Nie powinien się w nią tak wpatrywać, szukać jej spojrzenia i tego uśmiechu do którego zdążył przywyknąć. Niby zwykły wieczór, owszem nazwany randką, ale pewnie żadne z nich nie planowało z tym niczego zobowiązującego. Jednak dla Bradleya każdy gest Sloane miał w sobie coś co go przyciągało, całkiem niepozornie, ale przyciągało.
Uśmiechnął się, a potem jeszcze raz spojrzał w dół na siebie, swój ubiór i całą otoczkę jaką prezentował. Niczego zbytnio nie zmieniał, wyciągnął po prostu z szafy bardziej eleganckie ubranie. Nic więcej.
–
Czuję się sobą. - Powiedział w końcu lekko wzruszając ramionami, ale w głowie zaraz pojawiło się dziwne uczucie. A może tylko próbuje być sobą? Dopiero od niedawna uczył się tego jak to jest być tym kim jest i nikogo nie udawać. Nie sądził, że to aż takie trudne. Zazwyczaj mówił to co myślał, ale po głębszej analizie, a przy niej słowa same płynęły. Bez zbędnego pchania ich naprzód.
-
Lubię kiedy ktoś mówi, to co myśli. - Przesunął dłonią po karku, udawał obojętnego, ale tak naprawdę ten gest pomagał Bradleyowi odzyskać kontrolę i grunt pod nogami. -
Wolę szczerość niż grę w komplementy i otwarte zakończenia. - Rzucił szybko, bardziej do siebie niż do niej, ale był pewny, że to usłyszała.
Zadrżał. Przez jednej krótki moment myślał, że ucieknie. W momencie, gdy wspomniał o następnej randce obserwował ją kątem oka. Jakby od niechcenia. Bradley nie lubił momentów zawieszenia, ciszy, takiej niezręcznej, która pojawia się, gdy ktoś próbuje - w tym przypadku on - nazwać coś zbyt wcześnie. A jednak powiedział to całkiem świadomie, a ona nie uciekła.
Cieszyło go to, bo praktycznie strzelił dwie gafy jednocześnie. Nie sądził, że brak miłości do kawy to poważne wykroczenie, aż podniósł dłonie w górę w obronnym geście.
-
No weź! Musiały być gorsze rzeczy wypowiedziane z męskich ust! - Przewrócił oczami, ale kąciki ust ciągle były podniesione mu górze. Naprawdę dobrze mu było w jej towarzystwie, mógł próbować ją przekonać do swoich racji, ale nie lubił się sprzedawać. Wolał, gdy dwa różne charaktery poznawały się powoli, bez zbędnego fałszu i zakłamania.
Zaufanie. Słowo, które padło z ust Bradleya całkowicie przypadkowo. Nie wiedział w ogóle od kiedy przejmował się czymś takim jak zaufanie. Przecież ludzie nigdy w stu procentach nikomu nie zawierzali.
-
Czyli przynajmniej wiem, że jesteś chętny na wakacje w dziczy. - Zagryzł dolną wargę spoglądając na Sloane. Nie trzeba było wiele żeby coś zepsuć, ale musiało minąć dużo czasu żeby coś naprawić. Ayers chyba właśnie zaczynał naprawiać stare znajomości.
Rachunek zapłacił odruchowo. Nie chodziło o zasady, bardziej o to, że i tak by to zrobił, nawet gdyby podejście kobiety było inne niż jego. Na zewnątrz powietrze było ciepłe, ale czuć było, że niedługo przyjdą chłodne wieczory. Pachniało benzyną, miastem, które pędzi do domów, by zasnąć.
-
Słucham? Ty prowadzisz? - Myślał, że się przesłyszał, że wcale nie wspominała o kluczykach i że to zwykły żart. Jednak się mylił, a co najdziwniejsze oddał Sloane breloczek z kluczem bez cienia sprzeciwu. Zawahał się dosłownie na sekundę, tylko w momencie, gdy jego palce musnęły brzeg jej dłoni.
-
Pamiętaj tylko, że jeśli nas zabijesz to będę ci to wypominał do końca życia. - Pogroził jej palcem, ale chwilę później się rozluźnił i uśmiechnął.
Usiadł obok, na miejscu pasażera. Było to dziwne uczucie, bo rzadko kiedy przebywał po tej stronie auta.
-
Trochę nieswojo się czuje. Zazwyczaj nikomu nie oddawałem kierownicy. - Mruknął patrząc przed siebie.
Nie zapytał, dokąd jadą. Może dlatego, że czasem lepiej jest nie wiedzieć. Oglądał świat z innej perspektywy, wracał myślami do wieczoru w którym tak bardzo się do siebie zbliżyli. Myślał, że to tylko chwila zapomnienia. I chyba się pomylił.
Odwrócił wzrok w jej kierunku, była skupiona na jeździe, a przynajmniej na taką wyglądała. Niepewnie, powoli dotknął uda kobiety, przejechał palcem wzdłuż, a potem jak gdyby nigdy nic powrócił do wcześniejszej pozycji.
Kiedy skręciła w boczną drogę, poczuł ten znajomy rodzaj ciekawości. Uchylona szyba wpuściła chłód, zapach drzew, sierpniowej nocy, która nie była jeszcze jesienią, ale też już nie całkiem latem.
–
Lubisz takie miejsca? - Zapytał cicho, wciąż patrząc przed siebie. –
A może jesteśmy tu, bo chcesz mi zaimponować? - Widok rozciągał się przed nimi szeroko, jakby miasto chciało pokazać wszystkie swoje dobre jak i te złe strony.
Odepchnął się od oparcia, otworzył bagażnik od środka. Palce przez moment zatrzymały się na klamce.
-
Wybacz, ale muszę coś zrobić zanim przejdziemy do kolacji. - Rzucił uśmiechając się lekko, tym razem jednak nie szukał spojrzenia Sloane, a raczej przyzwolenia. Zajęło mu to dosłownie kilka sekund, odwrót, przyciągnięcie i pocałunek. Delikatny, muskające ledwie jej wargi, ale słodki. Taki jak pamiętał go za tamtej nocy. -
Jednak nie śnie. - Wyznał, a potem wyszedł z auta odczuwając coś na wzór satysfakcji.
Sloane Marlowe