Nie zamierzała dziś znaleźć się w okolicy, w której mieszkał Michael. Ulica była cicha, jakby pogrążona w zimowym letargu – szare chodniki lśniły od wilgoci, a nagie gałęzie drzew kołysały się leniwie na wietrze. Ruby czuła się tu obco, jak intruz, który wślizguje się w przestrzeń czyjegoś życia bez zapowiedzi. Jednak od kilku dni, a może nawet tygodni, próbowała podrzucić mu książki, które zabrała z jego biblioteki podczas ostatniej wizyty. Nie powiedziała bratu, że zamierza wpaść – tym razem nie planowała zostać na dłużej. Chciała tylko oddać to, co nie należało do niej. Prosty gest, a jednak ciągnęło się to tygodniami. Dlaczego? Może dlatego, że każde spotkanie z Michaelem było jak otwieranie drzwi do przeszłości, której czasem wolała nie dotykać.
Zapukała do drzwi, a nawet nacisnęła dzwonek, stojąc jak kołek z książkami w rękach. Cisza w domu była niemal namacalna, przerywana jedynie odległym szumem samochodów z głównej ulicy. Zaczęła niecierpliwie przestępować z nogi na nogę, czując jak chłód przenika przez jej buty. W końcu zdecydowała się wrócić do auta, zapakować książki w reklamówkę, ładnie ją zawinąć i ponownie zanieść pakunek pod drzwi Michaela. Zostawiła go tam, wysłała bratu SMS-a z informacją, co na niego czeka, i pospiesznie wróciła do samochodu.
Gdy próbowała odpalić auto, odmówiło posłuszeństwa, wydając dziwne, chrapliwe dźwięki, które odbijały się echem w pustej ulicy. Ruby poczuła, jak jej serce przyspiesza – nie z powodu strachu, ale irytacji. „Świetnie. Po prostu świetnie” – pomyślała, wbijając wzrok w kierownicę. Nigdy nie rozumiała samochodów. Dla niej były czarną magią na czterech kołach. Silnik, akumulator, rozrusznik – słowa, które znała tylko z rozmów innych, ale nigdy nie potrafiła połączyć w sensowną całość. Gdyby ktoś teraz kazał jej zajrzeć pod maskę, pewnie patrzyłaby na to jak na obcy język. „Dlaczego to zawsze dzieje się w najgorszym momencie?” – westchnęła w myślach, czując, jak frustracja rośnie w niej jak fala. Spróbowała ponownie uruchomić auto, ale efekt był ten sam. Warknęła pod nosem i ze złości spróbowała jeszcze raz. Silnik zgrzytnął, jakby protestował, a Ruby miała ochotę krzyknąć: „No dalej, rusz się!”. Ale samochód milczał, jakby kpił z jej bezradności.
Przez ten hałas usłyszała nagle damski głos, jednak nie była w stanie rozróżnić, kto to ani co zostało powiedziane. Odwróciła głowę i zobaczyła znajomą sylwetkę, wyłaniającą się zza zaparkowanego SUV-a.
–
Remy? – zawołała, widząc nagle znajomą twarz. Serce Ruby zabiło szybciej – nie z powodu zaskoczenia, ale czegoś, co trudno było nazwać. Ulga? Radość? A może poczucie winy, że tak długo się nie odzywała? Szczerze mówiąc, odkąd wróciła do Toronto, nie miała okazji jej odwiedzić. Chciała zapytać, co tu robi, czy tu mieszka, jak się jej wiedzie... ale to musiało poczekać, bo Remy była w swoim żywiole, a Ruby nie zamierzała jej tego odbierać – szczególnie gdy ta wpakowała się na siedzenie pasażera i kazała spróbować odpalić auto jeszcze raz.
Ruby wykonała polecenie, ale rezultat był identyczny – samochód ani drgnął. Wokół nich rozciągała się spokojna, niemal senna ulica, z domami o zasłoniętych oknach i ogródkami przykrytymi cienką warstwą liści. Powietrze pachniało wilgocią i benzyną, a gdzieś w oddali zaszczekał pies. Ruby poczuła, jak jej myśli zaczynają krążyć wokół Remy. „Jak ona to robi? Wchodzi i od razu przejmuje kontrolę. Zawsze tak było. Zawsze miała w sobie tę pewność, której mnie brakowało.” Ruby uśmiechnęła się w duchu – trochę z podziwem, trochę z zazdrością. „Może właśnie dlatego zawsze lubiłam jej towarzystwo. Przy niej czuję się... mniej zagubiona.”
Dziewczyna westchnęła głęboko, mając ochotę z całej siły uderzyć głową w kierownicę, powstrzymując się jedynie resztkami woli. Zamiast tego odwróciła się w stronę znajomej.
–
Miło cię widzieć! Mieszkasz w okolicy? – zaczęła, uznając, że to dobry moment na rozmowę, skoro samochód ewidentnie nigdzie się nie wybiera. –
Przepraszam, że tak mało się odzywałam odkąd wróciłam. Mało kto mnie widuje poza laboratorium, a jak już znajdę chwilę, to śpię. Przepraszam! Postaram się poprawić! – dodała, posyłając jej charakterystyczny Rubinowski uśmiech, który mniej więcej znaczył: „mówię szczerze i będę próbować, ale wszyscy wiemy, jak to się skończy”.
Ponieważ znały się nie od dziś, Ruby podejrzewała – i miała cichą nadzieję – że Remy to rozumie i nie będzie miała jej tego za złe. Ale Ruby naprawdę chciała się poprawić. W końcu nie po to przyjęła propozycję pracy na uniwersytecie w rodzinnym mieście, żeby nadal nie mieć czasu na spotkania z rodziną, nie mówiąc już o znajomych czy przyjaciołach.
Remy Blythe