34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa dużo...
Madox roześmiał się głośno, kiedy wyszło, że większość dziewczyn z kółka się w nim podkochiwało, a zaraz wtrącił - ale Alfredo nie - tylko, że wtedy Carmen wskazała jeszcze na Pilar z tym pytaniem, czy ona też. A Noriega przecież znał odpowiedź, jego pierwsza miłość, jego pierwsza dziewczyna i pierwszy w życiu całus, a jednak kiedy powiedziała to tak, to serce mu w piersi jakoś szarpnęło. Zatrzymał na niej ciemne spojrzenie, łapiąc to jej.
Bo dziewczyny były głupie... póki nie spotkał na swojej drodze Pilar, która z równie wielkim jak on zapałem, wspinała się po drzewach i strzelała z procy, może nawet lepiej niż on.
I on też ją kochał... za dzieciaka... do tej pory?
Nie, to przecież nie możliwe, serce biło mu w jakimś szalonym rytmie, ale to przecież przez alkohol, przez to, że tutaj tyle się działo, a nie dlatego, że on wciąż coś do niej czuł.
No jak? Jak on miał dziewczynę...
Nie miał już.
Ale Pilar była dziewczyną jego przyjaciela.
A poza tym przecież go nie znosiła. Przecież miała mu to za złe, że wtedy w te pamiętne wakacje on ją rzucił. Widział to w jej oczach, jak bardzo miała mu za złe.
Ale kurwa... jeśli w jej spojrzeniu nie było czegoś jeszcze, to chyba go do reszty popierdoliło. Może. Na jej punkcie?
Nie. Tak!
Madox nawet nie zerknął na Ticiano, bo on cały czas patrzył na Pilar, a że alkohol już szumiał mu w żyłach, a w głowie było sto różnych myśli. Pojebanych. To on zaraz nawet zaczął.
- Zapytaj twojego chłopaka, co wtedy... - tylko nie skończył, bo Carmen już na niego wpadła i już gadała o tym jak by się porzygała, gdyby miała się całować z Rosą. Na co Rosalinda skoczyła na Carmen i zaraz szarpała ją za włosy. A potem oni już je od siebie odciągali, a Madox mówił to, że Rosa już nie jest jego dziewczyną, pewny siebie, a jednak język mu się odrobinę plątał, bo za dużo już wypił...
Ale kurwa, on nigdy jeszcze nie był tak tego pewny, no i nie czuł się z tym jakoś tak... dobrze. Aż znowu chwycił butelkę, która krążyła w kółko i upił kilka łyków. Dlatego może nawet nie zauważył, że Ticiano wyrwał się za Rosą?
Albo dlatego, że Madox na to miał już totalnie wyjebane. Na Rosę, która już nie była jego dziewczyną i na Ticiano, który okazał się chujowym kumplem.
Noriega jednak postanowił teraz tego nie roztrząsać, bo już butelka znowu się kręciła, a do tego zaraz okazało się, że on, Lucita i Carmen będą się całować we trójkę. No i zajebiście. Obie były ładne, obie kiedyś się w nim podkochiwały, mógł się z nimi przelizać… chociaż zerknął jeszcze w kierunku Pilar. Cały czas jego spojrzenie uciekało do niej. A kiedy Carmen się porzygała, a Lucita zaproponowała ten całujący trójkąt Pilar, to oczywiście, że Madox mrugnął do niej jednym okiem, że będzie fajnie, tak. Chciał ją pocałować, chyba najbardziej z tego całego towarzystwa. Ale przecież tylko po to, żeby sprawdzić, czy to znowu sprawi, że on w jednej chwili zafiksuje się na smaku jej pełnych... gorących... kurwa...
Już się na to nakręcał.
A kiedy Stewart rzuciła to dobra chuj, to uśmiechnął się do niej zaczepnie. Lucita oparła mu się na ramieniu i oblizała pełne wargi wpatrując się w Pilar.
- Tylko, żeby ci nie stanął Alfredo zboku! - rzuciła Lucita, ale zaraz popatrzyła na Madoxa, a później na Pilar - aż mi gorąco, to będzie kurwa hot - powachlowała się ręką, a zaraz już ciągnęła ich bliżej siebie za koszulki, tak, że oddechy całej trójki mieszały się w jedno, lądując na ich policzkach, szyjach i dekoltach.
Madox spuścił spojrzenie na piersi Pilar, które odznaczały się pod koszulką, a potem jego czarne już oczy odszukały te jej obłędnie czekoladowe. Przygryzł na moment dolną wargę i posłał jej zaczepny uśmiech, a potem kolejny Lucicie, kiedy powiedziała, że to ma być porządne lizanie.
- Czyli bez hamulców, tak jak lubię - szarpnął się do Lucity, ale jeszcze jej nie pocałował, jego oddech wylądował na jej ustach, a ona już sięgała do ich policzków. A Madox jedną rękę oparł na talii Pilar, wsuwając ją pod materiał koszulki, na jej gorącą skórę na plecach, tam, gdzie kiedyś było zapięcie stanika, a drugą na tyłku Lucity. Kiedy Stewart szarpnęła go do siebie za koszulkę, to serce w piersi też się wyrwało, do niej, gwałtownie, a potem on. Już czuł smak jej ust.
Jebane mango i czekolada... Skąd?
Tylko wtedy pojawił się Ticiano, pierdolony niszczyciel dobrej zabawy. Znowu.
- Zostaw ją Ticiano, bez przerwy się przypierdalasz - teraz już musiał się wtrącić też Madox. Może dlatego, że przerwał ten pocałunek? A może dlatego, że wkurwiało go już to, jak on bez przerwy szarpał Stewart? Może Madox dodałby coś jeszcze, ale to już powiedziała za niego Carmen. Co prawda sam Madox też był zaborczy, ale bez przesady...
Chociaż może gdyby chodziło o Pilar, to byłby bardziej?
Otworzył usta, żeby jeszcze coś dodać. Jeszcze wspomnieć o tym, że Ticiano wiecznie tylko wszystko psuł. Od zawsze, ale wtedy rzuciła się na niego Lucita. A Madox nawet nie zdążył zaregować. A zresztą...
Jebać to.
Kiedy Lucita na nim usiadła to wyrwał się do niej podrywając plecy z piachu. Odwzajemnił jej pocałunek sunąc palcami po jej rozgrzanych udach, na jej pośladki. Spijał z jej ust te jęki, dopiero kiedy stracił oddech to wylądował plecami znowu na piasku.
- Osiem na dziesięć - stwierdził i jeszcze się wyrwał do góry, żeby ugryźć ją gdzieś w brodę.
- Co ty pierdolisz Madox? Dziesięć na dziesięć całowałam! - Lucita walnęła go w klatę, a on zaraz zrzucał ją z siebie, ale potem sięgnął do niej i zaraz już oboje siedzieli na piasku z powrotem w kółeczku. Cali byli brudni, ale żadne z nich się tym nie przejmowało.
A kiedy Madox złapał spojrzenie Stewart, to...
- To mogłaś być ty - wypalił do Pilar, która już zakręciła butelką, tak sprytnie, że padło na jej chłopaka. Wszyscy spojrzeli na Tio, ale kiedy odpowiedziała za niego Stewart, to zaraz na nią. A to pytanie, które mu zadała znowu sprawiło, że po zebranych przeszło głośne uuuu.
- A co go łączy z Rosą? - zapytała Lucita, która wisiała na ramieniu Madoxa. Noriega nic nie powiedział, wbił spojrzenie w Ticiano. Nie wiedział co go łączyło, nie wiedział o żadnych wiadomościach. Carmen oparła się z drugiej strony Madoxa.
- No jak to co? Pewnie mu obciągała, nie widzieliście jego miny, kiedy sobie poszła? - rzuciła bezczelnie, Noriega oddychał już coraz bardziej ciężko i to nie za sprawą tych pocałunków z Lucitą. A Ticiano najpierw zaczął coś, że nic, że przecież są paczką i zapytał Marie czy to prawda.
Ale biedna Marie pokręciła głową, że nie wie? A może wiedziała więcej niż wszystkim się wydawało?
- Marie przecież ty wiesz... - cisnął ją Ticiano. I Madox się spiął, ale Carmen oparła mu rękę na udzie. A za Marie tym razem wstawił się Roberto.
- Zamknij się Ticiano, wszyscy wiedzą co się łączy z Rosą, miej jaja i się przyznaj - ekipa Roberto popatrzyła po sobie, tak jakby rzeczywiście coś wiedzieli. Bo przecież wystarczyło, że widziała ich jedna osoba, a potem... plotki się rozniosły.
Ale Madox nie wiedział nic, jego ciemne spojrzenie padło na Pilar, jakby w jej pięknych oczach szukał odpowiedzi, to widziała w telefonie Rosalindy? Że kręciła z Ticiano?
- Nic mnie nie łączy... Co wy pierdolicie? - Ticiano wciąż próbował się wybielić. Jak zawsze. Nieskazitelny Ticiano, zawsze niewinny.
Tylko tym razem Madox już go nie usprawiedliwiał.
- Ktoś wreszcie powie o co kurwa chodzi? - najpierw rozejrzał się dookoła, ale finalnie spojrzenie zawiesił na Stewart. Jedynej z całego towarzystwa, która... ona już dzisiaj tyle razy się za nim wstawiła. Przecież nie mogłaby go oszukać.
Odezwała się jednak Carmen, ale jeszcze zacisnęła palce na jego koszulce i spojrzała porozumiewawczo na Lucitę. Bo chyba wiedziała, że jak to się wyda, jak szambo wyjebie do końca, to jeśli go nie przytrzymają...
Ale ktoś musiał to w końcu powiedzieć. I tym kimś postanowiła być Carmen.
- Pamiętasz taką imprezę dwa tygodnie temu na magazynach? - spojrzała na Madoxa, ale on teraz patrzył tylko na Tio, jakby kurwa wiedział co zaraz usłyszy - no to Lucita weszła tam do kibla, a Rosa... Robiła to co umie najlepiej i obciągała Ticiano na podłodze w kiblu - wyrzuciła to w końcu. A Lucita jeszcze pokiwała głową na potwierdzenie. Tio zaczął kręcić, że to nie tak, że nie prawda.
- Też ich raz widziałem, jak się lizali przy samochodzie Ticiano - to już wtrącił Roberto, który mocniej przytulił Marie, bo ona też wiedziała? A może podejrzewała?
Wiedzieli wszyscy oprócz Madoxa?
Noriega nie wytrzymał i wyrwał się do góry, ani Carmen, ani Lucita go nie utrzymały, a żaden z chłopaków nawet nie ruszył się z miejsca. To była chwila, a Ticiano już lądował na piasku, a Madox na nim, Tio się zasłonił, ale co z tego, kiedy Noriega był wściekły. Zamachnął się raz, i drugi, a potem trzeci. Nie wiedział ile razy, nawet nie czuł bólu, tego jak jego knykcie zaczęły krwawić. Krew Ticiano mieszała się z tą jego, a Tio jęczał z bólu. Ale to wcale nie powstrzymało Madoxa. Bo to... nawet chyba nie chodziło o Rosę? O Pilar może? Albo o to, że zdradził go własny brat? Ten, dla którego on poświęcił wszystko. I dostał kurwa Stewart, tak jak chciał, a potem ją zdradził.
Jak on kurwa mógł ją zdradzić?
- Dobra! Już wystarczy! - zawołał któryś z chłopaków, ale Madox słyszał to jakoś z oddali, jak przez ścianę. Znowu się zamachnął i Alfredo z Roberto w końcu chwycili go za fraki, żeby ściągnąć go z Ticiano, który jęczał z bólu na ziemi. Ale Madox i tak się szarpał. Nie chciał się wcale poddać. I dopiero jej dotyk na jego karku sprawił, że się uspokoił, że się kurwa zatrzymał i pozwolił chłopakom ściągnąć z Tio.
Marie zasłaniała się rękami nie wiedząc co ma zrobić, czy pomóc Ticiano, czy wziąć stronę Madoxa i Pilar? Oni przecież byli jej prawdziwymi przyjaciółmi. Roberto spojrzał na nią, ale bał się ruszyć z miejsca, puścić Noriegę, który wciąż stał nabuzowany nad Tio.
Zajebałby go. Za wszystko. Na tej kurwa plaży. Przy wszystkich, gdyby Pilar znowu nie uratowała mu dupy.

Me salvaste el pellejo otra vez ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, przemoc, i jeszcze więcej przekleństw
Chciała to zrobić.
Chciała go jeszcze raz pocałować.
W oficjalnej wersji dla zabawy, bo przecież po to była ta cała gra. A jednak gdzieś tam głęboko w sercu prawda była o wiele bardziej obszerna. Bardziej skomplikowana. A mianowicie Pilar odkąd przyjechali z centum, spod tego pieprzonego sklepu, nie potrafiła przestać o nim myśleć. O jego kurewsko gorących ustach, które robiły z nią, co tylko chciały. Wyprowadzały na sam skraj. Doprowadzały do szaleństwa, w akompaniamencie lekko szorstkiej dłoni, która szarpała jej ciało tak, jakby naprawdę było jego własnością. Agresywnie i wyczuciem, jakby nie potrafił się nią nasycić. Jakby w tamtej jednej chwili, kiedy ich języki łączyły się w jednym tańcu, on nie widział świata poza nią. Liczyło się tylko to, co z nią robił. I to było kurwa najlepsze uczucie na całym, jebanym świecie. Uczucie, o którym Pilar nie potrafiła zapomnieć. Ani tego jak bardzo jej pragnął.
Te wszystkie myśli siały w jej głowie kompletne spustoszenie, podczas gdy głowa desperacko chciała znowu się do niego zbliżyć, żeby udowodnić sobie za wszelką cenę, że to był tylko jednorazowy zryw. Coś co czuje człowiek, kiedy ledwo co uszedł z życiem. Potrzebowała, żeby to było t y l k o to. Tylko zaraz się się okazało, że przed sprawdzeniem tej teorii (która swoją drogą była kurewsko błędna) powstrzymał ją Tio, szarpiąc ją po raz kolejny. Pilar nie była już w stanie zliczyć, jak wiele razy on ją tego dnia gdzieś szarpał albo na nią warczał. I chociaż sama był intensywna i narwana, lubiła sobie pokrzyczeć, tak to, co robił Ticiano naprawdę przekraczało już pewne granice. A może wkurwiła się tak, bo odebrał jej możliwość tego pocałunku? Pocałunku, który przecież Lucinda i tak odebrała, kiedy rzuciła się na Noriegę. Nawet nie dała mu chwili na zastanowienie się, po prostu wpiła się w jego usta dokładnie tak, jak chciałaby to zrobić Pilar. Obserwowała, jak jego dłoń błądzi po ciele blondynki. Jak zaciska ją na pośladkach, dokładnie tak, jakby to pewnie zrobił z jej piersią, gdyby przed chwilą, tą którą miał pod materiałem koszulki Stewart przesunąć nieco wyżej. I znowu się na nim fiksowała. Do tego stopnia, że kiedy było już po wszystkim a on na nią spojrzał i powiedział to krótkie to mogłaś być ty, momentalnie poczuła ścisk gdzieś w sercu. Mogła. Ale nie była. I Pilar ani na moment nie ściągnęła z niego spojrzenia, mówiąc swoje kolejne słowa.
Wtedy skale by ci w y j e b a ł o — wycedziła przez zęby, akcentując każdą, pojedynczą głoskę, jaka wylatywała spomiędzy jej ust. Niby nie miała tej pewności, że ona dałaby mu jedenaście na dziesięć pocałunek, ale jednak biorąc pod uwagę to co stało się przy sklepie… cóż można było tylko zakładać. Bo tamten pocałunek z pewnością był ponad dziesiątką. A przynajmniej dla niej. I pomyśleć, że nawet nie był intencjonalny. To by było, gdyby mogli spędzić nad nim jeszcze dłużej? Kurwa, nawet nie chciała o tym myśleć. I nie miała nawet na to czasu, bo już zaraz butelka wypadła na Ticiano, a Pilar wytoczyła ciężkie działa w postaci tego, co łączyło go z Rosą. Tak naprawdę przemawiała przez nią złość. Była zła, że pobiegł za nią i pisał za jej plecami, dlatego tak na niego naskoczyła, ale nawet w najśmielszych snach nie spodziewała się, że tam naprawdę było coś więcej. Że Tio faktycznie mógł ją zdradzić. I to wcale nie durnym pocałunkiem, nie przelotnym trzymaniem za rękę, a…
Co mu kurwa robiła?! — warknęła o wiele głośniej niż planowała. Bo dziewczyny może i trzymały Madoxa kiedy to mówiły, ale chyba kurwa zapomniały, że Pilar też była w to zamieszana. Że przez wypowiedzenie tego jebanego zdania, nie tylko Madox mógł ucierpieć i stracić panowanie. I pewnie w każdej innej okoliczności, Stewart wyrwałaby do przodu i jako pierwsze rzuciła się z Tio, ale to co powiedziały dziewczyny… kompletnie zmiotło ją z planszy. Aż zrobiła krok do tyłu, jakby autentycznie dostała w twarz.
Chciała stamtąd pójść. Uciec i jakoś to wszystko przetrawić, a w drugiej chwili dać mu w twarz, a jeszcze w trzeciej, żeby najlepiej okazało się, że to wszystko było jednym, wielkim stekiem bzdur, wyssanym prosto z palca. Bo mogło. No przecież kurwa mogło. A Pilar zawsze i w każdym universum lubiła mieć pełen obrazek, poznać wersje obu stron. Dlatego kiedy jeszcze Roberto dzielił się tym, że widział jak się lizali przy aucie, Pilar już patrzyła prosto na Tio.
To prawda? — szkoda tylko, że on wodził spojrzeniem wszędzie, tylko nie w jej kierunku. — Popatrz kurwa na mnie! — krzyknęła tak mocno, że spojrzeli na nią chyba wszyscy, nawet jacyś ludzie, co przechodzili kilka metrów dalej. I on w końcu też to zrobił. Nawet odpowiadać nie musiał. Wszystko było widać w jego zakłamanych oczach. Te jebane wyrzuty sumienia. Że to zrobił, czy może jednak, że został przyłapany? — Pytam, czy to prawda — dodała spokojniej, dosłownie zagryzając policzek od środka, żeby się nie rozpaść na drobne kawałki. I wtedy on skinął głową. Powoli ale widocznie. Przyznał się, a to rozwiało wszystkie jebane pokłady nadziei, jakie jeszcze w sobie miała.
Pilar ale to nie tak, to było tylko kilka… — zaczął się tłumaczyć, chociaż nawet zdania nie dokończył, bo wtedy doskoczył do niego Madox, od razu ściągając go do parkietu. Naskoczył na niego jak pieprzony jaguar na swoją ofiarę, sprawiając, że Tio nie miał szans. Już na start dostał kilka ciosów w twarz. A ona… stała. Na początku nawet kurwa nie drgnęła. Sama nie wiedziała czemu. Była aż w takim szoku? Nie potrafiła tego przetrawić? A może to chodziło o to, że dwójka mężczyzn powiedziała jej w życiu, że NIGDY nie złamie jej serca. I oboje w tym polegli. Dosłownie, bo ta sama dwójka leżała teraz na podłodze i okładała się pięściami. Naturalnie sekundę później przyszło to wiele pytanie, co takiego Miałą w sobie Rosa, że oboje jej chcieli? Że była lepsza niż Pilar. Że pierwsze poszedł za nią Madox, który nie chciał Stewart, a potem Tio, jakby ona była dla niego niewystarczająca. Dokładnie tak, jak niewystarczajca była dla swojej matki te osiemnaście lat temu.
Zapętliła się w tych wszystkich myślach, na moment naprawdę odcinając od rzeczywistości. Dopiero głos jednego z chłopaków, że już wystarczy ściągnął ją na ziemie. Pociągnęła nosem, próbując przywołać się do porządku i wtedy zobaczyła kompletnie zakrwawiona już twarz Ticiano.
Madox! — wyrwało jej się, a zaraz potem i ona cała wyrwała się do przodu, gdzie Alfredo z Roberto już łapali do za ramiona i próbowali jakoś odciągnąć. Głośny płacz Marie wybrzmiewał dookoła, powodując jeszcze większy chaos, mieszcyjaąc się z jękami Ticiano, który wił się po podłodze. Tylko Madox wcale nie chciał odpuszczać. Trwając w swoim amoku, był gotowy go dosłownie zajebać, a ona jak zwykle nie zważając na konsekwencje i to, że mogła dostać gdzieś przypadkiem, po prostu wbiegła między nich i korzystając z tego, że chłopaki ledwo trzymali Madoxa, podcięła mu nogi. Chciał czy nie, zachwiał się do tyłu, a wtedy ona docisnęła go do podłogi, dosłownie się na nim kładąc. Serce było jej jak szalone. Nawet nie myślała o tym, co robiła. Po prostu działała.
Hej! — krzyknęła, próbując złapać go za twarz, zacisnąć palce na policzkach, które ciągle się jej wyrywały. — Madox, patrz na mnie — warknęła przytrzymując go siebie, próbując z całych sił złapać z nim kontakt wzrokowy. I robiła to do skutku, aż w końcu na nią nią spojrzał. W te jej ciemne, zaszklone pewnie oczy, które próbowały udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Oczy, które mogły mu się wydać podobne do tych osiem lat temu, kiedy powiedział jej, że wcale jej nie kochał, że nic do niej nie czuł i że powinni się rozstać. To był zupełnie inny rodzaj bólu, ale w obu przypadkach czuła się zdradzona. I kiedy on w końcu trochę odpuścił, nie chcąc jej zrobić krzywdy, Pilar wykorzystała sytuacje i złapała go za nadgarstki, je również dociskając do piachu. — Calma — rzuciła ostro, jednak na swój sposób spokojnie. Chociaż ona sama spokojna wcale nie była. Cała wrzała. Wszystko w niej chodziło, nerwy buzowały, tak samo jak krew tocząca się w żyłach.
Kurwa, ale ma obity ryj — rzucił Alfredo gdzieś za jej plecami, nachylając się zapewne nad Tio. Tylko Pilar nie miała nawet jak się odwrócić, bo bała się, że jeśli da tylko torcie przestrzeni Noriedze do tego, żeby ją z niego zrzucić, to z niej skorzysta. Dlatego…
Marie — rzuciła, próbując przekrzyczeć jej ciche już szlochanie. — Marie, hej, posłuchaj mnie. Potrzebuje, żebyś coś dla mnie zrobiła, okej? — Marie przusunęła się bliżej na kolanach, a potem bardzo niepewnie skinęła głową. Cała się trzęsła. Była przerażona. — Weźcie z Roberto Tio, dobrze? Zajmiecie się nim?
A co z tobą? — spytała niepewnie, spoglądając wystraszona na Madoxa.
Ja nie chce na niego patrzeć — wyjaśniła chyba wystarczająco dostanie, ale jeśli nie to zaraz jeszcze dodała. — Bo jeszcze bym mu poprawiła.
Słuchajcie, ja przepraszam, że wcześniej wam nie powiedziałam, bo ja się po prostu bał…
Marie — przerwała jej, powoli rozluźniając uścisk, jakim trzymała go za biodra, chociaż nawet na moment nie puściła jego ręki. — Jest okej — nie było okej. — To nie była twoja prawda do powiedzenia — dodała, bo chociaż miała kurewski żal do Marie, że nic nie powiedziała, tak dopierdalanie jej jeszcze bardziej w tej sytuacji i tak nic by nie dało. Tym bardziej, że chciała, żeby zajęła się Tio. Zdrajca czy nie, wyglądał kurwa w chuj źle, kiedy tylko na niego spojrzała, gdy już oboje z Noriegą wstali z piachu po tej swojej szarpaninie. Nawet nie zakodowała, że wciąż trzymała palce na jego nadgarstku, ale świetnie się złożyło, bo kiedy chłopaki wzięli Tio pod ramiona i ruszyli do przodu, Madox też się chciał znowu do niego wyrwać, a Pilar mogła chociaż spróbować go utrzymać.
Zdzwonimy się — krzyknęła jeszcze od Marie, które nerwowo dreptała za Roberto i co chwile się do nich odwracała. Tylko że Pilar już nie patrzyła na Marie, a na Madoxa, któremu klatka piersiowa wciąż chodziła tak szybko, jakby pikawa miała mu kurwa wysiąść. I gdy on jeszcze chciał się szaprąć, ona pchnęła bliżej wody, w głąb plaży, gdzieś za jakiś kuter rybacki, który stał na piachu.
Przestań — warknęła, kiedy chciał się jej wyrywać, raz po raz szarpiąc go za koszulkę i popychając. Wiedziała, że nie używał całej siły. Gdyby to zrobił, nie miałaby z nim szans. — To i tak nic nie da — dodała i sama trąciła go ramieniem, by go wyprzedzić, a potem przeczesała nerwowo włosy i przykucnęła, bo kurwa… idiotka jego uspokajała, a ją samą aż nosiło. Czuła tak wiele emocji, że sama miała ochotę w coś przyjebać. Chociaż na razie trzymała to wszystko w środku.

Calma...
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, duuużo
Tak podejrzewał, że mogłoby mu wtedy wyjebać skalę, tak jak to się stało pod tym sklepem, wystarczyła chwila, to, że ich usta się złączyły w ognistym pocałunku, żeby szalejące i tak od nadmiaru adrenaliny serce, wyrwało się do niej jeszcze bardziej. Żeby zakręciła się na niej każda myśl, każda kurwa jedna, do tego stopnia, że jakby wtedy podeszli do nich ludzie Trucizny, to on by nawet tego nie zauważył. Bo widział tylko te jej piękne, ciemne oczy, bo czuł tylko jej usta, na swoich, jej gładką, gorącą skórę pod opuszkami. I to było wszystko. Jakby ona była wszystkim. W tamtej chwili.
Chciał sprawdzić tylko, czy poczułby to znowu. Ten dziki zryw. Tylko raz... Ostatni. Podczas tej głupiej gry, bo przecież jutro ona znowu trzymałaby za rękę swojego chłopaka. Jutro znowu byłaby nietykalną dziewczyną Tio.
Tylko zaraz się okazało, że to wszystko mogło się wypierdolić w jednej chwili. Bo Ticiano wcale nie był taki święty, a na dokładkę to... No kurwa z kolejną dziewczyną Madoxa?
A Noriega naiwnie zawsze wierzył, że Tio to jego brat. Brat, który nigdy, ale to nigdy się za nim nie wstawił i najpierw zepsuł to, co oni mieli z Pilar, tą ich niewinną, ale piękną, pierwszą miłość. A teraz jeszcze to, co miał z Rosą. Jakby kurwa na świecie nie było innych dziewczyn, tylko on zawsze musiał pragnąć tej samej co Madox.
Nawet nie zwrócił za bardzo uwagi na to, jak Stewart też podniosła głos, chociaż do niej też ruszył się Alfredo, może gotowy zareagować, gdyby Pilar jednak rzuciła się na Tio. Ale przecież i tak wszyscy uważali, że mu się należało.
Każda jedna osoba w tym towarzystwie chyba.
Madox przez moment trawił te słowa w głowie, a klatka piersiowa unosiła mu się gwałtownie i opadała, zaciskał już dłonie w pięści, cały kurwa spięty. A kiedy Stewart próbowała jeszcze dochodzić prawdy, kiedy chciała, żeby Ticiano to potwierdził, to szczęka zaciskała mu się tak mocno, że aż zgrzytały mu zęby. Tio skinął tylko głową, a Madox nawet nie zaczekał na jego kolejne wyjaśnienia, tylko się na niego rzucił, skoczył jak ten pierdolony jaguar na swoją ofiarę, a Carmen rozdarła mu aż na boku koszulkę, za którą chciała go przytrzymać. Marie z Lucitą pisnęły prawie równocześnie. Nie słuchał Ticiano, a jednak to kilka odbiło mu się echem pod czaszką. Kilka kurwa razy?
Kilka razy zdradził swoją dziewczynę? I to jeszcze z dziewczyną swojego kumpla? Brata.
Tylko, że oni chyba nigdy nie byli braćmi, może jak mieli po pięć lat. Ale od momentu, w którym Tio wypowiedział do Madoxa te słowa, że on nie umie kochać, bo jego nikt nigdy nie kochał, od tej pory już chyba nie...
Bo jaki brat tak mówi?
Nawet przez moment się nie zawahał, kiedy okładał Ticiano, za wszystko. To co było dziesięć lat temu, i przez wszystkie te kolejne, za to, że w niego zwątpił dzisiaj na tej walce, kiedy Noriega zakładał, że kogo jak kogo, ale przecież jego może być pewny. Za to, że pierdolił się z jego dziewczyną. I za Pilar. Może przede wszystkim za nią?
Nie przestałby, chociaż Tio wyglądał źle, ale Madox w ogóle o tym nie myślał, a kiedy chłopaki zaczęli go szarpać, we dwóch, to on i tak się jeszcze wyrywał.
- Zostaw, kurwa, Roberto - warknął i jeszcze chciał się zamachnąć na Roberto, ale wtedy Pilar go podcięła, a on padł na piach, aż poczuł to uderzenie na plecach, ale co z tego, kiedy to jeszcze nie był koniec? Kiedy on chyba naprawdę chciał go zajebać? Chłopaki go przytrzymali, ale on wciąż się miotał i wciąż szarpał, i może bym im się wyrwał?
Gdyby nie Pilar, który przycisnęła go do ziemi, która wylądowała na nim, a przecież jej nie chciał zrobić krzywdy. Nigdy nie chciał, i to osiem lat temu też nie.
- Przestań, Pilar - jeszcze chciał ją z siebie zrzucić, ale kiedy złapał jej spojrzenie, te szklące, duże oczy, tak kurewsko smutne, to się uspokoił. To nawet jej pozwolił docisnąć do piasku swoją rękę, do tego zimnego piachu, który lepił się do rozgrzanej skóry. Pod którą krew aż kipiała - calma - powtórzył po niej, ale z wyrzutem, bo jak oni mieli być spokojni? Chłopaki go puścili i Roberto ruszył do Marie, a Alfredo do Tio. Madox jeszcze raz się szarpnął, ale w tym momencie chyba już tylko po to, żeby Stewart docisnęła się do niego mocniej, co jej ciało zaraz zrobiło. Tak, że nie dzieliło ich już nic. Ciało przy ciele i te dwa serca, które waliły w piersiach jak szalone, jakby miały kurwa pęknąć na milion kawałeczków, jedno obok drugiego.
Odchylił do tyłu głowę wbijając ją w piasek, kiedy Pilar zawołała Marie. Miał jej to za złe, że nic nie powiedziała, bo przecież Marie zawsze była jego najlepszą przyjaciółką, i jeśli miała do tego chociażby podejrzenia, to powinna mu powiedzieć. Nawet na nią się spojrzał, kiedy się przysunęła, czarne oczy utkwił gdzieś w rozgwieżdżonym niebie nad ich głowami. Wyglądało tak spokojnie w porównaniu do tego, co się odjebało tutaj na plaży. Kiedy Pilar poluzowała chwyt, to on znowu się szarpnął.
- Pozwól mi... Pilar - jęknął i znowu się szarpnął, a zaraz znowu złapał jej równie ciemne spojrzenie. Nie od pożądania, a z tego całego bólu. Z tej niemocy. I z tego, że wszyscy ich zdradzili. Ticiano, Rosa i nawet Marie.
A oni jak zwykle zostali sami.
On sam.
I ona sama.
Znowu.
W końcu podnieśli się z piachu, ale kiedy chłopaki złapali Ticiano za bety, to Madox jeszcze raz się do niego wyrwał i gdyby Stewart nie zaciskała smukłych palców na jego nadgarstku, to znowu by skoczył. Gotowy był skoczyć. Tylko, że poczuł to szarpnięcie. Nie utrzymała by go...
A jednak sam jej dotyk sprawił, że stanął w miejscu, chociaż serce wciąż waliło jak szalone, chociaż krew wciąż krążyła w żyłach, uderzała do głowy, i gdyby nie stanęła przed nim, gdyby go nie zatrzymała to...
- Ticiano! - krzyknął jeszcze za nim, za tym swoim pożal się boże bratem, najlepszym przyjacielem, którego krew miał na rękach. Jego i swoją z pozdzieranych kostek, ale nie czuł w ogóle bólu. Tego fizycznego wcale. Chociaż kurwa tak złamany na pół to nie był dawno, a przecież to jeszcze nie był koniec rewelacji.
Poczuł za to szarpnięcie, jak Pilar go popchnęła, a on wyrwał się do przodu, tym razem do niej. Tak, że jego szybki, urywany oddech lądował na jej policzkach, kiedy się do niej pochylił - może wreszcie da? Może kurwa już dawno powinienem to zrobić? - warknął patrząc jej w oczy, ogniście, tak kurwa intensywnie, że musiała to poczuć to jego spojrzenie. A zaraz odwrócił się na pięcie, zaraz łapał się za głowę i robił kilka kroków w miejscu, jak dziki kot w klatce, jebanej klatce, do której tylko ona miała klucz. Bo jakby nie ona to zabiłby Ticiano.
Zaraz jego ciemne spojrzenie złapało jej sylwetkę na piasku. Nawet wyciągnął do niej rękę, a zaraz ją cofnął, ale finalnie to i tak lądował obok niej na kolanach. W piachu, tuż obok niej - Pilar… to widziałaś w telefonie Rosy? Że ona... i Ticiano? - nie obchodziło go to, przecież go to nie obchodziło... A jednak teraz nie dawało mu to spokoju - to o to chodziło? - zapytał znowu. Ale czy to teraz było ważne? Pewnie nie. Bo i tak najgorsze było to co zrobił Tio, skoro z Rosalindą postanowił już skończyć. Chociaż kiedy myślał o tym, że potrafiła patrzeć mu w oczy, mówić jak bardzo go kocha, a potem robić laskę jego najlepszemu kumplowi, jego bratu... Robiło mu się niedobrze.
Chciał znać prawdę, a przede wszystkim, to chyba chciał wiedzieć, czy Pilar mu ją powie. Bo kto jak nie ona?
Ale czy był gotowy na tą prawdę?
- Nie rozumiem jak on mógł ci to zrobić, jak mógł kurwa... Kiedy to właśnie ty byłaś jego dziewczyną - a na tą był? Pewnie oboje nie byli - kiedy kazał mi... a potem... - zamknął na moment te czarne wciąż oczy, bo kompletnie nie umiał pozbierać myśli. Kompletnie tego nie rozumiał, jak Tio mógł ją zdradzić, skoro przecież ją kochał tak jak Madox nigdy by nie potrafił. Sam mu to powiedział.
Że Madox nie umiał, a Ticiano tak... poskładać jej złamane serce. Tylko teraz ono znowu było w drzazgach, tak jak to jego. Dwa złamane serca. Znowu. Wtedy też były dwa. Pęknięte na pół.
Poderwał się z piachu, ale sam nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Nosiło go. Poszedłby za Ticiano, ale nie chciał jej zostawiać, nie umiał jej pocieszyć, a jednak... chciał być przy niej.
Ale nie wiedział co ma zrobić, bo on przecież nie umiał pocieszać i nie umiał... kochać.

¿Cómo pudo hacer eso cuando eras suya? ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
duuużo przekleństw
On sam.
I ona sama.
Znowu.

A jednak w tym całym chaosie ponownie razem. Wspólnie. Kompletnie nieświadomie ramię w ramię, pomimo przeciwności losu. Bo jak to było, że mogli się nienawidzić, rzucać w swoją stronę bezczelne złośliwości, a potem skakać za sobą ogień? Ratować się wspólnie z opresji? Razem przeżywać tą obrzydliwą zdradę? W końcu chcąc nie chcąc zostali równie mocno zranieni. Chociaż on chyba nawet bardziej niż ona. W końcu Pilar została zdradzona jedynie przez swojego chłopaka. I jasne, było to kurewsko ciężkie doświadczenie, takie, które godziło jej biedne, popękane serce, ale przecież Madox został dźgnięty w plecy nie tylko przez Rosę ale przede wszystkim swojego najlepszego przyjaciela. Odkąd pamiętała, Tio był dla niego jak brat. Sami mówili tak od dnia, kiedy tylko poznali się z Pilar. Byli nierozłączni, zawsze razem, a jednak teraz tak kurwa osobno jak chyba jeszcze nigdy.
Próbowała się uspokoić.
Złapać trochę powietrza, oczyścić głowę i ogranizm z tej chorej adrenaliny, która wciąż krążyła w jej żyłach po tym, jak odciągała Madoxa i leżała na nim przez kilka minut, żeby go uziemić. Tylko kurwa jak ona miała być spokojna, kiedy on stał przed nią, pierś w pierś, z całym tym ogniem w spojrzeniu, który momentalnie wniecał w niej jebany pożar? Kiedy mówił, że może to by coś dało, jakby zapierdolił Ticiano, jakby mu tylko pozwoliła, bo przecież już dawno powinien to zrobić. Powinien? Cóż, nie wiedziała jak to było z dawno, ale za dzisiaj z pewnością. Chciała mu to nawet powiedzieć, ale przecież ją też nosiło, tez ciężko jej było dobrać jakoś odpowiednio słowa. Sama nie wiedziała, czy była smutna, czy można jednak bardziej zła i poirytowana. A najbardziej w tym wszystkim to chyba czuła się bezsilna. Bezsilna wobec tej kompletnie odklejonej sytuacji.
Przeszła bliżej plaży, tuż za kuter rybacki i przysiadła na piachu. Na krótką chwilę schowała twarz w dłoniach, złapała w płuca więcej powietrza i po prostu spróbowała uspokoić to szalenie walące w piersi serce, które za nic nie chciało się jej słuchać. Słyszała jak za nią chodził, jak się czaił, a zaraz też klękał tuż przy niej, otulając oddechem jej policzek. Nie pomagał. Jego bliskość nigdy nie pomagała, ale dzisiaj już szczególnie. Tym bardziej, że pytał o ten pieprzony telefon Rosy. Telefon, w którym leżała cała prawda o tym, jak robiła Madoxa na boku. Nie miała serca mu tego mówić, a jeszcze bardziej to to jej jakoś zaczynało jeszcze bardziej boleć na samą myśl. Tylko on ciągle naciskał. Przysuwał się bliżej, zadawał jej kolejne pytania.
Nie chcesz wiedzieć — rzuciła spokojnie, chociaż cała chodziła. Aż musiała podciągnąć kolana do samej brody i objąć się rękami, żeby jakoś uspokoić własne ciało. Na moment wbiła spojrzenie przed siebie. Na horyzont ciągnący się w nieskończoność i spokojne morze. Wiedziała, że musiała mu powiedzieć. Że zasługiwał na prawdę, ale kurwa… — Ich było więcej, Madox — dodała w końcu, przekręcając głowę i łapiąc jego wyczekujące spojrzenie. Zaglądając w te piękne, czekoladowe oczy, teraz tak skrzywdzone i twarz umoczoną krwią. — Dziwne kontakty, jakieś smsy, wiadomości, kurwa nawet pierdolone zdjęcia kutasów — i znowu rosła w niej ta cala irytacja, aż zaczęła chaotycznie kręcić głową z niedowierzaniem tego, co Rosa miała w swoim telefonie. A najbardziej to chyba żałowała, że nie weszła w wiadomości z Ticiano. Że nie zobaczyła o czym oni tak napraw∂ę pisali. Też sobie wysyłali zdjęcia? Jej też mówił że ją kocha? Kurwa. Na samą myśl robiło się jej niedobrze. Aż prychnęła nerwowo i zagryzła policzek od środka, żeby się przy nim nie rozsypać.
Co ona ma w sobie takiego?(Here we go again) spytała w końcu, czując, że lada moment naprawdę się jej uleje. Ale przecież musiała wiedzieć. Musiała to zrozumieć. Chociaż po zdezorientowanej minie Madoxa mogła wywnioskować, że akurat on nie wiedział o czym ona nawijała. — Rosa. W czym jest aż tak lepsza, że ja jestem niewystarczająca? — zacisnęła dłonie w pięści, walcząc z ochotą, żeby w coś nie przyjebać. — Dla ciebie, dla Tio… — zerwała się z miejsca, czując, że była już na granicy. Odwróciła od niego wzrok i przeszła się w stronę kutra rybackiego. Czemu ona w ogóle z nim o tym rozmawiała? Przecież był ostatnią osobą, z którą powinna dzielić się takimi przemyśleniami. Ostatnią, z która powinna w ogóle rozmawiać. A jednak znowu byli sami, odosobnieni od całej reszty świata, z gwiazdami nad głowami i dudnieniu dochodzącemu z drugiego końca plaży. On na klęczkach na piachu z zakrwawionymi rękami i ona cała rozdygotana, wiecznie niewystarczająca, z kolejnym złamanym sercem. Może dlatego, kiedy powiedział to nie rozumiem jak on mógł ci to zrobić, Pilar już nie wytrzymała. Bo to było kurwa za dużo. W pierwszej chwili uderzyła pięścią w burdę łodzi, raniąc sobie przy tym palce, a zaraz potem odwróciła się do niego z żywym ogniem w oczach.
I kto to kurwa mówi — warknęła, nawet trochę nie gryząc się w język i już nawet nie próbując panować nad emocjami. Bo przecież to wszystko, co się dzisiaj zdarzyło, od samego początku dnia… to wszystko przywołało wspomnienia, o których ona tak desperacko próbowała zapomnieć. To złamane dziesięcioletnie serce, które zbierała naprawdę długo. — Myślisz, że to kurwa boli bardziej niż to co ty zrobiłeś osiem lat temu? — podeszła do niego bliżej, a kiedy za ten czas wstał na równe nogi, zadarła głowę i od razu wbiła mu palec w klatkę piersiową, nawet nie panując nad tym co mówiła ani co robiło jej ciało. — Ty też obiecałeś. Obiecałeś, że… nie złamiesz mi serca, to chciała powiedzieć, ale nawet nie była w stanie dokończyć zdania, bo wielka gula ugrzęzła w jej gardle. W końcu kiedyś już mówiła to zdanie. Dokładnie kiedy miała dziesięć lat i wielkimi, smutnymi oczami pełnymi żalu patrzą w te jego. Obiecałeś, że nie złamiesz mi serca, ta same słowa. Te same, które chciała wypowiedzieć mu teraz prosto w twarz, z dokładnie tym samym spojrzeniem, w którym kryły się bardzo podobne emocje. I jakim cudem oni się kurwa znaleźli w tej sytuacji? Jakby wrócili do jebanego punktu wyjścia. I pod tym względem Madox nie był wcale lepszy niż Tio. Bo jej nie zdradził? Może i nie ale zrobił coś jeszcze gorszego — zostawił ją kompletnie bez powodu. Bez żadnego, nawet jednego argumentu, który mogłaby przepracować. Po prostu przestał ja kochać. Zupełnie jak matka. Ona też przestała zaraz po przyjściu Stewart na świat.
Niesamowite jak smutna i depresyjna była jej podróż po akceptacje.
Po to, żeby ktoś w końcu ją chciał.
Całą.
Ją i nikogo innego.
Marzenie ściętej głowy.
I może na tym powinna zakończyć. Na tym do połowy wypowiedzianym zdaniu. Może powinna uciec i sama się zaszyć, przetrawić to w samotności, ale nie potrafiła. Była już tak bardzo nakręcona, że kiedy tylko on znowu wspomniał Tio i że coś mu kazał, to znowu się na niego wydarła, tym razem nie tylko dźgając go w pierś ale i poprychając za ramiona.
Co ci kazał? No co? — warczała na niego jak wściekły pies. Przekierowywała na niego całą złość i niezrozumienie, jaki nosiła w sercu, chociaż nie tylko on był tego powodem. A jednak tylko on tu przy niej został, więc naturalnie zbierał za to baty. — Co ci kazał Madox? Bo to kurwa już drugi jak nie trzeci raz tego dnia, kiedy nie kończysz — i znowu go popchnęła, a raczej spróbowała, bo oczywiście był od niej silniejszy i pewnie się zaparł i to ona odbiła się do tyłu. — Wtedy przed wejściem do sklepu też powiedziałeś, że gdyby nie Tio to byś nigdy. Nigdy co?! — serce było jej mocno w piersi. Nawet już nie kontrolowała tego jak bardzo, ale miała wrażenie, jakby zaraz miało wyskoczyć. Ciało aż nosiło, nie potrafiło ustać w miejscu, a w oczach… w oczach miała coś, co ciężko było opisać. Cały kalejdoskop emocji. Wszystkie skierowane prosto na niego, razem z dłońmi, które znowu go trąciły. — No wysłów się wreszcie!!

¡Dime la verdad!
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i smutek
Wcześniej może rzeczywiście nie chciał tego wiedzieć. Co zobaczyła w telefonie Rosy, bo przecież Madox postanowił z nią zerwać, z Rosalindą, skończyć to, ale teraz nie dawało mu to spokoju. Teraz krew krążyła w żyłach w jakimś zastraszającym tempie, a on chciał wiedzieć wszystko. I powiedzieć jej wszystko.
Może też to, że on zerwał z Rosą dlatego, że jego serce zabiło mocniej do... dziewczyny jego przyjaciela. Do niej.
Tylko w tej chwili, kiedy oni oboje byli tak zranieni, zdradzeni, czy to w ogóle było na miejscu? Takie wyznanie.
Czy miało sens, kiedy... ani jego, ani jej nikt tak naprawdę nie kochał. Ani ta Rosa, która patrzyła mu w oczy i to mówiła te quiero Madox, stek bzdur. Ani Ticiano, który układał na jej ustach te amo Pilar.
Nie dało się ich kochać?
- Chcę... Muszę wiedzieć - nalegał, ale chyba w najczarniejszym scenariuszu, które miał już w głowie, nie przewidywał tego, co powiedziała mu Pilar.
Ich było więcej.
Ilu? Jakich ich? Kto to był? Jego inni kumple? Rzekomi przyjaciele, którzy patrzyli mu w twarz, a za jego plecami pisali do Rosalindy? Dziwne kontakty, jakieś smsy, wiadomości, kurwa nawet pierdolone zdjęcia kutasów - uderzyło to w niego bardziej niż te wszystkie ciosy Trucizny. Boleśniej. Bo prosto w serce. Chociaż przecież nie kochał Rosy, już wiedział, że nie, ale... Jak można zrobić coś takiego komukolwiek? Patrzeć w oczy i kłamać i udawać, że wszystko jest okej.
Przez moment nie mógł złapać w płuca powietrza, bo go zatkało. Autentycznie go zatkało. Rosalinda nigdy nie była święta, ale czegoś takiego się po niej nie spodziewał. Po niej i po Ticiano i po Marie. I kto jeszcze?
Fiksował się na tym, kto jeszcze go zdradził, bo nagle okazywało się, że wszyscy. Tylko... tylko ona nie.
Ale nawet nie mógł na nią spojrzeć. Na Pilar, bo to co tutaj wyszło, na tej plaży, dotykało go tak bardzo, że chyba wolałby w tej chwili napierdalać się z Trucizną, z dziesięcioma Truciznami. Zacisnął dłoń w pięść opierając ją na piasku, maleńkie ziarenka lepiły się do jego zakrwawionej ręki. Spuścił głowę i przez moment miał wrażenie, że nie słyszy tego dudnienia z plaży, ani morza, tylko to serce, które zaraz wypierdoli w kosmos, a on sobie nie umiał z tym poradzić. Że wszyscy go zdradzili, a on znowu jest sam.
Dopiero słowa Pilar wyrwały go z tego stanu, sprawiły, że podniósł na nią spojrzenie. Nie wiedział o czym mówiła, jej słowa docierały do niego z opóźnieniem, układały się w mózgu powoli, ale...
- Oszalałaś? - wypalił od razu, kiedy skończyła, kiedy powiedziała to, że jest niewystarczająca, bo dla niego była... chyba wszystkim. W te jedne, najlepsze w jego życiu wakacje, osiem lat temu. I teraz kiedy pocałowała go pod tym sklepem. Była dla niego wszystkim.
Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy wstała, kiedy odeszła od niego. I w pierwszej chwili miał się zerwać na równe nogi, doskoczyć do niej i jej to powiedzieć, to co poczuł, kiedy go pocałowała, to co czuł teraz, kiedy na nią patrzył. Ale w drugiej już zastanawiał się jaki to ma sens...
Skoro jego nie dało się kochać, a on nie umiał tego odwzajemnić. Ani wtedy, ani teraz pewnie też nie, skoro Rosa zdradzała go na prawo i lewo. Dlatego, że jej nie kochał?
To była jego wina?
Wtedy? I teraz?
Jeszcze przez chwilę siedział na tym piachu i się zadręczał. Ale... przecież on się nigdy nie poddawał i walczył, nawet kiedy wszyscy spisywali go z góry na porażkę, to on walczył. Szedł po swoje. A teraz zamierzał się poddać?
Sam nie wiedział.
Dopiero kiedy Pilar przywaliła w ten rybacki kuter, a krople krwi wykwitły szkarłatem na jej palcach, to zerwał się na równe nogi. Doskoczył do niej, jak jaguar?
Nie. Z jakąś taką troską malującą się w spojrzeniu.
Bo zaraz sięgał do jej ręki, żeby zetrzeć o brudną koszulkę jej krew, cudownie - przestań, nie rób tak, Pilar… - bo chociaż oni skakali sobie do gardeł przez te osiem lat, kłócili się, dogryzali sobie, to przecież on nigdy by nie pozwolił, żeby ktoś zrobił jej krzywdę. Nigdy. Ani osiem lat temu jak bronił ją przed bliźniakami, ani dzisiaj kiedy rzucił się na Truciznę w jej obronie, ani nigdy przez te osiem lat.
I wtedy też nie chciał. W jakiś pokrętny sposób, dziesięcioletni Madox przecież zrywał z nią dla jej dobra, dlatego, że on przecież nie umiałby jej kochać. A ktoś inny pewnie tak. Tylko właśnie okazało się jak. Ticiano jej to pokazał, jak bardzo ją kochał. I kurwa Madox naprawdę nie rozumiał, jak on mógł to zrobić, bo przecież gdyby Pilar była jego, to on by w życiu nawet nie spojrzał na Rosę, na żadną inną. Nigdy.
Słuchał jej wyrzutów i chciał jej to wyjaśnić, tylko nie wiedział jak. Czy teraz w ogóle jakiekolwiek tłumaczenia by coś dały, kiedy przecież on wtedy... złamał jej serce, a obiecał, że tego nie zrobi. Ale to jego przecież też wtedy potrzaskało się na kawałeczki. Pękło i długo nie mógł się po tym pozbierać. Sam, bo Tio przecież wybrał ją.
A Madox jak zwykle został sam.
- Że nie złamię ci serca, bo dlaczego miałbym to zrobić - to jej wtedy powiedział i obiecał, że będzie najlepszym chłopakiem pod słońcem, a był chyba najgorszym - ale ja... - i chciał jej powiedzieć, że miał wtedy powód, że zrobił to dla niej, ale też dlatego, żeby nie tracić Tio, żeby on znowu nie był sam. W domu, gdzie kłócili się bez przerwy jego rodzice. Był wtedy samolubny... Ale miał dziesięć lat.
A potem przez kolejne osiem żałował tej decyzji, bo przecież...
- Zawsze byłaś dla mnie kurewsko ważna - nawet nie wiedział w którym momencie sięgnął do jej ręki, zacisnął palce na jej nadgarstku i szarpnął ją do siebie, znowu tak blisko, że ich szybkie, płytkie oddechy mieszały się w jeden - zawsze byłaś wystarczająca - musiał jej to powiedzieć, musiała to wiedzieć, że nie było w tym ani grama jej winy, w tym, że on ją zostawił. Nie ruszył się nawet o pół kroku, kiedy dźgnęła go palcem w klatkę, kiedy go odepchnęła, zaparł się, z tym ciemnym spojrzeniem utkwionym w jej pięknych oczach. Z palcami zaciśniętymi na jej ręce, czuł pod opuszkami, jak jej krew też krąży w żyłach z zastraszającą prędkością. Cali aż kipieli, tymi wszystkimi uczuciami, emocjami, które siedziały w nich przez tyle lat.
Kurwa.
I chyba teraz postanowiły się uwolnić. Skoro już zaczęli, to musieli to skończyć. I on musiał jej powiedzieć wszystko, tak jak ona powiedziała mu o Rosie. Ona jej prawdę, a on Tio. I swoją.
- Nigdy bym cię nie zostawił - wyrzucił to z siebie w końcu - gdyby Ticiano nie przyszedł wtedy do mnie i nie powiedział, że mam cię zostawić, bo tylko złamię ci serce... bo kurwa... - zawiesił się na moment, bo to też nie chciało mu przejść przez gardło. To też siedziało mu dzisiaj pod skórą, jak jakaś jebana drzazga - bo ja nie umiem kochać. Bo nikt nigdy mnie nie kochał, to ja bym cię nie zostawił - dokończył i zabrał palce z jej nadgarstka. Nie umiał kochać, Rosy nigdy nie umiał kochać, ale wtedy kiedy miał dziesięć lat, to wydawało mu się, że ją umiał. Pilar. A potem przez osiem lat starał się o tym zapomnieć, tylko, że to uczucie wróciło kurewsko mocno, z tym pocałunkiem pod sklepem.
Jakim cudem?
- Ticiano chciał być twoim chłopakiem, a ja miałem dziesięć lat Pilar, nie chciałem, żeby mój brat się ode mnie odwrócił, nie chciałem być znowu sam... - wyrzucił z siebie już wszystko, ale aż musiał się od niej odwrócić, szarpnął swoje czarne włosy robiąc krok w przeciwnym kierunku, ale później znowu na nią spojrzał - byłem pierdolonym samolubem, egoistą, ale ja wierzyłem w to, że Ticiano będzie dla ciebie lepszy, bo zawsze był. Lepszy syn, lepszy uczeń, lepszy kolega, a Madox był zawsze ten gorszy - aż kopnął piasek pod swoimi stopami, bo teraz znowu ogarniała go złość, wściekłość, bo przecież gdyby on wtedy wiedział, co zrobi Tio, że ją zdradzi... I jego też.
- Ale nie potrafiłem o tobie zapomnieć i to nie Tio układał na twoim parapecie kamienie, nie on podrzucał ci naklejki, żeby cię pocieszyć - tylko Madox to robił, a ona przecież myślała, że Ticiano i wtedy zbliżyli się do siebie po raz pierwszy, jako przyjaciele jeszcze, ale i tak Madox wtedy postanowił odpuścić.
Odpuścił sobie ją, bo z Tio była szczęśliwa, bo on poskładał jej złamane serce, tak mu przecież wtedy powiedział.
A teraz Madox powiedział jej wszystko, to co w nim wtedy siedziało, przez te wszystkie jebane lata, co gryzło go od środka. Bo on nagle zrozumiał, dlaczego on nigdy nie potrafił powiedzieć Rosie, że ją kocha, dlaczego nie potrafił jej tego odwzajemnić...
Bo on kochał Pilar.
Zawsze.

siempre fuiste suficiente ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał rację.
Oszalała.
Kompletnie straciła głowę i trzeźwość myślenia po tym wszystkim, co tego dnia miało miejsce. Zaczynają od pieprzonych walk, wciśnięcie się na ring, żeby skopać Truciznę, dowiedzenie się, że Tio nie postawił na Noriegę, przejażdżka motorem, pożar, wyciąganie dzieciaka, ten kurwa nieszczęsny wspaniały pocałunek i cała gra w butelkę, żeby na sam koniec dowiedzieć się, że… że wszystko w co wierzyła, czemu oddawała się przez ostatnie dziesiątki miesięcy było jednym, wielkim, jebanym kłamstwem.
Złamaniem tej jednej, najważniejszej zasady, jaką mieli.
Nie złamać serca.
A Tio nawet kurwa nie spróbował go nie złamać. Bo szczerze? Chyba o wiele bardziej wolałaby, żeby on po prostu z nią zerwał mówiąc że to po prostu nie było to, niż to co zrobił. Fakt, że spotykał się z Rosą za jej plecami, że się z nią pieprzył, a potem robił to z nią, zarzekając się, że kiedyś zostanie jego żoną. Kurwa mać. I jak ona miała nie podchodzić do tego emocjonalnie? Jak miała nie chodzić na boki, kiedy adrenalina szalała w jej żyłach i nie walnąć w ten pieprzony kuter rybacki, raniąc sobie dłonie?
No jak?!
Pilar była tylko człowiekiem. Mogła wyglądać jak twarda babka z zewnątrz, ale przecież w środku była kurewsko krucha. Jej serce było kruche, już i tak przecież posklejane, po tym jak sam Madox Noriega, a wcześniej jej własna matka zrównali je z ziemią. Pognietli, rozerwali i na nie kurwa napluli. Nie miała pojęcia, ze to jego również wtedy cierpiało. Nie mogła tego wiedzieć, bo jak? Jak, kiedy jedyne co jej wtedy powiedział, to że już jej nie kocha, że po prostu zmienił zdanie. Naturalnie była przekonana, że to wszystko, co działo się w jej sercu było jednostronne. Nawet nie wiedziała, jak bardzo się myliła.
Spuściła spojrzenie na jego dłoń, kiedy złapał tą jej, zakrwawioną i zaczął wycierać ją o materiał własnej koszulki. W pierwszym odruchu chciała się mu wyrwać, odepchnąć go, ale ciało zupełnie odmówiło posłuszeństwa i po prostu stało. Egzystowało. Pozwalało mu się sobą zająć, jakby kurwa wiedziało, że niezależnie od tego, co się między nimi działo, on zawsze się o nią troszczył. Dzisiaj też przecież pokazał to kilka razy, dokładnie tak samo jak ona jemu. Mogli się nienawidzić, mogli skakać sobie do gardeł, wytykać rzeczy, ale pod koniec dnia skoczyliby za sobą w ogień. Dosłownie. I to było chyba coś silniejszego od nich samych. Jakaś taka niewidzialna więź, która non stop ściągała ich ku sobie. Ciężko to było wytłumaczyć, ale czasami się ją po prostu czuło.
Chociaż kiedy powiedział jej, że zawsze była dla niego kurewsko ważna i zawsze wystarczająca Pilar poczuła coś zupełnie innego — ogromny, nieznośny wręcz ścisk żołądka. I chyba sama nie wiedziała, czy to dlatego, że jego słowa tak bardzo ją dotknęły, to zapewnienie, które z siebie wyrzucił, akceptacje, którą ona desperacko szukała, czy może jednak to w niej to był gniew, że…
Przestań kłamać — warknęła, czując jak w gardle robi się jej wielka gula, utrudniająca komunikacje, a oczy powoli zaczynają piec. — Gówno prawda. Jakbym była dla ciebie wystarczająca, to byś mnie wtedy nie zostawił — powiedziała to w końcu. Już bez owijania w bawełnę, bez ucinania słów w połowie zdania. Tak, jak było. — A ty przyszedłeś jak gdyby nigdy nic i prosto w twarz powiedziałeś mi, że mnie nie kochasz — aż się musiała przejść kawałek, rozchodzić to, trochę jak on w klatce podczas walk, chociaż myśli tylko gromadziły się w jej głowie, szczególnie kiedy znowu się do niego odwróciła i spojrzała w ciemne, obłędne oczy. — I ja wiem, że mieliśmy po dziesięć lat i byliśmy tylko dziećmi, ale kurwa Madox… ja cię kurwa naprawdę kochałam. Moim całym, jebanym, dziesięcioletnim sercem. Byłeś jedyną osobą, która nie wiem, lubiła mnie za to, jaka byłam, a nie przez to, że… jesteśmy rodziną i wypada. Matka mnie nie chciała, a ty chciałeś i ja naprawdę głupia myślałam… — i tu przechodzimy do momentu, w którym głos Pilar po raz pierwszy się złamał. Urwał niespodziewanie, bo przecież to właśnie wtedy czuła. Te wszystkie emocje, które nagle znowu zaczęły do niej napływać. I też chyba pierwszy raz pozwoliła sobie przy nim na kompletną szczerość. Wtedy nie powiedziała nic. Rozpłakała się i pobiegła do domu, zaszyć się pod łóżkiem, żeby przepłakać cała noc i nawet nie wypić gorącej czekolady na noc. Tutaj już nie uciekała. Stała przed nim dzielnie, chociaż kurwa naprawdę mało jej brakowało do tego, żeby kompletnie pęknąć. Szczególnie gdy on zamiast się od niej odsunąć, to złapał ją za nadgarstek. Szarpnął do siebie, a ciepło jego ciała jedynie ją otumaniało.
I chociaż chciała jeszcze na niego ryknąć, rzucić kolejnymi argumentami, przez które złamał jej serce, tak słowa, które tym razem on powiedział, kompletnie wbiły ją w ziemie. Sprawiły, że zatrzymała się w bezruchu. Nawet nie próbowała mu się wyrwać. Po prostu stała i patrzyła z zadartą głową w jego kurewsko ciemne oczy.
Bo Pilar w tamtej chwili… nie mogła uwierzyć.
Autentycznie nie była w stanie uwierzyć w to, co właśnie jej mówił.
W tą całą prawdę, która wżynała się pod skórę i wwiercała w mózg.
Nigdy by jej nie zostawił, gdyby Tio mu nie kazał? Te słowa odbijały się pod jej szaczką głuchym echem, siejąc komplety burdel w jej własnych myślach. Jak Tio mógł mu kazać?! Tylko zaraz okazało się, że nie tylko kazał, ale też naopowiadał mu stek pieprzonych bzdur, jak to, że przecież Madox nie umiał kochać. I Pilar znowu pokręciła głową, bo jak jego własny brat mógł mu powiedzieć coś takiego? Aż ją to kurwa zakuło prosto w serce. Tak jak zawsze się o niego troszczyła, tak teraz odczuła te słowa, jakby powiedziano je do niej. Współodczuwała z nim. Do momentu, kiedy nie powiedział, że to przecież było dla jej dobra. Że on zrobił to dla niej. Dla niej kurwa?!
Nie wytrzymała.
Tak jak stała, zamachnęła się i po prostu dała mu w twarz. Ręka zapiekła ją momentalnie, a oczy, w który mógł zaglądać z bliska, były już kompletnie wilgotne. Kurwa, a przecież ona prawie nigdy nie płakała. A tu dzisiaj przed nim… nie mogła już wystrzymać. Autentycznie nie potrafiła sobie poradzić, z tymi wszystkimi emocjami. Z tym, że okazało się, że to przez Tio oni te osiem lat temu przestali być.
Dla mojego dobra?! A gdzie w tym wszystkim kurwa moje zdanie, co? To co ja myślałam?! — naskoczyła na niego, czując, że lada moment serce wyleci jej z piersi. Przytłaczało ją to wszystko. Przytłaczał ją fakt, że… — Nigdy nie byłeś dla mnie gorszy, Madox. Nigdy. Byłeś kurwa najlepszym, co mnie w życiu spotkało — uderzyły ją jej własne słowa. To że naprawdę to przed nim powiedziała. Że był jej wszystkim. Sprawiał, że codziennie się uśmiechała, że będąc wieczorem już sama w pokoju, wcale nie myślała o mamie i tacie, których nigdy nie poznała, a o nim. O tym w co będą się jutro bawić, czy uda im się zebrać nowe naklejki… był jej bezpieczną przystanią, lekarstwem na całe zło i nawet teraz, po ośmiu latach ona patrzyła na niego w taki sposób… w jaki nigdy nie spojrzała na Tio. Nawet kurwa raz. — I kochałeś tak mocno, jak tylko potrafiłeś — te słowa powiedziała już spokojniej, chociaż kilka łez znowu polało się po jej twarzy. Głowa mówiła, żeby się odsunęła, żeby tego już nie ciągnęła, ale ciało… ono jak zwykle się kurwa sprzeciwiało. Lgnęło do niego jak pierdolone ćmy do światła. I nawet nie zakodowała, kiedy ściskała własne dłonie na jego zakrwawionej koszulce. — I dla mnie to było wystarczające — kolejne wyznanie prosto z serca. Bo przecież ona nic więcej nigdy od niego nie oczekiwała. Brała to co jej dawał, to jaki był i nawet na moment nie chciała go zmieniać, ani razu nie pomyślała, że chciałby więcej, że nie kochał jej wystarczająco. I chociaż wciąż nie mogła uwierzyć, że Tio im to zrobił, że okazał się tak skurwiałym człowiekiem, tak teraz jakoś kompletnie nie potrafiła o tym myśleć. O swoim byłym już chłopaku, który jak widać nie tylko zdradzał ją teraz ale i zdradził ją osiem lat temu, kiedy przyszedł do niej po tym zerwaniu i pocieszał ją, mówiąc, że Madox nigdy jej nie kochał ale on zrobi to należycie. Teraz ona i tak patrzyła na to tylko i wyłącznie z jego perspektywy. I tego jak pojebanie potoczyły się ich historie. Bo gdzie oni niby kurwa wylądowali?
Westchnęła głośno, już nawet nie kontrolując tego, jak mokre były jej policzki. Zacisnęła mocniej palce i znowu się do niego przystunęła. Czuła na sobie jego ciało, czuła ciepły oddech, który obijał się o jej twarz i podwiewał włosy. I to serce, które wyrywało się do przodu jak jeszcze chyba nigdy wcześniej.
I co? I wciąż nie żałujesz swoje decyzji? — warknęła, patrząc na niego z żalem i ogniem. Bo gdzie go to niby zaprowadziło? Do tego, że jego przyjaciel, dla którego oddał wszystko co miał, znowu go zdradził i to podwójnie. Jako brat ale i to co zrobił z Rosą było chyba najgorszym, co mogło. — Zrobiłbyś dokładnie to samo? — pchnęła go rękami, które chwile temu na nim zaciskała, a raczej uderzyła, bo on nawet nie ruszył się z miejsca. — Zaryzykowałbyś jedyną prawdziwą i szczerą relacje dla pierdolonych kłamców? Dla brata, który pół życia podkładał ci kłody pod nogi, który nigdy nie chciał twojego szczęścia? Dla Rosy, która robiła cię na boku? No powiedz, Madox — znowu wbiła pięść w jego klatkę piersiową. — Popatrz mi w oczy i to kurwa powiedz, a dam ci spokój — potrzebowała usłyszeć tylko to. Że to co zrobił, było słuszne. Że to była jego decyzja, a ona nie powinna tego rozgrzebywać.
Potrzebowała, żeby ją spławił, tak jak zrobił to osiem lat temu.
Bo wtedy byłoby jej łatwiej odejść.

Dime la verdad, cariño
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Nie okłamywał jej.
Bo przecież mały Madox, nawet wcale nie lubił dziewczyn, były dla niego głupie, bo on wolał włazić na drzewa, biegać po Medellin i zbierać naklejki ze zwierzątkami, a dziewczyny nawet nie lubiły Spidermana, bały się żab, które on z Ticiano łapali, nie umiały wspiąć się nawet na płot, ani strzelać z procy. A potem pojawiła się Pilar, która wchodziła na drzewo tak samo sprytnie jak on, strzelała lepiej z procy, zbierała naklejki i zamiast księżniczek wolała superbohaterów, a kiedy spotykali na drodze żabę to łapali ją tylko po to, żeby przenieść ją przez ulicę, bo lubili żaby, a Pilar to nawet potrafiła je naśladować. Było fajnie.
I zawsze była dla niego wystarczająca, a może nawet i ponad to, lepsza niż zakładał, że będzie jego dziewczyna, która miała umieć tańczyć, śpiewać i nie kazać mu chodzić do kościoła.
Mimo, że oni mieli wtedy tylko po dziesięć lat, to zdecydowanie połączyło ich coś wyjątkowego. Coś o co Ticiano był po prostu zazdrosny. A Madox jeszcze wtedy nie umiał tak walczyć o swoje, bo był tylko dzieckiem. Odważnym, ale jednak bał się tego, że odwróci się od niego jego brat, że zamiast siedzieć u ciotek i kuzyna, to on będzie musiał wracać do domu. Nie kierowało nim to, że czegoś mu w niej brakowało, ani to, że jej nie kochał, a chyba bardziej strach, co będzie jak Tio się od niego odwróci, a mógł... Tio nie raz pokazywał mu jaki jest uparty, przecież Madox na początku oddał mu swój album, wszystko mu oddawał. I ją też oddał.
A później żałował każdego dnia.
- Ale ja też cię wtedy kochałem... - powiedział, kiedy jeszcze mu wyrzucała, że kochała go całym dziesięcioletnim sercem, bo on też ją tak kochał, tylko... - nie wiem... - tu już się szarpnął, bo już znowu w głowie pojawiła się ta myśl, czy on umiał w ogóle kochać? Czy może tylko mu się wydawało? Skąd miał wiedzieć? Jak jemu też matka, ani ojciec nigdy tego nie pokazali, oni się nienawidzili. Jedyne ciepłe uczucia, których on doświadczał za dzieciaka to były te w domu ciotki... I jak on miał z tego zrezygnować?
Nie umiał wtedy.
- Nigdy nie chciałem złamać ci serca... - rzucił, kiedy już zaciskał palce na jej nadgarstku, kiedy szarpał ją do siebie, wbijając spojrzenie w jej piękne, czekoladowe oczy. Tak bardzo nie chciał, że wolał nawet z nią zerwać, niż potem... Złamać jej serce. Bo przecież by złamał, bo przecież nie umiał kochać, bo przecież jego nikt nie kochał. Fiksował się na tych słowach Ticiano, wtedy... A dzisiaj znowu.
Co zaraz jej powiedział, jego punkt widzenia. Zagubionego dziesięcioletniego chłopca, który wierzył w to, że przecież jego przyjaciel, jego brat za którego on by się bił i wszedł na najwyższe drzewo, przecież nie skrzywdziłby go na umyślnie. Tio zawsze był od niego mądrzejszy, uwielbiał się wymądrzać, popisywać, więc pewnie on wiedział. Lepiej niż Madox. Znał się na takich rzeczach, bo jego rodzice zawsze uwielbiali, wiedział jak to jest kochać...
Tak kurewsko wiedział, że w jednym momencie zdradzał swoją dziewczynę i najlepszego przyjaciela. Jednocześnie.
Gówno wiedział. Ticiano nie wiedział nic. I gdyby ktoś wtedy powiedział to małemu Madoxowi, może Pilar… gdyby tylko wyznał jej prawdę? To może nawet wtedy on by w to uwierzył?
Wierzył wtedy w różne rzeczy, na przykład w to, że trzeba jeść lulo, żeby nie mieć robaków. Był naiwny, bo był dzieckiem. Może musiał szybko dorosnąć, z wieloma rzeczami radzić sobie sam, a czasem spać w domku na drzewie, żeby nie wracać na noc do domu, ale... wciąż był tylko dzieckiem.
Chociaż teraz już nie był, teraz już rozumiał wiele rzeczy doskonale, a po tym dzisiejszym wieczorze pełnym bolesnej prawdy, otworzył też wreszcie oczy na inne rzeczy.
A na dokładkę postanowił jej to powiedzieć, już wszystko, co leżało mu na sercu, i to, że on kiedyś myślał, że robi to dla jej dobra. Nie spodziewał się tego ciosu, ale przyjął go nawet na moment nie spuszczając z niej spojrzenia, chociaż obity już wcześniej przez Truciznę policzek zapulsował bólem, ale chyba mu się należało.
Na pewno mu się należało, bo przecież on wtedy nie dał jej nawet słowa wyjaśnienia. Po prostu zniknął, bo liczył, że tak będzie dobrze. Pojawił się w jej życiu nagle i od razu przecież... Od razu się w sobie zakochali, bo od pierwszego spotkania ich serduszka biły jakoś mocniej, a w brzuchu łaskotały te dziwne robaki, więc potem tak samo zniknął. Nagle.
Tylko kurwa... on wtedy sam nie zdawał sobie sprawy jak bardzo boleśnie. Dla ich obojga.
I przecież on wtedy jeszcze się wahał, jeszcze chciał do niej przyjść, jeszcze przynosił jej kamienie i naklejki, ale już wtedy u jej boku był Ticiano.
Ten porządny, grzeczny chłopiec. Tio, który zawsze był wzorem do naśladowania. Bo zawsze był lepszy.
Tylko zaraz okazało się, że dla Pilar wcale nie był, bo Madox był najlepszym, co ją w życiu spotkało, a ona była najlepszym, co jego. Tylko czemu on kurwa zrozumiał to dopiero po tych ośmiu latach? Kiedy przez ten cały czas starał się o tym zapomnieć, a dzisiaj... ten pocałunek sprawił, że serce w piersi się do niej wyrwało, że myśli się na niej zafiksowały. I każda komórka w jego ciele chciała do niej.
Tak jak teraz, kiedy stał na przeciwko niej patrząc intensywnie w jej zaszklone oczy, na łzy płynące po policzkach, ginące w jej zmierzwionych kudłach, odznaczające mokre plamy na koszulce.
- I jak nigdy nikogo - musiał jej to powiedzieć, bo on przecież nigdy później nie był tak zakochany jak w niej, jako dzieciak. Spotykał się z dziewczynami, dużo ich było, najwięcej chyba kiedy ona zaczęła chodzić z Ticiano, ale żadnej nie kochał tak mocno, jak tylko potrafił.
Nawet Rosy, chociaż czasem wydawało mu się, że tak, że to jest miłość, bo przecież on dla niej podobno też był wszystkim i był wystarczający, a dzisiaj okazało się jak kurwa nie był. Tak bardzo, że w jej telefonie było z piętnaście innych kontaktów.
Serce waliło mu jak oszalałe, co mogła poczuć pod ręką zaciśniętą na jego koszulce, to jak szybko napierdalało jego serce, jak urywany oddech lądował na jej mokrych policzkach, kiedy znowu byli tak blisko siebie. Kiedy już powiedzieli sobie wszystko. Chociaż może jeszcze nie do końca?
- Zawsze żałowałem - odpowiedział jej od razu patrząc w te jej ogniste oczy, widział w nich żal i wcale go to nie dziwiło, ale on przecież też żałował. Wiele razy.
Kiedy jeszcze leczyli swoje złamane serca, ona przy Ticiano, a potem kiedy już się zeszli i ona była dziewczyną jego kuzyna. Kiedy trzymali się razem, ale też kiedy byli osobno, bo przecież on cały czas zastanawiał się co robiła.
Pokręcił głową, a kiedy go pchnęła to się zaparł, nie cofnął nawet o pół kroku, gdyby wtedy wiedział na pewno by tego nie zrobił. Gdyby wiedział, że Ticiano i tak go zostawi...
A ona by tego nie zrobiła nigdy. Bo jej wystarczyło to, jak ją kochał. Nieumiejętnie może, ale przecież tak jak potrafił, całym sercem.
Przez chwilę patrzył gdzieś w piasek między ich stopami, w jej pierś, która falowała w niepokojonym oddechu, i dłoń ułożoną na jego torsie, zaciśniętą w pięść. W końcu jednak podniósł na nią spojrzenie, na jej piękne, czekoladowe oczy. Te oczy, w których kiedyś widział jak odbija się całe niebo, kiedy leżeli na trawie i opowiadali sobie o tym, że za dziesięć lat wciąż będą razem. I zawsze już.
Minęło dziesięć lat.
I gdzie byli?
- Nie zaryzykowałbym, gdybym wiedział, że Ticiano nie będzie dla ciebie... dobry, to bym... to bym o ciebie walczył Pilar - zrobił pół kroku do przodu, tak, że ich szalejące serca dzieliła tylko ta jej dłoń zaciśnięta w pięść - gdybym wiedział, że on jest takim chujowym bratem, to nigdy bym mu nie ustąpił, ale sama wiesz... Ty chociaż miałaś ciotkę i kuzyna, a ja miałem tylko Ticiano i jego rodzinę, nie umiałem tego poświęcić, wybacz mi - wydusił z siebie z tym ognistym spojrzeniem utkwionym w jej ślicznej twarzy. I przez chwilę chciał się odwrócić na pięcie i odejść. Bo to już chyba było wszystko?
Już powiedzieli sobie dość, ale...
Nie mogli znowu tego zostawić z tymi wszystkimi niedopowiedzeniami. Z tymi sercami, które rwały się do siebie i myślami, które kłębiły się w głowach w totalnym chaosie.
Ale czy to nie wywoła jeszcze więcej chaosu?
Jebać to.
- Ale teraz wszystko bym dla ciebie poświęcił i wszystko oddał, i pojebane to jest, kurewsko nienormalne... - aż odchylił do tyłu głowę, ale zaraz pochylał ją w jej kierunku, do tych mokrych policzków - ale jak mnie pocałowałaś to... Ja nigdy czegoś takiego nie czułem, ani z Rosą, ani z żadną inną dziewczyną. Nigdy - patrzył jej w oczy, chociaż jego czarne w tej chwili spojrzenie, uciekło zaraz na jej pełne wargi - zrób to... jeszcze raz - sam chciał to zrobić kurewsko, pocałować ją raz jeszcze - sprawdźmy to, czy to tylko ta adrenalina, czy coś więcej? - wisiał już nad nią tak blisko, kurewsko blisko, jego gorący oddech układał się na jej ustach - muszę wiedzieć, czy ja ciebie wciąż... - kocham
Musiał wiedzieć, czy on ją wciąż kochał, czy to tylko głupia adrenalina... Ale chyba jego ciało samo go zdradzało. To jak układał miękko palce na jej podbródku, żeby zadrzeć do góry jej głowę, żeby spojrzeć w jej oczy -kocham... - to słowo ułożył na jej pełnych wargach, które od tych jego dzieliły już tylko nieznośne milimetry.
I może by to sprawdzili.
Dowiedzieli się wreszcie czy to co oni czuli dzisiaj cały dzień, a co znalazło ujście podczas tego przypadkowego pocałunku, to była prawda, tylko, że wtedy w ich kierunku ruszył Alfredo, machając do nich z daleka.
- Madox! Kurwa... jest problem... stary, pojebana akcja - zaczął nawijać jeszcze zanim do nich podszedł. A wargi Noriegi musnęły tylko te jej, delikatnie, jakby to w ogóle nie było realne, spotkały się tylko na kilka sekund, jakby tylko chciały się wymienić powietrzem. Chwila. Sekundy...
A jednak po plecach przeszedł mu tak kurewsko intensywny dreszcz, że kiedy już odwrócił się do Alfredo, to jeszcze obejrzał się w jej kierunku, jeszcze się chciał wyrwać do niej cofnąć. I sprawdzić.
Ale zamiast tego oboje stanęli przed Alfredo.

veamos si todavía te quiero ‧₊˚ ☁️⋅♡🪐༘⋆
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i złamane serca
Zawsze żałowałem
Jego głos odbijał się w jej głowie głuchym echem, waląc z impetem po całej szerokości czaszki. Słowa, które do niej wypowiadał, to wszystko czego się dowiedziała siało absolutne su-sto-sze-nie w jej myślach. Nie potrafiła się w tym wszystkim odnaleźć, ustalić, jak w ogóle powinna się czuć. Widziała aż za dobrze, jak czuło się jej ciało — jak reagowało na jego dotyk, na bliskość, jak kurwa d r ż a ł a przed nim, podczas gdy po policzkach spływały lepiącej się do skóry łzy, ale głowa? Tam to dopiero był rozpierdol. W jednej chwili wróciły do niej wszystkie wspomnienia sprzed ośmiu lat. Jak pierdolony film poklatkowy te wszystkie wspaniałe chwile beztroski, które były szczytem dziecięcego szczęścia, a potem ten wielki, ciężki na sercu smutek, który na wiele tygodni przygniótł ją kompletnie do ziemi. Wtedy niby była jeszcze dzieckiem i rozumiała mniej, a jednak teraz, jako prawie dorosła nie rozumiała kurwa nic.
Nic.
Jak w ogóle mogła czuć do niego cokolwiek, po tym wszystkim co zrobił. Pierwsze on a potem Ticiano, albo odwrotnie. Jak mogła czuć te wszystkie dreszcze na ciele i robaki ściski w podbrzuszu, gdy jego klatka piersiowa obijała się o tą jej, na której przecież była tylko i wyłącznie cienka koszulka, gdy tka bardzo złamał jej serce? Przecież jeszcze rano nie mogła na niego patrzeć. Nie chciała przebywać w jego towarzystwie. A teraz? A teraz kurwa nawet odsunąć się od niego nie potrafiła, czując, że był jedynym powietrzem, jakim była w stanie oddychać. Chore to było. Popierdolone.
A fakt, że on świadomie żałował, był w tym wszystkim chyba najgorszy.
Bo przecież nie o to go prosiła.
Nie to chciała od niego usłyszeć. Czy chciała?
Miał powiedzieć, że nie żałował, że to wszystko było dlatego, że jej nie kochał, że teraz zrobiłby dokładnie to samo. Miał być kurwa okropną osobą, żeby jej było łatwiej od niego odejść. Żeby zmotywował ją do tego, żeby odpuściła.
A swoimi słowami zrobił dosłownie wszystko odwrotnie.
To bym o ciebie walczył Pilar.
Spoglądała w jego wielkie, piękne, brązowe oczy, doszukując się kłamstwa. Wypowiadania tego tylko i wyłącznie pod to, by się wybielić, ale go tam nie znalazła. Jedyne co od niego biło to szczerość, ogień i ogrom emocji, które dosłownie osadzały ich oboje od środka. A najgorsze w tym wszystkim było to, że…
Ja też bym o ciebie walczyła — warknęła, akurat kiedy kolejna łza spłynęła po jej poliku, a dłoń jeszcze mocniej zacisnęła się na jego koszulce. Szarpnęła go do siebie, chociaż miedzy nimi nie było już praktycznie żadnej przerwy. — Gdybym tylko wiedziała, że wtedy skłamałeś mi w żywe oczy, że nic do mnie nie czujesz… że to wszystko był pomysł Ticiano… w życiu bym ci kurwa nie pozwoliła tak łatwo odejść — dużo ją kosztowało, żeby to powiedzieć. Naprawdę dużo. Pilar nie rozmawiała otwarcie o swoich uczuciach… właściwie odkąd miała dziesięć lat. Była zamknięta w sobie. Nawet kiedy Ticiano mówił jej najpiękniejsze słowa, jakie można wymyślić, ona tylko całowała go namiętnie w odpowiedzi, niby bo jej się tak podobały, ale przede wszystkim bo tez chciała mieć wymówkę, żeby nie musieć na nie odpowiadać. A jemu teraz mówiła prawdę taka, jaką była. Prosto w oczy. Twarzą w twarz, które dzieliły jakieś żałosne centymetry.
Wybacz mi.
Potrafiła?
A może już to zrobiła?
Jak mogła mieć mu za złe to, że po prostu chciał mieć rodzinę? To że zrobił to dlatego, żeby Tio się od niego nie odwrócił. Przecież wiedziała, jak dużo czasu spędzał u ciotki, a jak mało w domu. Jak matka wiecznie płakała po kątach, a ojciec bawił się w lewe interesy. Wiedziała to wszystko i przecież sama dobrze wiedziała, jak ona sama desperacko pragnęła przynależeć. Dziesięcioletnie dziecko nie powinno stać przed tak ciężkim wyborem. Żadne dziecko nie powinno. I on wtedy też nie. I wina tak naprawdę nie leżała po jego stronie, a przede wszystkim po stronie Ticiano. Jego pierdolonego brata, który powiedział mu prosto w oczy, że nie potrafił kochać. To dopiero prosiło się o złamane serce, a nie ich zerwanie.
Kiedy skończył mówić, przez moment myślała, że to wszystko. Że lada moment odwróci się na pięcie i po prostu odejdzie. Znowu ją zostawi, bo powiedział już wszystko, co tylko się dało. Czuła, jak jego stopa drgnęła w tył, a jednak coś w jego spojrzeniu przeskoczyło. Zauważyła tam błysk, który jasno świadczył o tym, że to wcale nie koniec. I faktycznie nie był.
A najgorsze było to, że z jego ust zaczęły wychodzić słowa, które ona również miała w głowie. Jak kurewsko nienormalny był ten ich pocałunek. Pocałunek, nad którym ona myślała, że fiksowała się jako jedyna z ich dwójki. Że oszalała. Postradała zmysły myśląc, że znaczyło to cokolwiek więcej niż powinno. Że dla niego to faktycznie była tylko i wyłącznie walka o przetrwanie. Nie była. Serce zabiło jej mocniej, kiedy powiedział, że nigdy czegoś takiego nie czuł z Rosą ani żadną inną dziewczyną. Nigdy. To jego kurwa nigdy wwiercało się w jej głowę i odbijało jebanym echem.
Nigdy.
Nigdy.
Nigdy.
Nigdy.

I ona też nigdy. Nigdy wcześniej nie czuła tak desperackiej potrzeby, żeby mieć kogoś bliżej, jeszcze mocniej i jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że przecież kompletnie ją odcięło, nie kontrolowała tego jak jej dłonie szarpały jego włosy, jak jęczała prosto w jego usta, jak kradła mu każdą resztkę powietrza, jak jej język zbierał jego obłędny smak i tańczył najpiękniejszą salsę, nawet bez muzyki. Ona też nigdy czegoś takiego nie czuła, takiego pierdolonego połączenia dusz. Tylko z nim. Tylko dzisiaj. I kiedy spuścił spojrzenie na jej wargi… nawet nie zauważyła momentu, jak wstrzymała powietrze.
Zrób to… jeszcze raz.
Drgnęła, podczas gdy serce w jej piersi wyrwało się do przodu. Szarpnęło tak mocno, że aż ona sama się wzdrygnęła. Dłoń, którą zaciskała wcześniej na jego koszulce, przesunęła wyżej, prawie do samego kołnierzyka, by zaraz wspiąć się na nagą, kurewsko rozgrzaną skórę.
Sprawdźmy to, czy to tylko ta adrenalina, czy coś więcej?
Chciała to sprawdzić. Przecież ona też chciała to wcześniej sprawdzić. Dowiedzieć się, co tak naprawdę znaczył ten pocałunek za sklepem. Czy faktycznie był jedynie desperackim aktem przetrwania czy może jednak spełnieniem pragnień, które chowały się w sercu i duszy przez jebane osiem lat.
A co jeżeli to wcale nie adrenalina? — odezwała się w końcu, wbijając paznokcie w jego skórę, dosłownie ryjąc sobie z nimi drogę do karku, za który delikatnie pociągnęła, by wspiąć się wyżej do jego twarzy. — Co jeśli to coś więcej? To co wtedy? — oddychała ciężko, wodząc spojrzeniem pomiędzy jego ciemnymi oczami a już rozchylonymi ustami, które były… tak kurwa blisko, że autentycznie wariowała. Nie potrafiła się skupić na niczym innym. Własne wargi mrowiły ją nieznośnie, jego ciepły oddech drażnił, a kiedy już kompletnie się do niego przykleiła, bez dłoni, która trzymała ich na dystans, oboje mogli poczuć, jak ich serca WALĄ szaleństwo o siebie nawzajem. Nigdy czegoś takiego nie czuła. — Co jeśli nie będę mogła przestać? — z każdym słowem pokonywała kolejne milimetry prawie muskając jego wargi, podczas gdy jedna jej dłoń błądziła po jego karku, w połowie wplątana w krótkie włosy, a druga wdzierała się pod materiał koszulki tuż nad paskiem na plecach. Tam też przejechała paznokciami. Wariowała. Wariowała od tego wyczekania, od samej kurwa myśli, do czego oni właśnie mieli się posunąć. Tym razem w pełni intencjonalnie. Za obupulną zgodą. Bo przecież oboje tego chcieli. Chyba na ten moment jak niczego innego w życiu. Tego jednego, testowego pocałunku, który zabrałby dech z piersi. Szkoda tylko, że oni już go nie mieli, od samej kurwa bliskości i tego, co ze sobą robili. Już to samo w sobie odbierało wszelkie wątpliwości. Nawet z ust Pilar wyleciał cichy jęk nim gotowa była pokonać te jebane dziesięć milimetrów i po prostu wpić się w jego usta. Mocno i bez opamiętania. Tak jakby to miał być ich ostatni pocałunek.
I prawie to zrobiła.
Prawie, bo kurwa głośne Madox! wypełniło pomieszczenie, odwracając kompletnie ich uwagę od siebie i tego, co właśnie miało się stać.
Kurwa.
Wyrwała się z tego amoku zaraz po nim, z głośnym westchnięciem na ustach. Nawet tego nie kryła. Serce waliło jej jak oszalałe, klatka piersiowa unosiła się tak chaotycznie, że ktoś mógł pomyśleć, że byli już po, kiedy ich usta nawet porządnie się nie spotkały. Przeniosła spojrzenie na Alfredo i chyba pierwszy raz znienawidziła kogoś w mniej niż kilka sekund. Dosłownie. Podparła dłonie na kolanach i złapała kilka oddechów, gdy on nawijał, że pojebana akcja.
A co wy tu właściwie… — rozproszył się nagle, patrząc to na Noriegę, to na Pilar i dopiero wtedy lekko się zmieszał.
Nic, nie ważne — wydyszała, próbując się do pionu. — Co jest? — dopytała, próbując zachęcić chłopaka, żeby w końcu się wysłowił i powiedział w tym czym problem. I lepiej żeby kurwa serio był pojebany, bo jeśli to jakaś pierdoła, Pilar była gotowa go dosłownie pobić.
Rosa chodzi po wszystkich i pokazuje im jakieś zdjęcia — zaczął swoją opowieść, a Pilar znowu westchnęła. Co to w ogóle za brednie? Kogo to obchodziło, co pokazywała ta wariatka? No tylko Alfredo patrzył poważnie na Madoxa. Bardzo poważnie. — I o twoim ojcu też dużo mówi… — dodał jakoś tak niepewnie, jakby bał się że zaraz ktoś go za to upierdoli. Pilar zmarszczyła brwi. Coś tam wiedziała o tacie Madoxa, że zadawał się z niewłaściwymi ludźmi i mafią, ale co mogła mieć na niego jebana Rosa? — Nie serio kurwa, musisz ją… musisz coś z tym zrobić. Powiedziała, że tylko z tobą będzie rozmawiać — no tak, przecież Rosy nie było przy tym, jak wyjebało całe szambo. Dopiero potem musiała dowiedzieć się, że Madox już o wszystkim wiedział. Że wyszło na jaw co robiła z Tio, o ich wspólnej zdradzie. Tylko jak skurwiałym człowiekiem trzeba było być, żeby mieszać w to rodziców Noriegi? No najwidoczniej wystarczyło być Rosą. — Szybko kurwa — Alfredo jeszcze go zachęcił, szarpiąc go za koszulkę. Pilar ruszyła tuż za nimi, ciągnąć się z tyłu jednak utrzymując odpowiednie tempo.
Tylko nie wiedzieć kiedy, w pewnym momencie ktoś krzyknął jej imię, a kiedy się odwróciła, Madox i Alfredo już zniknęli w tłumie z pola widzenia, a zaraz potem ktoś szarpnął ją za nadgarstek i wciągnął w jakiś ciemniejszy kąt, zasłaniając jej usta.
Tu jesteś, suko — warknął jej do ucha jakiś facet. — Trucizna cię szuka po całej imprezie.

ja też bym o ciebie walczyła
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”