-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zniknięcie Cassiana przyjęła z dziwnym spokojem w sercu. Zrozumiała jego decyzje. Musiał wyjechać z Toronto, odnaleźć samego siebie. Może zostawił jej po tym pustkę w sercu. Momentami tęskniła za nim, za jego niebieskimi oczami. Zbyt wiele przeżyli, za bardzo zniszczyli zaufanie wobec samych siebie. Potrzebowali odpoczynku.
Charlotte mogła w końcu myśleć o samej sobie. Lekko rozdrażniona żyła z dnia na dzień. Denerwował ją każdy najmniejszy szczegół. Od nieodpowiedniej pogody po sąsiada, który nie zdawał sobie sprawy, że segregacja śmieci jest najważniejszą kwestią w ekologii. Podobno nie miała ona żadnego sensu. Była jedynie dobrym PR'owym zagraniem. Problem polegał na tym, że mało kto świadomie segregował śmieci. Wiele odpadków powinno trafić do zmieszanych, a lądowało w kompletnie innych kubłach.
Może dlatego zatrzymała się przy śmietniku z uniesionymi obiema brwiami ku górze. Trzymała trzy, różne worki w dłoniach. Zamiast je wyrzucać wbijała wzrok we własnego sąsiada. Typowy William. Dziecko z bogatego domu. Kiedyś mijali się na imprezach, ale nigdy nie była w stanie porozmawiać z nim o czymś spoza sąsiedzkiego światka. Szczerze nie miała pojęcia, co robił, jak żył. Niezbyt ją obchodził poza utrudnianiem codzienności.
— Wiesz, że... — zaczęła chłodnym tonem, wrzucając żółty worek na śmieci do odpowiedniego pojemnika — jak dalej będzie tak szła twoja segregacja, to zwiększą nam koszt wywozu śmieci? — normalnie przyjęłaby to z lekkością serca. Tylko wyjazd Lennoxa spowodował niebezpieczne trzęsienie jej serca. Irytacja spowodowana brakiem odpowiedniej, podstawowej wiedzy. Aż westchnęła ciężko. Tego dnia miała mieć trudną sprawę w sądzie, a w ramach rozgrzewki rozpoczęła śmieciową kłótnię.
— Kartony od pizzy powinny iść do zmieszanych — mruknęła Kovalski, przechylając głowę. Papier z tłuszczem nie nadawał się do ponownego recyklingu. Nikt w trakcie podcierania pośladków nie chciałby się spotkać z dziwną plamą — jezu, ile ty masz lat, że tego nie wiesz? — prychnęła, odkładając jeden z worków, by pozbyć się zbieranych kartonów.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mało co ją denerwowało, jak wciskanie braku wiedzy. Charlotte nie była zapalonym eko świrem. Miała daleko do przykuwania się łańcuchami do drzewa, czy spoglądania na ludzi z pogardą. Momentami uważała ich za sektę. Za to bardzo poważnie podchodziła do respektowania zasad. O ile nie polewała sobie alkoholu, nie imprezowała na całą noc, to miała dosyć sztywne ramy. Jedną z nich łamał właśnie William.
— Akurat segregacja szkła i papieru się opłaca, więc nie pierdol głupot — mruknęła Kovalski lekko zbita z tropu. Nie każda segregacja miała sens. Po to ludzie mieli odpady zmieszane. Stanowiły one swego rodzaju przystań. Miała też świadomość kolonializmu śmieciowego. Sama na niego przyzwalała, ale niektóre odpady faktycznie były w obiegu, można było dać im drugie życie.
— Naprawdę mam napisać oficjalne pismo do wspólnoty lokatorskiej? — tak, to była realna groźba. Każdy budynek miał własną radę, by zadbać o część wspólną. Sama Charlotte nic by nie wniosła, za to emerytki potrafiły być bardziej przekonujące — Renatka spod piątki znienawidzi Cię — a to była ta sąsiadka wzywająca policję i waląca w kaloryfery. Jednym spojrzeniem gromiła każdego. Miała poważanie na osiedlu. Nikt nie chciał robić sobie z niej wroga.
— Ale ten papier nie powinien tu trafić — burknęła niezadowolona. Pokręciła głową, zakładając rękę na rękę. Teraz dopiero zaczynała być groźna. Patel rozpoczynał z nią prawdziwą wojnę sąsiedzką, a w oczach Kovalski pojawiły się prawdziwe płomienie wściekłości — gratuluję, właśnie zabiłeś szczęśliwego szczeniaczka — wpierw westchnęła podirytowana. Właśnie tacy ludzie powodowali u niej całą gamę wściekłości. Zero poszanowania dla ogólnie przyjętych zasad oraz norm.
— No i co zrobiłeś? — strzeliła oczami — zanurkuj po to — mruknęła krótko, biorąc głęboki oddech. Przeżywała kryzys w życiu, a takie drobne gesty powodowały u niej irytację. Na jej czole pojawiła się charakterystyczna żyłka, która zaczęła pulsować.
— Jak mi się nudzi, to idę do baru, by tam napić się whiskey — żadnych krzyżówek, sudoku, czy czytanie książek nie były dla niej odpowiednim poziomem relaksu — za to jestem świadomą i wyedukowaną strażą sąsiedzką — dodała, klepiąc się po piersi. Od razu cała się wyprostowała cała duma z siebie — weź karton do zmieszanych, bo nagadam sąsiadkom. Wiem, pod jakim numerem mieszkasz, panie-chujowo-segreguje — i nie, nie miała zamiaru ruszyć się sprzed wyjścia do śmietnika, dopóki nie wykona odpowiedniego ruchu. Tu chodziło o coś więcej niż dbałość o sąsiadów. Chodziło o prawo i porządek.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Im dłużej trwała ta rozmowa, tym we większą falę irytacji wchodziła. Usłyszała zdanie dotyczące płaskoziemców. Nienawidziła ich całym sercem. Raz obejrzała o nich dokument na netflixie z przyjaciółką. Przy każdym skręceniu żołądka piła shota. Nie wytrzymała połowy filmu.
— Faktycznie, spora strata — parsknęła krótko, a na jej twarzy wymalował się dość szeroki uśmiech. Oczami wyobraźni zobaczyła przepiękną scenę pełną błogiej ciszy. Wtedy miałaby za ścianą spokojnego sąsiada, nie słyszałaby odgłosów imprez i seksu. Mogłaby spokojnie zasnąć. Momentami William budził w niej odrobinę sympatii. Wystarczyło jednak jedno, nieodpowiednie zachowanie, by zaczęła rwać sobie włosy z głowy.
— To znienawidzi bardziej — mruknęła pod nosem bardziej dla siebie. Strzeliła oczami i przez moment powstrzymała się od śmiechu. Chciała głośno parsknąć, bo przypomniała sobie ostatnie wspomnienie związane z Renatką — szkoda, że nie widziałeś jej miny, gdy ostatnio wracałam rano — przez moment na jej twarzy wymalował się krótki uśmiech. Odchrząknęła głośno. Nie mogła pokazać serca na dłoni, skoro Patel wyjął kolejny argument niszczący jej sympatię do niego.
— Serca nie masz? — spytała finalnie. Ludzie nie lubiący zwierząt dla niej nie istnieli. Było to jak wielkie przekreślenie grubym markerem. Przy kolejnej imprezie sięgnie po telefon, by zadzwonić na policję. Skreślenia psów nikomu nie wybaczy, takim osobom nie da się zaufać.
— No tak, nurkuj po ten karton — odparła, strzelając oczami — szybciutko — brzmiała niczym matka pouczająca dziecko — coś co mogłabym kupić w pierwszym, lepszym lumpeksie? — spytała, mierząc go wzrokiem z uniesioną brwią. Mógł wyglądać jak milion dolarów. Za to Kovalski była w czerwonym, satynowym dresie. Na stopach miała ukochane crocsy.
— A nie za późno już u mnie? — prychnęła krótki. Takie argumenty nigdy do niej nie trafiały. Omijała je szerokim łukiem — a po co mam je gonić? Za nich są odpowiedzialni rodzice, a Tobie... — na moment zamilknęła, szukając odpowiednich słów — nawet służbistka nie pomoże — faktycznie nią była, perfekcjonistką. Nienawidziła przegrywać, a to spotkanie z sąsiadem traktowała jako personalną wojnę.
— Że afera petowa u Renatki to twoja wina — powiedziała poważnym tonem. Trochę rozmawiała z sąsiadkami, lubiła być dobrze poinformowana — nie otwierała dzieciakom w halloween i ludzie wysypali jej resztki z popielniczki — do dzisiaj szukała winnych, przypominając o tym, przy każdej możliwej sposobności — dodam jeszcze wyrzucanie petów przed okno — dodała ze szczerym uśmiechem na twarzy — nie zdajesz sobie sprawę, jak spłoniesz w piekle przez modlitwy emerytek — rzuciła cała z siebie zadowolona. Wcale nie musiała brudzić sobie łap. Wystarczyło tylko odpowiednio poprowadzić rozmowy by sąsiadki widziały to co ona. Gbura niepotrafiącego segregować śmieci.
— I co? Przepchniesz się przez kobietę? — spytała rozbawiona Charlotte. Nie przejdzie obok niej bez użycia siły.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Z imprezy — odparła praktycznie od razu. W apartamencie mogła wieść nudne życie pani adwokat, ale nocami lubiła znikać, wejść do klubu i poczuć, że żyje — może nie wyglądam, ale i mi się zdarza — chociaż nie u niej. Tam miała własną oazę. Dwa psy, biuro, w którym zdarzało się jej pracować. Wolną duszą była poza domem. Tam nie znała żadnych granic. Bez mrugnięcia okiem wypiłaby całą butelkę whiskey, a później opowiadała taksówkarzowi prawdziwą historię życia.
— Oho, czy ego udawanego bogacza zabolało? — zaśmiała się cicho pod nosem Charlotte. Żaden szanujący się człowiek nie poszedłby do lumpeksu. Zdecydowanie lepszą opcją dla niej było vinted — porozmawiamy o tym następnym razem — mruknęła, wykrzywiając usta. Zarzuciła włosami do tyłu — a i w dresie wyglądam zajebiście — stwierdziła, przejeżdżając dłonią po ramionach. Zdawała sobie sprawę z własnego wyglądu. Żyłka mogła jej pulsować, brak makijażu dawał o sobie znać. Nie była w stanie ukryć lekko podkrążonych oczu.
— Powinnam dostać medal z ziemniaka za znajomość życia sąsiedzkiego — wypięła pierś dumna z siebie niczym paw. Na szczęście raz wystarczyło pomóc Renatce, żeby zostać człowiekiem na medal. Teraz już się dogadywały i razem obgadywały każdego po kolei.
— Będę krzyczeć! — odparła praktycznie od razu. Znała ogólne zasady bezpieczeństwa. Krzyczeć tak głośno, by ktoś zwrócił na nich uwagę.
Ledwo ją podniósł, a już z jej ust wydobył się pisk. Nie była workiem ziemniaków do przenoszenia. Szybko zaczęła wierzgać nogami, poruszając nimi mocno, byle się oswobodzić. Tylko w tym całym amoku zapomniała, gdzie się znajdowali.
— No to zanurkowaliśmy — mruknęła Kovalski, przenosząc wzrok na Williama. Pod dłonią poczuła coś o konsystencji gluta — jezu, co to za gówno? — burknęła pod nosem, unosząc dłoń — coś tu się rozlało — stwierdziła nerwowo, próbując uciec ze śmietnika, ale wtedy opuszki palców dotknęły czegoś obrzydliwego — ... to gumka — powiedziała przerażonym tonem, podnosząc to. Cała afera segregacyjna przestała jej przeszkadzać, zamiast tego odpady zaczęły zagrażać jej życiu — kurwa — odrzuciła ją w bok, trafiając prosto w twarz Williama. Przynajmniej nic z niej nie wypłynęło, choć potrzebna będzie tutaj dezynfekcja.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
- Medal z ziemniaka, ta? - śmieję się. Może jeszcze odznakę złotoustej, o, albo gumowe ucho, też brzmi jak niezła nagroda. Nie mnie jednak oceniać, skoro sam uwielbiałem ploteczki, te sąsiedzkie i te z kancelarii, a już najbardziej te z życia klientów lub otoczenia mojej rodziny. Nie ma to jak grzeszki bogaczy.
- To krzycz - rzucam, zanim ktoś by zdążył tu przyjść, to już by było po wszystkim - oczywiście gdyby nie zaczęła się tak wierzgać, to miała być szybka akcja - chwyt, obrót i ucieczka zanim się zorientuje co się właściwie stało i jestem pewien, że by się udało, gdyby się tak nie wierzgała. Niestety, leżymy już w śmieciach i nie wiem czy mam się śmiać czy płakać - ubrania do prania, ja do mycia, spotkanie najpewniej do odwołania, skoro już byłem spóźniony, a w planach miałem jeszcze doprowadzenie się do porządku. Wbijam spojrzenie w dziewczynę - To wszystko twoja... - naturalnie chcę zrzucić na nią całą winę, ale zanim zdążę powiedzieć coś jeszcze wchodzi mi w zdanie - Co? - przenoszę wzrok na jej rękę i czas na moment dosłownie zwalnia - widzę to jak na taśmie filmowej, jak podnosi zużytą gumkę i odrzuca w moim kierunku, jak to obrzydlistwo przykleja mi się do czoła, a potem opada na pierś. Podnoszę się na równe nogi jak oparzony i zrzucam z siebie kondoma, a spomiędzy moich warg wydobywa się głuchy krzyk - Jezu, zaraz się zrzygam - dosłownie, mam kilka odruchów wymiotnych, więc opieram się o jeden z kubłów, ale na szczęście udaje mi się utrzymać żołądek w ryzach. Tego by jeszcze brakowało, żebym tu zwymiotował. W tym samym czasie drzwi przy śmietniku otwierają się z hukiem i staje w nich zasapany mężczyzna. To sąsiad z wyższych pięter, patrzy na nas oddychając ciężko - Co się stało? Słyszałem krzyk... - dyszy, patrząc to na mnie to na Charlotte, czyli jednak żyjemy w kraju, gdzie ktoś ma na uwadze dobro innych i reaguje w takich sytuacjach, tylko się cieszyć. Ja również zerkam na Kovalski - Nic, poślizgnęliśmy się na lodzie, mały wypadek, już wszystko w porządku - wzruszam ramionami i spinam się w oczekiwaniu na to, co powie moja sąsiadka. Sfrajerzy się, czy tym razem da mi ostatnią szansę?
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Bawiła ją cała sytuacja. Sąsiad, którego oskarżała o najbardziej towarzyskie życie, okazywał się plotkarą. Miała własne zasady, sama lubiła wiedzieć, co w trawie piszczy. Informacje były dla niej najważniejszą walutą. Wygrywała nimi sprawy w sądzie, nawet jeżeli... nie wszystko powinno wychodzić na światło dzienne. Kilka miała takich sytuacji, ale jedna sprawiła, że straciła cząstkę siebie.
— Ta, a wolałbyś coś lepszego? — prychnęła, unosząc jedną brew. Mogłaby mu zaoferować plastikową butelkę spryskaną spray'em na złoto za chujową segregację śmieci. Wspólnota sąsiedzka miała własne zasady, które chroniły apartamenty przed ogólnym chaosem. Charlotte mogła nie być fanką ich przestrzegania. Raz na jakiś czas pukał do niej sąsiad, próbujący uciszyć jej psy. Choć dźwięki melanżu rzadko wychodziły z jej mieszkania, tak wycie i szczekanie było częste. Wolała nie denerwować Renatki, czy innego Zdzisia kolejnym uchybieniem, nawet jeżeli nie należałoby do niej.
Cała sytuacja wydawała się być jednym, wielkim chaosem. Szybki chwyt, przewrócenie oraz to okropne, wręcz ohydne uczucie miękkości. Resztki odpadów biodegradowalnych, które zaczęły proces rozkładu. Smród mieszał się z uczuciem obrzydzenia. Już chciała mu odpowiadać, kto był prawdziwym winowajcą. Przecież nie ona. Zwróciła mu uwagę, a on przekroczył bariery jej cielesności.
Otwierała już usta, gdy trafiła w niego prezerwatywą. Pierwszy raz od w trakcie tej przedziwnej bitwy zaśmiała się szczerym śmiechem. Zakryłaby usta dłonią, ale miała w sobie resztki rozumu.
— Daj spokój, to tylko kondom — nie mogła ukryć własnego rozbawienia — pewnie jeszcze twój — widziała i słyszała wszystkie lafiryndy, które sprowadzał do mieszkania. Nie znała żadnego innego Ziutka, mającego aż tak duży libido. No może jednego, ale był dla niej jak brat z innej matki. Mogłaby mu wszystko wybaczyć.
Dopiero znajomy głos spowodował, że cała się wyprostowała. Spojrzała nerwowym kątem oka w bok, a tam zauważyła sąsiada. Spojrzała kątem oka na Williama. Czy chciała opowiadać całą historię śmieciowej bitwy? Nie, wolała się umyć.
— Tak — kiwnęła krótko głową — wszystko w porządku — musiała się zgodzić, zemsta przyjdzie następnym razem. Takie wydarzenia powinny zostać między nimi.
— To nie wrzeszcz tak następnym razem dziewiętnaście — mruknął sąsiad, machając na nich ręką. Zsunęła się ze śmietnika, a z kieszeni wyjęła spray do dezynfekcji rąk. Zawsze miała go w płaszczu, czasem po wyjściu z więzienia czuła się brudna, nawet peta nie wsadziłaby sobie do buzi.
— Chcesz? — spytała, pokazując mu buteleczkę — dezynfekuje ręce... — sama je sobie spryskała, bo życie ze świadomością dotykania kondoma jakiegoś ziutka, generowała ogromne uczucie wstydu — chociaż twarz też mogę Ci psiknąć — rzuciła, robiąc dość anielską minę. Nad jej głową pojawiła się aureola. Chyba skosztowali dziś zbyt wiele wstydu, by prowadzić dalszą wojnę.
— Będziesz teraz segregował śmieci? — a jednak musiała wbić jeszcze jedną szpileczkę. Była gotowa zostać strażą sąsiedzką, nawet jeśli znowu miałaby wylądować w śmietniku.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski