Ale Lazare
lubił akcent Nadira – zbyt silny, to prawda, zwłaszcza w początkach zmagań Al Khansy z francuskim – zmagań, które wkrótce przerodziły się w romans, a potem w stałą, nieprzerwaną relację. Lubił to, jak niektóre zgłoski rwały się w wargach bruneta do przodu, śpiesznie, niecierpliwie, jakby nie mogły się doczekać spotkania ze światem zewnętrznym. I to, jak pojedyncze dźwięki wypadały w narracji Nadira za ostro – kanciaste, nieładne – ot, fantastyczna pożywka dla jakiejkolwiek krytyki, gdyby ktoś się przyczepił.
Lazare się nie czepiał.
(Lazare – już wtedy – się
zakochiwał przywiązywał. Do tych szczegółów, które odróżniały Al Khansę od całej reszty świata, które pozwoliłyby Moreau rozpoznać go w ciemności, i po śmierci. Do wszystkich drobnych wad i przywar, które Nadira czyniły – po prostu -
Nadirem.)
A przecież mógłby. To jest: przyczepić się. Za naczelny cel postawić sobie wytykanie drugiemu chłopcu niezawinionych przezeń słabości. On, Lazare Moreau, tak pieczołowicie wychuchany przez sowicie wynagradzane nianie i guwernantki, i niemalże od pierwszych miesięcy życia otoczony gęstym wianuszkiem tutorów i nauczycieli odpowiedzialnych za to, by nigdy nie groziło mu nic innego, niż
perfekcja. Francuski blondyna był wzorowy – skrupulatny, płynny i melodyjny, bo wypracowany na skutek regularnych katuszy, którym poddawał go sędziwy lektor, do domu przez jego matkę ściągany na jakimś etapie trzy razy w tygodniu. Z każdym kolejnym rokiem nauki coraz hojniej chwalono go na sportowych zjazdach, na bankietach, i podczas wywiadów, i pytano
skąd chłopiec wychowany w wiecznych rozjazdach - choć owszem, z francuskim ojcem, ale jednocześnie ojcem, który się doń niemalże nie przyznawał – opanowałby inny język niż angielski z taką płynnością.
Łatwo byłoby więc Moreau – wtedy jeszcze nastoletniemu - podjąć się surowej krytyki tych trochę koślawych, trochę desperackich spotkań Nadira z Baudelaire’m. Tylko, że – nawet teraz, spoglądając w przeszłość z perspektywy dojrzałego (podobno) mężczyzny – Lazare nigdy w życiu nie słyszał niczego piękniejszego.
Tych zająknięć, tych zawahań, tych zawieszeń głosu nad przepaścią między jednym wersem wiersza, a kolejnym - w głębokim, napiętym zastanowieniu, czy kolejne słowo wymówić
tak, czy raczej
tak, czy jeszcze inaczej.
Un cygne qui s'était évadé de sa cage,
Et, de ses pieds palmés frottant le pavé sec,
Sur le sol raboteux traînait son blanc plumage.
Près d'un ruisseau sans eau la bête ouvrant le bec
-
Nie wiem – zaczął, a potem urwał, nagle zaperzony, zawstydzony jakoś. Dopiero teraz, gdy Nadir jego własne słowa powtarzał za Lazare niemal w czułej jakimś cudem kpinie, do trzydziestotrzylatka dotarła niedorzeczność jego własnej wątpliwości. Nieważne, pomyślał,
nieważne, ilekroć Nadir miałby od niego odchodzić. Niektórzy ludzie zwyczajnie nie potrafią zbyt długo trwać w jednym miejscu, nie uciekać przed czymś (zwykle przed samym sobą), albo ciągle czegoś nie gonić.
Nieważne.
Istotne, że Nadir zawsze wracał. Istotne, że zawsze wracał
do niego.
(
Nie odchodź.)
Karmin jego własnej krwi zaskoczył Lazare tak, jak ludzi zaskakują zwykle miłość i śmierć - rzeczy, które często dobrze zna się z teorii, będąc jednocześnie zupełnie nieprzygotowanym na praktykę. W ostatnich miesiącach, los Moreau zdawał się - w dość okrutnej kpinie - raz po raz udowadniać blondynowi, że ten nie jest (wbrew temu, co mówiła mu matka, i co czasami pisano w gazetach)
niezniszczalny. Że i jego, tak samo jak całą resztę świata, dotknąć mogą czasem drobne i większe krzywdy. I że nawet jego ciało, zahartowane na skutek rygorystycznych diet i treningów, ukorzyć się musi czasem przed siłą większą, niż jego własna. Czasem - w wyniku nielegalnego dopingu. Innym razem - po idiotycznym spotkaniu z nieostrożnie uchwyconą płozą łyżew.
– Nie, to ja – przepraszam, chciał powiedzieć, ale skrucha ugrzęzła mu w gardle niczym ość, gdy z rytmu wybił go kolejny dotyk Nadira. (
Nie przestawaj. Choćby ceną za Twoją bliskość musiało być cierpienie.). Nie chciał, żeby Nadir go przepraszał. Nie teraz. Nie za
to – Daj spokój, Nadir. Nie jest tak…
Źle?
Nie było również
dobrze.
Kwitnącej pośrodku jego własnej dłoni
krzywdzie, Lazare przyglądał się z niemal hipnotyczną fascynacją. Miewał wcześniej kontuzje, oczywiście – kto nie miewał kontuzji w jego środowisku!? – ale nigdy
takie. Nigdy też nie czuł, żeby
krew życie opuszczało go, kropla po kropli, w tak niedorzecznie pospiesznym tempie.
– Chyba powinienem… - Roześmiał się, kręcąc głową. Nie robiło mu się słabo, jeszcze nie, ale czuł, jak jego skonfundowane ciało wchodzi w stan spanikowanej gotowości. Jego dłonie - pod pośpiesznym dotykiem Al Khansy - musiały być lodowate -
Chyba powinieneś... Chyba powinniśmy pójść na pogotowie - Śmieszne, ale nie czuł bólu - jakby ból przestawał istnieć, gdy całą uwagę dało się skupić na spłoszonych ruchach bruneta, starającego się zatamować upływ krwi. Serce tylko pękało Lazare na myśl,
gdzie Nadir musiał się tej sztuki nauczyć -
Pójdziesz? Ze mną? I zostaniesz? - Jeśli Lazare usłyszał, że jego własny głos bardziej niż dumną sugestię przypominał paniczne skomlenie, nie przyznał się do tego nawet przed samym sobą -
Niedługo. Tylko na tę pierwszą chwilę.
nadir al khansa