Sięgnął do jej policzka, żeby oprzeć na nim dłoń, żeby pogłaskać go kciukiem i przez chwilę chciał jej powiedzieć, że... przecież tego dziecka nie było, ale czy mógł jej to odbierać? Czy powinien jej to dobierać, żałobę po własnym dziecku?
-
Cherry - westchnął tylko ciężko. Też nie chciał jej zostawiać, ale nie mógł w obecnej chwili wyjeżdżać z miasta. A może mógł? Kto by się dowiedział, gdyby polecieli gdzieś prywatnym samolotem?
Na pewno by się dowiedzieli i po powrocie pewnie znowu byłby głównym podejrzanym. Miał nadzieję, że to się już niedługo skończy. Wtedy będą mogli zaszyć się z Cherry gdzieś daleko stąd, na Alasce, albo na Lanzarote.
-
Rozumiem to, ale przecież ja nie mogę cały dzień tutaj z Tobą siedzieć - powiedział w końcu, bo to teraz nie było takie proste, Wyatt nie wiedział kto w firmie jest po jego stronie, a kto na przykład współpracuje z Seeleyem, wszystko by oddał za jakiegoś zaufanego człowieka, ale odkąd odeszła Meena, to takiego po prostu nie miał. No a drugi powód jest taki, że jakby tu siedział z Cherry to skończyłoby się na tym, że wypiliby ten cały barek, a później pewnie jeszcze zamówili mefedron na telefon, albo koks.
-
Mogę z Tobą być na przykład dzisiaj, jutro zjeść śniadanie - zaproponował. Bo od czegoś trzeba zacząć, a to też sporo, Galen przecież nie jadał śniadań, ale mógłby jej jutro zalać płatki mlekiem, czy coś.
Przytulił ją do siebie, kiedy potwierdziła to, że się pogubili, ale tylko na moment, bo zadzwonił ten dzwonek.
A potem to już Galen stał w progu trzymając to ciężkie futro, a to, że ubierali je bezduszni ludzie, to zgadzało się w stu procentach, bo przed Charity Marshall stała właśnie osoba pozbawiona duszy, i jakiejkolwiek dobrej emocji, największa sucz Toronto. Matka Galena Wyatta.
Zmarszczyła nos, skrzywiła się jakby ją cofnęło.
-
A co tutaj tak śmierdzi, jakby jakiś bezdomny tu mieszkał? - zapytała i zrobiła krok w kierunku mieszkania, jej spojrzenie niebieskich oczu, takich samych jak jej syna, tylko może bardziej zimnych, padło na Cherry -
a gdzie służba? Nie stać Cię na sprzątaczkę? Wiedziałam, że nie dasz rady poprowadzić dobrze biznesu - i tym razem odwróciła się w kierunku Galena zupełnie ignorując Cherry. Wyatt wbił wzrok w matkę, a to jej futro walnął na jakieś krzesło, chociaż przez chwilę chciał je rzucić na podłogę i po nim przejść.
-
Po co tu przyjechałaś? - zapytał tylko.
A blondynka znowu odwróciła się do Cherry i zmierzyła ją spojrzeniem, zatrzymała je na pierścionku rodowym Wyattów.
-
Poznać Twoją narzeczoną, jubiler poinformował mnie, że naprawiasz rodowy pierścionek babki - znowu się skrzywiła -
dla niej? - Galen wtedy zesztywniał, czy on w ogóle kiedykolwiek usłyszał od matki jakieś miłe słowo? Nie, nie usłyszał, przywykł do tego. Wyminął mamusię i podszedł do Cherry, żeby złapać ją za rękę, tą z zaręczynowym pierścionkiem.
-
Rozgość się, zaraz ją poznasz - rzucił i pociągnął Cherry za rękę do łazienki, zamknął za nimi drzwi i oparł się o nie plecami. Brwi miał ściągnięte, a klatka piersiowa unosiła się w niespokojnym oddechu.
-
Cherry, moja matka jest jebnięta, w ogóle jej nie słuchaj, trzeba się jej stąd pozbyć - powiedział w końcu. Galen to w ogóle mało przeklinał, ale akurat w stosunku do matki to używał tak ciepłych słów... Dobrze, że nie powiedział, że trzeba ją stąd wywalić na zbity pysk.
-
Ogarniesz się Cherry? - zapytał i podszedł do niej, a kiedy się cofnęła do tego marmurowego blatu, to oparł dłonie bo obu jej stronach, nachylił się nad nią, ale zmarszczył nos, mimo to uśmiechnął się -
ale dajesz tym winem... - pokręcił delikatnie głową, ale schylił się, żeby musnąć wargami jej usta -
ale o dziwo, smakuje dobrze - jak zwietrzałe wino, które stało tydzień na słońcu. Jeszcze chwilę się na nią patrzył, ale w końcu się odsunął i ruszył do drzwi.
-
Tylko, żeby nie wpadło Ci do głowy proponować jej nocleg, albo coś, wysyłamy ją do hotelu - obejrzał się jeszcze na nią i oparł dłoń na klamce -
nie daj się jej Cherry - rzucił i wyszedł z tej łazienki, żeby wrócić do swojej matki.
Siedziała na kuchennym krześle i zasłaniała ostentacyjnie nos jedwabną chusteczkę ręcznie haftowaną przez dzieci z Nepalu, czy skądś tam. Galen wywrócił oczami, a robił to tak samo jak Felicja, czyli jego matka, uśmiech też miał taki sam. W ogóle by się nigdy jej nie wyrzekł, jakby Felicja Wyatt zaszczepiła w nim wszystko, swoje gesty, swoje wdzięki, rysy twarzy i te niebieskie oczy.
-
Mogłaś mnie poinformować... - zaczął rozmowę z mamusią, z która nie widział się pół roku. Milutko.
Cherry Marshall