Nie było okej. Wyglądali okropnie, i to wcale nie jakby dostali lekko w jakiejś bójce, gdzie po prostu dali sobie po mordach i się rozeszli. Oni wyglądali jakby ktoś ich pobił, dotkliwie, jakiś psychopata.
Bo tak przecież było, nie trafili na kogoś, kto chciał ich nastraszyć. Trucizna chciał ich zajebać, pewnie by to zrobił, gdyby nie uciekli. W jego oczach widać było rządzę mordu. A w tych ich...
To jak oni przejmowali się sobą nawzajem, jak on sprawdzał jej obrażenia, a ona jego, kompletnie się nie słuchając. Bo przecież widzieli, siebie nawzajem, to jak wyglądali.
I nawet kiedy Pilar pchnęła go na kibel, to Madox zaraz podnosił głowę.
-
Mną, przecież ja dostaje po gębie średnio raz na tydzień... - coś w tym było, że Madoxa nie raz już zlali, może nie tak dotkliwie, bo jednak przed taką masakrą, walkę by po prostu przerwali, ale jednak nie było mu to obce. A adrenalina która wciąż i wciąż buzowała w żyłach sprawiała, że dopiero na zjeździe dotrze do nich, jak ciało rzeczywiście ucierpiało.
Pewnie by się tak przepychali, którym trzeba zająć się najpierw, do białego rana, albo do usranej śmierci, ale Pilar rozładowała trochę atmosferę tym swoim pytaniem, do tego stopnia, że kiedy Madox spojrzał na nią po raz kolejny, to jego oczy już wyglądały inaczej, było w nich może mniej strachu? Chociaż i tak przejmował się kurewsko jej ranami, kiedy jego palce przesunęły się po jej udzie, zakrwawionym materiale spodni, a potem po jej brzuchu, po gładkiej, nagiej skórze, która drżała pod jego dotykiem. Nie powinien się na tym fiksować, w ogóle o tym myśleć w tej chwili, ale kurwa...
Mógłby z niej teraz zerwać tą koszulkę i wpić się w jej usta agresywnie.
W końcu.
Jej palce, które wplatały się w czarne kosmyki wcale nie pomagały, ani to spojrzenie w jej piękne, ciemne oczy, kiedy znowu zadzierał głowę do góry, żeby na nią spojrzeć. Chociaż jej słowa odrobinę sprowadziły go na ziemię. Chciał ściągnąć do siebie brwi, ale zabolało, jeden łuk brwiowy ewidentnie miał rozwalony, ten, który Marie opatrzyła mu wcześniej.
-
Tak, nie miałoby miejsca, bo zajebałby mnie już wcześniej - powiedział poważnie, bo taka była prawda, że gdyby wtedy nie kopnęła Trucizny, to mógł go tym kastetem zapierdolić. Sama widziała, jakie on miał kolce, wiedziała jaki Trucizna był zawzięty.
Madox zaraz zerwał się na równe nogi i teraz on ciągnął ją do drzwi, chociaż kiedy zanegowała jego pomysł z lekarzem, to zatrzymał się w miejscu. Powiódł za nią spojrzeniem.
-
Pilar... - zaczął, ale ona już pociągnęła go do siebie, już znowu byli tak blisko, wpatrzeni nawzajem w swoje ciemne oczy. Wiedział, że nie powinni jechać do szpitala, że to nie było takie proste, bo przecież nie ściemnią, że mieli wypadek, albo ktoś ich zaczepił w ciemnej uliczce, nie wyglądali na to. A zwłaszcza to T intencjonalnie wyryte na jej udzie, aż znowu spuścił na nie spojrzenie -
ale zobacz... - i już jej miał znowu nawijać o tym, jak wyglądało jej udo, o tym, jak ona wyglądała... Jakby wcale nie lepiej niż on. Lepiej? Gorzej?
Oboje wyglądali kurewsko źle.
A jednak kiedy pociągnęła go na podłogę to oparł plecy o chłodną ścianę, oparł o nią głowę, odchylając ją do tyłu, żeby znowu na nią spojrzeć, kiedy na nim usiadła -
estas loca - odpowiedział na to jej błaganie, bo
była szalona, z tym, że nie chciała jechać do szpitala, ale też z tym co robiła dla niego cały ten pierdolony, intensywny dzień.
Przesunął palcami po jej plecach, kiedy się w niego wtuliła, popierdolone to było, ale kiedy była tak blisko, jej dotyk, bijące od niej ciepło, sprawiało, że ciało jednocześnie odpuszczało i wyrywało się do niej. Mieszała w sobie tak sprzeczne emocje, jakąś myśl, że tutaj przy nim była na miejscu, ale też taką, że to przecież im się nie uda. Bo im to dzisiaj cały czas nie wychodziło. Cały czas wszystko ich do siebie odpychało.
Ale mimo to starał się łapać
tą chwilę, oparł zakrwawiony policzek o jej włosy, zaciągając się jej zapachem, który teraz mieszał już w sobie ten krwi, morza i adrenaliny, jej perfum. Które poczuł, gdy tylko stanął za nią przed tymi walkami, gdy komentował jej brak czerwonej sukienki. I mówił, że wyglądała
zajebiście. Teraz też wyglądała, mimo wszystko.
Kiedy te jej, coraz ciemniejsze oczy, odszukały jego, wciąż praktycznie czarne spojrzenie, kiedy szarpnęła go za włosy, a on poprawił ją na sobie. I znowu.
Kurwa...
Nieznośne milimetry między nimi, oddechy lądujące na swoich wargach, i tyle.
Nie sprawdzili.
Ale chyba obydwoje wiedzieli. On wiedział, bo to wszystko co jej powiedział, to była najszczersza prawda, wariował przez nią. A to jak desperacko chciał się uwolnić, żeby ją bronić przed Trucizną. Nigdy w życiu czegoś takiego nie czuł.
W oddali zawyły syreny, jedne, drugie i kolejne.
Imprezy na plaży często tak się kończyły, nalotem. A teraz kiedy jeszcze na miejscu była rozwścieczona banda Trucizny. Sam Pablo też oberwał, Madox wbił mu w szyję nóż, może się wykrwawi? Chociaż... nie liczyłby na to. Trucizna też był twardy.
Skinął głową, kiedy powiedziała, że
muszą stąd spierdalać, bo to było pewne, ale... -
nie wiem Pilar… a jeśli Trucizna będzie nas tam szukał? Może lepiej do mnie? - tam Trucizna na pewno by nie wparował, ale z drugiej strony tam byli starzy Madoxa, i chuj wie tak naprawdę kto jeszcze. Złapał ją za rękę wstając z podłogi, ale jeszcze się wahał -
a jeśli to trzeba szyć? Ja nie umiem szyć... - jeszcze sięgnął do jej uda -
i te siniaki - do brzucha, a kiedy znowu zadrżała pod jego dotykiem, to...
Wyrwał się do niej, znowu tak blisko, znowu zaglądając w jej piękne oczy -
dobra - skapitulował. Zawsze by to chyba zrobił. Bo może...
wszystko by dla niej zrobił?
Ruszył za nią, kiedy splotła jego palce ze swoimi, kiedy go pociągnęła. Tylko, że gdy wyszli przed stację, skierowali się do motocykla, którego
zaparkowali, a raczej wyjebali gdzieś z boku, to... stał przy nim radiowóz, a jeden z policjantów oglądał maszynę. Teraz to Madox szarpnął ją za rękę, chowając się z nią za ścianą.
-
Musimy skołować coś innego - rzucił przypierając ją do muru, może trochę mocniej niż chciał. Tylko pozostawało pytanie co?
W takim stanie to raczej stopa nie złapią. Madox nawet sięgnął po swój telefon, bo może mógł do kogoś zadzwonić. Ale do kogo? Ticiano go zdradził, Rosa też. Marie...
Odchylił do tyłu głowę, ale zaraz zacisnął palce mocniej na tych Pilar i pociągnął ją za sobą. Na razie to powinni się przynajmniej oddalić od tej stacji. I rzeczywiście ruszyli gdzieś w przeciwnym kierunku, jak ten pochód żywych trupów. Cali we krwi, na szczęście był jakiś środek nocy i samochodów na drodze praktycznie nie było, ani ludzi dookoła. A oni gdzieś na środku drogi do miasta, gdy w tle znowu zawyły syreny.
-
Może zadzwonię do Luisa? - zapytał kiedy stanęli w cieniu jakiegoś drzewa mango w czyimś nieogrodzonym ogrodzie -
z buta będziemy tam szli godzinę... - jeszcze w ich stanie. Powiódł ciemnym spojrzeniem dookoła, przy krawężniku stało zaparkowane jakieś rodzinne auto. Ale przecież nie mogli mieć aż takiego farta...
Czy mogli?
Madox złapał za klamkę, a drzwi się otworzyły.
No kurwa, najwidoczniej mogli. Tylko czy oni naprawdę byli gotowi ukraść samochód, w ich stanie, i biorąc pod uwagę to, że rozglądała się za nimi policja?
Madox jeszcze przyciągnął do siebie Pilar, jeszcze odszukał jej spojrzenie -
chuj, chyba tak miało być - najwidoczniej, to nie był jeszcze koniec tego pojebanego dnia. Wsiedli do samochodu, gdzie... kluczyk był w stacyjce, no po prostu, to musiało być jakieś przeznaczenie. Po tym całym pechu, który się ich trzymał, znowu
fart.
Madox odpalił silnik i zaraz wypuścił samochód na drogę do Medellin. Adrenalina nie opadała, wciąż buzowała w żyłach, uciekali przed policją... kradzionym samochodem. Jak uspokoić to galopujące w piersi serce?
Na pewno nie spojrzeniem w jej piękne, ciemne oczy, bo wtedy ono wyrywało się jeszcze bardziej.
Do niej.
estas loca °❀⋆.ೃ࿔*:・°❀⋆.ೃ࿔*:・