Val potrafił zachowywać się jak zwierzę, dawać upust instynktom, zdzierać gardło na scenie, w kłótni i łóżku, ale nie był nawet w połowie tak pojebany, jak większość rockowych gwiazdek. Nie pieprzył wszystkiego, co się rusza, nie miał wywalonego w kosmos ego, a z dragami skończył dobre kilka lat temu. Nawet nie zalewał pały tak często, jak kiedyś.
Był grzeczny.
I wbrew opinii swoich facetów, lubił rutynę i cenił święty spokój. Po części rozumiał też podejście Quentina, że nie trzeba się obnosić ze swoim związkiem. Tylko może i nie trzeba, ale MOŻNA. A skoro można, to Val nie zamierzał się kryć.
No i jako swoisty ekshibicjonista emocjonalny, bo każdy muzyk trochę nim był, lubił się chwalić. Więc gdyby mógł, wykrzyczałby światu swoją miłość. To znaczy, i tak to robił. Chłopaki wiedzieli, że każde
you w jego kawałkach odnosiło się do nich obu. Ale dla świata było bezosobowe albo w najlepszym razie tajemnicze. A nie na tym mu zależało.
Zresztą, naprawdę nie wymagał wiele.
Chciał normalności, jakiejkolwiek możliwej w związku takim, jak ten. W końcu nie był idiotą. Wiedział, że lwiej części ludzkości w głowie się nie mieści obdarzanie romantycznym uczuciem więcej niż jednej osoby na raz. Tylko, że on, jak przystało na rasowego anarchistę, miał to głęboko w dupie. Kogo kochał zależało tylko od pojemności jego serca, a to, jak widać, było całkiem pojemne.
I pompowało czysty żar, szczególnie, gdy Theo obrócił kota ogonem.
Że niby poświęcał czas fankom na ulicy? No chyba go Bóg opuścił.
–
Zazdrosny dupek - skwitował z drapieżną satysfakcją, prowokując go bardziej. Już niech nie będzie taki delikatny, że nagle nazwany szczeniakiem czy dupkiem będzie odstawiał dramę. Powinien wiedzieć, że takie "obelgi" nigdy naprawdę nimi nie były.
Ale tak, Val potrafił czasem zagrać nieczysto wywołując zazdrość, bo tylko w ten sposób mógł zmusić tych sztywniaków do powiedzenia czegoś więcej, niż kilku mdłych zapewnień, w których on widział jedynie pobłażliwość wobec własnych pragnień.
Kiedy byli zazdrośni, czuł wtedy, że jest dla nich kimś więcej niż tylko dodatkiem do perfekcyjnego, eleganckiego związku.
–
I nie rób z siebie ofiary. Dobrze wiesz, że nie chodzi o twoich znajomych ani o spędzanie z nimi czasu, tylko o pieprzone ukrywanie. Ja nie mam problemu powiedzieć przed fanami i znajomymi, że mam faceta, a nawet, kurwa, dwóch. Gdybym miał harem, też bym tego nie krył.
Uśmiechnął się wyzywająco, a gdy Theo zmiął w ustach przekleństwo, on prychnął.
Serio jak szczeniak z podstawówki i to taki, który boi się bury za przeklinanie w miejscu publicznym.
Theo był czasem niepoważny w tym byciu grzecznym chłopcem. Tym bardziej, że tutaj nikt nie zważał na język.
Słysząc słowa o “brzydkim tonie", roześmiał się głośno i z niedowierzaniem. Jego rechot, chociaż głośny i basowy, zniknął w szumie muzyki i rozmów.
Nie mógł w to uwierzyć. I to on śmiał mówić mu, że go łaja?
–
A ty to niby co teraz robisz, co? Traktujesz mnie jak mój stary. Zamarzyło ci się bycie tatuśkiem? - Przychylił się lekko, mrużąc oczy. Wyglądał trochę jakby chciał go jednocześnie pocałować i mu wpierdolić. -
Więc zanim zaczniesz na mnie wjeżdżać, zastanów się, czy sam jesteś czysty.
Wbijał w niego rozognione, nieustępliwe spojrzenie, ale kiedy wyraźnie się zawahał, na jego usta wypłynął brzydki grymas.
–
Nie no, dawaj - podjudzał go. -
Co cię wkurwia, tygrysku? - Podkreślił przekleństwo soczyście, warkliwie, niemal tak, jak w łóżku mruczał o tym, że uwielbia go rżnąć.
Tak, chciał się pokłócić.
Skoro już zaczęli, to powinni skończyć. Co z tego, że to nie pierwsza taka rozmowa? Co z tego, że nic nie da?
Przynajmniej spuszczą trochę pary.
Ale nie. Oczywiście, że Theo musiał się wycofać.
Val sapnął przez nos i zirytowany wyprostował się. Nie chciał przeprosin. Chciał kłótni, porządnego rżnięcia, a potem zmiany.
Chciał tego, co mają wszyscy.
Chciał
normalności.
Zacisnął szczęki, chwycił szklankę i wypił na raz połowę zimnego piwa. Chwilę później stłumił beknięcie w zwiniętej dłoni i lekko pokręcił głową. Bynajmniej nie dlatego, że browar źle mu wszedł.
Źle, to weszła mu ta randka.
–
Tak, wiem że nie chcesz. - Te słowa zabrzmiały cierpko i zdradzały zniechęcenie. –
Tak samo, jak nie chcesz się do mnie przyznać. Cały czas uciekasz od konfrontacji, taka jest prawda. Pieprzyć to - sarknął i przechylił się żeby wyciągnąć z kieszeni dżinsów pomiętą paczkę fajek. Nie chciał tu być i najchętniej nocowałby dzisiaj u siebie, bo jak w tym stanie wrócą do domu, to na bank Quentin też na niego wjedzie. I znów to on będzie tym złym, który wymaga zbyt dużo.
Zbyt, kurwa, dużo.
–
Muszę zapalić - mruknął, wkładając fajkę do ust. Nie czekał na Theo. Mógł tu zostać, mógł iść na fajkę z nim, mógł iść do diabła. Val wątpił by uratowali ten wieczór.
Wstał i przeciskając się przez coraz gęstszy tłum, wyszedł w rześką wieczorną aurę. Niedawno musiało padać, bo chodniki były mokre, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci. Val stanął kilka kroków od grupki, która też wyszła zapalić. Nie zwracał na nią uwagi, właściwie miał w dupie wszystkich. Wybuchy wesołości i głośne rozmowy stanowiły tylko tło, tak jak szum przejeżdżających aut.
Pochylił głowę, osłaniając dłonią płomień ze starej benzynowej zapalniczki, akurat gdy Theo wyszedł z baru, a przestrzeń przecięło pełne pogardy:
– Ej, pedale!
Jeden z zawianych gości z grupy, odłączył się od niej, robiąc krok w stronę Vala. Wyglądał na szczeniaka, który za dużo siedzi na siłowni, a za mało w szkole.
Val nawet nie podniósł wzroku.
– Ron, daj spokój… - Jakaś dziewczyna w za krótkiej kiecce, spróbowała powstrzymać kolegę, lekko ciągnąc go za ramię.
– Rzygać mi się chcę, jak na nich patrzę. Wypierdalać do baru dla pedałów! - gość ryknął, wymachując ręką przed Vegą. On za to niespiesznie zaciągnął się podpalaną właśnie fajką.
Świetnie, świat postanowił mu dzisiaj dokopać bardziej, dając Theo kolejny dowód, że obnoszenie się ze związkiem to zły pomysł. Jakby miał za mało problemów.
Zamknął zapalniczkę z cichym kliknięciem i spojrzał debilowi w twarz. Może był od niego węższy w barkach, ale nie zamierzał kulić się ze strachu.
Uśmiechnął się arogancko i dmuchnął mu dymem w twarz.
–
Spierdalaj.
Wyzywające, soczyste słowo pociągnęło za sobą lawinę zdarzeń.
Facet go pchnął.
– Ty jebana cioto!
Val zatoczył się i zamiast przystopować, jedynie złośliwie się uśmiechnął. Dobrze. Miał ochotę dać komuś w pysk. Świetnie się składa.
Wyrwał z ust fajkę i cisnął ją na ziemię, a potem gwałtownie oddał pchnięcie.
–
Co? Zazdrościsz, kryptopedale? - warknął z jakąś niepokojącą, dziką satysfakcją. Był przynajmniej o połowę chudszy od gościa przed sobą, ale nawet się nie zawahał.
Facet też się zatoczył, a grupka z anim podniosła wrzawę.
– Już nie żyjesz! - Ron rzucił się na niego z pijackim impetem. Wymierzył cios, ale Val w porę odchylił głowę i pięść jedynie otarła się o policzek. Poczuł za to potężne uderzenie adrenaliny, mocne, przyjemne, zagłuszający tępy ból serca. Nie czekał i z całej siły jebnął faceta w brzuch, wyładowując gniew i frustrację. Ron zgiął się odruchowo, syknął, ale zamiast się cofnąć, warknął i zamachnął się ponownie. Tym razem trafił. Pięść uderzyła Vala w szczękę. Momentalnie poczuł w ustach smak krwi.
-
Kurwa...
Zatoczył się o krok, ale ból tylko go nakręcał. Należy się pierdolonemu gnojowi, bo przez takich zjebów, normalni ludzie nie mogą czuć się bezpieczni na ulicach. Niech zdycha.
Dopadł przeciwnika, chwytając go za przód bluzy, i z całej siły uderzył czołem w jego nos.
Rozległ się głuchy trzask.
Ron zawył, cofając się z rękami przy twarzy. Między palcami lała mu się krew.
- Ty skur...
Nie zdążył dokończyć.
Val rzucił się na niego jak wyjątkowo precyzyjne, dzikie zwierzę. Popchnął go z impetem, tak że obaj runęli na mokry chodnik. Dziewczyny piszczały, ktoś szarpał go za ramiona, a Ron próbował zrzucić go z siebie, ale Vega był szybszy, a jego zapalczywość przerażająca. Siedząc na nim okrakiem, zdążył zadać dwa mocne ciosy, zanim tamten osłonił twarz przedramionami.
-
No dawaj! - syknął Vega przez zaciśnięte zęby, próbując odpychać od siebie czyjeś ręce i jednocześnie dalej masakrować tego złamanego, homofobicznego fiuta. -
Taki byłeś odważny, gnoju?! Dawaj! - darł się tym swoim ochrypłym od fajek, potężnym głosem, ściągając na siebie uwagę chyba wszystkich w okolicy. I miał w dupie, co potem o nim powiedzą i czy spędzi tę noc na dołku.
I tak nie zamierzał wracać dzisiaj do domu.
Theodore Tellier