003
outfit
Nie wierzyła, że to robi. Późnym wieczorem, leżąc w swoim łóżku z kieliszkiem Chardonnay w dłoni powoli kreowała swój profil, kręcąc głową i śmiejąc się sama z siebie. Pięćdziesięciolatka z otwartą aplikacją tindera, wrzucająca swoje zdjęcia, kreująca własny opis.
Co do cholery mam tam napisać?
Znał ją każdy. No... Prawie każdy. Współcześni rodzice, starsze pokolenia, wszyscy wychowani na telewizji na pewno w ten czy inny sposób kojarzyli jej nazwisko. Czy młodzi ludzie oglądali jeszcze telewizję? Nie była tego pewna.
Nikomu o tym nie mówiła. Wolała nawet nie myśleć, co o tym sądziła by jej córka, która wierzyła w naturalną drogę do miłości, w to, że na świecie naprawdę są pisani nam ludzie. Nie w sztuczność, nie w pokaz, nie w algorytmy.
Chciała usunąć aplikację już po paru dniach. Uważała, iż jest do niedorzeczne. Miała przecież skupić się na odbudowie swojego życia i kariery, a także naprawić relację z córką. Była na dobrej drodze, lecz zaczęły pojawiać się pierwsze rozkojarzenia. Nie negowała słuszności istnienia aplikacji, lecz miała to dołujące ją poczucie i obraz tego, jak nisko upadła. Była dojrzała kobietą, po rozwodzie, z dorosłym dzieckiem, mieszkającą sama w dużym, pustym domu. W jej otoczeniu pozostało kilkoro najbliższych przyjaciół, którzy nie odwrócili się od niej, gdy swoimi czynami niemalże zaprzepaściła cały swój rodzinno-zawodowy dorobek.
Czy miała prawo czuć się samotna? Odczuć potrzebę obcowania z ludźmi? Czuć się lubiana i kochana? Jak najbardziej. W samotności, w pracy, w nowych rolach znajdowała ukojenie, ale nadal była kobietą potrzebującą emocji. Nie wierzyła, że Tinder jej to zapewni, nie była naiwna i głupia. Mimo wszystko, był to mały krok na przód, ku normalności i nowego życia.
Aplikacja stała się jej małym uzależnieniem. W przerwach na kawę, siedząc w samochodzie podczas stania w korku, każdego wieczoru przed snem... Lauren postanowiła zagrać w tą grę, choć czujnie zachowywała dystans i nie brała wszystkiego na serio. Nie uniknęło jej to przed kolejnymi problemami, na jakie się natykała. A może, dotyczyło to tylko sławnych i bogatych?
Jak można było uwierzyć, że Lauren Bernard naprawdę miała swój profil w popularnej aplikacji randkowej? To była ona, a nie ktoś, kto korzystał z jej wizerunku. Znaleźli się i tacy, którym wystarczyło wzdychanie do zdjęć. Jak miała udowodnić, że naprawdę jest po drugiej stronie? Nagle, Lauren stała się zakładnikiem własnej rozpoznawalności. Był to jednocześnie ironiczne i frustrujące. Nawet jeżeli zdołała pokazać prawdę swoim współrozmówcom, ci nagle znikali.
Widząc zdjęcia Galena od razu przesunęłaby w lewo. Idealna, przystojna twarz, zachowany chłopięcy urok, wyraźne rysy i idealnie wycieniowany, lekki zarost. Z łatwością dostrzegła ekskluzywne miejsca ze zdjęć oraz luksusowe marki. Research również należał do najłatwiejszych. Jak miała uwierzyć, że ktoś taki potrzebuje aplikacji randkowej? Jak ktoś miał uwierzyć, że ona tego również potrzebuje? Co takiego mógł jej zaoferować? Co takiego ona mogła mu zaoferować? Używała argumentów przeciwko Galenowi, które natychmiast obracały się w kontrze do niej.
Przesunęła w prawo.
Match.
Nonsens.
Natychmiast planowała usunąć parę. Był szybszy. Nie tracił ani czasu. Żadne z nich nie miało go dużo, dlatego oboje lubili konkrety. Weryfikacja również przyszła szybko. Kilkunastukrotnie oglądała filmik, na którym Galen patrzy w obiektyw kamery telefonu, poprawiając swój krawat na tylnym siedzeniu samochodu. Brew lekko uniesiona, to samo kuszące, uwodzicielskie, pewne siebie spojrzenie. Oczywiście, musiała odwdzięczyć się tym samym. Może nie musiała... lecz chciała? Odwzajemniła się zdjęciem. Nieco zamglonym przez przytłumione światło lampki. Siebie, leżącą w łóżku przy swoim laptopie, okryta kołdrą. Nie była tam ani seksowna, ani piękna. Po prostu ona. Zdjęcie, którego nie zrobiliby nawet najlepsi i najzagorzalsi paparazzi. Potwierdzenie.
Zjawiła się na miejscu. Spóźniona. Zła. Nie lubiła wypadać ze swojej rutyny, a teraz wychodziła ze swojej strefy komfortu. Nawet fakt, że zdecydowała się na Ubera, a nie prowadziła sama, był dla niej niewygodny. Nie chciała być dzisiaj negatywna, lecz niczego też sobie nie obiecywała. Nie miała żadnych nadziei, oczekiwań, takich też nie zamierzała ofiarować w drugą stronę. Wciąż trzymały się jej wątpliwości. Na chwilę wpuściła do głowy zdjęcia i nagłówki portali plotkarskich, które ochoczo rozpisywały się o jej romansach i „tajemniczych” spotkaniach. Jej wzrok wędrował na boki, jakby spodziewała się, że ktoś na pewno ją obserwuje. Tamten okres mocno namieszał w jej głowie. Choć nie wzbudzała już takiego zainteresowania jak wcześniej, ślad po tym wszystkim, co przeszła i sama sobie zgotowała, pozostał.
Zauważyła go od razu. Ruszyła w jego stronę. Pewne, szybkie kroki wyznaczały energiczny rytm, akcentowany odgłosem uderzających o grunt obcasów. W dłoni trzymała niewielką kopertówkę, błyszczącą, pod kolor sukienki. Przeczesała lekko włosy, nim znalazła się przy jego stoliku. Spojrzała mu w oczy pierwszy raz. Uśmiech sam nasunął się na jej twarz.
-
Dobry wieczór, Galen. - przywitała się, wymieniając spojrzenie. Na żywo był jeszcze bardziej przystojny, atrakcyjny, pociągający, wręcz seksowny. Miał perfekcyjny wizerunek. Aż nie mogła się doczekać, by odkryć jego wady.
Odłożyła torebkę na stół i usiadła na krześle, uśmiechem doceniając dżentelmeński gest. Jak to miała w zwyczaju, przybrała jednak dość twardą postawę. Plecy wyprostowane, skrzyżowane nogi z jedną zawieszoną w powietrzu. Z ramieniem zawieszonym o oparcie zerknęła, jak kelner pokazuje i rozlewa zamówioną butelkę prosecco. Zerknęła na Galena i uśmiechnęła się po raz kolejny, chcąc tym samym pokazać, jak bardzo jej zaimponował.
Szkoda, że nie szampan. Ale doceniam gest.
Trochę bardziej ujął ją kaliami. Z lekko zaskoczoną miną wzięła kwiaty w dłonie, obejrzała je dokładnie i powąchała. Znajomy, ulubiony zapach przyniósł jej komfort oraz spokój, wzbudzając pozytywne skojarzenia.
-
O ile mi wiadomo, nie mamy wspólnych znajomych? - uniosła delikatnie brew, patrząc podejrzliwie znad bukietu, lecz zachowała przy tym żartobliwy ton. Oddała kelnerowi kwiaty, by mogły czekać na nią w wazonie. -
To był miły i trafiony prezent. Dziękuję. - odparła ze szczerością w głosie. Znalazł jeden, mały czuły punkt na jej obliczu, musiała mu to przyznać.
Sięgnęła po szampanówkę i po toaście wzniesionym przez mężczyznę przechyliła kieliszek, upijając drobny, musujący łyk wytrawnego płynu. Przeczekała falę komplementów, co było zaplanowane niczym w scenariuszu romantycznego filmu. Niemniej, po cichu doceniała każdy. Miała wrażenie, że kobiety nie słyszały wielu przyjemnych i ciepłych słów w takiej samej ilości, jak dawniej. A Lauren potrafiła cieszyć sie z małych rzeczy.
-
Mój drogi, nie boję się wody, gdyż pływam regularnie. A co do Ciebie... Czy byłeś kiedyś w szatni drużyny futbolu amerykańskiego? Albo na stadionie wypełnionymi zagorzałymi fanami drużyny, której nienawidzisz, ubrany w barwy drużyny, której oni nienawidzą? - z lekkim uśmieszkiem, uniesioną brwią i pochyloną głową doczekiwała się odpowiedzi na swoje pytania. -
Miejsce jest bardzo przyjemne i klimatyczne. Lubię otwarte przestrzenie. Cieszę się, że nie wybrałeś żadnego miejsca z epoki wiktoriańskiej lub baroku, aby mi zaimponować. - rozejrzała się dookoła, mogąc na spokojnie zaobserwować architekturę, rozkład a także wszelkie detale.
Spojrzenie Lauren uciekało jednak na Galena. Próbowała je wytrzymać, ale nie potrafiła. Chowała się za kieliszkiem prosecco, który wolno popijała lub uśmiechem, który zdradzał, że nie była aż taka pewna siebie i niedostępna, jak mogło by się wydawać. Onieśmielał ją. Nie przestawił ciekawić. Na moment utkwiła wzrok gdzieś na boku, po czym przymknęła oczy i prawie zaśmiała się sama do siebie, kręcąc głową.
-
Galen... co my tutaj robimy? Co ja tutaj robię? - spojrzała w końcu na niego szczerze, dając ujście swojemu niedowierzaniu i powątpiewaniu, a także niedorzeczności, za którą uważała ich spotkanie i jej obecność przy młodym, świetnie wyglądającym człowieku. Dlaczego tak uważała? Nie wiedziała nawet, od czego ma zacząć wymieniać.
Galen L. Wyatt