fifteen
Four Seasons Hotel, Nowy Jork


Zapach papierosów mieszał się z dymem cygar, gdy siwość gęstego kłębu unosiła się leniwie w otwartej przestrzeni bogatego penthouse’u. Four Seasons Hotel jak zawsze stawał na wysokości zadania, aby przyjąć swoich gości jak najlepiej, pozostawiając dla bogaczy drzwi otwarte za dnia, by nocą zniknąć i zamknąć oczy na cokolwiek, co miało tam miejsce. Wypaczone umysły elity tego świata zdawały się pochłaniać Ty Warner Penthouse po żmudnie typowej gali w Gotham Hall. Towarzystwo przerzedziło się, gdy grupa wybranych dostała małe wizytówki z nazwą lokalu oraz godziną. Nie było na nich nazwisk, żadnych oficjalnych zaproszeń, a jedynie dyskretny adres i sugestia, że obecność niektórych osób była mile widziana. Wystarczyło. Ludzie tego pokroju nie potrzebowali przecież papierowego potwierdzenia własnej pozycji. Wystarczała świadomość, że ktoś uznał ich za wystarczająco istotnych, by uchylić przed nimi kolejne drzwi. Raphael dostrzegał wiele nowych twarzy, aspirujących do ściślejszego kręgu, zastanawiając się, ile z nich miało złożyć na szali poświęcenia wszystko, w co do tej pory wierzyli, i pójść dalej. Dalej niż większość ludzi. Część miała upaść pod ciężarem rzeczywistości. Samodzielnie. Lub z pomocą. Nierzadkie były wszak wypadki samochodowe, przedawkowania czy
dziwne samobójstwa. Świat, w którym obracał się od najmłodszych lat, nie potrzebował szczególnie wymyślnych metod eliminowania problemów. Czasem wystarczał jeden telefon, nieodpowiednia dawka substancji, zbyt szybka jazda po mokrej nawierzchni albo człowiek, który nagle przypominał sobie, że nie miał już niczego, dla czego warto byłoby wstać rano z łóżka. Najbardziej interesujące pozostawało jednak to, jak łatwo pozostałe osoby przyjmowały podobne zdarzenia do wiadomości. Żałoba miała swoje granice, zwłaszcza kiedy zmarły pozostawiał po sobie niewygodne zobowiązania, a jego miejsce przy stole mogło zostać zajęte przez kogoś znacznie bardziej użytecznego.
Niekoniecznie jednak interesowali go aspiranci mieszający się ze starymi malkontentami. A przynajmniej nie wszyscy. Niektórzy stanowili jedynie dekorację, żywy dowód na to, że nawet najbardziej zamknięte środowisko potrzebowało od czasu do czasu świeżej krwi, nowych nazwisk, nowych fortun i nowych ludzi gotowych uwierzyć, że uczestniczyli w czymś wyjątkowym. Inni mogli okazać się przydatni, choć ich wartość nie zawsze była widoczna na pierwszy rzut oka. Raphael nauczył się nie oceniać człowieka wyłącznie przez pryzmat tego, co posiadał. Pieniądze można było zdobyć, nazwisko odziedziczyć, stanowisko kupić lub wypracować, lecz znacznie trudniej było odnaleźć kogoś, kto potrafił zachować zimną krew, kiedy wszystkie okoliczności przemawiały za tym, by ją stracić. Takich osób nie spotykało się często. Jeszcze rzadziej trafiały się kobiety, które potrafiły wejść do pomieszczenia pełnego mężczyzn przekonanych o własnej nietykalności i nie sprawiać wrażenia, że potrzebują od któregokolwiek z nich pozwolenia na zajęcie miejsca.
Wystarczyło zatem wypowiedzieć odpowiednie słowo ku odpowiednim uszom, aby sprowadzić ją do tego ciasnego kręgu. Bez wyraźnego powodu prócz własnego, okrutnie rozbujanego kaprysu. Lubił mężatki. Większość z nich posiadała publiczne zobowiązanie wobec własnego partnera, stawiające je w miejscu niedostępności dla zewnętrznych czynników. Składały przysięgę wybranemu mężczyźnie, obiecując mu siebie do końca ich istnienia i równocześnie zamykając się dobrowolnie w klatce oznaczonej kawałkiem metalu wokół palca. Miało je to chronić i informować innych, że niektóre zasady nie obowiązywały w ich towarzystwie na poziomie takim, jakim istniały wobec wolnych panien. A jednak twórca nie wziął pod uwagę braku instynktu samozachowawczego; egzystencji predatoryjnego odszczepieńca łaknącego czegoś więcej niż jedynie zatopienia kłów w ciele pięknej kobiety. Valencourt nie potrzebował zresztą żadnej ideologii, by usprawiedliwiać własne zainteresowanie. Nie zamierzał naprawiać cudzych małżeństw, testować trwałości przysiąg ani dowodzić, że każdy człowiek miał swoją cenę. Wystarczała mu świadomość, że istniały granice, których przekroczenie wywoływało znacznie silniejsze reakcje niż zwykłe zaspokojenie pragnienia. A on od dawna nie był człowiekiem, któremu wystarczało to, co zwyczajne.
Uwielbiał przesuwać granice tam, gdzie społecznie i moralnie było to uznawane za skandaliczne. Tutaj nie było inaczej. Zauważył ją już na oficjalnym bankiecie, gdzie nie była w stanie ukryć znużenia pobudzającego jej zirytowanie. Wystarczyło jedno spojrzenie, które mu posłała, zanim nie zniknęła w tłumie. Zapamiętał je nie tylko dlatego, że należało do rzadkości, lecz również przez kontrast, jaki stanowiło wobec reszty wieczoru. Wśród ludzi nieustannie zabiegających o uwagę, rozsyłających uśmiechy i prezentujących wyćwiczone zainteresowanie każdą kolejną osobą, jej znużenie miało w sobie coś niemal bezczelnego. Nie wyglądała na kogoś, kto desperacko potrzebował znaleźć się w tym miejscu. Nie musiała udowadniać, że znała nazwiska, rozumiała hierarchię ani potrafiła odnaleźć się w towarzystwie. Być może właśnie dlatego zwróciła jego uwagę. Raphael dostrzegł kobietę, która znała wartość własnej obecności, choć niekoniecznie miała ochotę ją komukolwiek ofiarowywać.
Mógł to wykorzystać i podejść już wówczas. Nic jednak nie było bardziej mylne, jak właśnie to, iż łatwa zdobycz satysfakcjonowała tak samo. Nigdy. Chciał zobaczyć, czy zamierzała zrobić krok odcinający ją od męża. Chciał przekonać się, czy zamierzała podjąć wyzwanie, czy też miała pozostać jedną z tych kobiet, które pozwalały sobie na krótkie spojrzenia i dwuznaczne uśmiechy, by później wrócić do bezpiecznych ram własnego życia, przekonując się, że sama możliwość była wystarczającą rozrywką. Nie zamierzał jej ułatwiać decyzji. Nie interesowała go kobieta, którą należało prowadzić za rękę przez każdą kolejną granicę, podobnie jak nie interesowała go taka, która po przekroczeniu pierwszej zaczynała domagać się od niego zapewnień, że niczego nie żałował. Wolał obserwować. Czekać. Pozwalać, by ludzie sami odsłaniali to, co starali się przed nim ukryć.
Widząc ją w penthouse’ie, otrzymał już odpowiedź. Nie wstawał też od razu. Pozostawał rozpostarty w jednym z foteli, pozwalając na to, aby zwinięty tytoń rozświetlał jego oczy przy kolejnym, powolnym wdechu. Obserwował ją z drugiego końca pomieszczenia, patrząc na jej interakcje z innymi oraz badając spojrzeniem ukryte pod materiałem sukni ciało. Nie musiał znać każdego szczegółu jej garderoby, by zauważyć, że wybrała kreację, która nie próbowała udawać skromności. Miedziany, satynowy materiał przylegał do sylwetki z niemal płynną miękkością, krzyżując się na wysokości talii i układając w sposób, który podkreślał proporcje jej ciała bez potrzeby przesadnej ornamentyki. Głębokie rozcięcie odsłaniało nogę przy każdym kroku, a długi tren sunął za nią po podłodze niczym przedłużenie całej tej starannie skomponowanej demonstracji. Nie była to sukienka, w której można było zniknąć. Nie w takim pomieszczeniu. Nie pośród mężczyzn, którzy zbyt często mylili możliwość patrzenia z prawem do posiadania. Raphael zauważył również biżuterię: błysk kamieni przy szyi, długie kolczyki poruszające się delikatnie przy każdym obrocie głowy i pierścionek, którego obecność mogła przypominać o zobowiązaniach, jakie pozostawiła poza tym apartamentem. Całość tworzyła obraz kobiety doskonale świadomej własnego wyglądu, lecz nieuzależnionej od reakcji, jakie wywoływał.
Lawirowała w bogatej przestrzeni hotelowego apartamentu, aż nie znalazła się w niedalekiej od niego odległości. Jej sylwetka odcinała się od ciemnych wnętrz ciepłym odcieniem satyny, a długie, ciemne włosy opadały falami na ramiona, częściowo przesłaniając linię pleców. Miała w sobie coś, co utrudniało sprowadzenie jej do samej urody. Valencourt nie zamierzał zaprzeczać, że była piękna; byłoby to równie niedorzeczne, co udawanie, że nie dostrzegał spojrzeń, które odprowadzały ją przez pomieszczenie. Jednak uroda była w jego świecie walutą powszechną, a przez to stosunkowo mało interesującą. Znacznie bardziej ciekawiło go, co pozostawało pod starannie dopracowaną powierzchnią. Jak długo potrafiła utrzymać uprzejmy wyraz twarzy, zanim zniecierpliwienie zaczynało wygrywać z wychowaniem? Ile razy musiała słyszeć komplementy, które w rzeczywistości były próbą sprawdzenia, czy można ją potraktować jak ozdobę wieczoru? I czy potrafiła rozpoznać różnicę między mężczyzną, który chciał ją zdobyć, a takim, który przede wszystkim chciał zobaczyć, jak sama podejmuje decyzję o przekroczeniu granicy?
Zapach bergamotki i piżma doszedł do męskiego nosa, przebijając się przez warstwę dymu. Musiała skropić perfumami nie tylko dekolt, lecz także miękkie zagięcia pod kolanami, łydki, a może również delikatną skórę podbrzusza ukrytą pod materiałem sukni. Był to zapach ciepły, nieprzesadnie słodki, z tą charakterystyczną głębią, która pozostawała w powietrzu jeszcze przez chwilę po tym, jak jego właścicielka zdążyła się oddalić. Raphael odnotował go z podobną uwagą, z jaką rejestrował drobne szczegóły otoczenia. Nie dlatego, że perfumy miały dla niego szczególne znaczenie, ale dlatego, że lubił pamiętać rzeczy, które inni uznawali za nieistotne. Czasem to właśnie one pozwalały odtworzyć czyjąś obecność, zanim jeszcze człowiek zdążył przypomnieć sobie jego twarz.
Leniwie przesuwał spojrzeniem po jej ciele, nie spiesząc się. Nie zamierzał udawać, że nie patrzy. Fałszywa skromność była jednym z tych społecznych rytuałów, które szczególnie go nużyły. Wystarczyło, że zachowywał odpowiednią odległość, nie wyciągał ręki i nie próbował zatrzymać jej na siłę. Reszta należała do interpretacji. Kiedy odezwała się, jej głos przebił się przez muzykę i rozmowy, niosąc ze sobą znużenie, ale również subtelną zaczepność.
Liczyłam, że kiedyś zaczną się poważniejsze rozmowy na wysokim szczeblu.
-
Widocznie nie umie pani obserwować - odezwał się niepytany, zwracając się do stojącej w niedalekiej odległości od niego kobiety. Nie spojrzał na nią. Nie od razu. Dopiero gdy odwróciła się w jego stronę, ciemne spojrzenie ospale przesunęło się ku jej twarzy i zatrzymało na sarnich oczach. Raphael zaciągnął się papierosem, nie zrywając kontaktu wzrokowego z kobietą. -
A może się mylę? - spytał, pozwalając, by wraz z wydechem na jego ustach pojawił się sardoniczny uśmiech.
Nie potrzebował od razu rozwijać tej myśli. Pozostawił jej wystarczająco dużo przestrzeni, by mogła sama zdecydować, czy potraktuje jego słowa jako przytyk, czy zaproszenie do rozmowy. Spojrzał na przestrzeń wokół nich, na mężczyzn pochylających się ku sobie nad niskimi stolikami, na kobiety z kieliszkami w dłoniach i na tych, którzy z pozorną swobodą przemykali między grupami, zbierając informacje, których nie zamierzali nazywać informacjami. -
Wystarczy odrobina cierpliwości. Poważne rozmowy rzadko odbywają się przy stole, na którym stoją wizytówki z nazwiskami uczestników. Tam ludzie wymieniają się uprzejmościami. Tutaj sprawdzają, ile są warte. - Uśmiech nie zniknął z jego twarzy, choć spojrzenie pozostało chłodne. -
Oczywiście rozumiem, że może pani być rozczarowana. W końcu przyszła pani rozmawiać o odpowiedzialności, przejrzystości i niezależności, a trafiła do miejsca, w którym każdy z tych terminów ma swoją cenę.
Przytrzymał papierosa między palcami, strzepując popiół do kryształowej popielnicy. Nie zamierzał jeszcze pytać, co sprowadziło ją do apartamentu. -
Proszę mi powiedzieć - dodał po chwili, przechylając nieznacznie głowę -
czy znalazła już pani kogoś, kto rzeczywiście ma coś interesującego do powiedzenia, czy wciąż liczy pani, że wszyscy sami zaczną opowiadać o rzeczach, o których nie powinni mówić? - Tym razem spojrzenie przesunęło się na jej usta, nim ponownie wróciło do oczu. -
Bo jeśli to drugie, obawiam się, że może pani spędzić tutaj całą noc.
W jego głosie pobrzmiewała kpina, ale nie było w niej otwartej wrogości. Raphael był ciekaw, jak odpowie. Czy postanowi go sprowokować, czy wykorzysta jego własną uwagę, by skierować rozmowę na interesujący ją temat? A może, co byłoby znacznie bardziej zabawne, przypomni mu, że sam również należał do grona ludzi, którzy potrafili mówić bardzo wiele, nie mówiąc niczego istotnego. Nie wykluczał żadnej z tych możliwości. Przeciwnie, każda z nich wydawała mu się wystarczająco obiecująca, by poświęcić jej kolejne kilka minut. W końcu nie sprowadził jej tutaj po to, by wymienić z nią kilka grzecznościowych zdań. A jeśli miała zamiar udowodnić, że potrafiła rozmawiać z nim bez oglądania się na konsekwencje, tym lepiej. Raphael od dawna uważał, że najciekawsze rzeczy zaczynały się dopiero wtedy, kiedy ludzie przestawali pilnować, by ich słowa brzmiały właściwie.
Temperance Fournier