Kąciki jego ust uniosły się do góry na ten jej żart, chyba tylko oni mogą sobie żartować z łamania nosów. Chociaż Madox oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie wtrącił swoich trzech groszy, bo trochę na łamaniu nosów się znał.
-
Wyprowadziłaś taki cios, że można by się od razu za... - urwał tak nagle w pół słowa, bo o ile to co powiedział wcześniej było kompletnie szczere, to to, co chciał powiedzieć teraz mogłoby już być przesadzone. Mogłoby być gwoździem do trumny, jego własnej.
-
Nawet Maddie nie łamie tak nosów - powiedział w końcu. Świetny komplement w ogóle, ale może w ich pojebanym świecie to naprawdę był dobry, biorąc pod uwagę fakt, że Maddie w walkach była przecież dobra i Madox miał okazję ją oglądać w klatce, gdzie łamała te nosy, zanim ją namówił na to, żeby została jego prawą ręką.
Już otworzył usta, bo miał jeszcze coś powiedzieć pewnie na temat łamania nosów, bo to jest jakiś chyba jego dziwny fetysz, ale Pilar wypowiedziała jego imię i posłała mu to karcące spojrzenie. Aż jakiś nieokreślony dreszcz przeszedł mu wzdłuż kręgosłupa, ale chyba nie dlatego, że bał się, że jemu też mogłaby złamać nos, tylko dlatego, że w końcu spojrzała mu znowu w oczy, bo wcześniej to jakoś tak sprytnie tego u-ni-ka-ła.
Zamknął się, ale powietrze z płuc wypuścił ciężko, aż ta poduszka na jego brzuchu uniosła się i opadła. Nie chciał nawet patrzeć na te igły, bo mu się żołądek skręcał w supeł, gdy o tym myślał, nawet nie o samym szyciu, a o tej igiełce wbijającej się w ciało. Wstrząsnął nim kolejny dreszcz, ale tym razem zdecydowanie inny. Zawiesił wzrok na jej twarzy, kiedy przygotowywała sobie narzędzie pracy, a jemu przez głowę jeszcze przeszła myśl, że ta taśma może byłaby lepsza. Kto by się przejmował zakażeniem, za trzy dni zrobiłby się strup. Na pewno.
Zmarszczył trochę brwi przyglądając się, jak nawlekała tę nitkę, bo sobie myślał wciąż, że jakby jej nie nawlekła, to nie mogłaby go jednak szyć i tymi myślami chyba sprawił, że jej się to nie udało, albo tym gapieniem się na jej ręce.
Wywrócił oczami na jej słowa, no bo rzeczywiście na co się miał patrzeć? Chociaż wąż to była całkiem ciekawa perspektywa, nawet spuścił na niego na moment spojrzenie, a później jeszcze na jej krągłe udo schowane pod cienkim materiałem sukienki, już podniósł tę drugą rękę, żeby do niego sięgnąć, bo może by jej to pomogło nawlec tę nitkę, jakby jej dał trochę wsparcia, ale ona wtedy powiedziała, że już, więc oparł dłoń na materacu tuż obok jej nogi.
Oczywiście, że momentalnie przeniósł spojrzenie na jej twarz, a kiedy zapytała czy jej ufa od razu skinął głową.
-
Nikomu bardziej nie ufam - rzucił, i mogło to brzmieć trochę jakby tak mówił, żeby dodać jej pewności siebie, ale taka też chyba była prawda. Bo w świecie, w którym obracał się od zawsze Madox nawet brat potrafił zdradzić brata. A w klubie... pewnie nawet Maddie za odpowiednią kwotę by go sprzedała, chociaż, może nie, w końcu był ojcem chrzestnym jej dzieciaka, a to też jest jakiś tam rodzaj więzi. Zwłaszcza, że Madox naprawdę wpadał raz na jakiś czas do tego jej małego z jakimś fajnym prezentem.
Poczuł jak ta igła wbija mu się w skórę, wcześniej ta rana tylko piekła, ale to wbicie igiełki sprawiło, że mięśnie mu się spięły, zacisnął zęby, aż zgrzytnęły, bo to było jakieś takie bolące, bardzo nieprzyjemne, maleńka igiełka wbijająca się w żywe tkanki, aż go trochę zemdliło, więc sięgnął po butelkę, z wódką tym razem, bo stała bliżej i upił z niej łyk. Musiał się naprawdę pilnować, żeby nie wstrząsnął nim znowu dreszcz, bo czuł już na karku gęsią skórkę. Nie spojrzał nawet na tę ranę i na pierwszy szef, bo wiedział, że jak spojrzy, to będzie jeszcze gorzej.
-
Nie mogę na to patrzeć - mruknął, kiedy ona sama się tak pochwaliła, że zajebiście. Wierzył jej, ale wolał nie patrzeć. Nie szyli go pierwszy raz, ale nigdy nie mógł na to patrzeć, to już bardziej mógł patrzeć na nastawianie kości, jakieś złamanie otwarte, ranę po postrzale, czy coś, ale na igły jakoś nigdy nie.
Spojrzenie więc utkwione miał w niej, tylko, żeby nie patrzeć na ręce, w których trzymała tę igłę. Zauważył jak ta gumka ześlizguje się z jej włosów, może nawet by ją złapał, ale nie chciał się jej ruszyć, bo wtedy ta cała misterna robota poszłaby na marne.
-
Poczekaj - powiedział zanim jeszcze zapytała, czy może jej te włosy przytrzymać. Zgarnął jej do tyłu włosy najpierw z czoła, te które opadły na jej brązowe, duże oczy. Teraz to on przygryzł dolną wargę, jakby był na jakiejś misji, albo jakby zaraz miał nawlekać igłę. Przejechał dłonią po jej policzkach i po szyi, żeby te wszystkie kosmyki zebrać z tyłu, chociaż jedną ręką wcale nie było to łatwe! A do tego chciał być delikatny. W końcu złapał je luźno nad jej karkiem, na którym miękko oparł rękę.
-
Te niesforne kudły - pokręcił delikatnie głową, ale zanim zdążyła mu cokolwiek powiedzieć, to dodał jeszcze -
one też mi się bardzo podobają - może bardziej powiedział to do siebie niż do niej, chociaż na pewno słyszała, a jednak udało jej się perfekcyjnie założyć ten ostatni szef i nawet zawiązać. Poszło sprawnie, nie wykrwawił się i nie umarł, i nawet tak za bardzo nie zwracał uwagi na tę igłę. Bo większą zwracał na Pilar, na te jej włosy, które wciąż luźno trzymał na jej karku. A mógł już puścić przecież.
-
Już? - zapytał, chociaż wiedział, że tak, bo już odkładała narzędzia. Podniósł dłoń, żeby ją obejrzeć. Wyglądała dobrze, nawet bardzo, raz szył go rzeźnik, do tej pory miał po tym bliznę gdzieś w okolicy żeber, to wyglądało koszmarnie, ale dostał wtedy szklankę wódki i drewnianą łyżkę, żeby ją sobie zagryźć. Poruszył delikatnie dłonią, żeby sprawdzić czy te szwy się nie rozejdą, nie rozeszły się.
To chyba mógł im zrobić jeszcze jeden test i tę rękę oprzeć na jej kształtnym udzie, szwy wciąż to wytrzymały, tylko, ciekawe czy oni wytrzymają? Wreszcie puścił te jej włosy pozwalając im kaskadą rozsypać się po jej plecach i na ramionach, ale ręki nie zabrał, przejechał nią w dół wzdłuż jej kręgosłupa, palce zacisnął na pośladku przyciągając ją do siebie jeszcze bardziej, tak, że teraz to dzieliła ich tylko ta brudna poduszka, którą mieli między sobą. Ciemne tęczówki były utkwione w jej twarzy, intensywnie, w ciemnych oczach otoczonych kurtyną czarnych rzęs, błyszczących w tym jasnym świetle, a może dlatego, że znowu byli już tak blisko siebie?
-
Pilar... - zaczął, tylko teraz musiał dobrze przemyśleć co jej chce powiedzieć, bo chciał dużo. Kokaina już zaczęła schodzić, co wcale nie ułatwiało, bo nagle, kurwa, Madox poczuł jakąś taką pustkę. Pustkę w głowie i gdzieś głębiej też. Zebrać myśli było ciężko, zwłaszcza, że czuł na sobie jej przyjemny ciężar. Dobrać odpowiednie słowa. Określić dobrze to czucie. A było go zdecydowanie dużo. Może za dużo nawet?
-
Chcę żebyś wiedziała dwie rzeczy - powiedział w końcu, kiedy już to się w jego głowie trochę uporządkowało, to wszystko. Ten miniony dzień i ten wieczór pełen wrażeń. Wszystko dzisiaj było intensywne, już od tego momentu, kiedy się spóźnił, żeby ją zabrać na samolot, wszystko toczyło się szybko. Było dużo różnych emocji, dużo słów, tych, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, ale też tych, które powinny wybrzmieć. Powinny, ale tak naprawdę one były tylko kierowane rozumem.
Nie warto, bo to nie ma szans. Ale na pierwszy rzut oka to taka Pilar też nie miała szans z Alvaro, a złamała mu nos. A taka Marie potrafiła Madoxa rozbroić jednym spojrzeniem zapłakanych oczu. Bo czasem się wydaje, że coś nie ma szansy, a jednak może ma?
-
Że jesteś warta każdego grzechu. Wszystkiego, nie wiem... - nabrał powietrze do płuc, aż klatka piersiowa mu się uniosła -
całego koksu i rumu tego świata i wszystkich pieniędzy i nie wiem czego jeszcze - powiedział na wydechu. Bo Madox to jednak nigdy nie był jakimś romantykiem, chociaż czasami robił coś takiego, co mogłoby pod to podchodzić, ale raczej nieświadomie. Bo może jednak w duszy to miał coś z jakiegoś Don Juana, jak głosił ten tatuaż na jego plecach, ale na pewno opisując go w trzech słowach, tego romantyk nie dało się użyć. A jednak to co powiedział to były słowa z samej głębi serca. Tego złego, a czasem dobrego, a dzisiaj to już tak zagubionego, że bardziej się chyba nie dało.
-
Nie wiem czy to jeszcze koks we mnie siedzi, czy to chodzi o to, że ten dzisiejszy dzień był taki popierdolony, ale... - tą dłonią którą trzymał na jej udzie, tą szytą, sięgnął do jej ręki, żeby zacisnąć na niej palce, a potem oprzeć ją sobie na klatce, w tym miejscu, w którym było czuć to przyspieszone bicie jego serca -
jak jesteś obok, to mam wrażenie, że to serce jest lepsze i bije jakoś szybciej i świat jest trochę jakby mniej popierdolony - przez chwilę to tylko patrzył w jej oczy, jakby chciał z nich coś wyczytać, bo w tych jego widać było wszystko, zmęczenie i jakiś smutek towarzyszący schodzącej kokainie, ale i szczerość, tak kompletną, że Madox naprawdę rzadko mógł sobie na taką pozwolić. Gdzie? W Toronto, gdzie musiał cały czas udawać? Nigdy.
A tutaj w tym jebanym Medellín trochę mógł. I nawet jeszcze z tyłu głowy nie było tej myśli, że nie powinien, bo teraz jego umysł był jakoś tak wyprany, że musiał się kierować sercem, tylko to mu zostało. A to serce biło do niej, zdecydowanie mocniej niż powinno, chociaż to może...
-
Chociaż może to być zjazd po kokainie - dodał w końcu i wywrócił oczami. Bo jeszcze mogła mu powiedzieć, że tak i, że mu się popierdoliło w głowie od koksu i chlania.
Mogła jeszcze to wszystko obrócić w żart, bo może tak by było łatwiej? Tylko... czy oni lubili jak było łatwo?
Czy oni z tymi swoimi ciężkimi charakterami, z tą iskrą, która potrafiła wzniecić ogień w kilka sekund, naprawdę tak łatwo się poddawali? W ogóle umieli się poddać i odpuścić? Oni?
Pilar Stewart