Ostatnie półtorej roku Alvaro pamiętał jak przez mgłę; przez kilka pierwszych tygodni po śmierci Santiago był non stop upojony alkoholem, nie wychodził praktycznie z łóżka, leżał jedynie i płakał, otulony koszulą swojej jedynej miłości i modlił się o to, żeby po prostu zasnąć umrzeć we śnie. Kolejne tygodnie nie były lepsze: fakt, dostał nową, legalną pracę w szanowanej firmie, dobrze zarabiał, kupił też piękny apartament w Toronto, ale jego życie nadal było puste. On był pusty.
Dwa miesiące po feralnym napadzie pojechał do domu, w którym kiedyś mieszkał wspólnie z Santiago i w szale -
krzycząc i płacząc - zniszczył plany, które chcieli jeszcze zrealizować. Wtedy, gdy Alvaro jeszcze sądził, że obaj wyjdą stamtąd żywi. Wtedy, gdy z błyskiem w oczach opowiadał Santiago o tym jak łatwo będzie dostać się do Muzeów Watykańskich i zwinąć dzieła takich mistrzów jak Leonardo da Vinci, Vincent Van Gogh czy Michał Anioł; Muzea przecież były tak oblegane przez turystów, że nie było szans, że ktoś się zorientuje, że ich zwinne rączki przywłaszczyły sobie kilka obrazów.
Trzeci miesiąc przyniósł potężny kryzys, bo zbiegł się w czasie z ich kolejną rocznicą (a właściwie rocznicą ich pierwszego spotkania w klubie) i skończył się pierwszą od wielu lat próbą samobójczą. Ostatnią miał za sobą jeszcze za dzieciaka, w czasie studiów właściwie, gdy jego życie kręciło się głównie wokół narkotyków, przygodnego seksu, dużych ilości alkoholu i tęsknoty za tym, którego kochał, a któremu nigdy nie umiał tego wyznać wprost. To wtedy nałykał się tabletek - narkotyków też, choć głównie psychotropów - i liczył na to, że porządna ilość zmiecie go z planszy na tyle, że już się nie obudzi. Efekt był jednak taki, że nie stracił przytomności całkiem, ale miał za to potężne halucynacje, które kręciły się głównie wokół Santiago: wyrzucał mu, że nie po to go zabrał go z ulicy, nie po to zapewnił mu dom i edukację i nie po to go ratował przed samym sobą, żeby ten teraz odwalał manianę. Te omamy męczyły go na tyle i wydawały mu się na tyle realne, że w końcu doczołgał się jakoś do toalety i wymiotował przez dłuższy czas, żeby upewnić się, że w jego żołądku nie zostanie już absolutnie nic, ani jedna tabletka z dziesiątek, które łyknął. Ta próba samobójcza trzy miesiące po śmierci de la Serny wyglądała jednak inaczej - wtedy próbował strzelić sobie w łeb jednym z pistoletów należących kiedyś do Santiago.
Efekt końcowy był jednak taki sam, bo wtedy też stchórzył. Potem, między innymi dzięki pomocy nieocenionej Sandy, powoli zaczął stawać na nogi. Naprawdę był wdzięczny Bogu za to, że ją poznał, nawet jeśli nie wierzył specjalnie w żadne siły boskie. Coś jednak postawiło na jego drodze Sandy, podobnie jak kiedyś postanowiło na niej jego pierwszego anioła stróża, czyli Santiago. Najwyraźniej Alvaro był na tyle dużym szczęściarzem, że miał dwa anioły za swojego marnego żywota, choć nie miał pojęcia czym sobie na to zasłużył.
Droga pod adres podany mu przez pielęgniarkę Santiago dłużyła mu się niesamowicie, mimo że dociskał pedał gazu ile sił, a dłonie zaciskał na kierownicy tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Próbował sobie ułożyć w głowie to, co mu powie, gdy go zobaczy - po półtorej roku udawania trupa, na miłość boską!!! - ale to wszystkie plany uleciały, gdy - już z otwartą buzią i zaciśniętymi pięściami - pojawił się w drzwiach jego sypialni. Zobaczył go śpiącego w fotelu, otulonego kocem, wychudzonego i bladego jak ściana i najzwyczajniej w świecie serce mu zmiękło.
—
Idiota... maldito idiota... - wyszeptał, pochodząc powoli do fotela, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Po drodze rzucił torbę ze swoimi rzeczami na podłogę i przyciągnął sobie jakieś krzesło, żeby posiedzieć blisko niego, dopóki ten się nie obudzi. Planów na to, co będzie później, jeszcze nie miał. W pewnym momencie odgarnął mu czule kosmyk włosów z czoła i pocałował go tam delikatnie, nie mogąc się powstrzymać. Nie był pewien czy drżały mu wtedy tylko usta czy może drżał cały, ciężko było to stwierdzić. Siedział w milczeniu przez cały czas, gdy Tiago spał, patrząc na niego, chłonąc jego obecność i nie myślał o niczym, bo wszystko wydawało mu się zbyt mało istotne, zbyt trywialne. Po prostu był, obok.
Gdy Santiago się obudził i otworzył oczy, wlepiając w niego te swoje ciemne niczym czeluści piekielne ślepia, Alvaro na moment odwrócił wzrok. Ciężko było mu znieść intensywność tego spojrzenia, gdy przez ostatnie osiemnaście miesięcy widywał je jedynie w snach.
—
¿Por qué fingiste que habías muerto? ¿Por qué me hiciste pasar por eso? - zapytał w końcu cicho, drżącym głosem, zaciskając dłonie na swoich kolanach.
Santiago de la Serna