13 stycznia 2021 r.
156 dni.
Tyle już nie odpisałeś na żaden mój list.
Sama nie wiem, ile ich napisałam. Na pewno dużo. Kurewsko dużo. Pisze prawie codziennie, a ty wciąż mnie unikasz. Jak długo masz zamiar to ciągnąć, to pierdolone milczenie? A może nie możesz mi odpisać? Zdecydowanie wolałabym, żeby chodziło o to drugie. Tak to sobie zreszta tłumacze, że po prostu nie pozwalają ci napisać listu. Ale ja dalej będę. Będę kurwa pisać tyle, ile tylko będzie trzeba, aż w końcu nie uda mi się wyciągnąć cię z tego pieprzonego wiezienia. Rozumiesz, Madox? Nigdy nie przestane próbować.
Chociaż dzisiaj nie o tym.
Musze ci o czymś powiedzieć. Coś o czym jeszcze nie wspominałam w listach, ale kurwa, już dłużej nie mogę tego przed tobą ukrywać. Gdybyś był obok, już dawno byś wiedział. Widział zresztą, bo na tym etapie już nawet nie da się tego ukryć. Ale zanim ci to napisze, potrzebuje, żebyś usiadł. Nie wiem gdzie, może na łóżku albo nawet na podłodze. Po prostu usiądź, dobrze?
Siedzisz?
Chuj i tak tego nie sprawdzę.
Posłuchaj… kurwa nie wiem, jak mam ci to powiedzieć, popierdoli mnie zaraz i więc może napisze to po prostu. Już. W następnym zdaniu i będę liczyć, że za bardzo się nie przerazisz. Okej… więc tak. Madox, jestem w ciąży. Nie pisałam ci wcześniej, bo nie chciałam tego robić w taki sposób. Bo łudziłam się chyba, że uda nam się wyciągnąć cię o wiele szybciej i że powiem ci w cztery oczy, że może w końcu zgodzisz się na widzenie, żeby mogła złapać cię za rękę, spojrzeć w twoje piękne ciemne ślepia i powiedzieć ci osobiście, że… będziesz tatą. Kurwa, wiem jak to brzmi, serio. Pojebanie. Już widzę jak teraz wydyszasz głośno i odchylasz głowę w tył, wpuszczając mocno powietrze. Zawsze tak robisz, jak coś cie zaskoczy. A potem pewnie pokręcisz nią na boki, próbując zdjąć napięcie z karku, które pewnie jeszcze długo z ciebie nie zejdzie. A przynajmniej ze mnie nie zeszło jak asie dowiedziałam… ponad cztery miesiące temu.
Nie wiem, jak to się stało. To znaczy wiem, bo kurwa ominęłam w chuj dni tabletek odkąd uciekliśmy z Medellin, ale nie mam pojęcia kiedy. W którym momencie, ale… boje się, wiesz? Kurewsko się boje. Nie wiem, czy dam sobie radę. Nie wiem, czy będę dobrą matką. Boje się, że nie. Boje się, że zniszczę to dziecko, że kompletnie się do tego nie nadaje. Ciotka obiecuje, że mi pomoże, że będzie dobrze, ale kurwa kompletnie sobie tego nie wyobrażam.
Kurwa, jak ja bym chciała, żebyś tu był.
Przecież razem jakoś byśmy to ogarnęli, nie? W dwójkę zawsze wszystko szło nam lepiej, a takto… sama nie wiem. Pisze to i płacze. Ledwo widzę, jak litery sklejają się na papierze, bo jest już cały przemoczony. Pewnie jak to czytasz, będziesz widział wielkie plamy dookoła, oby tylko tusz z długopisu się nie rozmazał.
Ale wiesz co? Pomimo wszystkiego, co się dzieje, uważam, że kto jak kto, ale akurat ty będziesz świetnym tatą. Jak już wyjdziesz i będziesz mógł poznać nasze dziecko. Wiem, że będziesz je kochać całym sercem, bo to twoje jak tak duże i piękne, że nawet nie będziesz umiał inaczej. Tym bardziej, że to będzie… dziewczynka. Czaisz? Już widzę, jak będzie twoim oczkiem w głowie, jak będzie malować ci paznokcie na różowo i robić kucyki, a ty będziesz próbował zgrywać twardziela, ale tak naprawdę będzie ci się to podobać.
Chciałabym, żeby miała twój uśmiech. Jest najpiękniejszy na świecie. Wszystko by na niego załatwiała, zupełnie jak jej ociec, nawet najdroższa posypkę do lodów w samym centrum Medellin. Już to widzę. I to jak teraz to ja będę przeganiać jej chłopaków szmatą, jak z tobą robiła to moja ciotka. Będzie dobrze. Obiecuje. Zobaczysz. Prawda? Będzie. Musi być. W końcu kto jak n
Kurwa, musze już kończyć, bo Matias przyjechał zabrać mnie na badania.
Napisze do ciebie jutro. A ty błagam, odpisz mi w końcu. Zwariuje tu bez ciebie. Tęsknie i Kocham cię.
Na zawsze twoja,
Pilar.
Wtedy gdy pisała ten list w piątym miesiącu ciąży, naprawdę myślała, że wszystko
jakoś się ułoży. Że Noriega w końcu wyjdzie, a oni będą mogli wrócić do kochania się nad życie. Do świata, w którym nie istniało nic innego niż ich miłość, która potrafiła przezwyciężyć wszystko. Nie miała przecież pojęcia, że on nie dostał ani jednego z tych setek listów, które wysłała. Że to jego ojciec wszystko przejmował i czytał. Carlos wiedział lata przed Madoxem, że Amra była jego córką. Wszystko wiedział. I nawet to nie tchnęło w nim ani krzty człowieczeństwa. Nie przekonało go do tego, by zlitował się nad własnym dzieckiem, które przecież… kiedyś kochał. Kiedy głaskał włosy Esme w szpitalu, zarzekając się, że pomoże go jej wychować, że będzie jego oczkiem w głowie. Śmieszne, jak wszystko zawodowo się
spierdoliło.
Zupełnie jak w ich relacji.
Jak te sześć lat potrafiło kompletnie zagiąć perspektywę w ich relacji. Jak oboje z Madoxem skończyli ze złamanymi sercami, duszami i wszystkim, co dało się złamać. Jak miłość przekuli w nienawiść, a przynajmniej próbowali. Jak ona kiedyś potrafiła pisać, że nie może doczekać się, żeby zobaczyć ją z dzieckiem na rękach, a teraz stała przed nim z chaotycznie unoszącą się klatką piersiową, patrzyła mu głęboko w oczy i kłamała go, że Amra nawet nie była jego córką.
Przez jakie piekło musiał przejść człowiek, żeby przejść taką zmianę?
Jak bardzo ona musiała się bać, żeby tka bardzo chcieć go oszukać? Robiła to dla siebie, czy może jednak dla Noriegi? Dla jego spokoju ducha, dla tego, żeby nie kazać mu z obowiązku wpierdalać się w ich życie, żeby nie dawać mu przestrzeni potem na ucieczkę. Nie chciała, żeby Amra też miała złamane serce. Żeby uwierzyła w to, że miała w życiu swojego ojca, a on potem by je zostawił. Tak jak zostawił ją w ogrodzie. Jak ciągle ją zostawiał. Samą. Samą i kurwa zranioną. Stęsknioną jego tak bardzo, że bolało ją całe ciało.
Pierdolisz. Nie kłam mnie, Pilar.
Wiedziała, że jej nie uwierzył.
Kurwa, znał ją przecież za dobrze. Czytał z jej oczu jak nikt inny. A ona nawet nie drgnęła, kiedy przypierdolił pięścią w drzwi tuż przy jej głowie. Zacisnęła tylko usta w jeszcze bardziej wąską linię, oddychając ciężko przez nos. Ciemny kosmyk osunął się jej na środek twarzy, podczas gdy klatka piersiowa uderzała z każdym złapaniem powietrza w tą jego, równie mocno szalejącą. Skrajność emocji, jakie oboje teraz przezywali nie dałoby się nawet zmierzyć w jakiejkolwiek skali. To było istne apogeum.
On mówił, że to zmienia wszystko, ona od niego uciekała, lecąc na szafkę obok. Wbijając się w nią z impetem, by chociaż bólem fizycznym przebyć jakoś ten w sercu, który doskierwał jej mocniej i mocniej z każdym jego słowem. Chociaż po chwili ono kompletnie się zatrzymało, kiedy jej usta kazały mu spierdalać, tak jak wspomniał w liście, a on nie dość, że powiedział, że nigdy o nie napisał, to jeszcze zaraz sięgnął po niego do kieszeni. Po pierdolony list, który ona miała schowany w…
—
Skąd to kurwa masz?! — ryknęła na niego. Oczywiście, że wiedziała skąd. Z albumu. Z jebanego albumu, który kleiła dla niego przez pieprzone cztery lata, żeby
nie ominął ani jednej chwili z tych dziecięcych lat Amry, żeby kiedyś mogli usiąść razem, obejrzeć te wszystkie zjęcia i nadrobić to jak jedna, wielka rodzina. Serce podeszło jej do samego gardła. Czuła je dosłownie w przełyku, jak tam wali mocno o krtań i skórę, próbując wyrwać się na zewnątrz. Było jej niedobrze, miała wrażenie, że nie mogła oddychać… a on dalej mówił. Nawijał o tym, jak nigdy tego nie wysłał. Jak zawsze ją przecież kochał,
bezgranicznie, na jebane zawsze, a przecież zawsze to jest bardzo długo, to jest pierodolona wieczność. Szarpnął ją za nadgarstek przypierając do biurka, a ona nawet nie czuła bólu, jaki jej sprawiał, bo przecież serce bolało sto razy bardziej.
Nie miała podstaw, żeby mu nie wierzyć. Przecież na własne oczy widziała te wszystkie wyciągi z wiezienia, to że to Carlos odbierał wszystkie jej listy, podczas gdy te jego nawet nie opuszczały murów więzienia. Nie miała jednak pojęcia, że stary Noriega posunął się nawet do tego, by w imieniu własnego syna wysłać jej coś takiego. Przecież przez ten jeden papier ona ostatecznie się poddała. Dała sobie spokój. Nie napisała mu już żadnego listu, kompletnie sobie odpuściła i kazała praniwkowi kontaktować się tylko z Lopezem, odcięła od sprawy i nie chciała go znać. Też go znienawidziła.
A on tego nie napisał.
Nie napisał, że jej nienawidzi.
Nie napisał, że
kochanie jej, było najgorszym, co go w życiu spotkało.
To nie były kurwa jego słowa.
Tylko czy teraz to cokolwiek zmieniało?
—
Myślisz, że ja nie kochałam?! — wydarła się w końcu na niego, specjalnie ruszając ręką, jakby chciała go uderzyć, żeby jeszcze mocniej zacisnął na niej palce, żeby przebił jej jebaną skórę do krwi. —
Bezgranicznie, na jebanego zawsze, do pierdolonego bólu? — bo przecież tak właśnie było. Kochała go. Wszystko dla niego oddała. Wszystko, co zrobiła przez ostatnie sześć lat było dla niego. A teraz stała przed nim, warcząc i krzycząc. Gromiąc go ciemnym, czarnym już prawie spojrzeniem, ledwo łapiąc w płuca powietrze.
Powiedz, że nic do mnie nie czujesz, i że mam sobie iść, a to zrobię. Powiedz, że to nie jest moja córka, a ty jesteś szczęśliwa z Galenem Wyattem, a sobie pójdę.
Chciała to zrobić.
Kurwa, jak bardzo ona chciała mu powiedzieć, że nic do niego nie czuła.
Żeby naprawdę
spierdalał.
Ale przecież nie potrafiła. Nie potrafiła, bo wcale nie chciała, żeby sobie szedł. Bo chociaż w jego obecności nie potrafiła oddychać i wiecznie się wkurwiała, to to był jedyny moment, kiedy naprawdę czuła, że żyła. Że jej serce dawało o sobie znać, że krew w żyłach przepływała w zastraszającym tempie, a adrenalina rozlewała się po całym ciele. Nikt na nią nie działał tak, jak on. Nikt.
I on doskonale o tym wiedział. Wyrzucił jej prosto w twarz, że nie była szczęśliwa, powtarzając dosłanie słowa, które powiedziała mu jeszcze kilka dni temu w ogrodzie. Nie była szczęśliwa z Galenem. Trwała z nim z przymusu, bo tak musiało być, bo nie było od tego odwrotu, ale to nie znaczyło, że była z nim szczęśliwa. Nie była. I Madox doskonale wiedział to w jej oczach. A zaraz też czuł na swoim ciele, kiedy przysunął się mocniej na nią napierając, praktycznie wciskając do brzegu biurka, jak bardzo
zadrżała. Jej mięśnie zdradzały ją w stu procentach, usta zresztą też, kiedy łapczywie łapały powietrze, nie potrafiąc wyrzucić z siebie żadnego słowa.
Amra jest moja.
Była.
A ty…
Ona nie.
Ona też.
Nic nie zdążyła na to odpowiedzieć. Nie zdążyła go od siebie odepchnąć i jakkolwiek zareagować, bo on wyrwał się do przodu i wpił się w jej usta. Mocno. Tak agresywnie, że nogi w kolanach mimowolnie ugięły się pod tym doświadczeniem. Obłędny smak jego ust momentalnie wywiercił dziurę w jej głowie, kompletnie pozbawiając ją jakichkolwiek hamulców. Chociaż jeszcze próbowała. Jeszcze zaparła się otwartymi dłońmi o jego ramiona i ostatkami sił, jednym mocnym ruchem, odepchnęła go od siebie.
—
Nie jestem twoja — warknęła, dysząc. Oczy miała już kompletnie czarne, skóra na ustach mrowiła niemiłosiernie, a ona powtarzała sobie w głowie, że nie należała do niego. Do nikogo. Że już nigdy nie pozwoli na to, żeby ktoś zakręcił się w jej głowie tak bardzo, jak zrobił to Madox. Że już nie będzie głupieć i podawać się pożądaniu. Tylko kurwa… to wszystko były kłamstwa. Wyssane z palca pierdolenie. I w tym momencie, kiedy on patrzy na nią w ten niepowtarzalny, jedyny na świecie sposób, kiedy cały się spinał, jakby był gotowy się na nią rzucić… głowa nie miała tu już nic do gadania.
A wszystkie jej postanowienia wyjebały przez okno z chwilą, w której jednak zacisnęła palce na materiałowej koszulce i szarpnęła za nią tak mocno, że jego klamra z impetem wbiła się w jej podbrzusze. Zderzyła ich ciała tak mocno, że aż bolało, podczas gdy usta odnalazły te jego w pocałunku jeszcze gorętszym niż ten przed chwilą. Tak kurwa obłędnym, że nawet nie kontrolowała głośnych jęków, jakie zaczęły wychodzić spomiędzy jej ust.
Chciała go.
Kurewsko go chciała.
Tu i teraz.
I nic innego się nie liczyło.
Jedną rękę wlokła w jego króciutkie włosy, pogłębiając pocałunek, a podczas gdy drugą wyrzuciła za siebie, jednym, zwinnym ruchem wypierdajać wszystkie rzeczy Galena z biurka gdzieś na podłogę. Rzeczy posypały się echem, zeszyty spadły i nawet ramka ze zdjęciem, na którym byli całą tróją zadowoleni i uśmiechnięci. Docisnęła go mocniej do siebie, wymuszając, by szarpnął ją za uda i posadził na drewnianym biurku. Sama w tym czasie wyrzuciła nogi w górę, oplatajać go w pasie i przyciągając mocno do siebie. Wszystkie jej ruchy były chaotyczne, agresywne, jakby bała się, że leda moment ktoś znowu może im przeszkodzi. Ktoś albo oni sami. A Pilar… nigdy nie chciała go tak bardzo jak w tamtej chwili. Nigdy. Nawet kiedy robili to przy jeziorze na kamieniu czy każdy raz po. Nawet wtedy. Teraz kierowała nią tak wielka rządza
posiadania go, że nim on zdążył cokolwiek zrobić, ona już szarpała za jego pasek u spodni.
No soy tuyo.