29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dużo mówiła o nim.
O tym, czego nie powinien chcieć; co powinien zrozumieć, co powinien wreszcie od siebie odsunąć. Układała przed nim kolejne powody, coraz staranniej dobierając słowa, choć przecież wystarczyłoby jedno pytanie o nią samą, żeby cała ta przekonująca argumentacja zaczęła się rozsypywać. Wiedziała, dlaczego tak uparcie pozostawała po jego stronie rozmowy. Po swojej musiałaby przyznać, że ledwie chwilę wcześniej niemal ucieszyła się z czegoś, co dla niego mogło być kolejnym nieszczęściem.
Że nadal jej p o t r z e b o w a ł.
Czuła jak jego palce przesunęły się pomiędzy kosmykami i poczuła je również pod nimi, na odsłoniętej skórze. Mięśnie przy jej łopatkach napięły się odruchowo, ale zaraz później przebiegło po nich coś znacznie mniej niewinnego niż strach; drobny dreszcz, który zszedł niżej.
Przyjęła fakt o jej krzywdzie ze znajomym już ściskiem pod żebrami; przygotowana na wszystko, co mogło przyjść po nich; na akt oskarżenia, którego autorem była już i tak sama. Na kolejne potwierdzenie, że miała rację; i swój własny wniosek że nie powinna była pozwolić sobie nawet na tę krótką, bezwstydną ulgę.
Ale później powiedział również o sobie.
O nim samym, który skrzywdził ją.
Nie zgadzała się, oczywiście że nie. Protest miała już w zasadzie zbudowany i gotowy do przedstawienia mu (zabawne, że akurat tu potrafiła chcieć się sprzeciwić tak po prostu, bez strachu). Rozwarła nawet wargi, by mógł wybrzmieć, ale słowa uwięzły w jej gardle za sprawą tak prostego a dla jej ciała jakże skomplikowanego gestu. Ledwie muśnięcie, otarcie fragmentu skóry o skórę – ale to wystarczyło. Było wystarczające, by wytrącić jej sensowne argumenty z ręki. By nie mogła po nie sięgnąć uziemiona prostym, niemal niepozornym ruchem. Jej serce ścisnęło się rozpaczliwie; jej płuca nie chciały oddać oddechu.
Chciała go.
Nawet teraz, pomiędzy jednym przypomnieniem krzywdy a drugim, jej ciało znajdowało miejsce na coś tak prostego. Coś tak egoistycznego.
Pytanie dotarło do jej ucha, otoczyło je gorącym oddechem, który je przyniósł.
Przez chwilę milczała, z ustami rozchylonymi do odpowiedzi, która wydawała się zbyt mała wobec wszystkiego, co usiłowała w niej zmieścić. Czy myślała o nim? Znalazła czas?
— Tak — odpowiedziała szeptem; tak cicho, że odpowiedź mogłaby umknąć jej autorce. Jej palce zacisnęły się mocniej na ściskanym materiale sukienki.
Tak, kiedy rano robiła kawę i przegryzała zwykłą kanapką a nie rogalem z francuskiej brunchowni. Tak, kiedy siadała na kanapie w tym samym miejscu, które zajęła przy nim. Tak, kiedy nieudany muzyk zza ściany rozpoczynał swoją lekcję.
Tak, również wtedy, kiedy próbowała nie myśleć.
Podniosła spojrzenie do lustra. Odnalazła fragment jego twarzy przy własnej, ciemne włosy, znajomą linię policzka; i uznała że zdecydowanie łatwiej było patrzeć na niego w ten sposób. Łatwiej było powiedzieć to wszystko.
— Każdego dnia, Vincent. — Jego imię przeszło przez jej usta z tą samą miękkością, której przez tyle tygodni nie miała komu dać. Poczuła ją dopiero po chwili i niemal natychmiast zapragnęła cofnąć wzrok; schować się przed tym, jak wiele mogło zdradzić samo brzmienie tych kilku słów. — Zastanawiałam się, jak się czujesz. Czy twoje rany się goją. Czy… — urwała na krótko. — Czy w ogóle jeszcze czasami o mnie myślisz. — Chociaż nie powinna była chcieć, żeby to robił. Powinna życzyć mu spokoju, w którym nie musiałby wracać do jej twarzy i wszystkich rzeczy, które zaczęła dla niego oznaczać. Do jej zdrady; do krzywdy, do której doprowadziła. — Chciałam, żebyś znowu usiadł obok. Żebyś znowu powiedział mi jakie nudne jest moje życie, wypomniał mi krzyżówki, które tak naprawdę zaczęłam rozwiązywać tylko dlatego, że ty mi je zarzuciłeś. — Kącik ust drgnął jej, nie układając się jednak do uśmiechu.
Zamiast tego opuściła spojrzenie.
Szczerość była w zasadzie minimum, którą mogła mu podarować po tym wszystkim. Po tym jak brała i brała, każdego dnia okłamując go. Choć nie do samej intencji swojej obecności, nie całkiem, to wobec tego, co o nim postanowiono. Wspólnie z nią.
— Moja normalność przestała być normalna dla mnie — przyznała słabiej. — Stała się pusta bez ciebie.
You were everywhere, especially where you weren't
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Haze lubiła bawić się w jasnowidza.
Zamiast przyszłości przepowiadała to, czego mógłby od niej chcieć nawet, jeśli wszystko inne stało w bezpośrednim tego zaprzeczeniu. Skupiała się na słowach, rzucanych w złości bądź desperacji, ignorując sposób, w jaki jego wzrok lgnął do jej twarzy, dłonie uparcie pozostawały na swoim miejscu nawet wtedy, gdy jego zadanie zostało wykonane, a sukienka rozpięta.
Wierzył, że w ten sposób okazywała swój własny brak zainteresowania.
To był motyw przewodni całej tej pieprzonej relacji, który wcześniej zrzucił na karb wydawanych jej rozkazów przez Scalviniego. Wygodny, zrozumiały powód, dla którego odmawiała rzeczy tak prostych jak butelka wody i tak zaawansowanych jak położenie się obok niego na jednej kanapie. Dużo prostszy do przyswojenia niż to, że była po prostu cholernie skomplikowana.
A on nieszczególnie jej coś ułatwiał.
Nagła szczerość spływająca z jej ust sprawiła, że zatrzymał się, w tej niebezpiecznej przestrzeni ponad jej ramieniem, gdzie niemal czuł miękkość jej włosów na swoim policzku. Uświadomiła mu o tym czasie, który upłynął i jałowości sposobu, w jaki go spędził.
Przez czterdzieści dni karmił się przekonaniem, że Violet wróciła do swojej normalności zadowolona z tego, że udało jej się wyjść z tego gówna względnie bez szkód. Że z irytującą łatwością wyrzuciła go z życia, zamknęła za nim drzwi i powróciła do tych wszystkich drobnych, niezwykle zwyczajnych czynności, które składały się na jej codzienność.
A teraz tkwiła przed nim w rozpiętej sukience, wyjawiając coś znacznie bardziej wartościowego niż zrobię czego ode mnie chcesz lub bezwartościowe przepraszam.
Ponieważ Monroe był egoistą.
Chciał, żeby tęskniła. Żeby brakowało jej jego głosu, obecności, dotyku, od którego tak długo próbowała się odzwyczaić. Chciał, żeby każda próba powrotu do normalności kończyła się równie żałosnym niepowodzeniem, co jego własna.
Nie chciał być jedynym, który z takim uporem usiłował odnaleźć się w świecie, w którym to drugie pozostawiło po sobie pustkę, samotnym we własnym cierpieniu.
- Myślałem o tobie - przyznał, beznamiętny ton jego głosu brzmiał niewspółmiernie do napięcia, które owładnęło jego ciałem na dźwięk tej szczerości, która być może jako jedyna w była tym, co od samego początku pragnął usłyszeć. - Codziennie rano, gdy wbrew swojej woli otwierałem oczy - mruknął, jego oddech rozbijał się na kobiecej skórze. - Każdego wieczora, gdy wreszcie je zamykałem.
Stała teraz tak blisko, że powietrze, którym oddychał, było nią nasączone.
Znał ten zapach. Rozpoznałby go pośród setki innych, podobnie jak delikatny zarys jej ramion, linię karku odsłoniętego przez rozsunięte włosy i w tę szczególną miękkość skóry, którą zdążył już poznać pod opuszkami palców. Była tu, prawdziwa i namacalna, a jednak wciąż odnosił wrażenie, że za chwilę zniknie.
- Próbowałem zapomnieć - przyznał, dziesiątki kobiet przemknęły przez jego myśli, pozostawiając po sobie smak rozczarowania. Żadna z nich nie sięgała do oryginału, żadna nie pobudzała jego krwi w sposób, w jaki robiła to Violet Haze. - Na wiele sposobów.
Jego dłoń, wciąż tkwiąca przy materiale sukienki przeniosła się na kobiecą talię, kciuk przesunął leniwie po jej boku. Wrażenie jej nieuchwytności nieustannie go nie odstępowało, kiedy gdzieś za jego mostkiem to miejsce wypalone do zera nagle zaczęło się odbudowywać.
Nagle znalazł w nim głód.
- Czy to byłoby takie straszne? - mruknął, jego druga ręka przesunęła się wyżej, wzdłuż kręgosłupa, przez kark, w stronę ciemnej tafli. Palce wsunęły między włosy, zacisnęły na nich lekko u samej nasady i pociągnęły, odchylając jej głowę, ułatwiając dostęp do szyi, na której pragnął składać swoje słowa. - Sięgnąć po coś, czego się pragnie?

you're the only one i want
29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego słowa osiadały w niej ciężko, zajmując coraz więcej miejsca, chociaż nie potrafiła jeszcze znaleźć dla nich odpowiedniego kształtu. Myślał o niej – rano, kiedy otwierał oczy; wieczorem, kiedy je zamykał. W tych samych porach, w których ona próbowała przyzwyczaić się do własnego mieszkania bez niego, on również musiał odnajdywać coś, czego wcześniej w nim nie było. Jakąś n i e w y g o d n ą pozostałość po niej. Nie odważyłaby się nazwać jej tęsknotą. Nie odważyłaby się wcześniej ułożyć podobnego obrazu nawet wyłącznie dla siebie.
Kiedy odszedł, zostawiając ją w magazynie, chciała wierzyć, że zdoła o niej zapomnieć. Że wraz z gojącymi się ranami na ciele odsunie również wszystko inne; jej twarz, jej głos, wszystkie powody, dla których potrafił spojrzeć na nią w tamten sposób. Życzyła mu tego szczerze, choć gdzieś pod tą szczerością nadal chowało się coś znacznie mniej przyzwoitego; coś żałosnego – rozpaczliwa niezgoda na to, żeby rzeczywiście potrafił.
Ale próbował. I podobno na wiele sposobów.
Przez chwilę w umyśle znowu widziała kobiecą dłoń na jego koszuli; palce przesuwające się po materiale; to jak blisko znajdowała się przy nim tamta brunetka; a później widziała i jego własną rękę, która zacisnęła się na jej udzie, zatrzymując ją przy sobie. Pamiętała ten ruch z żałosną wręcz dokładnością. Pamiętała też że udawała wtedy przed samą sobą, że chodziło wyłącznie o niezręczność rozmowy przy kimś obcym.
Nie był jej.
Powiedział jej to dostatecznie wyraźnie, później nawet pokazał, a ona i tak potrzebowała powtarzać sobie te słowa przy każdym kolejnym przesunięciu cudzych palców. Karciła się za tę zazdrość jeszcze później, kiedy obraz wracał nieproszony; za rozczarowanie, do którego nie miała prawa, za własną czelność, żeby po wszystkim nadal chcieć dla siebie miejsca, które mógł przecież oddać komukolwiek.
A teraz okazywało się, że nie potrafił.
Wspomnienie straciło ostrość, kiedy jego dłoń znalazła się na jej plecach i przesunęło po skórze. Grzbiet napiął się odruchowo i zatrzymał spięte mięśnie przez moment; przez krótką chwilę kiedy czuła ten niewielki ruch; ciepło każdego opuszka z osobna i mrowienie, które zostawało po nich.
Dotyk stawał się czymś okrutnie mylnym dla jej umysłu. Ciało rozpoznawało go przecież bezbłędnie; wiedziało, które palce pozostawiały po sobie to obrzydliwe, rozchodzące się pod skórą palenie, a których obecność chciało zatrzymać. Przy jednych traciła po kawałku własną wolę, własny głos, własną obecność. Przy drugich zaczynała odnajdywać je z powrotem; wracały razem z ciepłem jego dłoni.
Czuła drogę jego palców, kolejne miejsca, przy których zatrzymywała się jej uwaga; kiedy wsunęły się między włosy, własne dłonie zacisnęła mocniej na materiale sukienki, którą tak desperacko przytrzymywała przy sobie.
Delikatny nacisk przy nasadzie włosów wystarczył by poddała mu głowę, odchylając ją powoli, ostrożnie, jak gdyby większy ruch mógł zdradzić zbyt wiele; coś czego nie powinien. Odsłonięta skóra na szyi stała się nieznośnie wrażliwa na ciepło jego oddechu. Przełknięcie śliny nagle wymagało wysiłku; jej usta rozchyliły się odrobinę, wypuszczając powietrze, którego nie potrafiła już utrzymać przy sobie cicho.
To, jak dopasowywała się do niego dała się spiąć jednym słowem – posłuszeństwo. To również było znajome w codzienności, ale teraz inne. Nie czekała rozpaczliwie aż zabierze rękę; nie marzyła o tym, aby w końcu się odsunąć – przeciwnie. Chciała, żeby nadal jej dotykał.
Rozluźniła jedną dłoń na sukience, pozostawiając materiał w uścisku drugiej. Wolne palce odnalazły jego rękę przy talii; najpierw dotknęły jej ostrożnie, później osiadły pewniej na znajomej skórze; przesunęła po niej kciukiem z tą samą zachłannością, którą jeszcze przed momentem chciała przed nim ukryć.
— Chcę tego, Vincent — przyznała cicho. Wypowiedzenie tego nie uciszyło sumienia. Poczuła je niemal natychmiast, razem ze ściskiem w gardle i wspomnieniem wszystkich poprzednich chwil, w których również pozwalała sobie chcieć. — Ale nie chcę znowu chcieć za dużo.
You’re the one i never want to be without
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Napięcie wyczuwalne pod opuszkami jego palców przypomniało mu o ostrożności, którą powinien z siebie wykrzesać. Cierpliwości, po którą sięgał wyłącznie dla niej, niezdolny do przywołania jej w swojej codzienności. O tym wszystkim, co było w niej tak cholernie skomplikowane, trudne do nawigowania i sprzeczne z jego instynktami, które były p a z e r n e.
Drgnął, wyłącznie na ułamek sekundy. Niewystarczający by jego palce nie zacisnęły się na kobiecych włosach, nie odchyliły jej głowy w bok w poszukiwaniu lepszego dostępu do jej szyi.
Wystarczający by pozostawić w jego podświadomości potrzebę kontroli, której jej bliskość tak łatwo go pozbawiała.
Szczególnie, gdy jej słowa zdawały się potwierdzać chaotyczne reakcje ciała pod jego palcami. Były niebezpieczne.
Zdał sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy wybrzmiały głośno, będąc dokładnie tym, czego pragnął usłyszeć.
Gdy wyczuł jej dłoń na własnej, jej delikatną, gładką skórę nienaznaczoną wiecznie otartymi knykciami i przeciętym drobnymi bliznami atramentem.
Niebezpieczna.
- Jesteś bardzo troskliwa - mruknął zaczepnie, koncept tego, że mogłaby chcieć zabrać zbyt dużo wydawał mu się w tej chwili bardzo trudny do pojęcia. Wypuścił jej bok z własnej dłoni wyłącznie po to, by odwrócić ją, wychodząc na spotkanie tej, którą cofnęła w jego kierunku. - I cierpliwa - kontynuował, splatając jej palce z własnymi, choć wybór pomiędzy zwodniczo luźnym materiałem jej sukienki a jej dłonią był dość skomplikowany.
Pochylił głowę niżej, zbliżając usta do miejsca tuż za jej uchem, ale nie pozwolił im zetknąć się ze skórą. Zamiast tego tylko czubek jego nosa musnął to miejsce, podążając za odsłoniętą linią szyi, tak blisko, że wystarczyłby jej najdrobniejszy ruch, by odległość między nimi przestała istnieć.
- Ja nie jestem. - ciepło jego oddechu osiadało na kobiecej skórze, gdy zatrzymywał się na moment, tylko po to, by po chwili kontynuować tę niespieszną wędrówkę. - Ja chcę wszystkiego.
Mógłby ją pocałować. Mógłby zamknąć usta na delikatnej skórze tuż poniżej ucha, pozostawić na niej ślad swojej obecności, poczuć jej smak.
To również byłoby niebezpieczne.
Czuł jej ciepło przy sobie. Bliskość jej odkrytych pleców i schowanych za cienkim materiałem bioder. Pokusa tak silna, że niemal przekształcała buzujące w nim napięcie w fizyczny dyskomfort.
- Chcę pochłonąć cię i nie zostawić nic po sobie - mruknął, powracając do tego zagłębienia jej ucha, wargami muskając jego płatek.
Jego palce zaciśnięte we włosach nie rozluźniły się ani na moment, choć ich chwyt nie był mocniejszy niż było to konieczne. W kontraście, jego kciuk przesunął się lekko po kobiecym karku, gładząc skórę w miejscu, w którym była napięta.
- Ale tak wygląda moje życie, Violet - westchnął, odrywając swój nos od jej szyi, zadzierając głowę by wreszcie zrównać wzrok z odbiciem w lustrze, w którym tkwili oboje. - Proste i skomplikowane układy z ludźmi takimi jak Scalvini.
Jego wzrok powoli przesuwał się po jej sylwetce, wciąż schowanej pod materiałem kusej sukienki, która z pewnością do niej nie należała. Wodził po jej linii bioder, po wąskiej talii i zatrzymał na zebranej, zmiętej tkaninie, którą wciąż trzymała w swoich palcach.
- Nigdy nie będziesz przy mnie całkowicie bezpieczna. - krótki, prosty fakt wystarczył, by jego wzrok kontynuował swoją wędrówkę, wreszcie trafiając na jej twarz. Na spuchnięte oczy, ślady łez pozostawione na policzku, napięcie w szczęce, po której linii niemal błądził własnymi ustami. - Zawsze znajdzie się ktoś, kto spróbuje.
Chwyt jego palców rozluźnił się wreszcie, wypuścił ciemną taflę włosów, którą trzymał u nasady. Zmusił swoje plecy do wyprostowania się, co uczyniły powoli, leniwie, pragnąc zatrzymać się przy jej szyi jeszcze trochę, zostać na niej minutę dłużej.
- Musisz sama zdecydować, czy tego chcesz. - powietrze było chłodne tam, gdzie brakowało temperatury jej ciała. Dostrzegł to z niezadowoleniem, z protestem mięśni, które wciąż chciały być blisko niej, protestem dłoni żądnych dotyku jej skóry pod swoimi palcami. - Dla siebie i dla niej.
Szczerość przechodziła mu przez gardło z trudem.
W zasadzie nie wiedział, po co w ogóle się na nią zdobył. Już teraz znajdowała się na wyciągnięcie jego ręki, już teraz wyznała, że pragnęła tego samego, co on.
Ale coś za jego mostkiem nie pozwalało mu tego przyjąć, gdy nie miała świadomości tego, co mogło się z tym wiązać. Jego świat był światem brutalności i przemocy, w którym niezależnie jak ciasną opieką mógłby ją otoczyć, zawsze istniało ryzyko, że coś przedostanie się na drugą stronę.
Dlatego cofnął się o pół kroku, nie wymagając od niej podjęcia decyzji w tej chwili. Wysunął palce z jej, ignorując dotkliwy brak, który natychmiast ugodził wnętrze jego dłoni.
- Tymczasem się umyj - dodał zaczepnie, odwracając w stronę wanny, w której stygła już woda.

being with me comes with a price
29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— A byłam bezpieczna zanim cię poznałam? — Pozwoliła temu pytaniu zawisnąć ledwie po tym, gdy zdążył sprowadzić ich rozmowę do pierwotnego powodu ich obecności tutaj. Wciąż potrzebowała się wykąpać. Wciąż czuła się obrzydliwie brudna, ze śladami dotyku kogoś obcego pozostawionymi na jej skórze. I choć wiedziała, że jedna kąpiel, dwie czy trzy nie pozwolą jej zatrzeć tego wspomnienia, że nie istniała ilość mydła czy płynów, jaka umożliwiłaby jej nazwać siebie czystą, to potrzebowała chociaż spróbować.
Pozostać samej z ciężarem wszystkich słów, które wyłożył przed nią Vincent. Nawet jeśli odpowiedź znała w pierwszej chwili, gdy obawa zyskała głos i została nazwana.
— Tymczasem się umyję — domknęła, nim rozmowa, tuż po jej pytaniu, zdołałaby się rozwinąć.
Zanurzyła się w wodzie, już chłodniejszej niż ta przyjemna, pozwalając, żeby przez pierwszych kilka minut otulała ją w milczeniu, zanim sięgnęła po mydło. Początkowo myła się powoli, niemal mechanicznie; ramiona, obojczyki, brzuch, uda, wszystkie te miejsca, na których nadal zdawała się czuć pozostawione przez obcego mężczyznę ślady. Później zaczęła robić to dokładniej, wracając do fragmentów skóry, które zdążyła już umyć. Wiedziała, że to bezsensowne; nie zmieniało to faktu, że próbowała i tak spróbować.
Poddała się, kiedy jej skóra zaczęła nieprzyjemnie, niemal boleśnie piec.
Przez cały ten czas wracała również do słów Monroe. Do jego ostrzeżeń, do siostry, o której wspomniał, do wszystkich niebezpieczeństw, jakie miały czekać na nią, jeśli zdecyduje się pozostać przy nim. Nie lekceważyła żadnego z nich; a wręcz przeciwnie, wiedziała aż nazbyt dobrze, jak wiele mogło kosztować jedno cudze zainteresowanie, jedna niewłaściwa decyzja czy znalezienie się w miejscu, w którym ktoś silniejszy uznawał, że ma do niej jakieś prawo. Tyle że im dłużej rozważała jego argumenty, tym wyraźniej dostrzegała w nich założenie, którego nie potrafiła zaakceptować. Jakby istniało gdzieś życie, do którego mogłaby wrócić, pozostawiając wszystkie zagrożenia za sobą. Jakby przed Vincentem Monroe świat obchodził się z nią łagodniej.
Woda zdążyła całkowicie ostygnąć, stać się chłodna, zanim zdecydowała się z niej wyjść, a choć nie poczuła się szczególnie czystsza ani spokojniejsza, przynajmniej jednej rzeczy była już pewna.
Nie potrzebowała kolejnych godzin na zastanawianie się nad odpowiedzią, którą znała, zanim jeszcze zamknęła za sobą drzwi łazienki.
Wciągnęła na skórę swoje własne ubrania, po które miał nikogo nie posyłać, a i tak posłał. Nie mogła nawet być zła, bo znana, noszona już kiedyś tkanina, okalająca jej ciało dała poczucie komfortu. Pozwalała nieco lepiej uwierzyć w obraz, że wszystko było dobrze, gdzie realia mogłyby się nie zgodzić.
Posprzątała po sobie w łazience, zadbała by zatrzeć ślady własnej obecności, wciąż nie chcąc jej narzucać jemu. Odnalazła go w salonie, na tej samej sofie, na której zastała go rano; prawdopodobnie skupionego na własnym telefonie.
Przystanęła naprzeciwko niego, wciąż niepewna jak wiele dystansu powinna pomiędzy nimi zostawić, jak wiele mogła go zabrać. Zaczepiła palcami o rękaw bluzki, chwytając się odruchowo szwu.
— Czy byłam bezpieczna w Nowym Jorku? — zapytała, zanim zdążyła zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście chciała wracać do tamtych wspomnień.
Nie chciała. A jednak pamięć, zupełnie nieproszona, podsunęła jej znajomy nacisk cudzych palców, ciężar, spod którego nie potrafiła się uwolnić i jej własny głos, który wtedy również nie miał dla nikogo większego znaczenia. Nie potrzebowała nawet zamykać oczu, żeby przypomnieć sobie, jak niewiele warte potrafiło być jej nie.
— Czy moja siostra była bezpieczna, kiedy jacyś ludzie porwali ją, niewinną nastolatkę, spod szkoły, tak po prostu, i zamierzali sprzedać bóg wie komu i po co?
Nigdy nie widziała samego porwania. Obraz siostry wychodzącej ze szkoły prawdopodobnie zajętej czymś tak nieistotnym jak szukanie telefonu w torbie, stworzyła sobie później, usiłując zrozumieć, jak coś tak potwornego mogło wydarzyć się pośrodku zupełnie zwyczajnego dnia.
Pamiętała też nie tak odległy moment, w którym sam Vincent Monroe powiedział jej, z lodowatym spokojem że takie rzeczy się dzieją. Jakby to było normalne. Dla niego być może tak.
— Czy mogłam czuć się bezpiecznie w Rapture, jeszcze zanim znalazłam ciebie, kiedy złotousty polityk również nie rozumiał odmowy?
Pamiętała ten paskudny uśmiech Bennetta. Jego pewność siebie adekwatną człowiekowi, który uważał, że odmowa była jedynie chwilową niedogodnością, którą należało przeczekać albo obejść. Pamiętała też własną ostrożność; sposób, w jaki dobierała słowa, starając się nie urazić mężczyzny, którego zainteresowania wcale nie chciała, ale którego niezadowolenia miała powody się obawiać.
— Wtedy cię nie było; nawet nie wiedziałeś kim jestem — zauważyła ciszej.
Nie zdołała nawet jeszcze poznać Vincenta Monroe, choć to do niego wtedy przyszła. Nie wiedziała też, że bardzo szybko przestanie to być dla niej cel, część układu, a zacznie być człowiekiem, przy którym przez pewien czas będzie potrafiła zapomnieć o konieczności nieustannego oglądania się przez ramię.
— I nie było cię też później, a i tak przyszli do mnie. To mnie chcieli ukarać. — Nie minęło przecież na tyle dużo czasu, żeby zatarły się szczegóły. Nadal pamiętała świadomość, że nie miała już niczego, czym mogłaby zapłacić za cudze niezadowolenie; że jej własne ciało ponownie stało się jedyną rzeczą, której ktoś zamierzał przypisać określoną wartość. Pamiętała więc dotkliwie żywo tamtego mężczyznę i sposób w jaki oceniał ją z odrażającym przekonaniem, że wszystko zostało już uzgodnione, a ona zakupiona.
— A gdyby nie ty... — Nie musiała kończyć, by oboje wiedzieli, co mogłoby wydarzyć się później; co prawdopodobnie wydarzyłoby się następnego dnia i każdego kolejnego, gdyby Vincent nie pojawił się wtedy w jej życiu ponownie. Nieprzyjemny, palący dreszcz targnął jej ciałem, pozostawiając po sobie paskudne wspomnienie cudzego dotyku i cudzej pazerności, które rozlewały się pod jej skórą, infekując ją centymetr po centymetrze.
— Wiesz kiedy ostatnim razem niczego się nie bałam? — Nie czekała na odpowiedź; pytanie dla niej było retoryczne. — Przy tobie. Pozwoliłeś mi na to, choć pewnie nawet o tym nie wiedziałeś. — Nie było zresztą to z jej strony zbyt widowiskowe; nie było nagłą zmianą, która w nią wstąpiła, a rozciągniętym w czasie topnieniem jej własnych granic i powolnego opuszczania gardy. Aż w końcu dokonała rekonstrukcji własnej definicji bezpieczeństwa i osadziła ją w obrazie Monroe. Do czasu. — Tyle, że nie chcę być twoją odpowiedzialnością. — Nie mogłaby chcieć; miała zbyt silnie wykształconą potrzebę własnej autonomii, co było paradoksalne, kiedy zestawiało się ją z tym, jak wyglądało jej życie i jak reagowało jej ciało. — Wolałabym być powodem, dla którego rano będziesz chciał otwierać oczy — przyznała ciszej, chwytając się jego wcześniejszych słów; kącik jej ust zadrgał żałośnie, nie układając się w nic konkretnego — I dla którego wieczorem nie będziesz chciał ich jeszcze zamykać.
nothing goes unpaid for, and the price is not always money
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cichy stukot zamykanych drzwi odseparował go od zaparowanego wnętrza łazienki i pozostawionej w nim kobiety, wypełniając przestrzeń w jego umyśle zadanym przez nią pytaniem.
Odwrócił się, tym razem zmuszając swoje ciało do poruszenia by nie tkwić przed drzwiami tak, jak tkwił przed nimi wcześniej. Emocje rozlewały się po jego ciele, przytłaczały swoim skomplikowaniem, przez które nie potrafił ich od siebie odróżnić - zostało tylko napięcie w jego ciele, wzrok przesuwający po drewnie nim odwracał się w stronę wyjścia z sypialni.
I przemożna potrzeba uproszczenia wszystkiego do prostej irytacji, z którą sięgnął po swój zbyt rozwrzeszczany jak na jego gust telefon.
Wiadomości były bezcelowe. Jego rozwiązywanie problemów rzadko kiedy wiązało się z wykonaniem telefonu bądź odpisaniem na SMSa, a jednak te dwa elementy wydawały się nieodłącznym elementem jego codzienności. Były jak niedorzeczna gra wstępna, w której ludzie będący pod jego rozkazami dyskutowali między sobą na temat tego, co teraz musiało się wydarzyć, zbierali informacje i podejmowali, z jego błogosławieństwem, decyzje, które obracały tryby tej starej maszyny w nieskończenie powolny sposób.
W tej chwili w tym małym urządzeniu, stanowiącym zupełnie innego rodzaju więzienie tkwiło zupełnie wszystko - od problemów w klubie z dostawcami, którzy nie wywiązali się z umowy, przez żądania wydania kobiety podparta rzekomym złamaniem warunków innej, przez niego, aż po zaproszenie na spotkanie i kontemplację potencjalnych rozmów pokojowych - po uzgodnieniu ceny, którą za ten pokój miałby zapłacić.
Pertraktacje nieszczególnie go interesowały. Szczególnie wtedy, gdy po odmowie wydania im Haze, młodszej lub starszej, ’Ndrangheta wciąż była zainteresowana negocjacjami - o ile poprzez negocjacje rozumiało się oddanie im połowy kontaktów w porcie, których zdobycie kosztowało go ostatnie kilka lat życia.
Ognisty Wąż nie odezwał się w ogóle.
I dobrze. Może ten problem rozwiązał się już sam bez jego ingerencji.
Jej kąpiel nie była zbyt długa, a jednak czuł upływ czasu w swoim zastałym od siedzenia ciele, które zbyt wiele go spędziło już w trakcie nocy. Drgnął, słysząc jej ciche kroki - telefon wygasł w jego dłoni, odrzucony chwilę później za siebie.
Etap gry wstępnej kończył się wraz z jego przybyciem. Chwilowo tryby tej maszyny przesuwały się powoli do przodu nim nadejdzie czas, gdy jego utrata cierpliwości wyrwie je ze swoich miejsc w jednej, gwałtownie podjętej decyzji.
Dziś nie miało to znaczenia.
Był na tyle impulsywnym człowiekiem, że wiedział, że po zadaniu niektórych ran najlepszym, co można było zrobić było odczekać. Pozwolić, by Włoski temperament opadł, by wróciła logika, z którą mógłby negocjować.
Nieszczególnie go też te negocjacje interesowały gdy Violet przebywała w jego mieszkaniu.
Jego wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce, znajomych ubraniach i przydługiej bluzie, której rękaw znów cierpiał katusze z jej rąk. Zrobił to w sposób niemal kontrolny, sprawdzając, czy wanna zdołała przywrócić odrobinę kolorytu do jej twarzy, a własne ubrania rozluźniły choćby trochę jej spiętą sylwetkę.
Z bladym śladem łez na policzkach, którego nie dostrzegał już w świetle dnia wpadającym do środka lecz wciąż o nim pamiętał, wyglądała niemal tak samo jak wtedy, gdy opuścił jej mieszkanie po raz ostatni.
I ponownie jak wtedy, milczał, gdy jej usta się rozchylały. Wylewność i prawda były towarem tak deficytowym w jej przypadku, że nawet jego ciało napięło się nieco, uważając, by nawet nie drgnąć, jakby najmniejszy ruch mógł ją spłoszyć.
Emocje, które w nim narastały wraz z każdym słowem były mniej skomplikowane.
Były jednocześnie osobistą ulgą i iskrą czegoś ciepłego, rozchodzącą się za jego mostkiem i szalejącą w jego głębi złością. Złością na wszystkie te przypadki, w których tak czy inaczej stała się ofiarą własnego, przypieczętowanego losu - furią na każdą osobę, która wcześniej wtargnęła do jej życia w ten czy inny sposób. Nie tylko na Benneta, na Scalviniego i nienazwanego mężczyznę, który miał czelność położyć na niej swoją dłoń, ale i na tych, których nigdy nie dostrzegł, nigdy nie mógł w odpowiedni sposób wymierzyć im kary.
Niesprawiedliwość tego wszystkiego sprawiła, że jego plecy oderwały się od oparcia kanapy nim zdążył o tym pomyśleć - lub pamiętać, że przecież miał się nie ruszać, żeby przypadkiem żadne z jej słów mu nie umknęły.
- Nie każde niebezpieczeństwo jest takie same - zaczął powoli, ostrożnie, dostrzegając lukę w jej rozumowaniu nawet mimo sprzeciwu, który budził w nim ten stan rzeczywistości. - Jest różnica w tym, które przypadkiem znajduje cię w twoim życiu i tym, w które wchodzisz z własnej woli.
Haze, sama w sobie, nic nie zrobiła by zasłużyć sobie na takie traktowanie i choć istniało ryzyko, że jej reszta życia będzie również naznaczona jakimś poziomem niebezpieczeństwa, szanse na to były praktycznie stuprocentowe u jego boku.
Wbrew temu, jego nogi poniosły go w jej stronę. Słowa wciąż próbowały na coś uczulić, przed czymś ostrzec, choć przecież ciało dawno już podjęło decyzję - ciało wiedziało, że i ona ją podjęła, nawet pomimo jej wyżywania się na rękawie własnego ubrania.
- A co, jeśli chcę, żebyś była moją odpowiedzialnością? - odpowiedział z przekorą, zatrzymując przed kobiecą sylwetką. Jej ubrania pachniały nią, nie obcym klubem, obcym tytoniem i obcym dotykiem, wypalonym na materiale obcej sukienki. Kącik jego ust uniósł się w zaczepnym uśmiechu gdy pochylił się niżej. Jego dłoń zsunęła się na przykrywające policzek, ciemne włosy, chwyciła ich kosmyk i odgarnęła za ucho. Jego palce przesunęły się delikatnie wzdłuż linii jej żuchwy, zatrzymały na podbródku i zadarły go nieco wyżej. - Jestem bardzo zaborczym mężczyzną.
Jedno uderzenie serca pozwolił sobie przyglądać jej ciemnym oczom, zadartej ku górze twarzy i pełnym ustom, nim lekki nacisk jego palców nie odwrócił jej głowy w bok, zmuszając ją do spojrzenia na tkwiący obok stół.
- Jedzenie. - krótki komunikat nie był w żaden sposób potrzebny. Stół został nakryty gdy ona tkwiła w łazience, jedzenie na nim wciąż gorące, wciąż czekające na to, aż Haze w jakiś sposób zakwestionuje swój głód. - Musisz coś zjeść - dodał, świadom tego, że chwilę temu słaniała się na nogach i cholera wie co wzięła wczoraj, wrzucone do jej drinka.

there are different kinds of safety
29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał rację.
Nie potrafiła znaleźć w jego słowach niczego, czemu mogłaby zdecydowanie zaprzeczyć. Istniała różnica pomiędzy zagrożeniem, które pojawiało się niespodziewanie, a tym na które miałaby zgodzić się świadomie; pomiędzy krzywdą, której nie zdołała przewidzieć, a ryzykiem wyłożonym przed nią tak wyraźnie, że później nie mogłaby nawet zasłonić się niewiedzą. Szkopuł w tym że ona nadal widziała przed sobą dwa warianty życia, w których ktoś mógł ją skrzywdzić.
Prawdopodobnie wszystko za bardzo upraszczała. Nie znała jego świata dostatecznie dobrze, żeby odróżniać wszystkie odcienie zagrożenia, wyznaczać im granice i oceniać, które z nich były jeszcze do przyjęcia. Potrafiła jednak przypomnieć sobie własną codzienność bez niego; całkiem zwyczajną, pełną obowiązków i niewielkich planów, których realizacja nigdy nie wymagała szczególnej odwagi dopóki ktoś nie postanawiał wejść w nią z własnymi zamiarami, zupełnie nie zainteresowany tym, jak wiele mogło się przez to rozpaść. Przy Monroe wiedziałaby przynajmniej, że nie musiała zostawać z tym sama.
To również było niebezpiecznie wygodne rozumowanie. Wiedziała, jak chętnie jej umysł wybierał teraz argumenty pozwalające pozostać dokładnie tam, gdzie chciała być; jak łatwo dopisywał do ostrzeżenia jego obecność, troskę, dłonie, które nie musiały przecież za każdym razem znajdować dla niej miejsca – a mimo to znajdowały.
Poczuła to nawet eraz, kiedy odgarnął włosy z jej policzka; przez krótką chwilę pilnowała jeszcze własnego spojrzenia, próbując nie zdradzić nim tej samej żałośnie wdzięcznej uwagi, z jaką przyjmowała każdy niewielki, łagodny gest który jej dawał.
Jedno z tych dwóch żyć któe miała rozpatrywać obiecywało również to – jego twarz tak blisko, znajomy głos i powietrze pomiędzy nimi, które nie było ani jej, ani jego. Ich.
— Zachłannym — poprawiła go cicho. Kąciki jej ust drgnęły za wspomnieniem; już kiedyś go tak nazwała; wtedy wszystko wydawało się proste i ubrane w niewinną, miękką zaczepkę. — I najwyraźniej strasznie bezkompromisowym — dodała z cichym westchnieniem, unosząc dłoń do jego przedramienia.
Dotknęła go opuszkami zatrzymując je na ciepłej skórze; później przesunęła nimi nieznacznie, pozwalając spojrzeniu podążyć w kierunku, który wskazał jej naciskiem własnych palców – jedzenie. Jej żołądek zacisnął się niemal natychmiast.
Nie potrafiła nawet przypomnieć sobie ostatniego porządnego posiłku, ale widok zastawionego stołu nie przyniósł niczego co mogłaby pomylić z apetytem. Sam zapach wystarczył, żeby przełknęła ślinę a z nią gulę, jaka wyrosła w gardle. Żołądek wciąż był ciasno zasupłany i zaprotestował na samą tylko myśl o jedzeniu.
Jej palce przesunęły się wyżej po jego przedramieniu, przekroczyły nadgarstek i dotarły do dłoni pozostającej przy jej twarzy. Wróciła spojrzeniem do Monroe, z ustami próbującymi ułożyć się w coś lekkiego co mogłoby zamaskować jej nadciągającą próbę dywersji.
— Sam to zrobiłeś?
Spodziewała się oczywiście odpowiedzi. Pamiętała co powiedział jej o własnych umiejętnościach kulinarnych, a przede wszystkim miała w pamięci tę nierówną walkę z cebulą, którą przyszło jej kiedyś obserwować we własnej kuchni. Vincent Monroe świetnie radził sobie z nożem w ręce, ale niekoniecznie gdy chodziło o czynność tak trywialną jak oskórowanie cebuli.
Wspomnienie poruszyło kącik jej ust nieco wyraźniej.
Przyjrzała mu się uważniej, pozwalając wzrokowi przesunąć się po twarzy. Cienie pod oczami pozostawały wciąż wyraźne nawet kiedy patrzył na nią z tym znajomym, zaczepnym wyrazem; jego powieki wydawały się cięższe. Nie musiała za bardzo szukać by dostrzec dowody jego zblazowania.
Znowu zajmował się nią.
Jedzeniem, ubraniami, wszystkim, co potrafiła przeoczyć we własnym uporze, żeby nie wymagać od niego już niczego więcej.
Uniosła drugą dłoń i dołączyła ją do pierwszej, zamykając jego rękę w delikatnym uścisku. Kciuk przesunął się po znajomej nierówności skóry, tym razem już bez potrzeby szukania dla tego gestu rozsądnego uzasadnienia.
— Ja muszę zjeść, ty musisz odpocząć — odbiła z pozorną pewnością i gotowością do uporu. Troska była oczywiście jak najbardziej szczera. To, że przy okazji pozwalała odsunąć rozmowę od stołu, nie odbierało jej przecież prawdziwości. — Co wnosisz do tych negocjacji? — spytała ostrożnie; nieco niepewna czy kierunek był odpowiedni dla tej, odpowiedniej chwili. Zahaczał bowiem o dość świeże zdarzenie, które dotyczyło ich obojga, a które skończyło się jak skończyło. Nieprzyjemnym wspomnieniem, które gdyby pozostało spójne, doprowadziłoby do tego, że nie byłoby jej tutaj.
yet only one has your face
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tkwiła w tym pewna lekkość, której prawdopodobnie w takiej sytuacji być nie powinno.
W powrocie do dawnych schematów, w przyzwyczajeniu do dotyku jej palców na jego skórze. Półtorej miesiąca nie było wystarczającym czasem by rana zadana przez wbity w jego plecach nóż zdołała się zagoić. Jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu był w stanie sprowadzić ich relację do biznesowej transakcji, był w stanie jej odmówić wiedząc, że desperacko potrzebowała pomocy.
Jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu szukał kogoś, kto mógłby ją zastąpić.
Akt zdrady ciął mocno, lecz nie był w stanie pozostawić w jego lojalności i zaufaniu permanentnego uszczerbku. Był jak blizna, z czasem zrastająca się, zyskująca nieregularnej powierzchni i zgrubienia skóry - coś, czego nie sposób było zignorować, lecz co nie było w stanie permanentnie zniszczyć tego miejsca, które dla niej stworzył.
Robiło to poczucie, że za tą zdradą stało coś więcej niż brak innego wyboru.
Robiło to półtorej miesiąca tkwienia w przekonaniu, że Haze powróciła do swojej normalności, która go nie zakładała. Półtorej miesiąca obracania wydarzeń z wnętrza tamtego przesiąkniętego śmiercią miejsca w zakrzywionym zwierciadle - tym, w którym odmawiała mu szczerości na rzecz dobrobytu swojej siostry, w której tkwiła pod ścianą przytulona do innego ciała patrząc, jak jego własne było katowane.
Robił to prosty układ, który mu przedstawiła, który negował wszystkie inne wskazówki - wahanie jej ciała, wbite w kolano Scalviniego nożyczki, niechęć do wyjścia na zewnątrz.
Jego złość była wyniszczająca, nie była jednak nieskończona. Znikała, jeśli jej nie podsycał - a robił to każdego dnia, obracając w swojej głowie wszystkie te rzeczy, za które powinien jej nienawidzić i ignorując te, które przemawiały w jej obronie.
Myśląc, że nie robiło to jej żadnej różnicy.
Pragnąc uwolnić się od osoby, która już dawno temu uwolniła się od niego.
Gdy ta osoba znalazła się obok, gdy na głos wypowiedziała potrzebę pozostania w jego przestrzeni, jego zgryźliwości zabrakło paliwa by móc to wyrzucić - a pod ogniem nie tkwiła jątrząca się rana, tylko zaróżowiona, zgrubiona tkanka, która zaczęła się zabliźniać.
I to miejsce, wciąż tkwiące za jego mostkiem, wciąż czekające na nią.
- Pazernym - poprawił ją, dorzucając kolejne słowo, którym jakże hojnie go obdarzyła.
Nie miała pojęcia, jak płytkie było w obliczu tego, co czyhało w głębi jego umysłu. Zaborczej, zachłannej, pazernej bestii, która pragnęła zamknąć ją w czterech ścianach należących do niego, w potrzasku własnych ramion, z których nigdy nie znalazłaby ucieczki.
- Własnoręcznie zapłaciłem - odrzucił kwaśno, częściowo prawdziwie, częściowo nie. Nie zapłacił za zapakowane w karton danie, które przywiezione na miejsce było już zimne - ale za osobę, która przygotowała obiad w lokalu na samym parterze tego budynku, który również posiadał, a z którego sam nieczęsto korzystał.
Avis nazywał to marnowaniem zasobów.
Jej dwie ręce oplatające jego własną wzmacniały wyłącznie tkwiącą między nimi dysproporcję. Przyjął jej uścisk, czy może przejął go we właściwym zrozumieniu jego gestu - jego palce zamknęły się wokół jej, ramię szarpnęło w górę, unosząc ich splecione dłonie ponad jej głowę.
Obrócił ją, w geście mającym w sobie więcej z tańca niż z tego, do czego nawykło jego ciało. Ruch był lekki, ale nagły - wystarczył, by jej włosy uniosły się lekko, ich kosmyki musnęły jego klatkę piersiową gdy odwracał ją tyłem do siebie - przodem do stołu, którego jakże pragnęła uniknąć.
- Wypiję kawę - zaproponował, jego dłoń wypuściła kobiece palce, spoczęła na miejscu między jej łopatkami. Nacisnął, znów odnajdując w sobie delikatność, by ukierunkować ją w stronę stołu. - A ty możesz zjeść tylko mięso.
Stół był długi - samo jego nakrycie w jego oczach było zbędne. Wysłany ileś pięter wyżej kelner najwyraźniej nie rozumiał prostoty, do której dążył Monroe, przyniósł bowiem ze sobą obrus, zastawę i wiele innych, zbędnych elementów.
Zamiast naprzeciw siebie, ułożył jednak talerze obok siebie.
- Narkotyki mają to do siebie, Haze, że trzeba je z siebie wypłukać - westchnął, wymijając ją by podejść do stołu. Chwycił za krzesło, które w jego oczach było jej przeznaczone i odsunął je ostentacyjnie. Jego dłonie zacisnęły się na oparciu, ciężar przeniósł nieco na nie przy skrzypnięciu mebla. - Gdybyś nie spędzała swoich wieczorów na rozwiązywaniu krzyżówek, mogłabyś już tę wiedzę posiąść.

hurt me, choose me
29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Ponoć to ja jestem kiepska w negocjacjach — westchnęła pod nosem, spoglądając na jego dłonie oparte o odsunięte krzesło.
Zamienił odpoczynek na kawę z łatwością a jej j pozostawił niemal całą własną propozycję; sobie wybrał coś, co pozwalało dalej nie spać i zapewne udawać, że wcale tego snu nie potrzebował. Była w tym jakaś bezczelność, dokładnie ta sama, z którą potrafił bez większego zastanowienia uznać, czego potrzebowała ona, a później odsunąć wszystko, co próbowała zrobić dla niego.
Jego troska była najwyraźniej znacznie mniej negocjowalna.
Niechętnie zajęła wskazane miejsce, podciągając się odrobinę bliżej stołu. Kolana przyjęły siedzenie z ulgą, niemal natychmiast pozbywając się części napięcia, którym jeszcze przed chwilą próbowała utrzymać własną sylwetkę w pionie. Nie podjęła dalszej dyskusji czy prób negocjacji, z góry skazując je na przegraną.
Bardzo dobrze znała ten schemat w sobie; ustąpić, zanim upór zacznie komukolwiek przeszkadzać i to nawet wtedy, kiedy miała całkiem rozsądny powód, żeby chociaż spróbować.
— Cóż za szczęście, że los postawił na mojej drodze specjalistę od używek — odezwała się, unosząc na niego spojrzenie. — Przynajmniej ktoś uzupełni braki w mojej wiedzy.
Rozbawienie jednak nie chciało przejść przez jej głos całkiem gładko bo pamiętała, jak niewiele brązu pozostawało w jego oczach, kiedy niedawno przyszła do Rapture. Tamten sposób mówienia; sposób nieokrzesania; nieład we włosach.
Opuściła wzrok na talerz. Zapach jedzenia dotarł do niej wyraźniej, kiedy pochyliła się nieznacznie nad stołem a jej żołądek ścisnął się gwałtownie i podszedł wysoko, niemal pod samo gardło; przełknęła ślinę.
Powinna móc coś zjeść. Wciąż czuła słabość we własnych mięśniach, nawet teraz, kiedy nie wymagała od nich już szczególnie wiele. Schowaną pod blatem dłoń zacisnęła w pięść; i wystarczył ten drobny wysiłek, żeby palce zadrżały i przypomniały jej, jak niedawno nie potrafiła utrzymać nawet szklanki.
A jednak na samą myśl o przełknięciu pierwszego kęsa wszystko w niej zaciskało się mocniej.
I to był problem bo nie chciała znowu wybrzydzać.
Monroe wyciągnął ją z miejsca, w którym nie potrafiła już ochronić nawet tego, co jeszcze zostało z niej samej. Zabrał, zanim tamten mężczyzna zdążył odebrać jej coś więcej. Pozwolił spać we własnym łóżku, przygotował kąpiel, zorganizował ubrania, o które przecież nawet nie poprosiła; teraz odsunął dla niej krzesło przy zastawionym stole. A ona siedziała przed talerzem i niemal z taką samą rozpaczliwością próbowała znaleźć sposób, żeby nie musieć tknąć niczego, co logicznie powinna.
Nie chciała być niewdzięczna. Nie chciała dokładać mu kolejnego powodu do tego cichego westchnienia, które znała już dostatecznie dobrze; jeszcze jednego zmartwienia, do którego musiałby pochylić się, wyciągnąć rękę, znaleźć rozwiązanie. Wystarczająco dużo czasu spędził dzisiaj, robiąc za nią rzeczy, które powinna umieć zrobić sama.
Chciała być dobrym wyborem. Kimś, przy kim również mógłby w końcu odpocząć, zamiast co chwilę dostawać następny dowód na to, jak wiele wymagała od niego jej obecność. Nie chciała być odpowiedzialnością, choć najwyraźniej był gotowy przyjąć ją również w taki sposób; z tą swoją zachłannością, której nie potrafiła odmówić bez żałości, bo przecież równocześnie tak bardzo jej pragnęła.
Nawet teraz umiała się z niej cieszyć.
Chciała wreszcie dać mu coś, co nie wymagałoby później przeprosin. Wyjść choć odrobinę ponad własny ciężar, ponad ten rachunek, w którym każda jego łagodność dopisywała się po niewłaściwej stronie. Nie wiedziała nawet, od jakiej rzeczy musiałaby zacząć, żeby przy tak ogromnym zadłużeniu kiedykolwiek znaleźć się na plusie.
A on nadal podsuwał jej następne i sam nie pozwalał zwrócić niczego w odruchu prostej troski.
Zupełnie jak kiedyś.
Przesunęła wolną dłonią po obrusie, wygładzając niewielką fałdę przy krawędzi talerza.
— Bądź ze mną szczery, proszę — zaczęła, nagle i bez zapowiedzi, błądząc spojrzeniem gdzieś pomiędzy zastawą w imitacji zainteresowania jedzeniem. Finalnie jednak natrafiła na jego przedramię, wspięła się po nim na ramię, po szyi, prześlizgnęła ostrożnie po linii żuchwy i sięgnęła wyżej, w stronę oczu. — Jak wiele nowych problemów masz teraz przeze mnie?

I got toxins in my bloodstream
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej zajęcie miejsca przy stole potraktował jako małe zwycięstwo, które w obliczu tego wszystkiego, co musiało się jeszcze wydarzyć nim Haze odzyska odrobinę kolorytu i stabilności wydawało się nieszczególnie istotne - ale wciąż było wygraną.
Zjedzenie jakiegoś posiłku po niezbyt udanej nocy nie powinno być ogromnym wyzwaniem i pewnie nie byłoby nim dla większości ludzi, z którymi obchodził się na co dzień. Wiedział jednak, że racjonalność Violet działała bardzo wybiórczo, wyłączając się w niektórych momentach i włączając w innych - odmówiła mu nawet butelki wody po godzinie spędzonej na scenie. Butelki wody, która była zamknięta i była t y l k o wodą.
Nie wątpił, że odmówi również posiłku nawet, jeśli jej ciało go potrzebowało.
Jego dłonie oderwały się od oparcia krzesła gdy to przyjęło na siebie jej ciężar. Wyprostował się, ruszając wzdłuż długiego stołu pod naprzeciwległą ścianę, na zawsze porzucając swój telefon gdzieś na kanapie tkwiącej w salonie.
Znacznie bardziej interesowała go w tym momencie tkwiąca na barku, napoczęta butelka. Otaczały ją różne inne, zdobione, eleganckie, z pewnością dużo droższe, ale jego gust do alkoholu nigdy się nie wykształcił, pozostając równie podłym co w mniej bogatej przeszłości.
- Nie jestem specjalistą, tylko entuzjastą - odrzucił niedbale, wrzucając kostki lodu do szerokiej, ciężkiej szklanki, w której zagościł już przeźroczysty płyn. Dochodziła czternasta, to prawie jak wieczór - po poprzedniej nocy tym bardziej. - To różnica.
Sięgnął do lodówki, wyciągając ze środka red bulla. Wódka nie smakowała zbyt dobrze z kawą, a gdyby miał wybrać między jednym a drugim, w obecnej chwili preferował to pierwsze.
Szczególnie, jeśli miał znieść potencjalnie trzygodzinne posiedzenie nad zimnym już jedzeniem w wykonaniu Haze, zakończone jej potencjalną utratą przytomności. Jeszcze godzinę temu nie potrafiła utrzymać w swojej dłoni szklanki, a teraz odnalazła w sobie naprawdę ogromną werwę do odmawiania tej podstawowej rzeczy, którą jej oferował.
W ramach jakiegoś kompromisu, wyciągnął z lodówki też butelkę wody. Wyposażony w napoje wrócił do stołu, stawiając ją koło talerza z nietkniętym jedzeniem - zapewniając mnogość wyboru w rzeczach, których nie tknie tym razem.
- Nie przywłaszczaj sobie moich problemów - odrzucił zaczepnie, odsuwając krzesło obok niej. Lód zabrzęczał wewnątrz szklanki gdy odstawił ją na blat, uzupełnioną przez soczyście zielony kolor energetyka. - Jestem wystarczająco kompetentny, by generować je sam.
Opadł na siedzenie, kątem oka dostrzegając, że w ułożeniu rzeczy na blacie nie zmieniło się pod jego krótką nieobecność absolutnie nic. Sięgnął do drinka, upijając łyk nim samemu przyjrzał się własnej porcji makaronu.
- Zawarłem z nimi umowę, którą ty i twoja siostra byłyście częścią - kontynuował, wiedziony krótkim proszę, które wieńczyło jej potrzebę szczerości. Teraz, gdy od tamtych wydarzeń dzieliła go noc spędzona w tym mieszkaniu z jej miarowym oddechem w tle oraz widok jej całej i - względnie - zdrowej, wściekłość dyktująca mu kolejne poczynania zelżała do odległego echa. - Zamiast ją uhonorować, uznali, że dokonają w niej modyfikacji po fakcie.
Modyfikacji. Jakże eleganckie słowo użyte zamiast splunięcia, którym Włosi zwabili go na drugi koniec miasta i zgodzili się na wszystko z przeświadczeniem, że Haze, którą otrzyma, będzie Haze złamaną, zniszczoną na kawałki i przekonaną o tym, że ją porzucił.
Jego dłonie sięgnęły do sztućców. Nie zamierzał partycypować w jej postanowieniu o dochowaniu własnej czystości - jego żołądek dopominał się o jedzenie od jakiegoś czasu, szczególnie, że spędził całą noc tkwiąc na kanapie i nie kwapiąc się do podejścia do lodówki.
- Okazali mi brak szacunku - dodał oględnie, słowa nijak nie opisywały pożogi, której towarzyszyło uniesienie się kącika ust mężczyzny, który przekazywał mu informacje - ani huku wystrzału, który jako pierwszy przedarł się przez muzykę przyjęcia. - Odpowiedziałem tym samym.

on the war path
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Entertainment District”