Na wzmiankę o kardiologu, tylko uśmiechnął się krzywo i pokręcił powoli głową.
一
Gdybym go miał 一 wymruczał pod nosem trochę niezrozumiale, z silnym akcentem. Nie przepadał za lekarzami, bo jeżeli nawet coś mu było, to wolał o tym nie wiedzieć. Za dużo pytań, za duży ból głowy. Miał i tak za dużo ciężaru na swoich barkach i to głównie cudzego. Łypnął na Gabriela i westchnął ciężko, myśląc sobie, że dzisiejsza młodzież nie ma pojęcia ani o szacunku do starszych, ani do kreatywnego spędzania wolnego czasu na nauce, nie mówiąc już o tym, że po książkach się nie bazgrze, a krzyżówka to w sumie taka mała książka (do wpisywania liter są odpowiednie pola, a nie że się cała stronę zamaże jakimś karnym kutasem czy innym motylkiem).
Przynajmniej zgadł hasło, to już coś. Myślał o tym, kiedy szedł wolnym krokiem po chodniku, lekko pochylony, jakby się gdzieś spieszył, chociaż przecież nawet nie zamierzał zajść zbyt daleko. W końcu przystanął, westchnął ciężko i wsunął szluga między wargi, opierając się plecami o elewację budynku. Uniósł dłonie i jedną osłonił końcówkę papierosa i zapalniczkę przed wiatrem, a drugą pstryknął, podpalając tytoń zawinięty w bibułkę i zaciągnął się dymem, głęboko wprowadzając go do płuc. Zapalara spoczęła w jego kieszeni na piersi i dopiero wtedy rozejrzał się niby to od niechcenia po okolicy.
Jego wypad na szluga mógł być wzięty za przerwę, ale prawda była taka, że on przerw nie miewał, a wszystko co robił w danej chwili mogło zmienić się drastycznie w coś innego. Takie miał życie, pełne niespodzianek, chociaż czy można tak o nich mówić, skoro na tym etapie spodziewał się już dosłownie wszystkiego i jeżeli spierdoli, to będzie to tylko i wyłącznie jego wina. Z takim doświadczenie nie może już powiedzieć:
ale ja nie wiedziałem.
Odjął papierosa od ust i opuścił go, a dym wydmuchał szybko w bok, przesuwając spojrzeniem po zaparkowanych w pobliżu autach. Zwracał uwagą na rejestracje i na to, czy były tutaj, zanim wszedł do lokalu oraz czy widział je już gdzieś wcześniej. Był ostrożny i nieufny.
Nie zobaczył nic, co wzbudziłoby jego podejrzenia, więc dopalił leniwie szluga, rzucił go na chodnik i wrócił do środka. Klientów nowych nie przybyło, a obecnym zdążył już przyjrzeć się kilka razy i żaden z nich nie wydawał mu się potencjalnym zagrożeniem, nawet facet, który co jakiś czas przyglądał się Gabrielowi. Chyba lubił młodych chłopców, bo Graham zauważył, że czasami dotykał pod stołem własnego krocza, co było obrzydliwe, ale kutas to nie pistolet, a od patrzenia jeszcze nikt nie zginął.
Wszedł jak do siebie, chociaż twarz skrzywiona, jakby żył za karę i może nawet czasami tak myślał, a może po prostu jego rysy przez lata już się tak ułożyły i mu zostało. Pewnie jego była żona miałaby na ten temat coś do powiedzenia, ale na całe szczęście była za daleko. Zatrzymał się przy barze i spojrzał na współpracownika Gabriela, a potem odwrócił się i powiódł jeszcze raz spojrzeniem po sali.
一
A gdzie Gabriel? 一 zapytał lekkim tonem, jakby mówił o pogodzie i odchrząknął krótko, zerkając przelotnie na swój tytoń i krzyżówki ułożone równo przy jednej linii. Chłopak wskazał głową zaplecze i Malone nawet chwilę czekał, ale zaczął się w końcu trochę niecierpliwić, z resztą drugi barman chyba też, więc Grim bez wahania poszedł tam i nacisnął za klamkę.
Zamknięte.
Zmarszczył brwi, bo jeżeli jeszcze miał wcześniej jakieś wątpliwości, to teraz już nie. Zapukał, głośno i dosadnie, a potem nasłuchiwał odpowiedzi, która nie padła. Kimkolwiek był właściciel tego starego pubu, będzie musiał zapłacić za naprawę zamka, bo kiedy podeszwa ciężkiego buciora Grahama z impetem wylądowała na drzwiach, można było usłyszeć tylko głośny trzask, żałosne skrzypienie i zaplecze stanęło przed nim otworem, a w środku zauważył skuloną w rogu sylwetkę. Zamrugał, przetarł prawe oko, a potem wycofał się ze sceptycznym wyrazem twarzy, żeby zgarnąć puszkę coli zero.
一
Wejdź na zaplecze, a wsadzę ci taką w pizdę 一 rzucił do drugiego barmana, unosząc nieco napój i uśmiechnął się uprzejmie, a potem zniknął w niewielkim schowku i z trzaskiem zamknął za sobą uszkodzone drzwi. Odchrząknął krótko, zbliżając się powoli do spanikowanego Gabriela i w końcu kucnął niedaleko i otworzył puszkę.
一
W porządku, kolego? 一 rzucił, wyciągając do niego colę, którą kilka chwil wcześniej krytykował za smak. Chłopakowi smakowała, więc ostatecznie co mu szkodziło. 一
Co się stało? 一 dodał, bo przecież widział, że wcale nie było w porządku i wyglądało na to, że musi się wysilić na rozmowę. Jeszcze by się młody w kacie desperacji rzucił z dachu albo pociął, co też by było zawaleniem zadania. Miał go pilnować.
Gabriel Perotti