Czy Galen naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego mieszanie się w tę sprawę może zaszkodzić śledztwu? Może zdawał.
Tylko, że Galen Wyatt jeszcze kilka dni wstecz czuł się jak pierdolony król tego świata, czuł, jakby nic złego nie mogło go dotknąć. Jakby był nieśmiertelny, i wcale zupełnie nie oskarżony o handel ludźmi. A tu nagle okazało się, że życie jednak jest kruche, dobrze, że tego zawału nie dostał na jakiejś tej akcji, w burdelu, albo u Seeleya. Ale wtedy przecież wydawało mu się, że jest nietykalny. Dopiero teraz zaczął się zastanawiać, czy on tym wszystkim nie zaszkodził sobie... albo Pilar.
-
Cherry... - zaczął, ale ugryzł się w język, zamknął, bo czuł, wiedział, był tego pewny, że gdyby teraz zaczął, powiedział chociaż słowo o tym, że Stewart jest świetna w swojej pracy, to Cherry by go rozszarpała. A przecież obiecał sobie, że już nie będą się kłócić. Byłoby miło.
Uniósł jedną brew na tą bezstronność postępowania. Czy o niej słyszał? Trzeba wspomnieć, że Galen bardziej niż to prawo, to studiował wtedy swoją profesorkę (jak Law), ale słyszał. Zdawał sobie sprawę, że to błąd, ale... przecież nikt nie musiał wiedzieć. No i nikt nie wiedział, bo byli ostrożni, wiedziała tylko Cherry, i oni.
-
Ale my... już nie mamy kontaktu - powiedział, chociaż rzeczywiście Cherry zasiała w nim jakieś ziarno wątpliwości, a jak ktoś ich widział? Kto będzie miał bardziej przerąbane Galen, czy Pilar? On miał dobrych prawników, no i w zasadzie był niewinny.
Znowu wypuścił głośno z płuc powietrze, aż zabolała go klatka piersiowa i te złamane żebra, skrzywił się.
-
W ogóle nie respektuje Twojego zdania? - powtórzył po niej i znowu to niebieskie spojrzenie utkwił w jej twarzy. Starał się respektować jej zdanie, ale no kurwa, przecież nie będzie żył pod jej pantoflem i według jej każdego widzimisię, bo chyba wolałby już pierdolnąć na ten zawał, niż być pantoflarzem.
-
Ty myślisz, że ja nie wiem, sobie to zaplanowałem? Że Ci się oświadczę, spędzimy razem noc, a później sobie pójdę z nią na kolację i będę szczęśliwy? Nie kurwa, to tak nie wyglądało Cherry, bo czasem nie masz wpływu na to, że jesteś szczęśliwy - chciał jej jeszcze powiedzieć, że ona u Elliotta też wydawała się całkiem szczęśliwa, kiedy tamten mówił to wszystko o Galenie, ale ugryzł się w język. Nie będzie już dokładał do tego ognia, który widział w jej oczach.
Zacisnął zęby tak mocno, że szczęka przesunęła mu się nerwowo.
Znalazł sobie inną. On jej może powtarzać, że nie szukał, że nie znalazł, a ona wciąż, że znalazł. Tak jakby na tę kolację służbową szedł z zamiarem wyrwania Pilar i zaciągnięcia jej do łóżka, a nie założenia podsłuchu u Seeleya. Jakby w ogóle nie liczyło się nic co jej powiedział, tak kompletnie szczerze, prosto z serca, bo liczyło się to, że on
znalazł sobie inną.
-
Już na nic sobie nie mogę pozwolić? - uniósł jedną brew. Może na tą bliskość nie powinien sobie jednak pozwalać, ale to też nie tak, że on to sprowokował, że do tego dążył. Jak oni tylko jedli kurczaki w Wendy's nawet nie było w tym krzty jakiegoś romantyzmu, ale jednak... to jakoś tak się stało. To wszystko wina tej whisky wypitej u Seeleya, ale też tego jaka była Pilar. Bo była zupełnie inna niż Cherry.
Zamknął na moment oczy, kochał ją, ale jednocześnie Cherry potrafiła go wyprowadzić z równowagi, w tym samym czasie umiała wzbudzić w nim tak skrajne emocje, że w głowie miał znowu mętlik, że znowu nie wiedział co czuje.
Już nie wiedział czy ona ma rację, czy może dalej powinien się z nią dochodzić? Nie chciał się z nią kłócić, może przed tym zawałem by to zrobił, ale teraz nie miał na to siły, fizycznie, ale nie tylko, po prostu nie chciał marnować więcej tej życiowej energii na ciągłe sprzeczki. Sprzeczki, kłótnie, wytykanie sobie błędów, łapanie się za słówka, odpychanie od siebie, uciekanie od siebie.
A jeśli oni inaczej wcale nie potrafili? Trochę go to przerażało, że ich relacja opiera się tylko i wyłącznie na tej walce. Tylko czemu cały czas walczyli między sobą, kiedy razem powinni, ramię w ramię przeciwko całemu światu.
Kiedy powiedziała o tym czasie to zatrzymał dłoń gdzieś na jej plecach, wplatając palce w kosmyki włosów. Czas.
Tylko, że teraz ten czas to wcale nie działał na jego korzyść, nawet zdecydowanie bardziej niż wtedy. Nie miał czasu, bo w tej chwili pomagały mu leki, ale wyniki wciąż nie były dobre. Serce się zużywało. Bardzo szybko się zużywało i Galen czuł, że ono już niedługo może zabić po raz ostatni.
-
Dobrze - powiedział cicho, chociaż czuł, że skręca go w żołądku. Czas.
Kiedy on wcale nie miał czasu.
Ale może dlatego w ogóle nie powinien o nią zabiegać?
W każdej chwili mógł umrzeć, więc po co to wszystko? Poprawił się na poduszce, kiedy się o niego oparła, bo jednak złamane żebra jeszcze mu doskwierały, ale to chyba teraz nie był najgorszy ból, bo gorsze było to, że sam nie wiedział co ma zrobić. Kochał ją i chciał odzyskać, ale ona potrzebowała czasu, zawsze na wszystko potrzebowała czasu. A jego czas uciekał.
-
Porozmawiam jutro z lekarzem, żeby mnie wypuścili już do domu - zaproponował, chociaż to znowu było niepoważne, jak on wciąż siedział pod tlenem i z podpiętym ekg -
mielibyśmy wtedy więcej czasu dla siebie - czasu, którego on może wcale nie miał. Jego matka na tych lekach dożywała już sześćdziesiątki, tylko, że jego matka nie przeszła w wieku trzydziestu czterech lat zatrzymania akcji serca.
-
Boję się, że umrę Cherry - wypalił nagle, ale kompletnie szczerze, bo rzeczywiście o tym też myślał, kiedy patrzył na ten monitorek, to zastanawiał się, czy jego czas się cały czas nie zbliża, czy każde drgnięcie wskazówki zegara nie zabiera mu czegoś cennego.
Cherry Marshall