dziwnych wydarzeń. Samiutkim centrum. Ticiano mocniej ścisnął Madoxa za szyję i pochylił twarz do tej jego.
-
Bo Ty teraz masz porządną dziewczynę, a nie jakąś obciągarę Madox - spuścił wzrok na Pilar, jego oczy były praktycznie czarne, bo tak mu wyjebało źrenice -
jak ona na Ciebie patrzy, trzymaj się jej bracie - poklepał Madoxa po klacie. Noriega tylko go słuchał, bo trochę wiedział, że przemawia przez niego kokaina, ale w zasadzie to przecież miał rację. Nie co do tej dziewczyny, bo jednak to była tylko gra, ale co do tego, że jednak dobrze, że nie związał się na całe życie z Rosą, bo może kurwa prędzej wylądowałby w tej Porce jak Doña Sofia, niż był szczęśliwy?
-
Ale co się stało? - powtórzył Madox, a Ticiano go puścił, rozłożył ręce i pokręcił głowa.
-
No jak to co? Pozazdrościłem Ci bracie i powiedziałem jej, że to między nami to koniec - Madox parsknął, ale Ticiano się tym wcale nie przejął, bo już stał przy biurku i wciągał kolejną kreskę.
-
To to trwało do tej pory? - zapytał Noriega. Chociaż może nie powinno go to obchodzić? Może nawet nie obchodziło jakoś bardzo, ale trochę chciał zrozumieć co siedziało w głowie Ticiano i dlaczego żenił się ze słodką Marie wciąż kurwa spotykając się z Rosalindą.
-
No sam wiesz jaka jest Rosa, kurewsko dobrze ciągnie druta - powiedział spokojnie, ale Madox nic nie odpowiedział, przechylił tylko swoją szklankę, żeby wypić ten rum. Czy Pilar chciała, czy nie to właśnie brała udział w kolejnym przedstawieniu, tylko chyba tym razem mniej tragicznym. Chociaż... zależy z której strony na to spojrzeć. Była wielka miłość, kiedyś tam, było pożądanie, które kogoś zgubiło. Brat zdradził brata. A teraz było nawet swego rodzaju oczyszczenie.
Madox podszedł do biurka, żeby odstawić na nie puste szkło, a wtedy stanął przed nim ten wyćpany Tio, który już tak dowalił do pieca, że wyglądał jakby zaraz coś miało go rozsadzić od środka.
-
Musisz mi to wybaczyć bracie, bo o kogoś takiego jak Rosa nawet nie warto jest walczyć - no i tu chyba miał mimo wszystko rację. Chociaż to nie zmienia faktu, że młody Madox zdradzony przez ukochaną kobietę i przez przyjaciela, który nagle musiał uciekać z kraju za grzechy matki, wcale nie miał łatwo. Ale może to go właśnie zahartowało? Może to właśnie sprawiło, że teraz był w tym miejscu, w którym był?
-
Wybaczam - mruknął, a wtedy Ticiano rzucił się na niego, ale żeby go objąć, poklepać po plecach.
Czyli nawet było pojednanie. Mogłaby być chyba z tego dobra sztuka.
Pilar Stewart