for all I've left for good
Niebo chyliło się nad ziemią groźbą ciężkiej ulewy; kłębiące się nad Toronto od rana chmury nabierały coraz ciemniejszego, coraz bardziej wpadającego w burzową szarość odcienia granatu i tylko kwestią czasu pozostawało, kiedy złamią się pod własnym ciężarem.
Trudno było tylko przewidzieć, czy nadchodzący niewątpliwie deszcz miał okazać się oczyszczeniem, czy karą.
Być może nie zasługiwał na oczyszczenie.
Być może dobre chęci to nie wszystko; być może to za mało.
Park pustoszał; wisząca nad głowami pewność wyroku, niezależnie od jego brzmienia
(oczyszczenie czy kara?)
skłaniała co rozsądniejszych do poszukiwania schronienia: w przytulnych kafejkach nieopodal lub w autobusach i samochodach, mających wieźć do azylu domostw.
Tymczasem kroki mężczyzny
— mężczyzny, którego czoło,
zmarszczone raczej w wyrazie zaabsorbowania niż czego innego
(choć wyglądał, jakby mogło chodzić jednak o coś innego),
chyliło się co chwil kilka nad ekranem telefonu —
prowadziły do parku: w gąszcz alejek o wiele mniej splątanych, niż plączące się po głowie Jake’a myśli: jak zwykle zbyt liczne, zbyt głośne i nieuchwytne zarazem, a jednak w jakiś chaotyczny sposób pchające świadomość ku gorzkiej konkluzji…
Minęły już chyba dla niego na dobre czasy, kiedy obcość nowego miejsca nie przytłaczała; kiedy poruszanie się po mapie niepewności tak ekscytowało. Minęła
G o r s z ą.
Być może chodziło o to, że zdążył poczuć, że chce gdzieś
Być może odbył już swoją karę.
Być może kolejny raz to już było za dużo.
Być może-…
Popiół z papierosa obsypał mu się na czarny materiał koszulki, zanim zdążył cisnąć niedopałek do najbliższego mijanego kosza na śmieci. Ścieżka zmierzała powoli ku przerzedzeniu zieleniących się drzewek i krzewów; zmierzała ku jezioru, a wraz z nią Jake, krokiem stopniowo coraz mniej pospiesznym, jakby może wątpił,
(być może)
aż w końcu przestrzeń za którymś zakrętem nieco się rozszerzyła.
Jego kurtka, przewieszona przez ławkę; obok niej kobieta, siedząca spokojnie jak posąg. Nie widział jej twarzy — pozostawała zwrócona tyłem do niego, zgodnie z kierunkiem ustawienia ławki patrzącej na taflę wody.
Wsunął telefon do kieszeni spodni. Parę kroków później ułożył dłonie na drewnianym oparciu, po obu stronach kurtki. Na Jolene zerknął z ukosa.
— Długo czekasz…?
(Powinien był przeprosić za spóźnienie, ale nie potrafił, choć była to tak błaha rzecz. Brak kontroli nad czasem, a może raczej brak kontroli nad sobą w czasie uwierał go jednak za bardzo. Przepraszanie zresztą niemal zawsze przychodziło mu z trudem — o ile przyjść naprawdę musiało.)
Nie wiedział, czy jest sens siadać; właściwie nie wiedział w ogóle, czego się spodziewać, dlatego, mrużąc lekko oczy, odbił spojrzeniem przelotnie w górę, na niebo.
Deszcz jeszcze się nie zaczął,
(wyrok .j e s z c z e. nie zapadł)
ale…
— Będzie padać — ostrzegł, mimo że nie musiał — widok chmur robił to sam za siebie.
Być może nie potrafił ostrzec przed czymś innym, być może równie nieuniknionym jak nadchodząca ulewa.
Jolene Collet