Na to się dopiero zbierało. Kiedy stanęli na przeciwko siebie, znowu, ale ona z nożem opartym na gardle, błyszczącym, szpiczastym ostrzem, które z łatwością mogło przeciąć gładką skórę. I on z dłońmi zaciśniętymi w pięści, i sercem walącym w piersi tak, jak chyba jeszcze nigdy. Bał się... o nią.
Bo Madox przecież nigdy nie bał się o siebie, nie był tchórzem, wchodził prosto w ogień i bił się na śmierć i życie, a o nią się bał.
Dlatego nie wyrwał się od razu do przodu, tylko starał się gościa zagadać. Sprowokować go, do tego, żeby jednak nim się zajął. Bo przecież Madox zawsze to robił, gadał, prowokował, a potem obrywał. I teraz może też by dostał? Chociaż w pierwszej chwili się zasłonił i to on walnął gościa, ale tamten miał nóż. Przeciął mu skórę na przedramieniu, nie głęboko, ale polała się krew. Mieszała się z piachem, na którym się szamotali, i może gdyby nie Pilar to dostałby bardziej, na pewno. Ale rzuciła się na tego gościa jak jakaś lwica, jakby od tego zależało jej życie. A może zależało jego?
Dała Madoxowi trochę przestrzeni, którą on przecież wykorzystał, bo wyprowadził cios, jeden i drugi, a kiedy Stewart dostała i w tył szarpnęły ją jakieś wytatuowane ręce, to Noriega nawet zrzucił z siebie tego gościa, wyrwał się do Stewart.
- Pilar! - zdążył tylko krzyknąć, a zaraz dostał w brzuch, nie z pięści, pałką, a potem drugi raz gdzieś w plecy. Może zlali by go bardziej, bo wciąż się szarpał, rzucał, ale kiedy zobaczył, że dwóch gości ciągnie Pilar w kierunku opustoszałej plaży, to przestał, a zresztą trzymało go dwóch ludzi Trucizny i ten trzeci z pałką, który gotowy był mu się odwinąć, może teraz prosto w łeb?
Zaciągnęli ich pod jeden z opuszczonych domków ratowników, na tym dzikim kawałku plaży, który teraz zarośnięty był różnymi szuwarami. A zaraz kleili ich do tych drewnianych bali, chociaż przy tym akurat Madox się szarpnął, gdyby tylko udało mu się wyrwać, i może Pilar mogłaby im wtedy uciec. Nie myślał o sobie, bo on się nigdy nie bał Trucizny, ani jego ludzi, ani nikogo, zupełnie jak jego ojciec, to akurat miał po nim, bra-wu-rę.
Myślał o niej. Ale nic nie udało im się zrobić.
Wylądowali na piasku i chociaż Madox chciał jej coś powiedzieć, może zapewnić ją, że coś wymyśli?
To nie chciał jej okłamywać, a sytuacja była... beznadziejna. Złapał tylko na moment jej spojrzenie.
A zaraz pojawił się i on. Trucizna we własnej osobie. I chociaż obitą gębę chował pod kapturem, to od razu go poznali, po głosie, po tym jak zarechotał, kiedy ich zobaczył, doskakując najpierw do Noriegi, żeby szarpnąć go za włosy, zajrzeć mu w twarz, a zaraz do Pilar.
Madox gryzł się w język, kiedy Trucizna się do niej odzywał, chociaż przecież aż go skręcało, gdyby nie był skrępowany...
Cały czas próbował uwolnić ręce, ale był mocno sklejony, a ta taśma była kurwa silna. Chociaż krew która spływała mu po ręce, w którą dostał nożem, może mogła zadziałać na ten klej?
Kiedy Stewart napluła Truciźnie w twarz to, serce mu szarpnęło, bo wiedział, że on tak tego nie zostawi, ale... parsknął śmiechem, bezczelnie, głośno, tak, że jego rywal się na niego obejrzał, ale i tak zaraz oddał Pilar. A Madox aż nabrał mocno powietrze w płuca. I w pierwszej chwili chciał się wyrwać z tym, że go zabije, że ma ją zostawić, ale to chyba tylko pogorszyło by sprawę, bo on przecież najbardziej chciał dopierdolić jemu. Przez niego przegrał, stracił hajs, który Madox zaraz sobie wydawał na motocykl.
Stracił też możliwość brania udziału w kolejnych walkach.
Spojrzał jeszcze na Pilar, na jej czerwony policzek, na te błyszczące oczy i palce Trucizny zaciśnięte na jej brodzie.
Puść ją.
Chciał wypalić, ale tylko się szarpnął, a kiedy Trucizna ruszył do niego, to wyrwał się tyle ile mógł w jego kierunku.
- Wiesz co myślę? - zapytał z tymi czarnymi oczami zawieszonymi na twarzy jego rywala - żebyś sobie na dupie... wyrył - wycedził przez zęby, a zaraz dostał za to w twarz, Trucizna się zamachnął i dał mu w zęby, i chociaż Madox poczuł na języku metaliczny posmak krwi, chociaż splunął nią w kierunku Trucizny, to znowu się odezwał - jesteś żałosny Trucizna, skleiłeś nas bo się boisz... Gdyby nie twoi ludzie to byłbyś nikim, zerem... - za to już dostał kopniaka w brzuch. Zabolało, bo przecież Madox był poobijany po tych walkach, organizm nie zdążył nawet odpocząć, a teraz obrywał znowu.
- Zamknij mordę Madox, bo poderżnę jej gardło na twoich oczach! - krzyknął Trucizna i teraz to on miał nóż, przykładał go Pilar do szyi, znowu.
Jebany kurwa nóż.
Madox na moment zamilkł, nie mógł ryzykować, nie jeśli chodziło o nią. A przecież Trucizna nie żartował. Mógł zrobić jej krzywdę.
Złapał spojrzenie Pilar, czarne tęczówki, które przybierały ten kolor, kiedy adrenalina krążyła w żyłach za każdym razem, odszukały jej piękne, czekoladowe oczy. Na chwilę.
Jeśli nie zaryzykują, to...
Madox parsknął znowu śmiechem, pokręcił głową, a Trucizna się spiął. Mocniej oparł ostrze na szyi Stewart, ostra krawędź uszkodziła skórę, do tego stopnia, że kilka szkarłatnych kropli spłynęło jej w dekolt. I chociaż Noriega w tym momencie spiął się może bardziej niż sam Trucizna, chociaż serce szarpnęło mu w piersi tak mocno, jakby autentycznie miało wybuchnąć, to... kontynuował.
- No tak... z nożem, z chłopakami jesteś odważny, a jak trzeba było się bić na gołe pięści, to co pokazałeś? Nic. Bo Trucizna jest nikim bez noża, kastetu i swojej paczki, jebany przegryw - teraz to Madox plunął w jego stronę - spróbuj ze mną... Ale nie, bo się boisz, wszyscy kurwa dookoła wiedzą, że Trucizna boi się... Madoxa Noriegi - znowu parsknął, a Trucizna patrzył już na niego z mordem w oczach. Klatka piersiowa unosiła mu się dziko, w palce zaciśnięte na rękojeści noża aż pobielały. Wyglądał, jakby rzeczywiście zastanawiał się, czy nie podciąć jej gardła, nawet złapał jej spojrzenie, to jego było psychopatyczne.
- Wszyscy na plaży skandują Jaguar, a ciebie mają w dupie, bo jesteś nikim, jebanym przegrywem z nożem, który nie umie się bić - to zdanie sprawiło, że coś w nim przeskoczyło. Trucizna puścił nóż i rzucił się na Madoxa z pięściami. W szale, w furii, bił na oślep, ale przecież Noriega nawet nie miał się jak zasłonić, nie miał jak oddać. I był już tak poobijany, że...
- Pablito! Przestań! Zabijesz go! I znowu cię... - kolejny znajomy głos wybrzmiał od budki ratownika, z której wyszła... Ona.
Rosa, ściskała w dłoniach telefon, przytulała go do siebie. A jej niebieskie spojrzenie przesunęło się po Pilar, żeby zatrzymać się na Truciźnie, bo to do niego się zwracała. Ale on wciąż bił na oślep i dopiero, kiedy Rosa podeszła bliżej, kiedy znowu rzuciła to Pablito, to się opamiętał. Obejrzał na nią.
- Przecież mamy tutaj dowody, możemy go wsadzić, jego i jego ojca... Nie musisz go... - złapała spojrzenie Madoxa, który znowu się szarpnął, wszystko go bolało, był tak poobijany, ale kiedy Rosa stała przed nim z tym swoim telefonem, kiedy mówiła to, że mogą go pogrążyć, jego i jego ojca, to był wściekły, był na takim adrenalinowym haju, że szarpał się cały czas. Już nie umiał się uspokoić.
Trucizna za to jakby się opamiętał, podszedł do Rosy i objął ją ramieniem. Czyli jednym z jej facetów był on?
I ona dzisiaj, kiedy zniknęła przed ich walką, to... poszła do niego?
- Madox ty nigdy mnie nie doceniałeś... Nie to co Pablo - Rosa zawiesiła się Truciźnie na szyi.
- Dzi… wka - wydusił Madox, ale pluł krwią, krew zalewała mu oczy. Źle to wyglądało, rany, które tak ładnie wcześniej opatrzyła mu Marie, teraz krwawiły od nowa. Ale wcale się tym nie przejął. Znowu się szarpnął, czuł jakby ta taśma na rękach odrobinę odpuszczała... On nie zamierzał. Nawet nie czuł bólu, adrenalina skutecznie go wygłuszała.
Dame un momento 𐙚⋆°。⋆♡