Policja też musiał być podstawiona przez jego ojca, może zapłacił im, żeby go wsadzili?
A może po prostu chcieli szybko zakończyć śledztwo? A przecież, kiedy on się przyznał to mogli. Kolejny kryminalista wsadzony za kratki, kogo to obchodziło, że był niewinny?
Kogo obchodziło to, że on wtedy najbardziej na świecie chciał po prostu ją zobaczyć.
Nikogo.
Dobrze, że ją uprzedził, chociaż wtedy przecież miał to za złe policji. Jak jebaną mantrę powtarzał, że przecież mieli mu załatwić widzenie z nią. A policjanci śmiali się z niego, bo kto niby mu to obiecywał, co on pierdolił. Dzieciak, głupi, naiwny dzieciak. I morderca.
Najłatwiej było przykleić mu łatkę mordercy.
Wsadzić do więzienia, bo przecież tacy jak on wcale nie wytrzymywali tam długo. Ale on wytrzymał, na początku napędzany tym jej jednym listem, w którym obiecywała, że będzie na niego czekać. Z czasem zmieniając to uczucie w nienawiść, kiedy nie odpowiadała na jego wiadomości, kiedy go nie odwiedziła... Teraz już wiedział, że to kłamstwo, ale wtedy nie. A na koniec zostało mu już tylko pragnienie zemsty.
Chciał żeby stary Noriega poniósł karę. Naprawdę chciał go wykończyć. Zabić. Co zresztą zaraz jej powiedział nie przejmując się tym, że mogła się z nim nie zgodzić.
Bo przecież Pilar stała po drugiej stronie barykady, po stronie prawa.
Ale czy to prawo ich nie zawiodło? To sześć lat temu.
Nie zawodziło jednak serce, które znowu szarpnęło się w piersi, gdy tylko Madox za nią stanął, gdy poczuł na torsie ciepło jej ciała, gdy uderzył go jej zapach, a wytatuowane palce sięgnęły do jej aksamitnej skóry, powodując, że cała pod nim zadrżała. Czuł to na sobie, jak na nią działał. Wciąż.
I ona na niego też, mięśnie zarysowały się pod skórą, spinając się do pierdolonego bólu, kiedy miał ją tak blisko siebie. W ramionach prawie...
I gdyby jego szorstkie opuszki nie odszukały tej zaróżowionej malinki na jej karku, to czy by się od niej odsunął? Czy umiałby?
Cofnął gwałtownie rękę i wypuścił ciężko powietrze w jej odkryty kark. A zaraz się odsunął. Uciekłby od niej od razu, wycofał się i zostawił ją w spokoju, gdyby nie odwróciła się do niego tak gwałtownie. Zawiesił czarne spojrzenie na jej oczach.
Nie chciał iść. Nie chciał jej znowu zostawiać. Zabijać uczucia, które gdzieś na dnie duszy wciąż się żarzyło, paliło, i może wybuchłoby znowu tym ogniem, gdyby tylko...
Ale kurwa nie mogli.
Bo ona już nie była tą osiemnastoletnią dziewczyną, która została oszukana przez jego kuzyna. Zdradzona.
Teraz była żoną, matką.
-
Nie powinienem tu przychodzić - wątpliwości, jebane wątpliwości, a przecież kiedy wchodził przez okno, to wcale ich nie miał. Kiedy dawał jej te wydruki i mówił, że znowu zostali oszukani, tym razem przez jego ojca, to wtedy jeszcze ich nie było, a teraz...
Miała rację, przyszedł tu jak po swoje, po nią. Kurwa.
A teraz zamierzał odpuścić.
Odpuszczanie nigdy nie było w jego naturze. Przecież on walczył o wszystko do końca, do krwi, do bólu, a dzisiaj stał przed nią i się wycofywał.
-
Pilar to jest bez sensu - tym razem to on się uniósł, pokręcił głową -
tam na górze śpi twoja córka - wskazał na okno jej sypialni -
twój mąż - jakoś odruchowo przesunął wytatuowanymi palcami po swojej szyi, ale w tych miejscach, w których ona miała zaczerwienione miejsce u siebie -
po co tu kurwa przyszłaś skoro... - szarpnął się do niej, jego dłoń znowu zawisła gdzieś przy jej ramieniu, ale ją cofnął -
nie chcę kurwa o tym myśleć - o tym, jak Galen Wyatt jej dotyka, całuje, przygryza jej skórę, ssie i drapie. Odwrócił się przesuwając palcami po pokrytej krótkimi, ostrymi włosami czaszce, ale potem znowu na nią spojrzał -
to ty robisz mi mętlik w głowie, jebany kurwa chaos, po co to powiedziałaś na tym dachu, co? Że mnie kochałaś, że zrobiłaś to dla mnie, a nie z miłości, a potem... poszłaś się pierdolić ze swoim mężem - chciał do niej doskoczyć, złapać ją za rękę, szarpnąć może? Ale kurwa zwalczył w sobie to uczucie i znowu się cofnął. Gotowy już był odejść.
Ale jak, kiedy kurwa stała przed nim i wpatrywała się w niego tymi wielkimi, wilgotnymi oczami? Jak?
-
Ja pierdole czemu to wszystko utrudniasz?! - warknął na nią i już się od niej odwrócił, szarpnął w przeciwnym kierunku, gotowy zniknąć z jej życia. Z pięknej bajki o mangowym rycerzu i jego sprzedawczyni mango. Z bajki, w której wzięli ślub i żyli z dala od złego króla tyrana. Długo i szczęśliwie.
A co jeśli nie jestem szczęśliwa?
Zatrzymał się w miejscu. Dłoń zaciskał już w pięść tak mocno, że bolały go palce. Szczęka nerwowo mu się poruszyła.
A po chwili znowu się do niej odwrócił, woda ze spryskiwaczy ściekała mu po twarzy, po szyi, ginęła w mokrej i tak już koszulce.
Nie jestem.
W pierwszej chwili chciał jej zapytać co to w takim razie było, te pocałunki na górze, to jak poszła do swojego męża, jak opowiadała bajkę córeczce, ale kiedy patrzył w jej duże, błyszczące oczy. Kiedy jego spojrzenie przesunęło się po przemoczonych ciuchach, które przylegały jej do ciała.
Kurwa.
Nie rób tego. Nie rób. Zostaw. Odejdź.
Mózg fiksował się na tym, że powinien ją zostawić. Że to już nic nie znaczyło, bo oni przecież nie mieli już przyszłości. Nie w tym świecie, który sobie stworzyła, ale serce...
Pierdolone,
dzikie serce, które wyrwało się do niej w piersi, które sprawiło, że doskoczył do niej jak dziki kot, jak ten jebany jaguar. Pchnął ją na różaną pergolę, poczuł na przedramieniu ciernie, kiedy oplótł ją nim w pasie, kiedy znowu przyciągał do siebie. Dociskał ciasno, tak, że różane kolce mogła czuć na plecach.
-
Ze mną też nie będziesz - bo czy on mógł jej dać szczęście, czy tylko pierdolony ból?
Ale czy oni własnie wtedy, kiedy bolało, kiedy ich dotykało, nie czuli, że żyją?
Czuli...
A zaraz ona mogła poczuć jego gorący, chaotyczny oddech na swoich pełnych wargach, kiedy pochylił się do niej. Tak blisko. I zamierzał zamknąć jej usta w pocałunku. Nie najszczęśliwszym na świecie, ale takim, który sprawiłby, że ich złamane serca znowu zabiją mocniej. Cały czas biły. W szaleńczym,
dzikim rytmie, obijając się o siebie, kiedy stali już tak blisko.
Bliżej się nie dało.
Ale na ganku zaświeciło się światło. A zaraz drzwi willi otworzyły się i stanął w nich... no tak kurwa, jej
wspaniały mąż, bo przecież to by było za piękne, gdyby mieli chwilę dla siebie. Gdyby coś się nie wypierdoliło...
Jego wargi zadrżały i mogła to poczuć na swoich ustach, to i jak jego spojrzenie prześlizgnęło się w dół po jej przemoczonym ciele, na sterczące pod materiałem piersi. A może nawet to... jak na niego działała. Kiedy czarne oczy wpatrywały się w te jej.
-
Wracaj do łóżka Pilar - ułożył te słowa na jej wargach, wraz z ciężkim westchnieniem, które opuściło jego płuca, zanim się odsunął. Przesunął wytatuowanymi palcami po ustach, na których czuł te ciepłe prądy -
i do zobaczenia... - czyli już nie cześć i żegnaj na zawsze? Cofnął się, i już miał ruszyć do tej tylnej furtki, ale...
Kurwa. Madox nie byłby sobą, gdyby nie spróbował jeszcze raz. Gdyby teraz się poddał.
I tym razem wszechświat był mu przychylny, pchnął ją w jego ramiona. Kiedy ona też już zamierzyła się, żeby odejść, a on zacisnął palce na jej ręce, szarpnął ją do siebie.
I to zrobił. Z tą całą tęsknotą, która w nich siedziała, z ogniem i z miłością. Z bólem. Z tymi wszystkimi emocjami, które kotłowały się w głowie tworząc tam istny chaos... Wpił się w jej pełne, gorące usta. To był krótki pocałunek, agresywny, wyczekany, ale sprawił, że... on znowu poczuł, że żyje.
Jak te sześć lat temu.
I czternaście... kiedy Pilar Stewart była pierwszą dziewczyną, której skradł całusa.
-
Idź już - odsunął się od niej. Wargi wciąż paliły żywym ogniem, to nie było przyjemne mrowienie, to był pierdolony pożar, i chociaż całe ciało rwało się do niej, każda komórka w ciele, to znowu się cofnął.
Vuelve a la cama, Pilar.