O Aidenie można by powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był furiatem. Bardzo dobrze potrafił trzymać swoje emocje na wodzy, a obecność Marco bardzo dobrze sprawdzała tę jego umiejętność — a mimo to słyszał, że ma problemy z emocjami. Czy to było dziwne, że był zazdrosny? Czy to dziwne, że denerwował go chłopak, który robił dziwne aluzje i jednocześnie prowokował krótkie interakcje oraz gesty z jego dziewczyną? Tak nie zachowywał się kolega, zwłaszcza skoro widziała go po raz pierwszy na oczy, a ich znajomość trwała ledwie kilka godzin. Nie prowokuje się zbliżeń po kilku godzinach spotkania… dobra, nie prowokuje się, kiedy dziewczyna jest zajęta i kompletnie nie ciągnie jej do zgłębiania tej znajomości w ten sposób.
— Pożartować? — zapytał z niedowierzaniem.
— Ah, kurde, sorry, zapomniałem się zaśmiać — burknął w jego kierunku, nie komentując tego, że miał
problemy z emocjami. O’Cahallan nie rozwiązywał spraw rękoczynami, ale teraz miał ogromną ochotę przywalić mu, aby rzeczywiście dać sobie upust.
— Ty chyba jeszcze w swoim życiu furiata nie widziałeś, dzieciaku — rzucił, mierząc go uważnym spojrzeniem. Na pewno był od nich młodszy — wyglądał na takiego zbuntowanego gen z, który myślał, że wszystko mu wolno; że świat stoi przed nim otworem, a nieprzemyślane czyny nie ciągną za sobą konsekwencji. Widział jednak, jak odsunął się o krok, jakby w obawie, że rudowłosy w końcu może wybuchnąć; ale naprawdę, Aiden miał anielską cierpliwość… do czasu.
Całe szczęście, że Vita zareagowała i odciągnęła ich, kierując się do ich ulubionej kebabowni. Co prawda, zupełnie na około, ale jeśli nie chcieli dalej z nim maszerować to musieli zrobić sobie dodatkowy spacerek. Nie przeszkadzało mu to, gdy byli sami; teraz przynajmniej mogli spokojnie porozmawiać. W ich wcześniejszym towarzystwie nie wytrzymałby ani minuty dłużej.
— To udało ci się poigrać — wymamrotał, przesuwając uważnym spojrzeniem po jej buźce.
— Nie doceniasz się, naprawdę. Jesteś niesamowicie seksowną kobietą, pracujesz w barze, do którego przychodzi w ciągu dnia wielu mężczyzn i jeszcze gdybyś widziała, jak gorąco wyglądasz z shakerem, gdy robisz drinki — westchnął, zaraz uśmiechając się w jej kierunku. Najwidoczniej nie miała świadomości, że dla facetów była dobrym kąskiem aczkolwiek niełatwym; zwłaszcza teraz, gdy nie była już singielką, nie była także żoną w separacji, tylko miała chłopaka — i to jak się okazywało, był on całkiem sporym zazdrośnikiem, a może nawet i… zaborczy?
— Wiem, Vita. I to też nie chodzi mi o to, że ja tobie nie ufam, bo po prostu nie ufam innym facetom, którzy nie potrafią czasami myśleć pozostałością swojego mózgu, który tkwi w ich głowach — wytłumaczył, chcąc zaznaczyć, że to nie chodziło o nią. Znaczy chodziło, ale przecież ufał jej, miał świadomość, jak ważny dla niej był, bo powtarzała to niejednokrotnie, jednak nie chciał, żeby to się zmieniło ani żeby jakiś koleś skrzywdził ją czy jakkolwiek nieodpowiednio ją dotknął, bo wtedy jego cierpliwość uleciałaby szybciej niż pstryknąłby palcami. Spojrzał w jej oczy i cała irytacja opuszczała jego ciało, a spięcie schodziło z ramion.
— Wiem. Może ja zbyt mocno zareagowałem — przyznał, ale kurczę, ostatnio zależało mu tak bardzo no… osiem lat temu. A w zasadzie teraz, to już prawie dziewięć! W każdym razie, było to bardzo dawno i nie chciał, żeby coś zaburzyło ich relację, zwłaszcza gdy zaangażował się już w stu procentach. Miał pewność co do niej, pewność także do własnych uczuć, ale sytuacja była dla niego de facto nowa i obydwoje musieli nauczyć się w tym funkcjonować.
— Vicia… — westchnął, kręcąc głową w niedowierzaniu. Przyciągnął ją do siebie, nachylając się lekko, ale nie złączając ich ust.
— Jest z nim zdecydowanie coś nie tak — mruknął, wtulając się nieco policzkiem w jej dłoń. Delikatny dotyk ściągał z niego zmartwienia i dawał poczucie, że po prostu byli razem i nie musiał się o nic martwić, a i tak… trudno będzie mu nie być zazdrosnym, kiedy wiedział, jak inni na nią patrzyli. Musi się na to uodpornić, zwłaszcza jeśli miał pewność siebie co do tego, że go kochała. Zwłaszcza gdy teraz po raz kolejny mówiła mu, że była tylko jego i nie musiał się nią dzielić, przesuwając kciukiem po jego dolnej wardze.
— Nie umiem się na ciebie gniewać, kochanie — szepnął, nachylając się i krótko ją całując.
— Chociaż chętnie przyjmę to postaranie się — wymamrotał w jej usta, lekko szturchając swoim nosem ten jej. Wyjął dłonie z jej tylnych kieszeni, na nowo chwytając ją za rękę, splatając ich palce i lekko ją za sobą ciągnąc.
— Więc kebab? Czy to tylko wymówka na ucieczkę? — zagadnął, nieco machając ich złączonymi dłońmi i ruszając przed siebie wolnym spacerkiem. Tęsknił za nią cały dzień, bo niestety w dni, kiedy chodziła na popołudniowe lub wieczorne zmiany, zawsze się mijali. Krótkie widzenie się od rana było niewystarczające, zwłaszcza gdy gonił go czas, a za to wieczorem mieli spokój, aby skupić się na sobie — to był zdecydowanie jego ulubiony czas w ciągu dnia.
my sweet lady