ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

supergirls (don't) cry

Po jednym z koncertów w Los Angeles, gdy jak zwykle palił w tylnej alei baru, zaczepił go pewien człowiek. Podawał się za przedstawiciela wydawnictwa muzycznego, ale Jasper był niemal pewien, że był zwykłym hipsem, który odrobinę przesadził z używkami. Niewiele zrozumiał z pseudofilozoficznego bełkotu, którym tamten go karmił, ale jedno zdanie wyryło mu się w pamięci tak trwale, że stale je przywoływał. Stało się swoistą mantrą, powtarzaną przed każdym występem – sztuka jest miłością uprawianą publiczne. Kimkolwiek był tamten nieznajomy, niezależnie od tego jak bardzo szalony i niepoprawny się wydawał, miał całkowitą rację. Sztuka to miłość, a miłość to kalejdoskop emocji; ekstaza i radość, gniew i melancholia. Od tamtego momentu każdy kawałek, który grał przez tłumami ludzi, zyskiwał personalne znaczenie, bo przestawał być jedynie melodią – stawał się nośnikiem. Nie było na świecie nic bardziej elektryzującego niż patrzenie jak drugi człowiek chłonie ofiarowany mu spektakl całym sobą, przeżywając prywatne katharsis. Odsyłał ich wszystkich do słodkich pierwszych razów i boleśnie złamanych serc. Otwierał stare rany, by pomóc na nowo je zamknąć. Ofiarował lekcję i dawał poczucie wolności, którego nie mogli doświadczyć nigdzie indziej. Uprawiał tę miłość – tę sztukę – z niepohamowaną pasją. I na chwilę nic innego nie miało znaczenia, ani dla niego, ani dla nich.
Nie inaczej było tego wieczoru. Uśmiech był dla publiczności, każdy dźwięk, który wypływał z jego ust i wibrował w gardle, był dla nich.  Ciało muzyka kołysało się, niesione elektrycznym brzmieniem gitar, dźwięki rezonowały w nim niczym w pudle, niosąc drżenie aż do opuszek palców. Na scenie był aktorem i równocześnie najbardziej autentyczną wersją siebie. Instrumenty nie stanowiły jedynie narzędzi – były przedłużeniem jego osoby, filakterium na duszę, którą ofiarował dobrowolnie i z nabożnym oddaniem. Czasami wydawało mu się, że tylko w takich momentach naprawdę żył. Nie miał granic ani barier, ego rozpadało się, wczoraj nie istniało, jutro było odległe i abstrakcyjne. Tylko moment, krew pulsująca w rytmie, metal strun żłobiący palce.

Powietrze było gęste, nawet jeśli znajdowali się na zewnątrz. Strąki pozlepianych kosmyków lepiły mu się do czoła, a on oddychał ciężko. Uśmiechał się jednak szeroko, obserwując swoją małą widownię. Ludzi nie było dużo, choć zdecydowanie więcej niż zazwyczaj, zupełnie jakby tego wieczoru coś przywiodło ich do tego miejsca. Lubił myśleć, że to właśnie on i jego muzyka, ale nawet jeśli tak nie było, robił wszystko by zostali właśnie dla niego.
N i e, nie dla niego – dla siebie i dla tego, co mógłby im zaoferować.
Usiadł na wysokim stołku, który został umieszczony przed mikrofonem. Oparł ręce na gitarze akustycznej, którą trzymał na kolanach i odetchnął ciężko, nieco teatralnie. Tłum zaciekawionych spojrzeń skierował się w jego stronę.
Wiem, że połowa z was ma dość moich autorskich kawałków — parsknął, dopasowując wysokość mikrofonu. — A ta druga liczy, że zagram Sweet Home Alabama po raz trzeci żeby mogli wydzierać się do refrenu, bo nie oszukujmy się, reszta tekstu została wyparta i zapomniana… — wzruszył ramionami, gitara jęknęła z powodu nagłej zmiany pozycji, a ktoś z tłumu wyraźnie wygłosił sprzeciw co do teorii wyparcia i zapomnienia — ale na szczęście to ja wybieram repertuar. Dlatego w ostatniej piosence pozwolę sobie zwolnić. — Poruszył kluczami, dostrajając struny, umyślnie przeciągając moment, w którym znów zacznie grać. — Moja mama często słuchała tej piosenki. Najczęściej wtedy, kiedy czuła się słaba i sądziła, że daleko jej do tej superdziewczyny, o której mówi tekst. — Twarz Jaspera wykrzywił niewielki uśmiech, tym razem zdecydowanie mniej pewny i beztroski. Przez moment wydawało się, że był gdzieś daleko, ale to tylko krótkie mrugnięcie. Słaby błysk przeszłości, który nikł w blasku scenicznych świateł. — Ale przyrzekam, że nigdy nie była silniejsza niż właśnie w tamtych momentach. — Odchrząknął, powoli zaczynając wygrywać melodię. Struny falowały na gryfie, mrucząc łagodnie. — Supergirl od Reamon. Dla wszystkich, którzy potrzebują tego usłyszeć.

You can tell by the way she walks that she's my girl
You can tell by the way she talks, she rules the world
You can see in her eyes that no one is her chain
She's my girl, my supergirl


Sztuka to miłość uprawiana publicznie, a to był jego najintymniejszy akt. Łagodny i pełen melancholii. Boleśnie szczery, ale zbyt subtelny, by w pełni go zrozumieć. Nie chodziło jednak o interpretowanie, bo emocje nie istniały po to, by poddawać je analizie. Chodziło o przyjmowanie ich takimi jakie były. Każdy miał własną wersję, żadna nie była lepsza ani bardziej istotna.

And then she'd say, "It's okay"
"I got lost on the way, but I'm a supergirl"
And supergirls don't cry
And then she'd say, "It's alright"
"I got home late last night, but I'm a supergirl"
And supergirls just fly


Wciąż czuł się żywy, bardziej niż kiedykolwiek. Nawet jeśli nostalgia próbowała ściągnąć go w dół, on pewnie trzymał głowę wysoko. Pozwalał emocjom płynąć, prześlizgiwać się po gryfie, błądzić między palcami, które zwinnie przeskakiwały pomiędzy kolejnymi akordami. Przymknął oczy, smakując tej chwili, słodko-gorzkiej mieszanki żalu i ulgi.
Kiedy otworzył oczy, przesuwając spojrzeniem po rozświetlonych twarzach, doskonale wiedział, że wszyscy są tam gdzie on – gdzieś między ciążeniem grawitacji a stanem nieważkości.


Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bar Poet”